Odium // Grześ 2010

To nie był zwykły spacer w deszczu, a tym bardziej nie był to romantyczny spacer w deszczu. Zaraz po szkole skierowaliśmy się z przyjacielem do szpitala, odwiedzić jego siostrę. Rok później miałem urywać się z ostatnich lekcji, aby siedzieć pod drzwiami jego pokoju nasłuchując, czy oddycha, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.  
   Nie padało zbyt mocno, ledwie mieliśmy mokre włosy, a jednak na chodniku zgromadziło się dość sporo wody i na złość Nathanowi skakałem w każdą kałużę, która rozpryskując się, brudziła mu spodnie. Widziałem, że go to denerwowało, mimo to nie zwrócił mi ani razu uwagi. Nie jestem pewien, po co to robiłem.
   Z restauracji, obok której przechodziliśmy słychać było dźwięki pianina. Nie potrzebowaliśmy wtedy dużo czasu, aby je zidentyfikować. Nathan natychmiast się zatrzymał. Na jego twarzy zagościł nieśmiały uśmiech, a kąciki oczu zmarszczyły się. Widok uśmiechniętej twarzy przyjaciela zaliczał się od zawsze do najpiękniejszych i zbyt mało docenianych. A przynajmniej tak myślę teraz – w momencie, kiedy każda reakcja twarzy Nathana jest przez niego wymuszana, a uśmiech sztuczny, bo jego oczy już nie cieszą się razem z ustami.  
   Szliśmy do szpitala do jego siostry, ale – mimo że nie powiedzieliśmy tego na głos – wiedzieliśmy, że posłuchamy melodii do końca. Siedzieliśmy więc na schodach przed lokalem. Nie wchodziliśmy do środka, bo to mogło by znaczyć, że faktycznie ociągamy się z pójściem do szpitala. To prawda, ale twarde, mokre schody usprawiedliwiały nas lepiej niż miękkie fotele w ciepłym i przyjemnym pomieszczeniu.
   Wciągnąłem głęboko powietrze, gdy Nathan oparł się na moim ramieniu, widziałem, że ma zamknięte oczy, więc i ja na moment je zamknąłem. I tak siedziałem na twardych, zimnych schodach przed restauracją, na moim ramieniu leżała głowa jednego z ważniejszych ludzi w moim życiu i zasłuchiwaliśmy się w dźwięk jego ulubionej melodii, która była też moją ulubioną.
- Wszystko okay? – zapytał wtedy, a ja nie wiedziałem, dlaczego. – Wydaje mi się, że drżysz – dodał, a ja nie potrafiłem stwierdzić, dlaczego moje ciało tak reaguje. Otworzyłem wtedy oczy i szczerze odpowiedziałem, że nie poczułem, abym drżał.
- Napisz kiedyś list pożegnalny – powiedział z wciąż zamkniętymi powiekami.  
- Raczej nie mam takiej potrzeby – kiedy przyjaciel proponuje ci napisanie listu pożegnalnego nie wiesz jak zareagować. Nie wiesz nawet jak zareagowałeś. Na pewno byłeś zdziwiony, ale to zapewne nie wszystko, co wtedy czułeś.
- Napisz kiedyś list pożegnalny – powtórzył. – To spoko forma wyrzucania z siebie emocji. Teraz też możesz to zrobić, napisać list, wyrzucając z siebie emocje, ale tak w głębi duszy boisz się, że kiedyś poniesiesz za to jakieś konsekwencje, gdy dostanie się on w niepowołane ręce. Kiedy napiszesz list pożegnalny nie czujesz tego lęku, żegnasz się. Nie wiesz, co dzieje się dalej, bo cię już nie będzie – tłumaczył. – Nie chcę, abyś odchodził, ale pisząc wyobraź sobie, że to właśnie zrobisz.
   Pokiwałem głową, choć ten nie mógł tego zauważyć. Nagle role się odwróciły i to on doradzał mi w kwestiach emocjonalnych.  
   Dźwięki pianina nie ustawały, a on był gdzieś indziej. Podejrzewam, że nawet bez nich byłby teraz gdzie indziej.
   Zauważam, że Nathan otworzył oczy.
- Spójrz na mnie – proszę, ale on nie odpowiada przez dłuższy czas.
- Czasem przeniesienie wzroku na inny obiekt jest zbyt męczące – wyrzuca w końcu.
- Przyrównałeś mnie do obiektu? Serio? – śmiałem się i on też się uśmiechnął. A zaraz potem odwrócił do mnie. Miał już poważniejszy wyraz twarzy.
- Przepraszam – tego dnia nie przepraszał, aż tyle, co zwykle, więc nie zareagowałem na to słowo nadzwyczajnie. – Grześ – odsunął się ode mnie, wypowiadając moje imię. Przestraszyłem się, że zrobiłem coś nie tak jak powinienem.
- Tak?
- Czy możemy oficjalnie uznać tę melodię za naszą? W sensie…
- To zawsze była nasza melodia, Nathan – i wtedy znów się przybliżył.  
   Uważam, że mogę uznać tamtejszą rozmowę za jedną z najbardziej udanych w moim życiu, bo ta melodia faktycznie od zawsze była nasza. Parę lat później nauczyłem się ją grać, abyśmy nie musieli czekać na kogoś, kto stworzy nam warunki do wspólnego odpływania w głąb siebie. Nie miałem do tamtej pory styczności z żadnym instrumentem, ale przez pewien czas wychodziłem wieczorami do teatru, gdzie pracował dawny znajomy mojej mamy i pomagał mi się jej nauczyć. Nathan rozpłakał się, gdy mu w końcu zagrałem. Nie kontynuowałem nauki, więc nie potrafię zagrać nic innego, ale to w zupełności mi wystarczy.
   Szliśmy w deszczu dalej, tym razem trzymałem go za rękę, chcąc dodać mu otuchy, w końcu szliśmy do jego siostry do szpitala, choć przez chwilę zdążyłem o tym zapomnieć.  
   Starałem się nie drżeć, ale moje serce roztapiało się w kontakcie z jego lodowatą ręką.
   Po powrocie do domu faktycznie napisałem list pożegnalny, a potem go podarłem i spaliłem na wypadek, gdyby chciał ktoś sobie zrobić z niego puzzle. Mówią, że to pomaga, że to tak jakbyś pozbył się tych emocji, a jednak następnego dnia znów drżałem. Nathan czasem reaguje w podobny sposób, gdy ktoś go dotyka, ale on robi to ze strachu. Ja nie bałem się jego dotyku. Byłem jedynie przerażony faktem, że moje ciało mogłoby reagować na niego także w inny sposób.

1 komentarz

 
  • Aurita

    Dzięki temu rozdziałowi mam ochotę tak naprawdę poznać co tam Grzesiowi w duszy gra, jak zwykle cudownie napisane! (czekam aż ta powieść stanie na mojej półce)