Niby geniusz -/Spiralny umysł\- Rozdział I

Niby geniusz -/Spiralny umysł\- Rozdział IMężczyzna stał nad zwłokami i pustymi, niczym u lalki oczami obserwował wszystkie zadane jej rany. Z każdej broczyła krew, spływając po bokach ciała, tworząc plamę dookoła. Coś jakby krwista róża. Jego buty zamoczone były w kałuży krwi, jednak nie wdepną w nią specjalnie, tylko czekał, aż czerwona ciecz sama opłynie jego obuwie. W prawej ręce trzymał zakrwawiony nóż. Ręka była opuszczona i bezwiednie zwisała wzdłuż torsu. Ostrze było ubrudzone krwią, pewnie ofiary. Ale czy na pewno? Mężczyzna kucnął, umoczył palec wskazujący lewej ręki w osoczu, po czym zbliżył go sobie do ust. Delikatnie przejechał nim najpierw po dolnej, a potem po górnej wardze. Z lewego kącika ust spłynęła pojedyncza kropla krwi zostawiając za sobą czerwoni ślad. Mężczyzna wyprostował się i spojrzał nieobecnym wzrokiem przed siebie. Lekko kiwając się wykrzywił swoje usta w manekinowym uśmiechu.  
                                                                                ***
Jałowy dźwięk dzwonka telefonu przerwał ciszę współistniejącą z lekkim skrzypem powstającym podczas pisania kredą po tablicy. Przerywając pracę podszedłem do stołu i podniosłem komórkę. Spojrzałem w stronę mojego szefa. Szczupła, przeciętnie wysoka postać stała na drugim końcu pomieszczenia mieszając probówkę z jasnopomarańczową cieczą. Bez słowa wyszedłem na korytarz. I tak wiedziałem, że jest mu to obojętne, kiedy robię sobie przerwy. Dla niego najważniejszy był efekt, to w jaki sposób się do niego doszło i ile razy robiono sobie przerwy było dla niego informacją zbędną.  
-Halo?-zapytałem po kliknięciu w zieloną słuchawkę.  
-Musisz mi pomóc.-usłyszałem lekko zniekształcony głos.
-W czym?-zapytałem.
Nigdy nie byłem zbyt rozmowny, nie odzywałem się kiedy nie trzeba, a jeśli już coś mówiłem to zawsze ograniczałem się tylko do najważniejszych słów: „Czemu?”, „Dlaczego?”, „Po co?”.  
-Chodzi oto, że ona potrzebuje nowych, silniejszych leków, bo te już nie dają rady, choroba postępuje…-zawiesił głos mój rozmówca.
-I do czego jestem ci potrzebny? Mam zdobyć nowe leki?-zdziwiłem się.
-Nie, nie oto chodzi-zaczął wyjaśniać głos w słuchawce.-Po prostu chcę, abyś chwilę z nią pobył. Jej rodzice na wieść o postępie choroby wpadli w chandrę, no i wiesz, poprosili mnie abym kogoś znalazł.
-A Ewa nie może z nią zostać?
-Niestety nie, ma jutro dyżur i nie może z nią siedzieć.
-No dobrze.-westchnąłem.-Kiedy mam przyjechać?  
-Dzięki stary-usłyszałem głos radości zmieszany z ulgą.-Przyjedź do nich jutro o koło siedemnastej. .
Rozłączyłem się. Czyli plan na sobotę miałem już gotowy, zająć się pacjentką kolegi mimo, że ta ma oboje rodziców pod ręką… Trzeba jednak przyznać, że przez ostatni rok ich znajomości pogorszyło się jej. To nie pierwszy raz kiedy u nich gościłem, więc miałem okazję obserwować, jak nagły postęp schizofrenii zmienia ludzi z na pozór szczęśliwych do takich, że lepiej nie opisywać.  
                                                                           ***
Taksówka zatrzymała się tuż pod bramą jednej z Białołęckich rezydencji(Był to w rzeczywistości dom z niepotrzebnie dużym ogrodem). Zapłaciłem kierowcy i wysiadłem zatrzaskując drzwi. Stary, pordzewiały na zderzakach Ford odjechał zostawiając za sobą płytkie bruzdy w rozmiękłej po wczorajszym deszczu drodze. Podszedłem do domofonu umieszczonego przy bramie i wcisnąłem przycisk z zaznaczonym dzwonkiem. Zardzewiałe zawiasy zaczęły się przesuwać. Nie czekałem, aż otworzy się do końca, tylko wcisnąłem się przez wolno powstającą szparę między skrzydłami bramy. Szedłem po podjeździe powoli, nie chcąc przyspieszać spotkania, na które (będąc szczerym) miałem ochotę jedynie z powodu braku innych zajęć. Powoli podszedłem do drzwi i wcisnąłem przycisk dzwonka. Niemal natychmiast klamka drgnęła i drzwi stanęły otworem. Z cienia, który ogarniał przedsionek wyłoniła się kobieta.  
-Dobrze, że już jesteś.-przywitała się ze mną w ten sam smutny, wręcz depresyjny sposób.  
-Dzień dobry.-powiedziałem dając krok na przód i z pod daszku przeszedłem przez próg wprost do sieni.  
Kobieta zamknęła za mną drzwi nie tylko na zasuwkę, ale i też na klucz. Normalnego człowieka, tudzież zwykłego gościa by to zdziwiło, przecież Antoni zaraz wychodzi. To co, znowu będzie się z tym motać? Ja jednak nie byłem „normalnym” człowiekiem nie wspominając już o byciu gościem. Posiadłość państwa Gawrońskich to chyba jedno z tych miejsc, które odwiedza człowiek chcąc i nie chcąc zarazem.  
Wszedłem do ogromnego, przestronnego salonu z aneksem kuchennym odchodzącym w bok tuż przy wejściu. Po drugiej stronie salonu, na białym fotelu siedział Antoni, a tuż obok niego Weronika wtulona w jego ramię. Przeszedłem powoli wzdłuż długiego na całą szerokość stołu stojącego w kącie jadalni.  
-Już, już dobrze.-powiedział Antoni lekko gładząc dziewczynę po ramieniu.
Zawsze się zastanawiam, dlaczego Ewa pozwala na te ich potkania wiedząc, że Weronika i Antoni tak blisko się ze sobą przyjaźnią.  
„Czy nie jest zazdrosna? Najwyraźniej nie, albo o niczym nie wie… Może Antoni o niczym jej nie mówi… Za dużo myślę!”
                                                                              ***
-Antoni, Weronika.-powiedziałem nie wiedzieć czemu tak poważnie.  
Nicewicz uniósł lekko zaskoczoną głowę.  
-O, już jesteś.-powiedział z lekkim zadowoleniem w głosie.  
„Tak, niania przyjechała.”-pomyślałem.  
-Cześć.-powiedziałem i uścisnąłem mu rękę.
Kiwnięciem głowy dał mi znać bym poszedł za nim. Kiedy na nowo stałem w sieni i przyglądałem się jak usiłuje założyć swoje buty powiedział:
-Wrócę za godzinę, maksymalnie za dwie.
-Yhy.-powiedziałem nie odrywając wzroku od jego niewątpliwie drogich butów.  
„Po co ja się tak gapię?”-zastanawiałem się.
W głębi serca ukłuł mnie szpikulec zazdrości. Nie chodziło rzecz jasna o buty, ale o środki za które je kupił. Mamy tyle samo lat, znamy się od liceum, można rzec interesowaliśmy się tym samym, tyle tylko, że ja poszedłem na fizykę, a on na psychiatrę. Mimo to nie straciliśmy ze sobą kontaktu.
-Dzięki, że znalazłeś czas.-z rozmyślań wyrwały mnie kolejne słowa Antoniego.  
-Spoko.-powiedziałem.
Antoni lekko otworzył usta, jak to miał w zwyczaju, gdy chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co.  
-To część.-bąkną po chwili i wyszedł.
-Na razie.-odpowiedziałem mu, gdy był już na werandzie.

pawelmarek

opublikował opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użył 1155 słów i 6498 znaków, zaktualizował 27 sty 2020.

1 komentarz

 
  • Margerita

    łapka  w górę matko jedyna to jakiś psychopata