Odium // Grześ

Niebieskie światło laptopa zmieszane z cieplejszym odcieniem żółtego światła małej lampki tuż przy nim, dają mi się powoli we znaki. Moje oczy zaczynają odczuwać wszystkie poprzednie godziny, kręgosłup też. Mrugam raz za razem, próbując dostrzec małe cyferki w dolnym rogu ekranu, ale nie mogąc wyostrzyć obrazu, sięgam po telefon i to na nim sprawdzam aktualną godzinę. Blokuję go i odkładam na biurko, kiedy dociera do mnie, że mój mózg nie przyjął do informacji tego, o co go prosiłem. Ponownie biorę urządzenie do ręki i tym razem skupiam na tej czynności większą uwagę. Parę minut po piątej. Przez chwilę przebiega mi przez głowę myśl, że jutro mam dzień pełen zajęć z rana, popołudniu mam pracę – tym razem koniecznie muszę iść – a wieczorem widzę się ze znajomymi – nie wszyscy dadzą radę przyjść, ja dam radę. Zawsze daję.
   Te plany jednak nie mają nic wspólnego z jutrem, przypominam sobie, że jest już piąta, a więc to dziś.
   Tę myśl jednak szybko zastępuje inna – nie wiem jeszcze, czym zapełnię sobie czas wolny między pracą a spotkaniem.
   Wyłączam laptopa, lampkę i ustawiam budzik w telefonie na godzinę siódmą. Gdy tylko kładę się do łóżka, uchodzi ze mnie cała energia i adrenalina, którą niedawno odczuwałem.
   Parę godzin temu było jeszcze wczoraj i wczoraj nie mogłem zasnąć. Nie zabraniałem sobie tego, ale mój organizm był zbyt pobudzony, a umysł podsuwał mi mnóstwo pytań, na które musiałem znaleźć odpowiedzi. Natychmiast. Natychmiast trwało sześć godzin.
   To jego reakcja obronna – bardzo nie lubi, kiedy przeżywam stratę rodziców. W takich chwilach, więc dodaje mi energii, odbiera ból – jestem tylko ja i pytania, pytania i odpowiedzi. Jak w transie. Kiedy ten stan się kończy, jestem już zbyt zmęczony, by myśleć.
   Teraz zasypiam, powoli wyrównuje mi się oddech. Jestem zmordowany i boli mnie dosłownie wszystko – wracam.
   Kiedy się obudzę, nie będę pamiętać żadnych odpowiedzi, ani nawet żadnych z pytań, którymi zajmowałem się przez ostatnie godziny. Przypomną mi się kiedyś – w odpowiednim momencie. Może za parę miesięcy będę rozmawiać z kimś o wszystkim i o niczym, kiedy nagle zaświta mi w głowie, że czytałem kiedyś na poruszony przez nas temat i zacznę uświadamiać swojego rozmówcę o wszystkich jego szczegółach. On – w zależności od tego kim będzie – zszokuje się w pozytywnym tego słowa znaczeniu, na jego twarzy zobaczę zdumienie i zafascynowanie, może będzie chciał usłyszeć więcej lub – przeciwnie – będzie miał wrażenie, że wyzywam go na pojedynek.

   Budzę się dosłownie parę sekund przed budzikiem. Nie wiem, czy ta drzemka cokolwiek pomogła, czy tylko dodała mi zmęczenia. Dźwięk, który miał mnie obudzić niemal wywierca mi dziurę w głowie, ale szczęśliwie nie mam migreny. Tylko tego by dziś zabrakło.
   Wstaję od razu, co mój organizm postanawia otwarcie skrytykować, powodując chwilowe zaburzenie równowagi, gdy zrywam się na proste nogi. Kiedy przechodzi, podchodzę do szafy i otwieram ją. Schylam się wyciągając z niej pudło, które służy mi pomocą bardziej niż obowiązkowa apteczka w samochodzie.
   Kiedy dowiedziałem się o śmierci taty była środa, a ja byłem w klasie maturalnej. Kiedy Maciek zastał naszego tatę na podłodze i czekał na karetkę, ja miałem lekcję matematyki i próbowałem zrozumieć, choć pierwiastek tego, co znajdowało się wtedy na tablicy naprzeciw mnie.
   Pierwsze godziny były kluczowe, szybko się odnalazłem, załatwiłem sobie zwolnienie do piątku i oddałem się sprawom organizacyjnym, między innymi opieką nad bratem – bo kiedy zmarła mama, został nam już tylko jeden rodzic, a potem rodzinę tworzyliśmy we dwoje i tylko ja byłem dorosły.
   Przez weekend także nie pozwoliłem sobie odpocząć, Piotrek i Dagmara pomogli mi zająć się bratem, a Tomek biegał ze mną po urzędach, załatwiając przeróżne sprawy – do tamtej pory nie byliśmy świadomi jak wiele aspektów życia skrywa się w papierach i że trzeba to wszystko poukładać – i pomagał w organizacji pogrzebu.
   Nathan starał się zachęcić mnie do odpoczynku.
- Może powinieneś dać sobie trochę czasu? Wiem, że każdy przeżywa to inaczej, ale w końcu raczej będziesz musiał po prostu dać sobie chwilę przerwy i to przetrawić – mówił nieśmiało, jakby bał się, że za samo podrzucenie mi tego pomysłu uderzę go z całej siły w twarz.
- Nie, Nathan – kręciłem głową. – Muszę coś robić.
   W poniedziałek było już po wszystkim – wstałem, poszedłem do szkoły i zająłem się nauką. Co jakiś czas przychodziły jeszcze różne pisma, ale poza tym czekała na mnie matura i moja przyszłość. Byłem dla Maćka bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, byłem dla wszystkich. Znalazłem pracę w dwóch miejscach – tylko w jednym etatowo (rzuciłem pracę w klubie, gdy tylko zacząłem mieć regularne przychody z modelingu, co tata zapewne uznałby za mało odpowiedzialne) – i poddałem się wirowi pracy, nauki i przyjaciołom. Potem każdemu, kto mnie potrzebował.
   Nie dałem sobie czasu na przeżywanie straty, bo uznałem, że go nie mam. Moje życie gwałtownie wtedy przyśpieszyło, jakby nagle wyrzucono mnie z samolotu i kazano wsiąść na rollercoster oderwany od mechanizmu, który trzyma go sztywno przy gruncie. Nathan powiedział mi kiedyś, że samoloty wcale nie są szybsze od pieszego marszu.
- Mijają minuty, ja cały czas stoję w jednym miejscu i wciąż go widzę. Mogę obserwować go na niebie przez dłuższy czas, będąc w jednym miejscu, aż nie zniknie mi z zasięgu wzroku, a wzrok nie ma przecież zasięgu kilometrów, prawda?
- Nathan, to nie do końca tak działa. Po pierwsze dużą rolę gra tu jego odległość od nas, a poza tym... – zatrzymałem się. – Wiesz co? Samoloty chyba faktycznie nie są szybkie – powiedziałem, a Nathan przeniósł wzrok z nieba na ziemię.
   Co jakiś czas śmierć taty wraca do mojego umysłu. Nadchodzi z naprawdę najmniej spodziewanych stron – bo kto by się spodziewał nawrotu takich wspomnień zaraz po relaksującej kąpieli? – ale już raz nauczyłem się z nimi radzić, więc mój organizm ma nawyk. Kiedy ojciec umierał mi w salonie, męczyłem się fizycznie, więc kiedy umiera mi duszy, znów zatracam się w wierze pracy – tym razem umysłowej. Muszę się zmęczyć.
   Ale pudło w szafie to nie sposób na stratę po tacie. To sposób na uspokojenie tej części mnie, która wciąż na nowo przeżywa śmierć mamy. Zawsze wspomnienia ostatnich chwil jednego z rodziców, przywołują pamięć o drugim.
   Kiedy straciłem mamę, miałem osiem lat, była noc.
   Przez chwilę przyglądam się zawartości pudełka, a potem zaczynam wymieniać żarówki i baterie we wszystkich lampach, lampkach i innych urządzeniach stanowiących źródło światła.
   Ostatni raz musiałem sięgać po to pudełko trzy miesiące temu – zawsze notuję datę na jego boku, aby mieć pewność, że nie tracę nad tym kontroli, że faktycznie dzieje się to coraz rzadziej - ale to jak bumerang – choć daleko go posyłam - wraca co parę miesięcy.
   Nie boję się ciemności, już nie.
   Jako dziecko stopniowo przechodziłem przez wszystkie fazy – światła w całym domu, od wieczora do rana – zimą dużej – potem światła tylko u mnie w pokoju – tata był zadowolony, bo w końcu Maciek przesypiał całe noce (niektórym ciężko zasnąć z oświeconą lampą nad głową) – potem zamiast lampy tylko lamka nocna, naklejki na ścianę świecące w ciemności, aż w końcu potrafię zasnąć bez światła. Muszę mieć jednak pewność, że kiedy będę go potrzebował – dostanę go.
   Dzieci często boją się tego co jest w ciemności, ale ja tak nie miałem - fakt samej ciemności przyprawiał mnie o szybsze bicie serca. Początkowo bałem się nawet samej możliwości jej wystąpienia, dlaczego obsesyjnie wymieniałem baterie. Teraz mam to pod kontrolą, zostały tylko nawyki, bo nie ważne jak bardzo bym się starał to nie dam rady oderwać się od małego mnie. Nie chcę nawet tego robić, wiem, że miał swoje powody do strachu przed ciemnością, więc nawyk wymieniania baterii i sprawdzania skrzynki z prądem przy wychodzeniu z domu to ukłon w jego stronę - hej, mały, już nie ma się czego bać, jestem tu, możesz odpocząć, ja w tym czasie zatroszczę się o to, aby twoje lęki nie wróciły.

   Rozmawiamy o rodzicach, jakoś tak się złożyło, że kiedy opowiedziałem o tym, co działo się u mnie w nocy i rankiem – zaznaczyłem, że w gruncie rzeczy przeżycie tego dzisiaj nie było najgorsze, przynajmniej wiem, że w najbliższym czasie nie będę musiał się o to martwić -  temat zszedł na rodziców.  
   Dzisiaj tyle nie żartujemy, jest poważniej – dobrze, tak też musi być.
   Piknik był pomysłem Maćka, co z całym swoim entuzjazmem poparł Kajetan. Koc rozłożyliśmy nad wodą i choć na spotkaniu tego typu powinno się zaopatrzyć w kosze z jedzeniem, my mamy tylko wodę. Bynajmniej nam to nie przeszkadza.
   Kiedy powiedziałem o swoich odczuciach z dzisiejszej nocy, zerknąłem na mojego brata. Jego wzrok mi współczuł, ale tylko tyle.
- Wiem, że to może zabrzmieć okrutnie, ale nie przeżywam tego za szczególnie. Jasne, kiedy umarł tata było mi zajebiście przykro, ale z perspektywy czasu dociera do mnie, że tak naprawdę przecież nie znałem swoich rodziców. Żadnego z nich. Teraz więc jedynie przykro mi dlatego, że ty przeżywasz ich śmierć – powiedział mi w pierwszą rocznicę śmierci taty. Nie dziwię się, że tak do tego podchodzi i nigdy nie pomyślałem nawet, by mieć mu to za złe.
   Kajetan patrzy na mnie wzrokiem współczującym, ale w zupełnie inny sposób niż mój brat, on patrzy jak lekarz, chyba już mu to nie przejdzie.  
- Czy oni uczą ich tego wzroku na studiach? – zapytał mnie kiedyś Nathan, a ja się roześmiałem, choć faktycznie chyba tak właśnie jest.
   - Wiem, że działy się tam różne rzeczy – słyszę Darka i dociera do mnie, że na krótki moment się wyłączyłem. – i że pewnie przeżywał, lub przeżywa, to wciąż na nowo, nie wątpię, że nabawił się tam wielu traum. Z tym, że ja nigdy nie chciałem być żołnierzem, a tym bardziej jechać gdziekolwiek na dziesięcioletnią wojnę, zostawiając rodzinę. A przez niego i jego zachowanie, jakie widziałem w dzieciństwie, mam wrażenie jakbym tam był i współdzielił jego zespół stresu pourazowego. Czasami jak o tym myślę to nawet mu współczuję – mówi. – ale uważam, że dobrze zrobiłem urywając z nimi kontakt, przez te lata czułem się jakoś szczęśliwszy niż kiedykolwiek.
- Dlaczego urwałeś kontakt też z mamą skoro mówisz tylko o złych zachowaniach swojego ojca? – pyta Maciek, zerkając na mnie jakby nie był pewny, czy może zadać to pytanie. Darek najwidoczniej nie ma mu tego za złe.
- Mój ojciec był agresywny, powiedziałbym nawet, że sadystyczny – dlatego nie wiem jakim cudem dostał się do wojska, ani czy był taki zanim wrócił do domu – ale jakkolwiek bym go nienawidził, naprawdę potrafię dostrzec przyczyny jego zachowania, nigdy nie zrozumiem natomiast, dlaczego moja matka po prostu na to patrzyła i nie reagowała. Myślę, że jej nienawidzę nawet bardziej, wiesz?
   Nathan nie odzywał się słowem do końca spotkania.

Dodaj komentarz