Odium // Nathaniel 2012

- Dlaczego nic nie mówisz? – zapytał terapeuta, siadając na krześle naprzeciw mnie. Był dość młody, podejrzewam, że ledwo po studiach. Współczuję mu, że jednym z jego zapewne pierwszych pacjentów byłem ja. Mam nadzieję, że nie zraziło go to do zawodu i dalej robi to, o czym marzył tyle lat w szkole. A może wcale nie chciał być terapeutą? Być może nie miał wyboru. Mam nadzieję, że jest szczęśliwy.
   Miałem czternaście lat, gdy pierwszy raz przekroczyłem próg jego gabinetu. Był to drugi – a zarazem ostatni – rok, w którym moje zachowanie za nic nie przypominało ogarniętego nastolatka. Do dziś najchętniej wykreśliłbym je z biografii - nie jestem z nich dumny, a cechowały się one głównie szpitalem psychiatrycznym, krzykiem i terapią. Na zewnątrz. Wewnątrz? Nie pamiętam. Być może tych wspomnień podświadomie już się ich pozbyłem.  
- Milczenie weszło mi w nawyk – odpowiedziałem, nawet na niego nie spoglądając. Jedyną pozytywną rzeczą tej terapii był bardzo wygodny, błękitny fotel, na którym siedziałem.  
- Kiedy to się wydarzało? – kolejne pytanie, na które zareagowałem parsknięciem.  
- Przecież dobrze pan wie co się stało i kiedy, proszę nie robić ze mnie idioty – odparłem. Przecież wiem, że przed spotkaniem ze mną rozmawiał z moimi rodzicami i że powiedzieli mu wszystko, co musiał wiedzieć. Nie rozumiem, dlaczego zgrywał się tylko po to, aby poznać moje spojrzenie na tę sytuację. Jakie one mogło być? Moja siostra umarła. Jak się z tym czuję? A jak mam się z tym kurwa czuć?  
   Byłem zmęczony pytaniami, dlatego nic nie mówiłem. Każda kwestia, którą wypowiadał coraz bardziej podburzała mnie przeciwko niemu.
- Nie miałem takiego zamiaru – zastrzegł. – Chciałem tylko… - nie dałem mu wtedy dokończyć, a teraz nie potrafię sobie tego wybaczyć – jak wielu rzeczy. Nie wierzę, że jego słowa cokolwiek by zmieniły, ale jestem człowiekiem małej wiary, a teraz już nie mogę się o tym przekonać.
- Uświadomić mi, że marzec dwutysięcznego dziesiątego był dawno i powinien przestać się tym przejmować? Och, no racja, natychmiast mi przeszło, no jest Pan po prostu niesamowitym specjalistą, zadbam, aby przyznali Panu nobla – na koniec spiorunowałem go wzrokiem. Robi mi się przykro na samo wspomnienie tego, jak starałem się za wszelką cenę upokorzyć człowieka, który miał najszczersze intencje pomocy.
- Nie do końca o to mi chodziło – westchnął. – Niepotrzebnie jesteś do tego tak źle nastawiony. Rozumiem, że… - miał rację, byłem źle nastawiony.
- Nie – przerwałem mu.
- Tak, tak. Nie przeżyłem tego, co ty, więc cię nie rozumiem. To chciałeś powiedzieć, prawda? I masz rację, staram Ci się po prostu pomóc.
- Nie może mi pan pomóc. Tu nie chodzi o mnie, o moje nastawienie, nie wskrzesi pan Nikoli, więc nie jest pan w stanie mi pomóc – wzdycham. – Wie pan jest mi po prostu niesamowicie przykro, że nie zdążyłem jej przeprosić – nie wiem, co takiego stało się, że nagle zacząłem się otwierać.
- Za co przeprosić? – każdy o to pytał, naprawdę każdy.
   Wzruszyłem w tamtym momencie ramionami, wiem, że to okropny zwyczaj, ale czasem uświadamiam sobie jak bardzo ubogi zasób słownictwa posiadam. Głównie wtedy, gdy muszę nazwać emocje, które mi towarzyszą.
- To dlatego tak często przepraszasz ,,na zapas”? – zrobił znak cudzysłowu rękami.  
- Tak, chyba tak – mruknąłem cicho pod nosem, ale nie pamiętam, czy to oznaczało skruszenie za moją wcześniejszą postawę.
- Wiesz, że powody, za które przepraszasz są często zupełnie niezależne od ciebie.
- Taaaa
- A jednak… - znów mu przerywam.
- A jednak przepraszam, tak, wiem, sorry. Nie, nie mam pojęcia dlaczego to robię, po prostu mam taką potrzebę, okay? To silniejsze ode mnie, możemy odejść od tego tematu? – z zewnątrz te lata cechowały się też wybuchami emocjonalnymi. Przestałem się już tak zachowywać. Nadal w skrajnych momentach następuje słowotok, ale nie posiada on już tak pretensjonalnego tonu.
- Od każdego poruszanego tematu prędzej czy później chcesz odejść. Ucieczka to nie jest rozwiązanie.
- A może i jest, jeśli wyłącznie uciekający ma problem, jeśli nie dotyczy on nikogo innego i nikomu nie robi krzywdy swoim odejściem – bezczelny.
- Myślisz, że nikomu nie zrobiłbyś krzywdy swoim odejściem?  
- Tak, tak myślę – egoista.
- Rodzice? Twój przyjaciel – chwilę się zastanowił. - Grześ o ile pamiętam. Myślisz, że nie byłoby im przykro? – podejrzewam, że nie chciał wzbudzać we mnie poczucia winy, ale to właśnie zrobił wypowiadając wtedy te słowa. – Twoi rodzice stracili już jedno dziecko – dodał.
- Nie powinien mi pan tak mówić, jest pan psychologiem. Uważam, że jest to sprzeczne ze… w zasadzie ze wszystkim, nawet nie wiem jak to skomentować – tu przyznaję dawnemu sobie rację.
- Chciałem tylko, abyś zrozumiał to, że się o ciebie martwią.
- Poradzą sobie – przegadywanie, nie terapia. Przegadywanie.
- Tak myślisz?
- Tak. Tak właśnie myślę – odparłem zdecydowanie. – Tata jest silny, a mama nawet nie zwróci uwagi.
- Myślę, że mocno demonizujesz swoją mamę – chciał o tym porozmawiać, ale kolejny raz nie dałem mu do tego okazji. Tego akurat nie żałuję.
- Skończmy…  
- Ten temat? – tym razem to on mi przerwał, domyślając się, co chciałem powiedzieć, ale nie co chciałem zrobić.
- Nie, naszą wątpliwą współpracę – wstałem i wyszedłem, a on nie reagował.
   Tak było wtedy. Myślę, że byłby dumny gdyby dowiedział się, że jego dawny pacjent już nie ucieka

Dodaj komentarz