Deszcz cz 28

Deszcz ma nadal dylemat. Otaczają go cztery kobiety, które nie tylko go kochają ale i pragną. On spełnia pragnienia, ale aby te spełnić, musi osiągnąć wewnętrzną akceptację. Jedna z tych osób jest dla niego prawdziwym orzechem do zgryzienia...

                                                                          *

— Szczęściara — moja córka pokazała swoje równe i bielutkie ząbki.

— Chloe, jestem czymś więcej niż ciałem — poczułem się lekko urażony.

— Skoro jesteś nieustraszonym wojownikiem, to gdzie widzisz problem? — zapytała.

— Masz rację. Powinienem realizować siebie i nie zwracać na to uwagi.

— I ja tak myślę. Koi mi mówiła wiele o tym mistrzu Kensi. Podobno niesamowity facet. Może mi coś powie, kiedy go zobaczę i to mi otworzy zrozumienie, kto wie?

Pomyślałem o Rodriguez. Ile przeszła. W zasadzie każdy z nas przeżył swoje piekło. Może Koi nie, ale rozstanie ze mną musiało być dla niej bolesne, nawet jeżeli wiedział, że znowu będziemy razem. Nie wiedziałem nic o Aishy. Być może los jej oszczędził cierpienia.

Rozalinda wyszła z Aishą.

— Działajcie sobie razem, a ja muszę coś zrobić i porozmawiać z dziewczynami. Zaczynam realizować, co postanowiłam.

— Będziesz bezpieczna? — zapytałem Brazylijkę.

— Mam moich zaufanych ludzi, ale wiesz jak jest. Czasem coś się może zdarzyć przypadkowego, ale będę uważać, a moi ludzie będą mieć was na oku, gdyby ktoś wpadł na nasz ślad, jednak sądzę, że jesteście bezpieczni.

— To uważaj na siebie, Rozalindo.

— Dzięki. Pamiętajcie jednak, że gdybyśmy byli razem na zewnątrz, jestem Eleonora.

— Nie zapomniałem — rzekłem.

— Ani ja — dorzuciła Chloe.

— Gdzie Koi?

— Medytuje i ma ćwiczyć.

— Dobrze. Jest mi potrzebna. To lecę.

Po chwili wyszła.

— Lubie ją — powiedziała Aisha.

— Wspaniała kobieta — rzekłem — wiele jej zawdzięczamy.

— Aisha uratowała mnie, Rozalinda uratowała Koi, a ty uratowałeś Brazylijkę. Tylko ja nikogo nie uratowałam — szepnęła Chloe.

— Jesteś powodem, dla którego chcę bardziej żyć, kochanie. Poza tym jesteś tym samym dla Aishy.

Arabka popatrzyła na mnie, a potem na moją córkę.

— Ma pan zupełną rację, panie Euri.

— Aisha, mów mi po imieniu, proszę.

— Postaram się.

Chloe popatrzyła na swoją dziewczynę. Nie zauważyłem ich porozumiewawczego spojrzenia.

— Tato pójdę do Rozalindy i Koi. Aisha ma do ciebie pytania. I nie będę przeszkadzać.

— Córeczko, w niczym nie przeszkadzasz.

— Tatusiu, Aisha poprosiła mnie o to.

Wyszła, a ja zostałem z Egipcjanką.

— O co chciałaś zapytać, Aisha?

Popatrzyła na mnie.

— To trochę delikatna sprawa. Nie jestem taka odważna jak Chloe.

— Nie rozumiem. Jesteś bardzo odważna. Zawdzięczam ci życie mojej córki. Zrobię dla ciebie wszystko.

Uśmiechnęła się.

— Nie trzeba wykorzystywać takich rzeczy. Kocham Chloe, ale nawet gdybym jej nie kochała to i tak bym ją uratowała, gdybym miała choćby szansę.

— Rozumiem co mówisz, ale i tak uważam, że jesteś bardzo odważna.

— Nie jestem. Na przykład teraz.

— Mów śmiało. Chyba ci moja córka mówiła, że jestem bardzo otwarty.

— Tak, mówiła. W takim razie powiem. Chloe mi mówiła co chciała zrobić z tobą trzy lata temu.

Poczułem się dziwnie. Wiedziałem co ma na myśli.

— Jestem jej ojcem, nie mogłem tego zrobić.

— Chloe mówił, że chciałeś.

W końcu się odważyła mówić na ty. Być może z powodu natury dyskusji.

— Nie wiem, czy chcę o tym rozmawiać.

Niby przed chwilą powiedziałem, że jestem otwarty, a zarz potem temu zaprzeczyłem.

