Niby geniusz-/Spiralny umysł\-Rozdział V

Niby geniusz-/Spiralny umysł\-Rozdział VEnergicznym ruchem Monika zapukała w ciemno dębowe drzwi prowadzące do domu Weroniki. Nikt jednak nie otwierał. Dziewczyna zapukała drugi raz.  
-Nikogo nie ma.-powiedziałem udając rozczarowanego.-Chodźmy stąd.  
Odwróciłem się i już chciałem dać krok na przód, gdy usłyszałem stuki przekręcanego w drzwiach zamka. Z lekko rozczarowaną miną odwróciłem się w ich stronę. W drzwiach stał Antoni w pomiętych ubraniach, rozczochranej fryzurze i opuchniętych od niewyspania oczach.  
-Antek!-uśmiechnęła się lekko do Nicewicza Monika podchodząc bliżej. Jak tylko to zrobiła uśmiech zniknął z jej twarzy.-Słyszałam o tym co się stało.-powiedziała łagodnym i współczującym głosem.-Jak się trzyma?
-Śpi.-odpowiedział zaspanym głosem Antoni.-Ale powinna wkrótce wstać. Chyba…
Odsunął się od drzwi pozwalając nam wejść. Jak tylko znaleźliśmy się w środku zamknął za nami drzwi, ale tym razem nie zamknął ich na zasuwkę, jak to miał w zwyczaju robić, gdy Weronika nie spała. Bez słowa przeszedł przed krótki, ale szeroki korytarzyk, skręcił w lewo i wszedł do zagłębienia będącego kuchnią. W jego kącie znajdował się drewniany stół, a po jego bokach od strony ściany stały dostawione do niego drewniane sofy bez poręczy po bokach. Usiadł na brzegu jednej z nich opierając swoje łokcie o blat stołu, a ręce o dłonie.  
„Jest bardziej przybity niż wczoraj.”-pomyślałem.
Powolnym krokiem podszedłem do niego i stanąłem naprzeciwko.
-Jak się czujesz?-zapytałem niby od niechcenia.
Wzruszył jedynie ramionami nie odzywając się. Nie pytałem o nic więcej, zrozumiałem wszystko. Do stołu przy którym siedział i usiadłem od drugiej strony. Jak tylko usiadłem cały budynek pogrążył się w ciszy. Panowała między nami tak cisza, jaka panuje zazwyczaj między parami na ich pierwszych randkach, tyle tylko, że między nami nie było nic, a nic romantycznego.
-Chcą mnie wylać.-powiedział po chwili.
„Tak, wiem”-pomyślałem.
-Dlaczego?-zapytałem.  
-Ordynator twierdzi, że za dużo czasu spędzam tu, a za mało w szpitalu.
„Tak, to prawda.”
-A przypominałeś mu, że nie przyjeżdżasz tu dla rozrywki, tylko do pracy?
-Tak, ale on twierdzi, że to Wera-tu lekko zmienił głos na bardziej kpiący.-„powinna przyjeżdżać do szpitala, a nie szpital przyjeżdżać do niej”…
Przekręciłem się lekko w jego stronę.
„Ciekawe, czy mają tu alkohol…-pomyślałem.-…rezydencja bogata, to pewnie tak, ale z drugiej strony córka z postępującą schizofrenią…”
…jakby nie mógł uszanować mojego stylu pracy!-skończył swój wywiad z wyraźną irytacją zmieniając pozycję na siedzisku i tym razem opierając się plecami o oparcie.
-To może załóż własną klinikę…-powiedziałem cały czas wodząc skrycie oczami za butelką czy puszką jakiegokolwiek trunku.
-Dobry pomysł!-Antoni spojrzał się na mnie z iskrą zapału w oczach.-Założę swoją własną klinikę i w końcu zacznę naprawdę pomagać ludziom…i  zarabiać.
-To może napijemy się czegoś, by uczcić tą…eee…ten…nowy początek?-zaproponowałem nieśmiało z nadzieją w głosie.
-Niestety, nie ma tu alkoholu.-powiedziała od tak Antoni po czym wstał od stołu i wyszedł z aneksu.
„Cholera! Mogłem się tego po tym miejscu spodziewać.”
Zrezygnowany wstałem od stołu i poszedłem w tym samym kierunku, w którym kilka sekund temu poszedł Antoni. Było to wyjście z rozległego salonu do przedsionka z którego odchodził tylko jeden korytarz, a z niego drzwi do paru pokoi i łazienki. Z poprzednich wizyt tutaj pamiętałem, że pokój Weroniki jest za drugimi drzwiami po lewo, kiedy stoi się tyłem od miejsca, gdzie korytarz łączy się z przedsionkiem. Drzwi te były białe, jakby świeżo malowane. Na ich środku znajdowała się już podniszczona czasem naklejka z napisem „Uwaga! Teren Weroniki”. Była to naklejka jaką można by kupić w pierwszym lepszym domu towarowym, ale mimo można rzec wszechobecności jej „pobratymców” ta jedna naklejka wzbudzała dziwne uczucie, uczucie żalu i współczucia.  
-Uwaga! Teren Weroniki…-przeczytałem szeptem-Tak, to naprawdę tylko teren Weroniki. Tylko jej…
                                            ***
-Ile czasu minęło od zgonu?-zapytał detektyw wyrzucając końcówkę jeszcze tlącego się papierosa w trawę.  
-Około czternaście godzin-odpowiedział jeden z policjantów wertując kartki z dokumentami.
-Co było przyczyną zgonu?-spytał detektyw spoglądając z obrzydzeniem na liczne rany kłute zadane ofierze.
-Uderzenie w tył głowy.-odpowiedziała posłusznie policjant.-Rany zadane zostały dopiero później, około piętnaście, dwadzieścia minut po zgonie, który nastąpił na wskutek uderzenia tępym narzędziem w tył głowy.
Wokół trupa znajdowała się ciemno czerwona, zaschła i wsiąkła do ziemi krwista „róża”. W połowie drogi między denatem, a końcem plamy znajdowały się dwie przerwy, które powstały kiedy krew jeszcze była świeża i cieknąca.  
-Co to za dziury?-detektyw wskazał głową dwie luki w jednolitości plamy.  
Policjant jedynie wzruszył ramionami.
-Pewnie teren jest tak ufałdowany.-powiedział w końcu.  
-Albo ślady po butach…-stwierdził detektyw wkładając sobie do ust drugiego (odkąd tu jest) papierosa i zapalił go.  
-Twierdzi pan, że morderca specjalnie czekał od momentu zabicia do momentu poharatania? Ale, jaki miałby w tym cel?
-Właśnie żadnego.-odpowiedział detektyw zaciągając się przed tym papierosem.-Dlatego, mam pewność, że ofiarę pociął ktoś inny.
-Kto?-zapytał z wrodzoną dla niego naiwnością policjant asystujący detektywowi.  
Mężczyzna zaciągną się ponownie nie spuszczając wzroku z leżącego w na wpół wsiąkłej krwi denata. Wypuścił ustami biały dym papierosa, po czym rzekł:
-Hiena.
                                         ***
Zza drzwi docierały do mnie stłumione, ludzkie głosy. Delikatnie zapukałem.
-Proszę.-usłyszałem kobiecy głos.
Nacisnąłem klamkę, rozchyliłem drzwi i przeszedłem przez próg. W środku niewielkiego, acz bardzo wygodnie urządzonego pokoju znajdowała się siedząca na łóżku i opierająca się o ścianę Weronika z podkulonym nogami, siedząca obok niej Monika i Antoni, który siedział na krześle. Nie pewien tego, co miałem powiedzieć, odwlekałem ten moment robiąc dwa kroki w stronę szafy i opierając się o nią.  
-Iiii…-zacząłem w końcu.-Jak się czujesz?-zapytałem spodziewając się irytacji z jej strony.  
Ku mojemu zdziwieniu Weronika jedynie wzruszyła ramionami, po czym westchnęła.
-W porządku, mogłoby być lepiej, ale…w porządku.-powiedziała zaskakująco obojętnym, a raczej nieobecnym głosem wpatrzona równie nieobecnym wzrokiem w jeden tylko jej widoczny punkt.
Spojrzałem pytającym wzrokiem na Antoniego, a ten widząc moje zdziwienie jej zachowaniem, dyskretnie wskazał mi ruchem brwi na otwarty flakon stojący na biurku, na przeciwko łóżka. Był to ten sam flakon, po który wczoraj pojechał. Weronika nie płakała, była smutna, ale jednocześnie nie zanosiło się na to, by miała się rozpłakać.  
„Silne leki.”-pomyślałem.
                                         ***
-Patrol znalazł kolejne zwłoki!-do detektywa i asystującemu mu policjanta podszedł, a raczej podbiegł inny mundurowy z wyraźnym zaangażowaniem, cechującym wszystkich nowicjuszy.
-Gdzie?-spojrzał na niego detektyw zaciągając się końcówką drugiego papierosa.  
-Niedaleko wiaduktu kolejowego przecinającego „Aleje Solidarności”, pomiędzy wałem kolejowym a laskiem.  
Detektyw wyciągnął peta z ust, rzucił na trawę, a potem przygniótł stopą, by zdusić lekki słupek dymu uchodzący z końcówki. Poszedł razem z dwoma policjantami w stronę stojącego nieopodal, nieoznakowanego, czarnego radiowozu. Wyciągnął z kieszeni kluczyki i wcisną przycisk otwierając zamki w drzwiach pojazdu. Reflektory dwa razy zabłysnęły żółtym, słabo widocznym światłem podczas dnia. Podszedł do drzwi od strony kierowcy, otworzył je i wsiadł na miejsce kierowcy wkładając kluczyki do stacyjki i zapalając auto. Jak tylko policjant asystujący przedtem detektywowi wsiadł do pojazdu zamkną za sobą drzwi, mężczyzna wcisnął pedał gazu i pojazd ruszył z miejsca.
-To gdzie znaleziono te zwłoki?-zapytał detektyw, jak tylko odjechali trochę od miejsca morderstwa.  
-Pomiędzy wałem kolejowym, a laskiem.-powiedział policjant, który wcześniej poinformował detektywa o nowej ofierze.-Na zachód od „Alei Solidarności.
Nie minęło pięć minut od czasu odjazdu, kiedy radiowóz skręcał w prawo po lekko unoszącym się jednocześnie zakręcie. Znów skręcił w prawo, przejechał ze sto metrów po czym zatrzymał się tuż przed taśmą policyjną. Detektyw i policjanci wysiedli zatrzaskując za sobą drzwi. Schylając się przeszli pod taśmą i podeszli do najwyższego rangą policjanta stojącego na uboczu miejsca zbrodni i piszącego raport.  
-Podkomisarzu.-zwrócił się bezpośrednio do przełożonego detektyw.
Policjant odwrócił w jego stronę głowę z nieobecnymi oczami. Jak tylko zrozumiał, kto „śmie” mu przerywać wyprostował się, staną na baczność i zasalutował.
-Nie zauważyłem pana.-powiedział po oddaniu salutu.  
-Proszę spocząć.-powiedział bez żywego zainteresowania detektyw po czym wyciągnął swojego trzeciego już fajka i go zapalił.-Co udało się ustalić?-zapytał po pierwszym zaciągnięciu się i wypuszczeniu białego dymu.  
-Ofiara została zabita na wskutek wykrwawienia się po przez zadanie ciosu nożem, najpewniej myśliwskim.-powiedział podkomisarz zaglądając w trzymane przez siebie karty.
-A jak wyglądają zwłoki?-detektyw minął podkomisarza i poszedł w stronę czarnego, zapiętego worka, gdzie znajdowało się ciało.
-Zostały poharatane.-powiedział policjant idąc krok w krok za detektywem aż do czarnego worka.  
-Tak jak tamte?-detektyw ponownie zaciągną się papierosem i wypuścił dym z ust.
-Tak.-odparł podkomisarz.-Ten zgon nastąpił niedługo po poprzednim.
-Mógł to zaplanować?-zadał pod nosem pytania detektyw bardziej do siebie, niż do otoczenia.
-Ciężko stwierdzić.-powiedział policjant.-Możliwe, że to są przypadkowe ofiary.
-A więc seryjny morderca.-powiedział cicho detektyw, po czym odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem poszedł w stronę radiowozu, którym przyjechał.
-Muszę gdzieś zadzwonić.-rzucił szybko mijając policjanta, który mu asystował jako pierwszy.

pawelmarek

opublikował opowiadanie w kategorii thriller i kryminalne, użył 1778 słów i 10517 znaków, zaktualizował 9 lut 2020.

1 komentarz

 
  • Margerita

    łapka w górę