Terapeutyczna Miłość cz. 6

Terapeutyczna Miłość cz. 6SOBOTA

Alkohol stanowczo mi szkodzi. Halo- Halo, czy ja się nie powtarzam?
Zdaje się, że ostatnio dość często to stwierdzenie pada z moich ust. Zastanawiające jest tylko to, że nie potrafię wyciągać żadnych wniosków na przyszłość. Niezły ze mnie psycholog, nie ma co…
Przewracam się po raz setny z boku na bok, naciągając kołdrę po samą głowę, zasłaniając się nią od słońca, które nieznośnie świeci po moich oczach. Jak widać na wszystko są jakieś sposoby. Wystarczy chcieć.  
Życie jednak szybko weryfikuje moje łóżkowe plany w dość brutalny sposób. Cypis. Cypis to tylko kot, który jest zdecydowanie sam sobie Panem, ale jeśli chodzi o jedzenie to z wielmożnego staje się pospolitym żebrakiem, ale jakże przebiegłym żebrakiem. Będzie dochodził praw w swój koci sposób i nie poprzestanie, aż nie osiągnie zamierzonego celu.  
Czasem sobie myślę, że mój kot zna mnie równie dobrze, jak nie lepiej niż ja sama. Jak nikt wie jak zmusić mnie do działania i wyegzekwować to czego ode mnie oczekuje. Dźwięk pazurów na kafelkach stał się jego ulubioną bronią w walce z człowiekiem. Przeraźliwy zgrzyt obudziłby nawet umarłego, a co dopiero skacowaną babę… Zrezygnowana, zmęczona emisją maksymalnie wysokiego dźwięku wychodzę z łóżka i w pierwszej kolejności uzupełniam prowiant swojego pupila. Następnym punktem dnia staje się woda, a właściwie cała masa wody.  
Wpatrzona w blok za oknem, wypijając ciurkiem kolejną szklankę wody, przypominając sobie hasło wczorajszego wieczoru.
- Człowiek nie wielbłąd- wypić musi. Psiakrew!- jęczę, drapiąc kota za uchem, który w nieprawdopodobnym tempie opróżnił miskę i melduje się na blacie stołu.  
Wygląda to trochę tak jakbym zapomniała go nakarmić przez ostatnie dni, ale wierzcie mi, że tak nie jest. On po prostu kocha żreć. Poza tym doskonale wyczuwa mój parszywy nastrój i postanawia podnieść mnie na duchu, nienaturalnie przymilając się do mojego przedramienia. Długo to jednak nie trwa. Cypis energicznie zeskakuje na podłogę i podchodząc do okna balkonowego, opiera na szybie swoje przednie łapki, zupełnie tak jakby nagle zatęsknił za światem zewnętrznym. On- zagorzały introwertyk!
- Niemożliwe!- śmieję się, biorąc go na ręce. – Czy ty przypadkiem nie masz ochoty na poranne przebieżki?  
Na wydźwięk tych słów Cypek zaczyna szaleć, wyrywając się z moich objęć.  
- Wiesz co? Ja też tego potrzebuję.- dodaję, spoglądając na swoje odbicie w szybie. – Daj mi pięć minut, noooo góra 15.
Piętnaście? Serio? To co widzę w szybie okna woła o pomstę do nieba. Istny obraz nędzy i rozpaczy. Wymięta, poplamiona sukienka, wytargane włosy, makijaż a’la Marilyn Manson, jednym słowem totalna porażka. Nie jestem wcale pewna czy kwadrans wystarczy na doprowadzenie się do ładu.  
Wzdycham głęboko i rozpinając suwak kreacji, ruszam pod prysznic. Szkoda tracić czas na głupie rozmyślania. Zimny prysznic działa pobudzająco, czuję że zaczynam dochodzić do siebie, a w głowie kiełkuje myśl: "A może by tak pobiegać?”. Nieeee, to durny pomysł, tym bardziej, że obiecałam już sobie spacer. Ostatecznie pod wpływem nagłego przypływu energii postanawiam zrealizować i jedno i drugie. Why not?
Naciągam na siebie bawełniany komplecik i z pokoju nawołuje kota, który jak na zawołanie melduje się na fotelu. Doczepiam do granatowej obróżki smycz i wkładam zwierzaka pod pachę. I tak, wiem, że wielu z was pomyśli, że na głowę upadłam, ale kto powiedział, że kot w mieście ma łatwo? Przecież nie puszczę go samopas! Sąsiedzi są przyzwyczajeni do takiego widoku, dlatego nawet już specjalnie się nie dziwią, gdy spaceruje po osiedlu z Cypisem. Gorzej z przypadkowymi ludźmi. Ci potrafią zrobić ze mnie sadystkę i gotowi są nawet zgłosić sprawę do odpowiednich instytucji posądzając mnie o czyny z art. 35 ustawy o ochronie zwierząt.  
