Czarne i białe cz 3

Oczywiście wiedziałem, że właścicielem niebieskiego samochodu jest 62-letni Colem Solgreen. Bezrobotny. Drobny pijaczek i karciarz. Obecnie w stanie upojenia alkoholowego. Mike posiadał laptop, Asus VivoBook za niecałe 400 $. Wszedł na stronę główną. Przytomnie pobrał Wi—Fi z komórki. Wystukałem kod dostępu i po trzydziestu sekundach otrzymaliśmy dane.

— Colen Solgreen, lat 62. Bezrobotny. Raczej nie będzie potrzebował samochodu przez najbliższe godziny.

Na szczęście Mike nie pytał, skąd to wiem. Po prostu mi uwierzył. I dobrze zrobił.

— To jedźmy. Jesteś sprawny, a umiesz strzelać ?

— Nie za bardzo.

— Nie szkodzi. Nauczę się. Znam się na tym. Rozumiesz, kontakty z policją.

Spojrzał na mnie. Wiedziałem, że to ten czas. W końcu musiał zapytać.

— Kim jesteś?

— Pomagam ci. Prosiłeś.

— Prosiłem Boga.

— Ale ty nie jesteś Bogiem.

— Nie jestem. A tak naprawdę skąd wiesz, że Nim nie jestem? Twoje przeczucia cię nie mylą, ale nie mogę ci na razie powiedzieć wszystkiego, więc zrobię to tylko częściowo. Ale zanim to uczynię, sam zadam ci pytanie. Chcesz żebym ci pomógł znaleźć córkę?

— Bardzo.

— Dobrze, zrobię to, ale w zamian zrobisz kilka rzeczy dla mnie, dobrze?

Nie chciałem mu mówić, że decyzje tę podjąłem już na początku. Jak do tej pory nigdy nie robiłem niczego innego jak tylko to do czego zostałem stworzony.

— Zrobię — odrzekł Mike.

— W porządku. To mamy układ. Mam ciało Ahmeda Haddada.

— A co z Ahmedem?

— Został zabity w wyniku wybuchu bomby. Nie miał bliższej rodziny. Wśród żywych. Wszyscy jego bliscy zginęli. Widzisz, ten świat... to nie jest zbyt dobre miejsce.

— Wiem. Zrobię wszystko co tylko będę mógł.

Uśmiechnąłem się.

— Nauczę cię. Znam się trochę na wielu sprawach. Zostaw komórkę w wozie. Laptop również. Idziemy.

Nie ociągał się. Zrobił o co prosiłem.

Tak jak wiedziałem, Buick był otwarty. Colem często zapominał kluczyków, dlatego trzymał wóz otwarty, a kluczyki chował pod wycieraczką. Mike otworzył drzwi.

— Otwarty.

— Poszukaj kluczyków.

Sprawdził w kasetce na dokumenty. Potem nad głową kierowcy. W końcu pod wycieraczką. I tam je znalazł. Zapalił wóz.

— Jedź autostradą 580 w kierunku San Rafael, ale za Oakland skręcisz w 80, a potem w drogę 101, w kierunku Golden Gate National park. Potem pojedziesz droga numer 1 do Muir Beach. Tam zobaczysz luksusowy jacht. Tam chcą zawieść twoją córkę. Musisz się pospieszyć, bo odpływają za dwie godziny. Raczej nie dogonisz Lexusa, ale jak się postarasz, złapiesz samochód, który wiezie Lori, zanim kierowca dowiezie ją do jachtu. Wówczas będziesz miał dużo większą szansę, by ją odzyskać... Tylko jedź przepisowo.

— Alison mówiła, że zbrodniarz przyjechał mercedesem.

— Tak, ale potem przełożył ciało do czarnego Lexusa 570 LX.

— Czy Lori żyje?

— Gdyby chcieli ją zabić, zginęłaby razem z matką.

— Wiesz więcej...

— Wiem wszystko. Na ten moment. Ale nie bądź zbyt szybki. Pomagam ci, prawda?

— Tak. Czy to stało się dlatego, że nie byłem dobrym człowiekiem?

— Jesteś dobry.

— Czyli dlaczego?

— Jedź, Mike.

— Susan będzie płakać.

— Tak, ale na to na razie nie możesz nic pomóc. Widzę, że dobrze sobie radzisz.

Mike ruszył. W baku pozostało tylko z dziesięć litrów. Colem jeździł zawsze na minimum. Mike podjechał na pierwszą stację Shell. Był naprawdę inteligentny. Zapłacił sześćdziesiąt dolarów gotówką. Kupił również dwie kanapki z serem, szynką i pomidorem. Wziął również dwie wody.

— Proszę, to dla ciebie.

Na razie nie jestem głodny — powiedziałem.

Zacząłem się zastanawiać. W końcu żyłem w ciele człowieka. A ciało potrzebuje energii. Na tą chwilę pobierałem ją inaczej niż większość ludzi.

— Dasz córce.

Wiedziałem, że przyjmie tę informację pozytywnie. Potrzebował wsparcia duchowego.

Jechał szybko, ale poprawnie. Zwracał uwagę na znaki. Po godzinie i dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. W dali dostrzegliśmy czarnego Lexusa.

— To ten?

— A jak sądzisz?

— Pewnie ma broń.

— Z pewnością.

— Czy to on zabił moją żonę?

— Nie, ale wie kto to zrobił.

Mike zatrzymał samochód. Otworzył bagażnik. Po chwili wrócił z piętnastocalową stalową rurką. Ludzie często używają takiej do wspomagania klucza do zdejmowania koła.

— Co myślisz zrobić?

— Kiedy stanie, zapytam go o drogę.

— Niezła myśl, ale co ci to da?

— Faktycznie. Coś muszę wymyślić, żeby wyszedł na zewnątrz. Przypuszczam, że jest sam.

— Tak. Jest sam. Myśl szybciej.

— Pomożesz mi?

— Pomagam.

— Pomyślałem, że może wprzedzę go i stanę na szosie. A ty położysz się na drodze. Będziesz udawał nieżywego.

Zacząłem się śmiać.

— To najlepszy dowcip, jaki ostatnio słyszałem. Dobrze. Ale musisz się pospieszyć. On ma być na miejscu za piętnaście minut. A tam będzie kilku ludzi z karabinami maszynowymi.

Mike ruszył ostrzej. Skręcił w lewo, za dwa kilometry w prawo i znowu w prawo. Musiałem mu pomóc. Dlatego kierowca Lexusa zatrzymał samochód za potrzebą. Ponieważ miał kłopoty z nerkami z powodu nadużywania alkoholu, trochę to trwało. Dojechaliśmy na drogę, zanim się tam pojawił. Mike zatrzymał samochód, otworzył drzwi i wyszedł. Ukrył się za prawą stroną przy przednim błotniku. A ja położyłem się na drodze. Wyglądało, że Pan zaakceptował i te moje poczynania. Sprawdziłem sumienie kierowcy. Martin Klacht pochodził z Niemiec. Zabił do tej pory cztery osoby. Miałem 50% szans, że się zatrzyma.

Każdy ma możliwość poprawy. Ten gość nie wyglądał na takiego, ale pozostało w nim trochę sumienia. Tak naprawdę był najmniej zły z całej reszty. Wiedział czym zajmują się panowie na jachcie. Mieli tam jeszcze trzy dziewczynki w wieku dwanaście, jedenaście i dziesięć lat. Wszystkie miały zostać sprzedane by zaspakajały żądze jakiś bogatych zboczńców. Oni uważali to za normalne, ponieważ ich prorok miał dziewięcioletnią żonę.  

A jednak zamierzał przynajmniej sprawdzić co sie stało leżącemu na drodze. Poczułem, że zwalnia. Zatrzymała się. Otworzył drzwi i wyszedł. Pochylił się nade mną. Otworzyłem oczy.

— Serce — szepnąłem.

— Nie mam cza...

Dalej nie zdążył. Mike walnął go mocno w głowę. Zdolny chłopak. Otworzył bagażnik, potem sprawdził mu kieszenie. Martin miał pistolet i nóż. Gdyby Mike służył w wojsku...

Jakkolwiek i tak radził sobie dobrze. Związał mu ręce w nadgarstkach, z tyłu. W bagażniku znalazł linkę. Związał mu również nogi przy stopach, a następnie skrępowała razem nogi i ręce. Wsadził Martinowi kawałek szmaty do ust. Podniósł nieprzytomnego bandytę i wrzucił do bagażnika.

Dopiero wówczas poszedł do vana. Chciałem odczuć jego radość. Wstałem i usiadłem obok kierowcy. Po chwili wrócił z Lori na rękach. Płakał.

— Uśpili ją.

— Tak. Postarałeś się nieźle, ale zrobiłeś jeden błąd.

Otworzył tylne drzwi i ułożył córkę na tylnym siedzeniu.

— Tak, jego komórka. Mogą nas namierzyć.

— Zuch.

Otworzył bagażnik i po chwili wrócił z komórką Martina.

— Pewnie ma tu trochę danych.

— Nie jesteś jeszcze gotowy.

Spojrzał na mnie krótko. Rzucił komórkę na jezdnię i rozdeptał butem.

— Wracamy?

— A chcesz tu czekać na tych ze statku?

— Tam pewnie jest więcej takich dzieci jak moja córka, prawda?

Uśmiechnąłem się.

— Tak. Trzy osoby. Zawiadomimy straż przybrzeżną. Podamy im nazwiska ofiar. Inaczej nam nie uwierzą.

— Czy ruszą za kilka minut?

— Nie. Bo komuś bardzo zależy na twojej córce. Oczywiście nie powiem ci teraz ich nazwisk. Sam dojdziesz. To jedna ze spraw, o którą cię poproszę.

— Dobrze. Gdzie jest zabójca mojej żony?

— Na razie tam, gdzie był wcześniej. Za jakieś trzydzieści minut dostanie telefon, że przesyłka nie doszła. I wówczas będzie wiał.

— Przed nimi?

— Tak. W tym fachu nie ma niewykonanych zadań. Wykończą go, chyba że ucieknie.

— Powiesz mi adres?

— Za jedną przysługę, trzy.

— Zrobię wszystko, już ci mówiłem.

— Masz dwie córki. Nie masz żony. Kto się nimi zajmie?

— Tak, masz rację. Będę ci posłuszny.

— Jedź. Mała się wkrótce obudzi. Głodna i spragniona. Może zdążysz. Broadway i San Jose w dzielnicy Alameda.

Mike jechał szybko, ale nadal zgodnie z przepisami. To, że odzyskał Lori, tylko nieco osłabiło jego ból. Dostrzegł garaż, to musiał być ten właściwy. Rzucił okiem na swoją córeczkę.

— Śliczna jest...

— To dlatego — rzekłem.

Mike spojrzał na mnie dłużej.

— Co zamierzasz? — zapytałem.

— Zadzwonię, a jak otworzy, przywalę mu rurką...

— Widzisz tam, to kamera. Pewnie nie jest sam.

— Chcę go zabić — rzekł głucho Mike.

— Jak chcesz...

— Powiedziałem, że będę ci posłuszny. Staram się zawsze dotrzymywać słowa.

— Tak, wiem o tym. Dlatego między innymi ci pomagam. A wierz mi, robię to pierwszy raz.

— Dobrze, to co mam zrobić?

— Idź i zapukaj — odrzekłem.

W końcu to mogłem dla niego zrobić. Wpłynąłem na pozostałych trzech bandytów, że zostali w środku. Oczywiście zakłóciłem połączenie telefoniczne z tymi z jachtu. Mogli być tu za dwadzieścia minut. Lori spała, ale mogła się obudzić w każdej chwili. Zdziwiło mnie, ze Mike nie wziął ani pistoletu, ani rurki. Czułem go i pokiwałem tylko głowa z niedowierzaniem.

— Odważny i dobry mężczyzna — powiedziałem cicho.

Mike zadzwonił do drzwi. Morderca Tracy miał na sumieniu siedemnaście ofiar. Zabił sześć dorosłych kobiet i siedmiu mężczyzn. Najmłodszy z nich miał dziewiętnaście, a najstarszy siedemdziesiąt trzy lata. Tylko czworo z nich miało coś poważnego na sumieniu. Z prostej matematyki wynikało, że uśmiercił czworo dzieci. Na szczęście brunet o tym nie wiedział.

Jacque Laplass miał trzydzieści cztery lata i pochodził z Marsylii. Karierę zabójcy zaczął w wieku lat dziewiętnastu. Pozostało w nim około jednego procenta sumienia.

W wieku dwudziestu dwóch lat zadrżała mu ręka, kiedy zastrzelił kobietę w ósmym miesiącu. Dzięki temu dziecko uratowano.

Morderca Tracy otworzył drzwi, a pistolet miał umieszczony z tyłu, za paskiem spodni. Mogłem być tysiąc kilometrów i tak bym słyszał rozmowę. A znajdowałem się o tylko osiem metrów od wejścia.

Laplass nie poznał Mike’a, a może nie dali mu zdjęcia.

— Czego pan sobie życzy?

— Zabiłeś dziś rano moją żonę, Tracy Celvenn. Odzyskałem moją Lori. Powinienem cię zabić, bo jesteś złym człowiekiem, ale wybaczam ci.

Mike odwrócił się i zaczął wracać w kierunku Buicka. Jacque zamarł na chwilę. To ten jeden procent sumienia jeszcze się w nim tlił. Ale trwało to może półtorej sekundy. Wyciągnął pistolet i wymierzył prosto w plecy bruneta.

Zrobiłem dzisiaj już trochę i musiałem jeszcze trochę zrobić.

Zanim nacisnął spust, stanąłem przed nim w mojej prawdziwej postaci. Tej dla takich złych ludzi jak on.

— Jesteś niewarty piekła. Człowiek ci wybaczył, a ty mu chcesz strzelić w plecy?

Mogłem nic nie mówić i tak mój widok zrobiłby swoje. Ponieważ pierwszy raz w historii pozwolono mi na bycie niejako w ludzkiej skórze, zacząłem odczuwać też ludzkie odczucia. Oczywiście nadal nie utraciłem nic z moich poprzednich wartości. Mówiąc prosto, morderca Tracy mnie wkurzył. Opuścił lufę i schował się do domu. Mike wrócił do samochodu. Znalazłem się przed Jacque szybko i równie prędko wróciłem, tak że brunet niczego nie zauważył.

— Postąpiłeś bardzo szlachetnie — westchnąłem — prawdę mówiąc, wzruszyłem się.

— Dziękuję — powiedział smutno.

— Tracy jest w dobrym miejscu, nie martw się.

— Kocham ją nadal, ale dzieci...

Cóż, z tymi odczuciami miałem do czynienia od tysiącleci.

— Co zrobisz z tym kierowcą Lexusa? — zapytałem.

— Zawiozę go na posterunek policji i tam go zostawię.

— Wówczas się wywinie — powiedziałem.

— W naszym kraju system sprawiedliwości działa źle?

Spojrzałem na niego z sympatią.

— Przekonasz się sam. Sugeruję zostawić go przed tym domem i to teraz.

— To wówczas go uwolnią.

— Myślisz jak porządny człowiek, a ci tutaj nie są dobrzy. Ten, którego masz w bagażniku zabił cztery osoby. Jacque siedemnaście.

— A to łajdak.

Usłyszeliśmy strzały.

— Strzelają — powiedział Mike.

— Tak. Podejmij decyzję w miarę szybko. Tamci za niedługo tu będą.

— Wrócą do mojego domu?

— Nie Mike. Lawina nie schodzi dwa razy tą samą drogą i piorun nie uderza dwa razy w to samo miejsce. Z tym piorunem jest może bardziej prawdziwie.

Dostrzegłem delikatny ruch głowy u Lori.

— Twoja córeczka zaraz się obudzi.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2190 słów i 12984 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto