Odium // Grześ

- Stał naprzeciwko mnie, wyglądał jak zwykle, te same zmarszczki, resztki siwych włosów. Otoczenie też się nie zmieniło… Przepraszam, że w ogóle zawracam ci tym głowę - wzdycha.
- Nathan, ustaliliśmy, że jeśli tylko przyśni ci się coś podobnego, będziesz mnie informował. Sam o to prosiłem, więc nie przepraszaj mnie za to -  staram się do niego przemówić. Słyszę cichy pomruk potwierdzenia w słuchawce, ale wiem, że nie minie sporo czasu, a znów mnie za to przeprosi. Za to lub za cokolwiek innego.
- Czy ostatnim razem mówiłem coś o ziemi? Czy staliśmy? - pyta jak gdyby był zagubiony we własnych myślach.
- Mówiłeś, że czułeś jakbyście unosili się w powietrzu, jakby grawitacja nie miała tam racji bytu.
   W mojej głowie nagle odtwarza się rozmowa sprzed paru dni:
   ,, - Wiesz, że tęskniłem? Czułem taką nieopisaną tęsknotę, ale nie miałem pojęcia w stosunku do czego lub do kogo. Dlatego zadzwoniłem… Bałem się, że gdy się obudzę będę musiał już zawsze tak tęsknić – zaciął się na moment. – Za tobą…”
- Och… - wzdycha.
- Teraz było inaczej? - dopytuję.
- Wydaje mi się, że staliśmy na betonie - mówi bez przekonania. - Nie wiem, czy następnym razem…  
- ...też będziesz tak myślał? - dokańczam, a on potwierdza. - Weź tabletkę, dobra? – szepczę, choć po chwili przypominam sobie, że nie powinienem.  
- Myślisz, że są w stanie mi zaszkodzić? – pyta.
- Myślę, że tak. Jeśli tylko zastosujesz efekt placebo i wyobrazisz sobie, że to jakaś trucizna.
- Nie zaszkodzi spróbować – wzdycha ciężko.  
   Telefon odmierza nam czas, jaki przeznaczamy na rozmowę, ale nie wie, że od godziny nie zamieniliśmy ze sobą już ani słowa. Siedzę oparty o ścianę i nasłuchuję oddechu Nathana, który staje się coraz bardziej równomierny. W końcu wstaję z ziemi i kładę się do łóżka, zostawiając telefon w zasięgu ręki.
   Jestem pewien, że Nathan zasnął na kanapie, na pewno nie rozmawiał ze mną przy Kajetanie, który znajdzie go jutro rano w salonie i zapyta, dlaczego zszedł. Nathan powie mu pewnie prawdę - że rozmawialiśmy przez telefon, ale nie powie mu o koszmarze.  
   Ataków paniki podczas snu nie jest w stanie ukryć, bo zdecydowanie biorą nad nim górę, ale koszmary to coś zupełnie innego. Przez parę lat nauczył się mieć nad nimi choć częściową kontrolę, wie, co robić kiedy następują, bierze tabletkę i się uspokaja. Nad atakami nie jest tak łatwo zapanować zwłaszcza, że w przeciwieństwie do koszmarów, Nathan często w ogóle ich nie pamięta.

   Przecieram oczy i z rozczarowaniem diagnozuję u siebie ból głowy. Automatycznie sięgam po leki i chociaż lekarz zalecił inaczej - od razu biorę dwie pastylki. Nie czekam, aż ból będzie na tyle duży, aby sięgnąć po drugą. Z trudem podnoszę się z pozycji leżącej, kiedy to robię kręci mi się w głowie, a przed moimi oczami pojawiają się mroczki. Czekam chwilę siedząc na skraju łóżka, po chwili wstaję na równe nogi i kiedy mam pewność, że nie zakręci mi się w głowie kieruję się do kuchni, gdzie zastaję Maćka.
- Nie czujesz się dobrze? - pyta od razu, gdy mnie widzi.
- Aż tak to widać? - odpowiadam pytaniem na pytanie, choć wiem, że według Nathana tylko winni tak robią i w tym momencie zdradzam, że naprawdę źle się czuję.  
   Po chwili uświadamiam sobie, że mrużę oczy i wiem już, dlaczego Maciek zadał to pytanie.  
- Jesteś bardzo blady - mówi. - Idziesz do pracy?  
- Raczej muszę - śmieję się.
- Nie możesz załatwić sobie zwolnienia właśnie na takie dni? - pyta, wyraźnie przejęty. - Przecież możesz zemdleć, uderzyć się w głowę, zacząć krwawić… - mówi zaaferowany, mam dziwne wrażenie, że spędzał z Nathanem zbyt dużo czasu kiedy był mniejszy. Tak, zdecydowanie nauczył się wymyślać najgorsze scenariusze zdarzeń właśnie od niego.
- Mogę też po prostu nagrać parę scen, wrócić do domu i wtedy odpocząć - przerywam mu.
   Po chwili wpatrywania się we mnie w końcu wzdycha.
- Niech ci będzie, ale uważaj na siebie - mówi, pakując śniadanie do plecaka. - Proszę – dodaje.
- Spokojnie, będę uważał, jak zwykle zresztą - odpieram i podchodzę do blatu, aby również coś zjeść. W końcu branie tabletek na pusty żołądek nie jest zbyt dobrym pomysłem. - Ty też na siebie uważaj! - krzyczę, widząc, że wychodzi z domu.
- Jasne - uśmiecha się i zamyka za sobą drzwi.

   Po raz kolejny czytam scenariusz, już za chwilę zaczynamy kręcić scenę, w której mam do wypowiedzenia dosłownie dwa zdania, a ja - jak zwykle, gdy atakuje mnie migrena - nie umiem zupełnie nic zapamiętać.  
- Grzesiek, jak się czujesz? - słyszę i podnoszę głowę. Widząc reżysera natychmiast przecieram oczy i staram się ich nie mrużyć.
- Nie najgorzej - mówię, siląc się na uśmiech, który nie będzie grymasem bólu.  
- A ja myślę, że niestety coś ci jest. Jesteś strasznie blady – argumentuje swoje podejrzenia.
- Za dużo pudru, z tym to już pan musi iść do wizażystek – śmieję się. – Dam radę – zapewniam po chwili.
   Reżyser lustruje mnie wzrokiem, po czym kiwa ostrożnie głową i mówi, że mam pół godziny na ogarnięcie się. Chcę zaoponować, powiedzieć, że jestem gotowy, ale ten szybko powstrzymuje mnie ruchem ręki. W głębi duszy jednak przyznaję mu rację – przyda mi się jeszcze trochę czasu.
   Idę do małego pomieszczenia, gdzie mieści się sofa, stolik i dwa krzesła. Na szczęście nikogo tam nie zastaję, więc kładę się na sofie i próbuję się zrelaksować.  
   Nagle słyszę dzwonek mojego telefonu. To tyle jeśli chodzi o spędzenie czasu wśród błogiej ciszy, myślę. Mimo to nie przyszłoby mi nawet do głowy, aby nie odebrać telefonu od przyjaciela.
- Co się dzieje? – po raz pierwszy uświadamiam sobie, że faktycznie moim pierwszym pytaniem zawsze po odebraniu telefonu od Nathana jest ,,co się dzieje?”. Nigdy nie zaczynałem rozmowy z nim od powitania ,,siema”, ,,hej”, czy tym podobne. Zawsze najpierw wolałem zapytać, co się dzieje. Jak gdyby Nathan miał w życiu same problemy. Zrobiło mi się głupio, ale mimo to, gdy Nathan nie odpowiada, znów zadaję to samo pytanie. – Nathan, jesteś? Co się dzieje?  
- Nic – mówi cicho. – Przepraszam.  Ja tylko… Jak się czujesz?
- W porządku.
- Och…
- Nathan, o co chodzi? – nalegam. – Coś się stało? Coś jak skończyliśmy rozmawiać? Coś z Kajetanem? Hej? Odpowiedz.
- Ja… Ja chyba czuję się dobrze. W sensie, Kajetan zabrał mnie wczoraj do parku i ja.. trochę spanikowałem, a dzisiaj jak schodził do pracy to zapytał dlaczego śpię na kanapie i ja go za to przeprosiłem, a on powiedział, że nic się nie stało i, że mnie kocha i…
- Czyli wszystko w porządku – śmieję się cicho. – Skoro powiedział, że nic się nie stało i dodał, że cię kocha to raczej nie masz się czym martwić – zapewniam.
   Nathaniel ma to do siebie, że często zadręcza się zupełnie błahymi sprawami. Wiem, że dużo przeszedł, więc ma swoje powody, ale czasem – tak jak teraz – po prostu przesadza. Wiem, że nie powinienem mu tego mówić. Nie jestem nim, więc nie mam prawa go osądzać.  
- Tak myślisz? – pyta niepewnie.
- Tak, tak właśnie myślę. Nic się nie dzieje, możesz być szczęśliwy.
   Nathaniel jest dorosły, a jednak często potrzebuje zgody na najprostsze czynności. Przyzwyczaił się, że do niektórych rzeczy nie ma prawa i ciężko przekonać go, że jest człowiekiem i - jak każdy - ma prawo czuć wszystkie emocje, mówić i robić to, co on sam uważa za słuszne, nie przejmując się tym, że mógłby zostać przez to ukarany.  Za każdym razem, gdy myślę o tym, mam ochotę wybuchnąć, ale wiem, że to nic nie da. Nathan przestraszy się jeszcze bardziej, a przecież to nie jego wina.
- Nie umiem.
- A może się boisz, Nathan? Może boisz się być szczęśliwy?  
- Tego można się bać?  
- Nie wiem, ty mi powiedz.  
- Tak szczerze to… Trochę boję się, że przyzwyczaję się do tego, no wiesz… szczęścia, a potem… - waha się.
- Nie możesz… Wybacz, nie powinieneś z góry nastawiać się na to, że szczęście i tak minie. W sensie, rozumiesz, są gorsze i lepsze chwile, ale życie właśnie na tym polega. Na różnorodności, a u ciebie...
- U mnie jest constans – przerywa mi.
   Zerkam na zegarek i informuję Nathana, że muszę kończyć, bo reżyser dał mi tylko trzydzieści minut na odpoczynek.  
- Co będziesz dzisiaj robić? – po chwili, gdy nie odpowiada dodaję: - Wiesz, że nie widzę jak wzruszasz ramionami? – w końcu poddaję się i wzdycham. – Przyjadę do ciebie po pracy – czekam chwilę, ale chyba nie miał zamiaru mi odpowiadać.
   Rozłączam się.
   Wchodzę na plan, kiedy akurat mieli zacząć mnie szukać. Staję w wyznaczonym miejscu i wypowiadam kwestię, którą w końcu udało mi się zapamiętać.
- Stop! – słyszę krzyk reżysera. – Grzesiek, podejdź – wywołuje mnie. – Wracaj do domu, nie wiem herbaty się napij,  jutro masz być w pełni sił jasne?  
- Jasne – biorę swoje rzeczy i wychodzę.  

Dodaj komentarz