Niby geniusz-/Spiralny umysł\-Rozdział II

Niby geniusz-/Spiralny umysł\-Rozdział IIMozolnym krokiem minąłem aneks kuchenny i przeszedłem obok stołu. Weronika stała przed szklanymi drzwiami prowadzącymi na mały, wysadzany płytkami taras ze stolikiem, krzesłami i drewnianą huśtawką. Stanąłem na ukos od niej i próbowałem odgadnąć, w którą stronę się patrzy.
-Gardzisz mną?-spytała, a raczej stwierdziła przerywając ciszę i napięcie jakie między nami narastało, od kiedy stanąłem za nią.  
-Skąd taki pomysł?-zapytałem starając nie ukazywać emocji, jakie się we mnie kotłowały.  
Rzecz jasna, nie miała racji, nie gardziłem nią. Jednak jakiekolwiek oskarżenia, zawsze wzbudzały w mnie frustrację, którą w ciągu lat nauczyłem się ukrywać.  
„Gdzie są jej rodzice?”
-Nie kłam, przecież to czuję.-powiedziała może nie suchym, ale bardziej obojętnym, nieobecnym tonem.
-Nie kłamię.-powiedziałem po czym podszedłem i stanąłem obok niej.  
Razem patrzyliśmy się w tylko dla nas widoczny punkt.  
-Wiesz…-odezwała się po chwili apatycznego stania dziewczyna.
-Tak?-spojrzałem na nią.
-Ludzie żyją w dwóch światach. Tym realnym, rzeczywistym i tym nierealnym, istniejącym tylko w naszych głowach. Kluczem do spokojnego, szczęśliwego życia jest osiągnięcie złotego środka, czegoś na kształt taijitu. Balansu między światem realnym, a światem fikcyjnym. Tacy jak ja nie potrafią osiągnąć tego stanu, dlatego mój umysł nie jest odzwierciedleniem taiji tylko, jest czarno-białą abstrakcją-mówiąc to posmutniała.-która raz się układa, a zaraz potem rozlatuje na kawałki.  
                                                                               ***
Postać w ciemnej kurtce z kapturem zakrywającym głowę i rzucającym cień na twarz szła powoli i spokojnie. Nasłuchiwał. Z każdym jego oddechem wydobywała się para. Nie rozglądał się, nikogo nie szukał. Wiedział, że i tak znajdzie. Kogo? Swoja ofiarę, poluje.
                                                                                      ***
-Skąd znasz się na konfucjanizmie?-zapytałem i od razu pożałowałem idiotyzmu swojego pytania.  
-Muszę coś robić, dla zabicia czasu, dlatego postanowiłam zająć się religiami.-powiedziała prawie bez emocji Weronika.
Byłem zaskoczony, że można rozmawiać, mówić, żyć z takim brakiem emocji.  
-A Antoni? Nie jest tu z tobą?
-Nie cały czas, poza tym rozmowa od jakiegoś czasu nam się nie klei…
-Chcesz o tym porozmawiać?-chlapnąłem.  
-Przecież rozmawiam!-warknęła poirytowana po czym odwróciła na pięcie, przeszła przez salon i usiadła na cielistej, skórzanej sofie.  
Westchnąłem.  
„Muszę przestać zadawać idiotyczne pytania”-pomyślałem.
Przeszedłem przez salon i usadowiłem się tuż obok Weroniki. Dziewczyna nic nie odpowiedziała, siedziała z opuszczoną głową przebierając palcami u rąk.  
-Jestem żałosna, prawda?-powiedziała siląc się na obojętność.
Mimo tej maski w jej oczach widziałem połyskujące szkiełka łez.  
-Nie, wcale nie.-powiedziałem siląc się na najbardziej… sam nie wiem już jak to nazywać…  
-Owszem, jestem.-pokiwała głową i przyłożyła ręce do twarzy.
Z kącików jej oczu popłynęły krople łez.  
-Jestem, jestem.-powiedziała łkają i kiwając głową przytakując sobie samej.
Westchnąłem i sięgnąłem do kieszeni swojej marynarki po chusteczki.
„Znowu to samo…”
Wyciągnąłem z niej na wpół puste opakowanie i podałem je Weronice. Dziewczyna wzięła je ode mnie, wyciągnęła chusteczkę i wytarła nią oczy oraz wydmuchała nos.  
-Dzięki.-powiedziała chowając chusteczkę do kieszeni swojej szarej, z czarnymi akcentami bluzy.-Kiedy byłam małą dziewczynką to zamiast bawić się z innymi dziećmi chowałam się po kątach ukrywając się przed światem…
„Fobia społeczna?”-zastanawiałem się.
…Jak tylko zaczęłam dorastać i dojrzewać, to moje lęki, fobie, objawy przybrały na sile. Kiedy jeszcze podrosłam to pojawiły się najpierw szmery potem dźwięki, śmiechy, aż w końcu głosy…  
„Gdyby ktoś połączył kropki zanim one same to zrobiły ukazując swą mroczną tajemnicę, to może by nie było ucieczki, próby samobójczej, mnie tutaj…”
…Obrazy chodź rzadko to jednak się pojawiały i za każdym razem były potężne, jak huragan uderzający w skalisty brzeg…
„Gdzie są jej rodzice?”
Ta myśl wyrwała mnie z drętwego słuchania i zmusiła do ponownego analizowania czasu, przestrzeni i materii. Weronika nic już nie mówiła patrzyła się jedynie przed siebie ze spuszczoną głową. Nic już nie mówiła, podobnie z resztą jak ja. Z westchnięciem podniosłem się z kanapy i wyszedłem z salonu.
„Gdzie oni są?”-zastanawiałem się.-„Ostatnio widziałem jej matkę gdy przyszedłem, ojca wcale…  
Podszedłem do drzwi ich sypialni i cicho zapukałem. Odczekałem chwilę, ale nikt nie odpowiadał.  
„Pewnie śpią.”-pomyślałem.  
Zapukałem jeszcze raz, tym razem głośniej.
„Na pewno śpią.”
Uśmiechnąłem się pod nosem i odwróciłem się na pięcie. Zrobiłem ledwie parę kroków, gdy poczułem w swoim brzuchu nieprzyjemne kłucie, serce przyspieszyło, po twarzy przepłynęła fala ciepła. Znałem to uczucie, obawa.
„Na pewno oni tam są?”
Odwróciłem się, wróciłem do drzwi i delikatnie nacisnąłem klamkę. Drzwi lekko uchyliły się. Zerknąłem przez szparę, ale nic nie mogłem dostrzec, było za ciemno, a poza tym umiejscowienie drzwi i mebli nie dawało dobrego widoku. Uchyliłem drzwi szerzej i wejrzałem do środka.
-O cholera!-krzyknąłem przerażony.
Na podłodze, obok łóżka leżeli rodzice Weroniki. Pomiędzy nimi leżała fiolka z barwionego na czerń szkła, a dookoła niej kilka dziwnych, pomarańczowych, obłych tabletek. Twarz mi pobladła, na czole czułem krople zimnego potu, który chodź trochę schładzał moje pulsujące skronie. Bez chwili namysłu podbiegłem do pary i sprawdziłem ich tętno. Pulsu nie było, nie żyli. Usłyszałem za sobą cichy jęk. Odwróciłem głowę w stronę drzwi. Stała w nich Weronika z rękoma na ustach i szeroko otwartymi oczami.

pawelmarek

opublikował opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użył 1058 słów i 5982 znaków, zaktualizował 17 sty 2020.

1 komentarz

 
  • Margerita

    łapka podoba mi się