— Rozumiem — szepnęła.

Poczułem ją. Była subtelna.

— Jesteś z nią bardzo blisko, dobrze, powiem ci. Chciałem jako mężczyzna, a nie mogłem jako ojciec. Ona to zrozumiała.

— Masz rację Euri co do nas. Będę ją kochać do końca życia, ale w głębi duszy pragnę odpowiedniego mężczyzny.

— Znajdziesz takiego — rzekłem.

— Już znalazłam — odrzekła lekko zawstydzona.

Od razu wiedziałem kogo ma na myśli.

— Kocham Koi — rzekłem.

— Rozumiem — powiedział tylko.

Patrzyłem na nią. To nie była moja córka, ale naprawdę kochałem Koi.

— Ja z nią rozmawiałam — szepnęła.

— Z Chloe?

— Nie, z Koi. Ona się zgodziła. Powiedziała mi, że jesteś wyjątkowy i my wszystkie cię pragniemy. Ona bardzo, ale najmniej to okazuje, ale jest z nami ktoś, kto cię kocha najbardziej. I chyba pragnie podobnie, ale to wypływa z miłości.

— Właśnie, wszystkie mnie kochacie i pragniecie. — roześmiałem się.

— Czyli wyświadczysz mi tę łaskę?

Poczułem się dziwnie.

— Łaskę?

— Teraz już nie mam pewności, podobnie jak Chloe, że nigdy nie będziemy miały mężczyzny, ale od czasu jak mi to powiedziała, co noc o tobie marzę, Euri.

Patrzyłem na nią i miałem dylemat. Czy jestem aż tak atrakcyjny? Miałem zawsze kochające kobiety. Dianę i wcześniej Koi. Chloe odmówiłem z pewnego powodu, ale co mam zrobić z Aishą? Oczywiście mogłem powiedzieć nie i koniec, tylkotylko że taki nie byłem. Pomyślałem o Camilli. Czułem, że gdybym chciał... ale tam chodziło o coś innego. Leczyłem ją albo darowywałem to, co otrzymałem jako dar. Camilla była bardzo szczęśliwa z Georgem i z pewnością nie potrzebowała tego ze mną.

— To jest dla mnie bardzo niezręczne. Jestem otoczony czteroma kobietami i wszystkie one mnie pragną. Koi daje o tym najmniej znać, a ona jedyna jest mi przeznaczona.

— Och, Euri! Wiem, że wygląda to tak z mojej strony. Wspominałam o łasce, ale nie żebym żebrała o to. Wiem, że to specjalny akt i obie strony muszą tego chcieć. Nigdy bym tego nie chciała, gdybyś ty tego nie pragnął.

Uśmiechnąłem się i powiedziałem dosyć miło i łagodnie.

— Wiesz co? Powiem ci, bo rozmawiamy o tym. Czasem mam myśl, że powinienem to zrobić z wami wszystkimi i byłoby po kłopocie. Dziecko dotąd płacze aż nie dostanie mleka.

— Rozmawiałyśmy o tym i wszystkie były na tak.

— O tak? Nawet Koi? — zapytałem zdziwiony.

— Szczególnie ona. Chce cię mieć dla siebie, jeżeli mogę tak powiedzieć, ale wie, że jesteś dobrem, z którym powinna się podzielić.

— Coś takiego! A co by było, gdyby tu była jedna kobieta i czterech mężczyzn?

— Była już taka sytuacja i jest opisana w Mahabharacie.

— Poważnie mówisz?

— To jest opisane w świętych księgach. Synowie królowej Kunti.

— O!

— Ale oni wszyscy byli jej mężami, natomiast ona była nadal dziewicą. Miała na imię Draupadi.

— Coś słyszałem o Mari, matce Jezusa.

— Coś, co nie jest realne, prawda? Skoro kobieta urodzi normalnie, nie może być dziewicą. Jezus miał braci, ale inni upierają się, że to byli kuzyni.

— Tak. Tylko wy nie chcecie być moimi żonami. Chloe by nie mogła.

— Jest najbardziej pokrzywdzona.

Popatrzyłem na Aishe.

— Teraz to żartujesz, prawda?

— Wiem, że tak sądzisz, ale nie. Z nas wszystkich ona najbardziej cię pragnie, jeżeli to można porównywać.

— Aisha, musisz się mylić!

— Zapytaj Koi. Wcale nie żartuję. To moja miłość i nie jest to dla mnie łatwe. Oczywiście nie mam zazdrości. Chloe również jej nie ma. Jeżeli chcesz wiedzieć, tylko Rozalinda ma neutralne nastawienie do ciebie. Oczywiście w jej mniemaniu zrobiłeś dla niej to, co określiła jako uratowanie życia. Bo dałeś jej nowe.

— Och, aż tak? Wiem, że jest mi wdzięczna, ale nie sądziłem, że aż tak bardzo.

— Koi planuje porozmawiać wspólnie, ale najpierw chciałabym z tobą porozmawiała.

— I od ciebie się o tym dowiaduję? Przeżyłem trochę...

Aisha podeszła do mnie i mnie przytuliła.

— Wiem. Bardzo ci współczuję. W twoich oczach straciłeś wszystkich. Tylko dzięki temu, że mi się udało, Chloe żyje.

— Nawet nie wiesz jak wiele ci zawdzięczam — szepnąłem.

Spojrzałem na nią i powiedziałem jeszcze coś, co miałem w sercu.

— Możesz prosić, o cokolwiek, nawet o to.

— Nigdy tego nie zrobię. Wiesz dokładnie czego pragnę i jak.

Oczywiście miałem świadomość o czy mówi. Chciała mnie i szczególnie pragnęła spełnić jedną fantazję. Byłem kimś, kto spełnia pragnienia, ale potrzebowałem jednej rzeczy, dla mnie niezwykle ważnej, żebym mógł to spełnić.

I wówczas zapytałem o coś, co było oczywiste. Niby mi powiedziała, ale potrzebowałem jednego słowa. Sam w swoim środku mógłbym to zrobić w jednym i tylko jednym wypadku. Gdyby mnie kochała.

— Aisha, tu nie chodzi o sam akt i przyjemność, prawda?

— Nie.

— Sądzę, że nawet Chloe tak powiedziała, że chciałaby tylko wiedzieć jak to jest z wybranym mężczyzną, tu chodzi o coś głębszego.

— Oczywiście — patrzyła na mnie swoimi dużymi brązowymi oczami.

— To powiedz mi dlaczego. Powiedz.

— Nie wiem, czy uwierzysz...

— Powiedz.

— Pokochałam cię. I pewne nie uwierzysz kiedy. Tego dnia, kiedy ojciec po mnie przyjechał i zdjęłam burkę. Właśnie wtedy.

Poczułem się dziwnie. Nie mogłem jej nie wierzyć. Coś się we mnie otworzyło i musiałem się szybko o tym przekonać.

— Coś się stało i muszę się dowiedzieć. Najlepiej teraz.

— Dobrze, poproszę, żeby tu przyszła.

Skąd wiedziała, że mam pytanie do swojej córki? Czy wiedziała kogo chcę poprosić? A jeżeli tak, to pewnie wiedziała, o co chcę zapytać.

— Wiesz kogo chcę zapytać?

— Czuję.

— W takim razie może wiesz o co?

— To nie jest aż tak trudne do odgadnięcia.

— Dobrze, to poproś ją.

Usiadłem ciężko. Dotąd sądziłem, że się ułożyło i zostało wyjaśnione, ale w tej chwili uświadomiłem sobie, że wszystko trwa w tym stanie, jak sprzed trzech lat. Po chwili weszła Chloe.

— Chciałeś o coś zapytać, tato?

— Tak.

— Zostawię was — rzekła Aisha.

— Nie musisz — rzekłem.

— Tak będzie lepiej dla was.

Poczułem się dziwnie. Tak specjalnie dziwnie, jak się już czułem kilka razy. Aisha wyszła.

— Chloe. Rozmawiałem z Aishą i właśnie mi wyznała miłość.

— Nie wiedziałeś o tym, że cię kocha? — zdziwiła się bardzo.

— Nie, ale wierze jej. Chodzi mi o to, czy...

Podeszła wolniutko. W jej oczach widziałem tylko jedno. Widziałem to u Koi, codziennie widziałem u Diany. Miłość i to ogromną. Wcale mnie nie pytała i miałem pewność, że wie, iż jej nie odmówię. Usiadła mi na kolanach i zaczęła delikatnie całować w usta. Najpierw tylko w usta, a po chwili doszedł język. Ale w odróżnieniu od tamtych pocałunków, ten był inny. Pełen miłości.

— Chcesz to wiedzieć? Dziwne, że nie wiesz, a może wiesz, tylko ciężko ci to przyjąć. Oczywiście, że nadal cię pragnę i pewnie więcej niż Koi, Aisha i Rozalinda, ale najpierw cię kocham. We wszystkich aspektach i na wszystkich płaszczyznach. Oczywiście, że jest tam i miłość córki, ale to tylko jedna z miłości, które mam do ciebie. Coś się zmieniło w tej sprawie, która jest dla ciebie kłopotliwa. Poprzednio chciałam i czułam, że ty też chcesz. Oczywiście była mama i sprawy z tym związane. Chodzi o to, że teraz chcę tylko, jeżeli ty będziesz chciał. Ale to nie spowoduje zmiany w moim uczuciu. Kocham cię tak jak i ją, na życie.

Odważyłem się to powiedzieć.

— Powiedz jej, że dotknęła jedynego powodu, dla którego bym mógł. Powiedz jej, że mogę. Co do ciebie, odpowiedź jest podobna. Tylko nie chciałbym żadnych trójkątów.

— My też byśmy nie chciały. Przynajmniej w pierwszym razie. Co do Aishy i chyba każdej z nas, my nie chcemy byś mógł, chcemy być chciał. Miłość jest pełna, a fizyczne połączenie powinno być obopólnym aktem pragnienia.  

— Chloe, ty łobuziaku.

Uśmiechnęła się ślicznie.

— Euri, Deszczu, Ame — san, Tumtir i Chuva. Nawet nie wiesz, w jakim jesteś zagrożeniu. — zaśmiała się serdecznie.

Wyszła. No tak. Większość mężczyzn by pękła z dumy, a ja miałem pewne nietęgą minę. Wszystkie mnie chciały i wcale to nie znaczyło, że osobno. Nie wiedziałem naprawdę dlaczego. Nie wiedziałem. Oczywiście największy kłopot sprawiała mi Chloe. Zakodowany stereotyp, o którym inni nawet nie myśleli. Córka. A Chloe kochała mnie tak, bo byłem obok i mnie znała. A mogło to zaistnieć, ponieważ byłem jej ojcem. Gdybym nie był jej ojcem, nie mogłaby mnie tak dokładnie poznać, lecz gdyby nie była moją córką, nie miałbym najmniejszych zahamowań, bo była osobą, która mi całkowicie odpowiadała. Fizycznie, duchowo i psychicznie. Była wprost idealna jak Diana, tylko inaczej. Gdybym odjął tylko jeden aspekt, że jest moją córką, nie zastanawiałbym się ani sekundy.

Po chwili wróciła Koi.

— Porozmawiałeś z córką i Aishą?

— Tak, mieliśmy małą konwersację.

Koi podeszła i pocałowała mnie delikatnie w usta.

— Rozalinda zaczyna przygotowywać tę zaplanowaną akcje. Ona nie jest szalona, wszystko, co robi i mówi, ma sens. Jest niesamowita.

— Sądzisz, że mistrz Kensi - Omura by pochwalił czy zganił nas za udział w takiej akcji?

— Cóż, niszcząc zło, pomagamy zwyciężyć dobru.

— I ja tak myślę. Każdy z tych ludzi pojedynczo jest odpowiedzialny za setki, a może tysiące cierpień. Zabójstwa, śmierć od narkotyków. Ale jedno jest najgorsze, dzieci. Nie mogę uwierzyć, że Hajze szczególnie tym się zajmował.

— Trzeba być pozbawionym sumienia, żeby robić takie rzeczy — szepnęła Koi.

— I ja tak sądzę.

Przytuliła mnie.

— Muszę ci coś wyznać, Euri.

— To powiedz — powiedziałem cicho.

— Bardzo cię pragnęłam przez te lata. Niby trening i medytacje miały to zagasić, ale tylko trzymały w środku. Teraz kiedy jestem blisko, wszystko powróciło.

— To zróbmy to, kochanie.

— Jesteś trochę słaby.

Uśmiechnąłem się szeroko.

— W sensie fizycznym na pewno, ale te sprawy działają inaczej. Od trzech lat nie miałem kobiety. Jestem jak naładowany wulkan.

— Och! Czy sądzisz, że jedna erupcja lawy spowoduje, że będziesz osłabiony iw tych sprawach?

— Raczej nie. Chcesz?

— Bardzo, ale ktoś powinien to otrzymać pierwszy.

— Kto? Aisha?

— Nie, ktoś, kto cię pragnie najbardziej.

— Och!

— Kochanie, nie możesz z tym walczyć. Ona cię kocha jak mężczyznę. Jak przyjaciela. Jedną z jej miłości, jaką ma do ciebie, jest miłość ojca. Sądzisz, że ona nie jest świadoma czym jest taka relacja ojciec- córka? Dla niej to jest jakby była głodna i miała cały czas najlepsze jedzenie, ale za szybą. Ty z tym walczysz, a sądzisz, że ona nie?

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2583 słów i 14620 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto