Deszcz cz 17

Jej oczy nie błagały, ale czy mogłem odmówić? Bardziej już powinienem Chloe, kiedy chciała doprowadzić do zbliżenia. Co prawda do niczego nie doszło, ale było blisko...

Czy mogłem przypuszczać, że wizyta w Nowym Jorku do tego doprowadzi?

Popchnąłem ją delikatnie na łóżko. Widziałem radość w jej oczach.

Przez następne dwie godziny udowadniałem, że nie wszyscy mężczyźni są źli, chociaż sam przecież nie byłem w porządku do kobiety, którą kochałem. Natomiast Rozalinda od momentu, kiedy uwierzyła, że mówiłem prawdę dawała z siebie wszystko. A miała co dawać. Trudno porównywać, ale wiedziałem jedno. Ani Koi, ani Diana, ani nawet Chloe, nie chciały tak dać siebie, jak ta kobieta. I nie robiła tego w sposób ordynarny. Powiem tylko, że więcej w to wkładała serca niż ciała. Podobnie jak Chloe, chciała zapamiętać jedynego mężczyznę w życiu, który dał jej rozkosz. Co prawda córce się nie udało osiągnąć co zapragnęła, ale z tyłu głowy mi chodziła myśl, że nadal będzie próbować, mimo że stwierdziła, że juz zrozumiał, że nie powinna. I co dziwne, poza początkowym całowaniem nie tylko ust, robiliśmy z Rozalindą tylko to, co najbardziej powszechne. Chociaż, gdybym tylko chciał, dostałbym z radością wszystko inne.

Dopiero potem zasnęła. A ja myślałem o tym, kim jestem. Nabrałem na tyle słabości do niej, że nie chciałem po prostu wstać i wyjść. A ona widocznie to wyczuła i otworzyła oczy.

— Wiem, że nie należysz do mnie. Wiem, że pewnie cię już nie zobaczę. Powiem ci coś Euri. Jesteś dobrym człowiekiem. Być może i ja stanę się dzięki tobie lepsza. Dzisiaj, a w zasadzie teraz, coś mi uświadomiłeś. A wiesz dlaczego, bo dałeś mi trochę uczucia, może więcej niż trochę. Ci, tak zwani sprawiedliwi, by to potępili. Może się mylę, ale kobieta, z którą jesteś, to zrozumie, że nie tylko jej nie zdradziłeś, ale że może być dumna, że ma takiego człowieka. Jesteś wyjątkowy. Wierz mi, że nie kłamię. Pozwól mi się pocałować na pożegnanie, dobrze?

— Tak, zrób to.

Po chwili patrzenia w moje oczy i dotykaniu mojej twarzy zaczęła mnie całować. Zamknąłem oczy i czułem jej radość i ból. Czułem jej łzy. W końcu skończyła.

— Dziękuje Euri. Wracaj do domu i bądź szczęśliwy.

Wziąłem taksówkę i pojechałem do centrum. Chodziłem po wielkich sklepach i oglądałem rzeczy, których nie chciałem kupić.

Za kilka godzin siedziałem już w samolocie. Leciałem wieczorem, kilka minut po ósmej, a w Londynie miałem wylądować o dziesiątej rano.

Znowu zrobiłem coś złego, co ktoś inny uznał za samo dobro. Rozmyślałem trochę o wszystkim. Dzieciach, żonie, bracie. Koi, mistrzu Kensi - Omura i o ostatnim spotkaniu z Yakuza. I na końcu o Rozalindzie. Czy to, co zrobiłem, przyniesie jakaś korzyść? Kochałem bardzo moją żonę i nie byłem zbyt dumny z tego, co się stało. Oczywiście mogłem odmówić, ale wówczas co? Sama przyjemność z aktu miała dla mnie drugorzędne, a może nawet mniej istotne znaczenie. Zrobiłem to tylko, by wzmocnić nadruszoną samoocenę u Rozalindy.

Samolot schodził o lądowania na Londyńskim lotnisku. Poza tą delikatna sprawa dotycząca mnie i Brazylijki, wszystko inne rysowało się w różowych kolorach. Wiedziałem, że pewnie kiedyś powiem o tym Dianie, nie chciałem jednak robić tego na dzień dobry.

Na lotnisku nie czekał mój kierowca, ze zrozumiałych względów. Nie spodziewałem się żony, bo miała czekać w domu. Nad Londynem wisiała ciężka mgła, ale raczej nie spodziewano się dzisiaj deszczu.

Wyszedłem z lotniska prawie w samo południe. Powinienem był zobaczyć co w pracy i zrobiłem to, mimo zmęczenia związanego z powodu różnicy czasu i samym lotem. Betty przywitała mnie smutnym uśmiechem. Nigdy nie widziałem niej innego.

— Witaj, Betty. Czy są jakieś ważne wiadomości? Od brata, z policji?

— Nie Euri. Chyba to najbardziej spokojny tydzień, od kiedy pracuję dla organizacji.

— To dobrze. Jestem trochę zmęczony i pojadę do domu. Jutro przybędę na czas, a po południu wraca Hajze.

— Dobrze, ja zostanę do końca dnia. Będę informować, gdyby coś się stało.

— Dziękuję Betty. Do jutra.

Chciałem ja minąć i wyjść i już to prawie zrobiłem, kiedy nagle złapała moją dłoń. Zatrzymałem się w miejscu i spojrzałem na nią zdziwiony.

— Betty?

Patrzyła na mnie swoimi dobrymi, ale zmęczonymi i smutnymi oczami.  
— Jak poszło w Nowym Jorku?

— Dobrze. Przyjęli moją rezygnację pozytywnie.
— Uważaj.

Puściła moją dłoń. Nadal patrzyłem na nią, ale ona odwróciła wzrok i zajęła się papierami. Stałem chwilę w nadziei, że coś jeszcze powie.

— Uważam. Co miałaś na myśli? — zapytałem w końcu.

Podniosła oczy i popatrzyła na moją twarz.

— Nic. Trzeba uważać, to wszystko.

Wiedziałem, że niczego więcej nie powie. Ruszyłem ku drzwiom.

— Dziwna kobieta — powiedziałem cicho do siebie, kiedy stałem już w windzie i jechałem w dół. Dochodziła pierwsza. Pomyślałem, że Diana się ucieszy, kiedy mnie zobaczy i wówczas spadło na mnie większe poczucie winy. Dlatego, zamiast jechać prosto do domu, zamierzałem po prostu jechać do jakiejś kawiarni i posiedzieć przy kawie i wszystko jeszcze raz przemyśleć.

Każdy chyba ma czasem wrażenie, że mieszka w nim drugi. I pomiędzy nimi trwa walka. Kiedy pierwszy czyni dobro, drugi usiłuje go namówić do złego. A kiedy ten pierwszy postępuje nie tak jak powinien, ta druga osobowość go karci i namawia do poprawy. I taka sytuacja miała teraz miejsce. Dojechałem do zwykłego Starbucksa. Rzadko odwiedzałem kawiarnie, w tego typu, zawitałem chyba drugi raz. Zamówiłem latte i ciastko marchewkowe. Usiadłem na krześle. Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy kelnerka podał kawę i ciastko. Myślałem o tym, co miało miejsce.

Czy należałem do typu ludzi, których było można namówić na takie sprawy? Najpierw córka, a teraz kobieta mająca opinię demona. Nawet jeżeli Diana mi wybaczy, bo chyba nie wchodziło w rachubę, że nie będzie miało to dla niej znaczenia, to, w jakim świetle mnie to stawiało? Postanowiłem nigdy więcej nie dopuścić do takiej sytuacji i zasadniczo nie mieć więcej żadnego fizycznego kontaktu z inną kobietą niż żona.

Kiedy tak postanowiłem natychmiast pojawiły się myśli usprawiedliwiające. Oba przypadki nie miały nic wspólnego, poza faktem, że miało to pozostać długo w mojej pamięci. Obie łączyło to, że wybrały kobiety. Nie miałem pewności czy tak dalej z nimi będzie. Chloe mimo młodego wieku, pozostała ukształtowana. Aisha znaczyła dla niej wiele i byłbym zdziwiony, gdyby ją zostawiła lub czego może bym nawet chciał, zostawiła i znalazła sobie dobrego mężczyznę. Bo w jej przekonaniu ten jedyny i najodpowiedniejszy pozostawał zajęty. Uśmiechnąłem się z powodu tej myśli. Musiałem powiedzieć o tym Dianie. Tylko nie wiedziałem jeszcze, kiedy i jak. Raczej nie liczyłem, że mnie zostawi. Dopuszczałem wymówki, liczne pytania, ale raczej wizja awantury nie mieściła się w mojej wyobraźni. Z jej poprzedniej rozmowy wynikało, że nie potępiłaby mnie, nawet gdybym zrobił to z Chloe. Diana miała rację. Nie chodziło o nią ani o Chloe. Chodziło tylko o mnie. W moim odczuciu byłem zły i niemoralny, ponieważ chciałem tego. Nie chciałem cały czas, ale wiedziałem, że wówczas tego popołudnia, kiedy zostałem sam z córką, chciałem. Nie pozwoliłem sobie na to z powodu wartości uznanych przez innych. Co do Rozalindy wcale nie miałem pewności, że powiem o tym żonie. Nie dlatego, że się bałem. Wiedziałem, że wpływowa członkini zarządu Syndykatu w żaden sposób nie prowadziła ze mną gry. Tylko moje słowa spowodowały otwarcie w niej najbardziej skrywanego sekretu i źródła bólu. Chyba każda kobieta pragnie dobrze wyglądać, ale w jej przypadku, chodziło jeszcze o coś. O zmianę jej nastawienia do mężczyzn jako całości. Pozornie twarda i bezkompromisowa, trzymała w sobie pamięć gwałtu, poniżenia i wykorzystywania. I kiedy padły już niektóre słowa z moich ust, nie mogłem postąpić inaczej. Nic poza samym aktem, by jej nie przekonało.

Raczej nie groziło mi ponowne spotkanie z Ramirez, bardziej obawiałem się córki.

Z pewnością miałem do niej słabość i pewnie nie widziałem wówczas innego rozwiązania i, prawdę mówiąc, aż do tej pory nic się nie zmieniło. Potrafiłem jej odmówić raz, ale czy umiałbym drugi? Powstała we mnie pewna myśl, której zamierzałem użyć jako samoobrony, gdyby jednak to zaistniało. Ale aby to mogło zadziałać, Diana musiałaby o tym już wiedzieć. Zobaczyłem siebie pierwszy raz w innym świetle. Twardy i zdecydowany człowiek, poświęcony demonicznej pracy, przed którym drżeli wysocy urzędnicy policji czy nawet wielcy świata przestępczego, nie potrafił obronić się przed własną córką. Postanowiłem również zaasekurować się na przyszłość i w związku z tym zamierzałem uprzedzić Chloe o mojej decyzji. I jak na tę chwilę, postanowiłem pozostać nieugięty. W najgorszym razie, co już całkowicie nie mieściło się w kodeksie wojownika, zamierzałem uciec. Och ile kosztowało mnie złe ocenienie tamtych słów Koi! Ale zawsze jak w każdej takiej chwili przemyśleń, miałem myśl, że gdybym wtedy został, nie poznałbym cudownej istoty, jaką niewątpliwie jest Diana i nie przyszłyby na świat dwie bliskie mi istoty. Nie chciałem dopuścić do świadomości, że Remi jest zły, a nawet, jeżeli, to ja ponosiłem za to winę.

Zapłaciłem za kawę i ciastko i znowu zamówiłem taksówkę. Tym razem chciałem zobaczyć żonę. Co więcej, pierwszy raz chciałem pojechać z nią po dzieci.

Dotarłem do domu kilka minut po drugiej, czyli mieliśmy niespełna godzinę do końca szkolnego dnia, naszych dzieci.

Otworzyłem drzwi. Musiała mnie usłyszeć i znalazła się szybko przy mnie.

— I co? — zapytałam krótko.

Pocałowałem ją na przywitanie.

— Pozwolili mi odejść, ot, tak sobie.

— Och, to dobrze. Naprawdę się cieszę.

Weszliśmy do salonu. Diana spojrzała na zegar stojący w rogu, bo taki mieliśmy. Pasował do całości wystroju. Wysoki na metr i mający podobnie jak reszta mebli, ciemny kolor. Podczas wybijania godzin i kwadransów wydawał miłe dla ucha dźwięki.

— Nie mam dużo czasu, niedługo dzieci kończą szkołę...

— Pojedziemy razem, kochanie.

Dostrzegłem krótki uśmiech i radość.

— Dobrze, z pewnością dzieci się ucieszą. Nawet Remi raz zapytał gdzie i po co pojechałeś.

— Och, czyli Hajze mu nie powiedział? Być może wziął sobie do serca moje uwagi i zaniechał indoktrynowania naszego syna.

— Być może masz rację, skarbie — wtuliła się w moje ramiona.

Przytuliłem ja i szepnąłem.

— Jesteś moim dobrym snem. Kocham cię bardzo i jestem z tobą taki szczęśliwy. Postaram się wynagrodzić wszystko, w czym nawaliłem.

Spojrzała mi prosto w oczy.

— Ależ kochanie! W niczym nie uchybiłeś. Zawsze czułam się z tobą szczęśliwa, od samego początku. Czas z tobą to najlepsze chwile w moim życiu.

Pocałowała mnie delikatnie w usta. Poczułem się dobrze. Cóż potrzeba człowiekowi do szczęścia. Wystarczy dwa słowa i bliskość ukochanej osoby.

— Szkoda, że musimy jechać — szepnęła.

Wyczułem podtekst.

— Będziemy mieli teraz więcej czasu dla siebie.

— Ja zawsze miałam — szepnęła.

— Wiem, to wszystko moja wina — powiedziałem cicho.

Pogładziła mój policzek.

— Nie powiedziałam tego z żalu. Nie czuj się, nie masz o co. Człowiek jest uwikłany w różne sprawy, nazywane potocznie życiem. Ale zawsze pozostaje w nim centrum, to kim naprawdę jest. A u ciebie jest to czystym ciepłem i dobrocią.

— Robiłem złe rzeczy, jak możesz tak mówić!

— Robiłeś, ale nigdy nie chciałeś zła. Dlatego się nie obwiniaj. A teraz dokonałeś właściwego wyboru i już nie będziesz musiał robić tego, czego tak naprawdę nigdy nie chciałeś.

Staliśmy chwilę przytuleni.

— Jedźmy — powiedziałem.

Po chwili weszliśmy do garażu.

— Będziesz umieć prowadzić Royce?
Nie miałem pewności czy żartuje, czy mówi poważnie, ale odpowiedziałem.
— Chyba dam radę.

Aktywowałem alarm i wyjechaliśmy. W Londynie jest zawsze umiarkowany ruch, może w nocy nieco maleje. W tej godzinie jak teraz jest znaczny. Właśnie z powodu, że dzieci kończą lekcje.

— Jak z Chloe, wszystko z nią dobrze? — zapytałem.

— Tak. Jest trochę niespokojna, ale próbuje to ukryć, ale teraz, podobnie jak ja, odetchnie. Remi bez zmian. Poza tym jednym pytaniem nie dał poznać co czuje. Być może po jakimś czasie nastąpi w nim zmiana...

— Diano, co myślisz o tym żeby kiedyś wyjechać w inne miejsce?

Spojrzała na mnie, ja musiałem koncentrować się na ulicznym ruchu i nie mogłem często na nią spoglądać.

— To chyba jak dzieci skończą edukację. Z pewnością nie teraz.

Wiedziałem co miała na myśli, kiedy kończyła zdanie. Nasz syn chyba nie miał bliskiego kolegi. Podczas krótkich rozmów z nauczycielami słyszałem tylko, że jest zdyscyplinowany, pracowity i nieco zamknięty. Rozmawia z innymi, ale raczej jest na uboczu. Przez to przez jakiś czas stał się obiektem ataków, ale dał radę, jak sam powiedział, dzięki temu, że Hajze nauczy go paru technik obronnych.

Dlatego wiedziałem, że głównie chodziło jej o relację córki. Chyba nie chciałaby rozstania z Aishą, skoro to miało być na życie.

Kiedy to powiedziała ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że mówi poważnie. A skoro Ahmed kochał swoją córkę, również nie chciałby jej rozdzielać z jej wybraną osobą.

Pomyślałem przez chwilę o nim. O ile ja miałem pewne zastrzeżenia do związku córki z Aishą, to on musiał mieć ciężej. Ale ostatecznie prawdziwa miłość nie zna barier. W jego kraju pewnie sytuacja byłby zgoła inna. Nacisk kulturowy, a szczególnie religijny w krajach islamskich jest dużo silniejszy. Niestety w kilka krajach islamskich jest za to kara śmierci.

Dojechaliśmy pięć minut przed czasem. Samochodów przybywało.

Nasze dzieci chodziły do prywatnej szkoły o wysokim standardzie. Obserwowałem wyjście z budynku. Jednocześnie część mojej percepcji pochłaniał dłoń Diany, bowiem nie tylko, że trzymała moją, ale delikatnie masowała wskazującym palcem, jej wierzch.

Młodzież zaczęła wychodzić. Po mniej więcej trzech minutach dostrzegłem Remiego, a chwile później Chloe. Oczywiście i córkę Ahmeda u jej boku. Nie afiszowały sie trzymaniem dłoni. Prawdopodobnie poza naszym synem nikt nie wiedział, jaka jest między nimi relacja. Mimo że w Anglii te sprawy nikogo nie dziwiły, moja córka i Aisha postępowały bardzo rozsądnie. Wiedziałem, że moja córka nie jest głupia. Nie traktowała swoich kolegów inaczej jak z lekkim, bardzo wywarzonym dystansem. Ponieważ jedną z reguł tej szkoły było nieafiszowanie się z relacjami, nie musiała specjalnie udawać. Kiedyś rozmawiała ze mną o tym.

Spojrzałem na żonę i powiedziałem cicho.

— Wyjdę po nich.

Diana tylko delikatnie skinęła głową. Wyszedłem z samochodu i szukałem wzrokiem Ahmeda. Wiedziałem również z relacji córki, że jego żona, Fatima, prawie nigdy nie przyjeżdżała po córkę. Wyjątkowo, bo to niespotykane w arabskich rodzinach, Fatima i Ahmed mieli tylko córkę. Zwykle arabskie małżeństwa posiadały liczne potomstwo. Dostrzegłem go i po kilku krokach podeszliśmy do siebie.

— Witaj Ahmedzie.

— Witam, panie Parker.

— Cóż za oficjalny ton! Prosze mówić mi po imieniu.

Spojrzał na mnie z małym smutkiem i rzekł cicho.

— Pewnie powinienem. W końcu któregoś dnia będziemy bliżej. Nie jestem z tego powodu zachwycony i jest to w pewnym sensie cios w moją wiarę, ale mamy tylko jedno dziecko i nie mogłem tego nie przyjąć.

Ponieważ usłyszałem takie wyznanie, miałem pewność, że poprzednie jego oświadczenie, u nas w domu, dobrze odebrałem.

— Cóż, podobnie i ja. W takich sprawach nie można naciskać. Nikt na tym nie wygra, przeciwnie, wszyscy stracą. W naszym wypadku może to ja zawiniłem, zbyt rzadko gościłem w domu.

Spojrzał na mnie.

— W moi wypadku popełniłem inny błąd. Zbyt mocno naciskałem na sprawy religii. W tym wszystkim nie dostrzegałem córki i kim jest. Ten reżim z mojej strony zrobi z niej twardą osobę.

— One są szczęśliwe, być może czas to zmieni.

Spojrzał na mnie.

— Nie wiem, jaka do końca jest pańska córka, ale znam swoją. Jest twardsza niż ja...

Musieliśmy skończyć konwersację, bo nasze dzieci juz dochodziły do nas. Remi szedł nieco z dala za siostrą i jej przyjaciółką. Wolałem tak nazywać Aishę, nawet w myślach niż tytułować ją inaczej.

— Tato! — Chloe podeszła szybciej i przytuliła mnie mocno.

— Witaj córko — Ahmed również powitał córkę.

— Ojcze — odrzekła tylko.

Delikatnie wyzwoliłem się z objęć córki i wyciągnąłem otwarte ramiona w kierunku syna. Niestety nie przytulił się, tylko skinął głową.

— Przyjechałeś — rzekł tylko.

Miał co prawda przyklejony uśmiech na twarzy, ale nie wyczułem specjalnej radości z faktu, że mnie widzi. Poczułem nieprzyjemny prąd w ciele. Czemu tak reagował!?

— Tak, wróciłem synu. I przywiozłem dobre wieści, ale o tym porozmawiamy w domu.

— Oczywiście — burknął tylko.

Odszedł i wszedł do Rolls Royce. Widziałem, że Diana zaczęła mówić coś do niego z uśmiechem, ale po chwili jej lico okrył smutek.

— To do zobaczenia Ahmedzie i Aisho. Pewnie niedługo się zobaczymy.

Jeszcze raz spojrzałem na Ahmeda.

— Proszę pozdrowić żonę.

— Dziękuję, pozdrowię.

— Fajnie, że pan juz jest, panie Euri — rzekła Aisha i uśmiechnęła się do mnie miło.

Nie miała na twarzy burki. Po chwili oddalili się w kierunku swojego Mercedesa.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 3281 słów i 18133 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Choc

    Uff,ale napięcie.
    Czekam,kiedy Euri, wejdzie da drogę zemsty.

  • AlexAthame

    @Choc To trochę potrwa, czytałaś początek?I będziesz nieco zaskoczony.Deszcz ma bardzo nietypową osobowość.Nie jest zupełnie identycznie ale poczytaj Krzyżakow,  Sienkiewicza i zobacz postawę Juranda za Spychowa.