Niby geniusz-/Spiralny umysł\-Rozdział III

Niby geniusz-/Spiralny umysł\-Rozdział IIICiężko sapał, z jego ust wylatywała para. Stał wśród drzew osłaniających go od światła lamp umieszczonych na słupach trakcji zasilających pociągi jeżdżące po torach na usypanym wale, który niegdyś był granicą Warszawy i obecnie przynależącego do niej Targówka. Obserwował. Oczy miał zamglone, wpatrzone sztywno przed siebie. Nasłuchiwał. Czy słyszał każdy krok? Tego nie wiadomo. Z pewnością czaił się. Na kogo? Na ofiarę, która nieświadoma tego, co za chwilę ją czeka szkła spacerowym krokiem samym środkiem piaszczystej drogi oddzielającej nasyp kolejowy od dawno już zdziczałych drzew owocowych będących reliktami po znajdujących się niegdyś w bliskim sąsiedztwie torów kolejowych działkach, opuszczonych na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku, gdy zaczęto budować blokowiska przy ulicach „Junkiewicz”, „Węgrowska”, „Myszkowska” i „Pratulińska”.  
Drapieżnik powoli wodził głową za swoją ofiarą, która nieświadoma tego, co ją za chwile czeka minęła gąszcz drzew za którymi był skryty. Zachodzące słońce, skryte za ciemnymi chmurami rzucało półmrok szkodzący ofiarom, pomagający drapieżcom. Mężczyzna zrobił krok w przód i ociężale zaczął wychodzić z zarośli. Jego twarz osłaniał kaptur czarnej kurtki. Szedł za swoją niczego nie świadomą ofiarą co kilka kroków przyspieszając. Suwakiem rozpiął kurtkę aż do splotu, wsunął pod nią prawą rękę, by wyciągnąć z niej sporych rozmiarów nóż myśliwski. Każdy kolejny krok zwieńczał głębokim wdechem i wydechem przy okazji którego z ust wydobywała się para. Marsza przerodził się w trucht, trucht w bieg. Mężczyzna oddychał szybko, ale miarowo. Zacisną rękojeść noża i przygotował rękę do zadania ciosu. Jeszcze tylko pięć metrów, cztery metry, trzy, dwa… ofiara zdziwiona odgłosem tupotu odwróciła się… jeden!  
                                                                                 ***
Stwierdzenie zgonu przez lekarzy było (co też czułem) czystą formalnością. Personel medyczny jak to dla nich przystało mozolnie i z ociąganiem zabrał zwłoki rodziców Weroniki do szpitalnej kostnicy. Stałem i patrzyłem na to ze splecionymi przed sobą rękoma.  
-Wiesz kiedy mogło do tego dojść?-usłyszałem za sobą głos Antoniego.  
Odwróciłem się. Mina jego była… zwyczajna, można rzec, że nijaka. Nie przejawiał smutku, acz można było wyczuć negatywne emocje otaczające jego osobę.
-Nie jestem pewien.-westchnąłem.-Zapewne wtedy, gdy zająłem się rozmową z Weroniką. A tak swoją drogą, co z nią?
Rzadko pytałem się o samopoczucie innych, ale tym razem to zrobiłem, wiedziałem, że muszę.
-Jest załamana.-powiedział Antoni przekręcając głowę w stronę siedzącej na dębowej, lakierowanej ławce dziewczyny.  
Płakała. Nawet z tej odległości która nas dzieliła (ja z Antonim staliśmy na środku żwirowego parkingu, z którego przed chwilą odjechał ambulans ona z dwadzieścia, czy trzydzieści metrów na ukos od nas obok garażu, gdzie stał złożony stół do pong ponga) widziałem jej mokre od łez policzki i oczodoły.  
-Biedactwo.-powiedział z typowym dla niego politowaniem i współczuciem Antoni.  
-Yhy.-jęknąłem jedynie nie odrywając wzroku od dziewczyny.
Zauważyłem, że w prawej ręce trzyma pokaźny flakon z ciemno ubarwionego szkła.  
-To te jej leki?-spytałem zastanawiając się, dlaczego w ogóle się odzywam.  
Antoni spojrzał na cały czas trzymany przez siebie flakon z najpewniej pigułkami.  
-Tak.-powiedział po czym schował flakon do kieszeni swojej marynarki rozpychając ją nieco.
-Późno się robi.-powiedziałem odrywając wzrok od dziewczyny.-Powinienem już się zbierać…
Antoni nic nie odpowiedział. Kiwną jedynie głową na znak zgody.  
-Dzięki za pomoc.-powiedział podając mi rękę.  
Uścisnąłem ją, po czym przeszedłem przez żwirowy parking do lakierowanej ławki, gdzie siedziała Weronika.
-Hej.-powiedziałem stając naprzeciwko niej.-Trzymaj się.
Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie, pewnie wymuszenie i kiwnęła lekko głową.  
-Dzięki.-powiedziała zdławionym przez łzy głosem.  
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę oddalonej o sto, sto pięćdziesiąt… sam nie wiem… bramy. Wyciągnąłem telefon, wyszukałem numer korporacji taksówkowej i zamówiłem podwózkę. Półgodziny potem pod bramę posiadłości dawniej państwa Gawrońskich, teraz panny Gawrońskiej podjechała taksówka. Otworzyłem prawe, tylne drzwi i wsiadłem do środka.  
-Na Dworzec Wileński proszę.-powiedziałem.
Taksówka ruszyła zostawiając za sobą tą samą pordzewiałą bramę, przez którą przeszło rok temu przechodził Antoni w poszukiwaniu rodziców Weroniki, wtedy jeszcze uznawanych przez zarówno jego, jak i ją (a raczej przez jej schizofrenię) za potworów, obecnie… nie wiem co o tym myśleć. Zabili się, to wiem, w końcu to ja ich znalazłem. Mieli dość, ich jedyne dziecko odchodzi od zmysłów, jest nie obliczalne zarówno w stosunku do siebie, jak i w stosunku do obcych i przyjaciół, zaledwie garsteczki, ale jednak. Z drugiej strony myślę, że odebranie sobie życia jest rodzajem tchórzostwa, ucieczki. Poddali się zamiast walczyć, bo w końcu rodziny się nie wybiera… Mogli wysłać ją do psychiatryka, ale tego nie zrobili… Czemu? Ja na ich miejscu wysłałbym ją do psychiatryka, by tam mogła być poddana specjalistycznemu leczeniu.
                                                                             ***
Po około czterdziestu minutach. Wioząca mnie taksówka zatrzymała się pod gmachem stykającej się z dworcem galerii handlowej. Zapłaciłem kierowcy i wysiadłem z taksówki. Zgodnie ze swoim zwyczajem resztę drogi przebywałem na piechotę. Po mimo wieczornego chłodu szedłem spacerowym krokiem wzdłuż „Alei Solidarności”. Po około dziesięciu minutach stałem przy domofonie otwierającym drzwi prowadzące na ganek bloku mieszkaniowego przy ulicy „Floriańskiej 14”. Jak tylko wstukałem ostatnią cyfrę kodu rozległ się głuchy pisk, trzask zamka i drzwi lekko odskoczyły na zewnątrz. Pociągnąłem za klamkę i przeszedłem przez próg. Jeszcze kilka kroków lekkiego zwężenia i wyszedłem na prostokątny ganek z okrągła grządką otoczoną betonowym murkiem, w której rosło średniej wielkości drzewo. Przeszedłem po również betonowych, pięciokątnych kaflach, którymi wyłożony był prawie cały ganek z wyjątkiem najbliższych kilku metrów przy wejściach do klatek schodowych. Wejścia były trzy. Już szybszym krokiem podszedłem do pierwszych drzwi licząc od mojej lewej strony budynku. Na zewnątrz również znajdowała się klawiatura. Ponownie wpisałem ten sam kod. Drzwi zachowały się dokładnie tak samo i już po niespełna dziesięciu sekundach wspinałem się po schodach z wygładzonymi rogami na siódme, ostatnie piętro. Zazwyczaj nie używam windy, chyba, że niosę ze sobą jakąś paczkę. Ściany korytarzy były dwukolorowe, pomarańcz od podług do połowy wysokości, żółty od połowy do sufitu. Gdy wszedłem na moje piętro skręciłem prawo i podszedłem do ostatnich drzwi. Wyciągnąłem z kieszeni klucz, włożyłem go do zamka i przekręciłem. Drzwi ze skrzypem odpuściły, a ja mogłem wejść do środka. Jak tylko przekroczyłem próg poczułem ciepło lekko zaduszonego mieszkania. Od razu ściągnąłem buty i nogą popchnąłem je w kąt. To samo zrobiłem z marynarką, tyle tylko, że zamiast rzucać ją bezwiednie na podłogę, powiesiłem na wieszaku. Przeszedłem do łazienki umyć się. Mimo, że niewielka, łazienka była przestronnie urządzona. Wanna, a nad nią przytwierdzona przez uchwyt ze stali nierdzewnej słuchawka prysznica. Naprzeciwko drzwi do wnętrza łazienki stała pralka z początku tego wieku. Nie była już nowa, jednak spełniała wymogi jakie jej stawiałem. Pomiędzy pralką, a wanną znajdował się zlew, a nad nim eliptyczne, lekko zmatowiałe lustro. Zarówno pod, jak i naprzeciw umywalki znajdowały się szafki, w których chowam  kosmetyki i inne rzeczy potrzebne do utrzymania higieny. Podchodzę do wanny, wtykam czarny korek do otworu na jej dnie i odkręcam kran, z którego zaczyna lecieć z szumem ciepła woda. W tym samym czasie sięgam do jednej z szafek znajdujących się naprzeciw zlewu i wyciągam z niej kieliszek z na wpół pustą butelkę „Kadarki”. Oba przedmioty postawiłem na podłodze koło wanny, a sam sięgnąłem po płyn do kąpieli i nalałem trochę do wanny. Woda od razu zaczęła się pienić. Odczekałem jeszcze chwilę, po czym zakręciłem wodę, szybko się rozebrałem i wszedłem do wanny siadając w niej, a plecami opierając się o jej spadzisty koniec wchodzący między szafkę pod zlewem, a ścianą pomieszczenia. Nie siedziałem jednak długo w bezruchu. Sięgnąłem po kieliszek i butelkę wina. Chwyciłem rozluźniony po poprzednich razach korek wina zębami, z łatwością wyciągnąłem i splunąłem nim na podłogę po środku łazienki. Przechyliłem lekko butelkę i pozwoliłem by szkarłatna ciecz spływała do kieliszka napełniając go do połowy. Odstawiłem butelkę na podłogę, po czym delikatnie przechyliłem kieliszek. Dopiero teraz czułem delikatny, mandarynkowy zapach. Przechyliłem kieliszek po czym wziąłem łyk trunku. Od razu poczułem, nie mandarynki, jak by się tego spodziewała większość, tylko smak, który mógłbym porównać do zwietrzałej wiśni z kompotu pomieszanej z jedenastoma procentami alkoholu. Z powrotem oparłem się o brzeg wanny i bez skrępowania pociągnąłem kolejny łyk. Po kolejnym i jeszcze jednym przyszło odprężenie. Jedyną rzeczą, którą musiałem w tym czasie zrobić to nalanie sobie drugiego i trzeciego kieliszka wina.  
„Czemu oni to zrobili?”-naszła mnie w połowie czwartego kieliszka ta myśl.-„Największy kryzys przeszli przecież w ciągu dwatysiąceczternastego, piętnastego i na początku szesnastego… Dlaczego nie skończyli ze sobą w ciągu tych dwóch i… no… pół lat, tylko dopiero po półtora roku?”
Wiem. Miałem, chciałem się odprężyć, zabrzmi to może dziwnie, ale to właśnie jest mój sposób na odprężenie się. Znajomością psychologii Antoniemu nie dorównywałem, to było pewne, ale dzięki kończonemu właśnie czwartemu kieliszkowi „sikacza” moje myślenie stawało się mniej złożone niż zazwyczaj; nie katowałem już siebie, tylko myślałem prostoliniowo-tak jak większość ludzi robi, używa prostej logiki. Mimo tych czterech i napoczętego piątego kieliszka czułem w swoim umyśle coś, co nazywam „wielopłaszczyznową logiką”. W przeciwieństwie do wielu, ja myślę wielopłaszczyznowo, używam więcej niż jednej logiki, między innymi dlatego też tak mnie ciągnie do anomalii. Inni chcą ich unikać, jeszcze inni ich pożądają, ja (dzięki wielopłaszczyznowej logice) je rozwiązuję, wyjaśniam i sprawiam, że nie są już tak niezwykłe, czy jak kto woli; „dziwne”. Ale, według mnie, nie ma dziwnych zjawisk, czy tym bardziej ludzi. Myślę, że „dziwne” jest tylko to, czego nie można wytłumaczyć, więc w fizyce, biologii, czy w innych dziedzinach ścisłych mogą się trafić rzeczy na razie jeszcze „dziwne”, ale nie w psychologii, „dziwne” jest to zachowanie, którego nie można wytłumaczyć, a że da się wytłumaczyć, w sposób prosto-logikowy, lub wielopłaszczyzno-logikowy, to nie ma ludzi „dziwnych”. Są po prostu ci bardziej i mniej złożeni, ci skrzywdzeni i ci, którym nic nie dolega (przynajmniej z pozoru).  
Piety kieliszek opróżniony. Trzęsącymi się rękoma podniosłem butelkę, w której pozostało już tylko mniej więcej pół kieliszka alkoholu. Jednym haustem wlałem w siebie całą jej zawartość. Głośno przełknąłem i rozciągnąłem się w wannie mimowolnie wkładając butelkę do wody. Piana zdążyła przez ten czas opaść, a woda schłodnieć. Mimo to leżałem z głową opartą o brzeg wanny gapiąc się w sufit. Nie musiałem wstawać, aby wiedzieć, że zaraz bym się przewrócił. Tak strasznie kręciło mi się w głowie… Trudno mi powiedzieć czemu, ale nie nazwałbym tego stanu „nieprzyjemnym”, czy „dokuczliwym”. Odpowiadał mi. Zarówno otępienie, kręcenie w głowie jak i uczucie relaksu, czy odprężenia. Pomału zaczęło robić mi się mdło. Nie haftowałem jednak, lecz jedynie przełykałem głośno ślinę. Chybocząc się wstałem i oparłem o ścianę łazienki, do której przylegała wanna. Delikatnie zrobiłem krok w kierunku kranu do wanny. Kran wchodził w ścianę przy której stała szafka, gdzie leżał mój telefon. Zrobiłem kroczek, a raczej nie odrywając stup od podłoża wanny lekko przesunąłem stopy. Zachwiałem się. Prawie bym upadł, gdyby nie cienka rura do której przyczepiony był uchwyt dla słuchawki prysznica. Złapałem się jej i teraz znacznie pewniej wykonałem kolejny „krok”. W końcu wyciągnąłem rękę, chwyciłem telefon i w „kontaktach” znalazłem odpowiednią osobę. W     cisnąłem zieloną słuchawkę.  
Piiiip, piiip…-słyszałem z aparatu.  
W czasie oczekiwania na połączenie wróciłem na swoje miejsce w wannie. Jak tylko to zrobiłem usłyszałem w głośniku damski głos:
-Halo?

pawelmarek

opublikował opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użył 2332 słów i 13284 znaków, zaktualizował 24 sty 2020.

1 komentarz

 
  • Margerita

    łapka  w górę