Dzisiaj wyjątkowo nikt nas się nie czepia. Spokojnie docieramy do parku, gdzie rozpoczynam lekką rozgrzewkę. Kocur w tym czasie rozwalony na trawie, wygrzewa się w słońcu, przekręcając się to na prawy, to na lewy bok. Z zazdrością spoglądam na niego i jego beztroskie życie. Zjeść, wyspać się i tak na okrętkę. Też bym tak chciała.  
Zamyślona, przechodzę do rozciągania. Z każdym przeciągnięciem słyszę jak coś strzela, zgrzypi. Odgłosy jakbym miała zaraz się rozsypać na części pierwsze. Budzi to we mnie wątpliwości czy powinnam kontynuować zajęcia, jednak postanawiam tym razem zaryzykować, może nie będzie tak źle. Przechodzę do bardziej skomplikowanych kombinacji bazujących na równowadze i właśnie wtedy okazuje się, że w XXI wieku nie ma już prawdziwych mężczyzn. Stojąc na jednej nodze, udaję jaskółkę, bardzo zresztą nieporadną, gdy nagle jakiś gbur postanawia mnie stratować swoim wielkim cielskiem. I wszystko było by fajnie gdyby facet zachował się jak przystało i przeprosił, ale ten po prostu pobiegł dalej, zostawiając mnie w ciężkim szoku. Wraz za sztandarowymi słowami tekstu Danusi Rinn pytam sama siebie, gdzie ci mężczyźni? No właśnie… Gdzie te chłopy?
W moich żyłach zaczyna gotować się krew, a z ust pada kilka nie miłych epitetów dot. zachowania zapaleńca. I tutaj kolejne rozczarowanie, koleś nawet nie zaszczyca mnie spojrzeniem, traktując zupełnie jak powietrze. Biegnąc przed siebie, odzywa się we mnie jakiś wewnętrzny głos, który karze mi dogonić buca i wykrzyczeć mu w twarz co o tym sądzę. Długo się nie zastanawiam, pociągam mocniej za smyczkę i przyśpieszam bieg za człowiekiem pozbawionym wszelkiej kultury osobistej. Biegnę ile sił w nogach, a z każdym kolejnym krokiem jestem coraz bliżej swojego oprawcy. W między czasie zastanawiam się od kiedy stałam się taką zawistną, żądną krwi złośnicą.  
Kontrolnie rzucam okiem na Cypisa, który posłusznie jak pies porusza się przy mojej nodze. Skręcam w prawo za biegaczem, a przede mną wyrasta pies rasy niewiadomo jakiej. Mimo, że nie jest zbyt wielki i zbyt blisko mnie, czuję po kościach, że bieg za nieznajomym nie był najlepszym pomysłem. Ledwo zdążam o tym pomyśleć, a w kota jakby jakiś piorun strzelił. Pupil biegnie w swoją stronę, ja w drugą, starając się okiełzać dzikie zwierze jakie obudziło się w moim malutkim Cypisku, który nie wiedzieć czemu postanawia za wszelką cenę dogonić psa. Przez moment przez głowę przemyka mi myśl, że zachowuję się tak samo idiotycznie jak mój kot.  
Trzeźwiąc wygórowane zapędy mojego towarzysza, pociągam za jego smycz parokrotnie, a potem dostrzegam, że o dziwo Cypek reaguje, zawracają w moim kierunku. Czuję nie małą satysfakcję i ulgę jednocześnie, że udało mi się poskromić futrzaka i wyjść z opresji, ale chwilę potem orientuję się, że w gruncie rzeczy kocur nie miał wcale zamiaru mnie posłuchać, a wręcz przeciwnie. Przebiega pod moimi nogami raz, drugi, tworząc wokół nich artystyczną sieć. W panice wydzieram się na kota na czym świat stoi, a potem równie koncertowo wywijam orła na jednej z rzeszowskich alejek parkowych. I chodź czuję, że moje kolana są poobijane jak za czasów Zuchów to pierwsza myśl pojawiająca się w mojej głowie po upadku nie brzmi: ”Boli”, chociaż boli jak jasna cholera, a brzmi następująco: ”Co za wstyd!”. I chociaż na ścieżce prócz głucholca nie było nikogo, na moje policzka wdziera się przeogromny rumieniec. Mimo, że nie sądzę, by ktokolwiek zauważył tą spektakularną wywrotkę to jednak niepokój pozostaje.  
Leżę na piasku jak ostatnia ofiara losu i zaczynam prosić boga bym wyszła z tego zdarzenia w jednym kawałku, bo mimo prób nie potrafię podnieść się o własnych siłach. Bóg postanawia mnie wysłuchać i to natychmiastowo, chociaż jego interpretacja moich żarliwych próśb znacznie odbiega od mojej. Ostre promienie słońca wpadają wprost w moje oczy, ale mimo to zauważam nad sobą niewyraźną postać. A jednak nie pozostałam Incognito. Uczucie wstydu przybiera na sile i ewoluuje w poczucie zażenowania. Wpatrzona w rozmazanego wysłańca, zauważam, że wyciąga w moim kierunku dłoń, którą bez namysłu chwytam by móc się podciągnąć. W pozycji stojącej zauważam swoje zakrwawione kolana i nie bacząc na wybawcę, ruszam kuśtykając w stronę najbliższej ławki. Kiedy tylko do niej docieram, siadam z wyciągniętymi przed siebie odnóżami, a tuż obok przysiada się jakby nigdy nic winowajca całego zajścia. I wierzcie mi, że mimo tego, że mam ochotę go teraz zamordować z zimną krwią, to jedyne na co mnie stać to przygarnięcie futrzaka i wtulenie w jego mięciutką sierść. Pochlipując w puszyste futerko kota, czuję jak ktoś kładzie na moim ramieniu dłoń. Chociaż słońce nadal nie przestaje razić w oczy, w postaci obejmującej moje cherlawe ramię zauważam biegacza, za którym puściłam się w szaleńczy pościg. Im dłużej wpatruję się w niego tym bardziej nie mogę uwierzyć w to co majaczy mi się przed oczyma. Chamem, gburem, bucem, który mnie totalnie zignorował, potrącając w parku, okazuje się osoba o której nigdy bym nie pomyślała.  
- Boże… Nic ci nie jest? – słyszę podejrzanie troskliwy głos swojego pacjenta, który w panice zaczyna oglądać moje zewnętrzne obrażenia, zupełnie tak jakby stał się ich bezpośrednią przyczyną.
W popłochu analizuję sytuację, spoglądając to na rozbite kolana, to na Michała- super bohatera i kata jednocześnie. W jego oczach dostrzegam poruszenie. Musi mnie to totalnie rozczulać, bo nie wiedzieć czemu cała nagromadzona parę chwil wcześniej złość ulatuje gdzieś daleko. Nie, to nie tak, że mu wybaczam i zapominam o tym co się stało, tylko dlatego, że jest tym kim jest. Tu chodzi o coś zupełnie innego, a przynajmniej tak to sobie tłumaczę.  
Po chwili odzywam się, a właściwie dukam coś bez sensu, wycierając ukradkiem łzy z policzka, by te nie zostały przyuważone przez rozmówcę.
- Ty krwawisz!- niemal wykrzykuje, przerywając tym samym mój niedokończony wywód, który tak usilnie próbuje sklecić w coś sensownego, wciąż nie mogąc wyjść z zaskoczenia obrotem sytuacji. – Trzeba to jak najszybciej zaopatrzyć. Poczekaj tu chwilę, zaraz po ciebie wrócę. – trajkocze, kompletnie nie zważając na moje ciche sprzeciwy.  
Jest strasznie uparty. Uparty i stanowczy. Musiałabym chyba rzucić się mu na nogę by wreszcie mnie posłuchał i nie odszedł. Kolana mnie obłędnie pieką, więc pomysł z uczepianiem się jego nóg spala na panewce. Michał zostawia mnie z kotem na ławce i truchtem rusza przed siebie. Z otwartą gębą obserwuje jak z każdą sekundą coraz bardziej się oddala, a jego postać staje się coraz mniejsza i mniejsza, a z czasem zupełnie znika. Zostaje tylko pusta aleja i kurz unoszący się nad nią w wyniku przebieżki siatkarza.  
Ściskając Cypisa do boku zaczynam zastanawiać się czy przypadkiem nie zostałam zrobiona w przysłowiowego balona. Myśli przybierają na sile, gdy od dłuższej chwili nie dostrzegam w oddali powracającego wybawcy. Zapobiegawczo spuszczam odnóża ku podłożu i próbuje swoich sił w chodzie, który kompletnie mi nie idzie. A może po prostu nie chcę? Może podświadomie liczę na jakąś rehabilitację ze strony Michała? Wiem, jestem głupia… O jakiej rehabilitacji w ogóle tu mowa? Przecież sama sobie jestem winna. Pretensje do garbatego, że ma dzieci proste. No tak, to ostatnio bardzo w moim stylu. Ale z drugiej strony… Ahh, szkoda gadać.  
Gdy zaczynam na dobre odprawiać lincz nad własną osobą, gdzieś na końcu drogi przed moimi oczami zarysowuje się coraz wyraźniej sylwetka wysokiego faceta. Odruchowo podnoszę się z ławki, ale równie szybko powracam do poprzedniej pozycji. Ból jest nieznośny. Z kwaśną miną obserwuję swojego oprawcę i bohatera w jednej osobie. Na widok chłopaka czuję ulgę i jakąś niepohamowaną radość, której nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Tym bardziej, że przed chwilą wcale nie było mi do śmiechu, bo skutki upadku nie przestawały dawać o sobie znać. Zapłakana jak za czasów pamiętnego dnia w przedszkolu przyglądam się mu z pod opuszczonej głowy. Im jest bliżej mnie tym bardziej staję się rozemocjonowana. Czuję, że wewnętrznie cała drżę, zwłaszcza wtedy gdy kuca naprzeciwko mnie i patrząc mi w oczy, wyciera z policzka łzy swoją dużą dłonią. Drżenie na moment zmienia się w paraliż, ten sam który ogarnął moje ciało wczorajszego wieczoru. Paraliż postępuje. Nie mogę się poruszyć, nie mogę się odezwać. Nie mogę nawet zaczerpnąć powietrza. Michał dostrzega mój nienaturalnie dziwny stan i puszczając oczko, rozładowuje napięcie.  
- Ładnie pani wygląda z tym rozmazanym tuszem na policzkach. – rzuca od niechcenia, odpakowując gazik jałowy z opakowania.
Komplement banalny jakich już wiele słyszałam, mimo to uśmiecham się pod nosem.
- To nie profesjonalne Proszę Pana.- przeciągam ostatnie słowo, gdy dłoń kapitana drużyny narodowej ląduje na mojej nodze.  
- Absolutnie nie. Znam się na tym. Poza tym mam na to papier. Zupełnie przypadkiem niedawno przeszedłem kurs pierwszej pomocy, więc jestem na bieżąco. – odpowiada zupełnie poważnie, nie odrywając wzroku od apteczki i jej zawartości. – A teraz uważaj bo może zaszczypać.  
- Co?- wypalam rozbawiona, bo najwidoczniej kompletnie się nie zrozumieliśmy.  
Mój uśmiech jednak szybko znika z ust, a w zamian wydobywa się z nich przeciągłe jęknięcie.  
- Boli?
- Już nie…- kłamię powstrzymując się od strzelania głupich min.
Pan Casanova kręci z niedowierzania głową, a potem dmuchając na kolano, zaczyna pochrząkiwać, by w końcu się odezwać:
- Widziałem cię wczoraj w klubie, ty chyba mnie też. – na wydźwięk tych słów momentalnie się prostuję. – Nie sądziłem, że taka szty…- przerywa, posyłając mi przepraszające spojrzenie. – że taka dziewczyna jak ty może chodzić po klubach.
- Proszę dokończyć, śmiało… Taka sztywniara jak ja? W sumie ma Pan rację. Jestem sztywna i nie przepadam za tego typu miejscami. Także proszę się nie denerwować, wszystko porządku.
- Nie chciałem by tak to zabrzmiało. To było nie na miejscu. Przepraszam.- mamrota, nie patrząc mi w oczy, wciąż rozmasowując moje świeżo zaopatrzone kolano.
- Przestań, nie musisz się tłumaczyć.- wybucham śmiechem, kiedy orientuję się, że mój ulubieniec naprawdę zmieszał się gafą jaką palnął.  
Na potwierdzenie tego, że się nie gniewam, postanawiam podnieść go na duchu:
– Nie jesteś odosobnioną jednostką, nawet moi znajomi nazywają mnie w ten sposób.  
- Czyli jesteśmy na Ty?- wyraźnie się ożywia, wreszcie podnosząc swoje oczy znad mojego kolana. – Ostatnio mi Pani wypomniała spoufalanie, tymczasem… - kontynuuje siadając obok, a mnie jak grom z jasnego nieba uderza fala gorąca, i to z całą pewnością nie spowodowana wysoką temperaturą powietrza. – Tymczasem to Pani, znaczy Ty… Yyy…- zaczyna się jąkać, śmiesznie przy tym marszcząc nos.  
Cała sytuacja zaczyna robić się dziwna. Niby chce mi się śmiać, ale w głębi duszy wiem, że nic w tym śmiesznego nie ma. Tak naprawdę właśnie balansuje nad przepaścią i każdy nieostrożny ruch może zakończyć się dla mnie katastrofą. Spoufalanie z pacjentami to grzech numer jeden lekarza, a ja właśnie to robię z swoim i to tak beznadziejnie przystojnym pacjentem. Niestety jest to silniejsze ode mnie. Ostatkiem zdrowego rozsądku postanawiam przerwać niewygodny temat.
- No!- wzdycham, uderzając otwartymi dłońmi w uda, tak że czuję jak moje kolana przechodzi ultra mocny ból. – Chyba powinniśmy się zbierać. Jest już późno, a ty, przepraszam, a Pan – poprawiam się błyskawicznie.- pewnie ma trening czy coś równie pasjonującego. Ja zresztą też mam plany, więc rozsądnie było by się rozejść. – zmyślam na poczekaniu, nadmiernie gestykulując dłonią, odchodząc przy tym na kilka kroków od swojego wybawiciela z opresji.  
- Ale gdzie Pani idzie?- czuję na swojej dłoni dotyk jego palców, który szaleńczo mnie rozczula.  
Obracam się w jego stronę i widzę na jego twarzy wyraźne rozczarowanie. Pomimo, że przystaje, Michał nadal trzyma mnie za rękę i najwidoczniej nie ma zamiaru jej puszczać. I chodź to niezmiernie miłe to z wypiekami na twarzy, z wielkim bólem serca, wyciągam spod jego dłoni swoją rękę i dziękuję za okazaną pomoc, mimo tego, iż stał się pośrednią przyczyną całego zamieszania.
- Nie powinienem teraz Pani zostawiać samej.- tłumaczy, gdy ja uparcie chcę wracać do domu.
- Proszę się nie fatygować. Zrobił Pan i tak więcej niż niejeden by zrobił. Naprawdę jest już wszystko porządku, poza tym wracam z Cyprianem.
- Z Cyprianem? Tzn?- marszczy czoło, drapiąc się po szyi.
- No tak. – uśmiecham się na widok jego nie tęgiej miny, a potem w ramach wyjaśnień dodaję: – Cypis to mój kot. Kot zamachowca zresztą. – mówię wskazując plastry na kolanach.
- Naprawdę muszę już iść. – wzdycham po chwili uporczywej ciszy, a na jego twarzy znów maluje się zawód.  
Nie lubię kiedy to robi. Nie wiedzieć czemu czuję się temu winna. Stojąc zaledwie kilka centymetrów od niego, zastanawiam się jak powinnam go pocieszyć. Pocieszyć? A no właśnie… Wygląda tak smutno. I to wszystko moja wina. Zachowuje się co najmniej idiotycznie. Jednak to co robię chwilę później przelewa czarę goryczy mojego ograniczenia umysłowego.  
Wspinając się na palce, składam na jego policzku miękki pocałunek, cicho szepcząc słowo "dziękuję”. Michał wlepia we mnie oczy, wygląda na totalnie zaskoczonego, a ja? Ja ostatni raz omiatam go wzrokiem i zachwycając się jego roziskrzonymi oczyma, odchodzę z kotem na smyczy w przeciwnym kierunku.

DanaScully

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 3168 słów i 18109 znaków, zaktualizowała 25 cze 2017.

3 komentarze

 
  • Kasia12345

    Super proszę o wiecej

  • Zaquizowanaaa

    Suuuuuper <3 <3 może to mało istotne, ale lżej by się czytali gdyby było więcej dialogów, a trochę mniej opisów, ale to tylko moja propozycja :) uważam, że jest idealne i bez tego :D kiedy mogę spodziewać się kolejnej ? :*