Terapeutyczna Miłość cz. 14

Terapeutyczna Miłość cz. 14NIEDZIELA


     Niewiarygodne, że można wyglądać tak seksownie podczas snu. Wczorajszy dzień, a w zasadzie wieczór był niesamowity. Zerkając na pogrążonego we śnie Michała nie posiadam się ze szczęścia.  
Wpatrzona weń jak w obrazek, odtwarzam w swojej marnej pamięci wszystkie wydarzenia z wczorajszego wieczoru, przy uwzględnieniu nocy i tego co przy jej osłonie zadziało się pomiędzy nami. To wszystko jest tak mistyczne, tak dalece nieprawdopodobne, że wciąż muszę powtarzać sobie w myślach, że nie konfabuluję.  
Gdyby ktoś mnie obserwował mógłby pomyśleć, że zwariowałam, ale tak, nie pomyliłby się wiele bo… zwariowałam! Zwariowałam ze szczęścia, a mój nieschodzący z ust uśmiech jest tego najlepszym dowodem.  
Przymykając lekko oczy, przypominam sobie krok po kroku tamtą rozmowę, tamte gesty i czyny, a moje serce niczym ping pong podskakuje w nienaturalnym tempie. Spokojnie, nic mi nie jest. To także jest efektem tego jak bardzo się cieszę.  
- A wiec to ten telefon cię tak zezłościł?- spytał kiedy wreszcie zawstydzona swoją porywczością wytłumaczyłam mu swój środowy atak szału.  – Kochanie… Właśnie do tego prowadzą niedomówienia. Fakt, dzwoniła do mnie „ta mała blond wywłoka”…- zacytował piskliwym głosikiem, by za chwilę dodać pouczająco, kręcąc palcem przed moimi oczyma.- … ale kobietą mojego życia, zdecydowanie nie była ona.  
- A więc? – wybałuszyłam po raz kolejny tego wieczoru oczy ze zdziwienia, nie przestając maltretować paznokci na swoich zębach.
- A więc, moja mama w tym tygodniu kończyła swoje 50 urodziny. No banał, ale szykujemy dla niej skromną niespodziankę, mam nadzieję, że ty także nam pomożesz i zajmiesz zaszczytne miejsce kobiety mojego życia. Co prawda nie wiem jak mama zareaguje na utratę swojego statusu, ale chyba warto co? – uśmiechnął się zaczepnie, choć wzrok jakim mnie obrzucił wyrażał raczej napięcie, niżeli rozbawienie.
- Ty mi się właśnie oświadczasz?
- Jeśli tego chcesz? To tak, oświadczam Ci się, ale na pierścionek z brylantem będziesz musiała chwilę poczekać.- odparł z poważnym wyrazem twarzy, chociaż musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że moje pytanie było zwykłym żartem, rzuconym ot tak, na rozładowanie napięcia jakie się w nim nagromadziło.  
Muszę jednak przyznać, że zrobiło to na mnie przeogromne wrażenie. Mimo, iż wiedziałam że do zamążpójścia jeszcze daleka droga przede mną to niezwykle miło było mi usłyszeć taką deklarację z jego ust. Czy faktycznie myślał o tym by za chwile stanąć przed ślubnym kobiercem? Nie wiem, ale wiedziałam za to kim jest Michał i miałam pewność co do tego, że nigdy nie rzuca słów na wiatr. Nie oczekiwałam za wiele, bo i po co? Po co myśleć o przyszłości, gdy teraźniejszość stała się tak inspirująca. Zamiast myśleć o tym co przed nami wolałam skupić się na tym co tu i teraz.
     - Niebywałe…- wzdycham, opierając sie łokciem o poduszkę, nie przestając obserwować swojego siatkarzyka.
Najdelikatniej jak tylko się da przeczesuje dłonią po jego twarzy, sprawdzając jeszcze raz czy to wszystko aby na pewno nie jest tylko snem. Uspokojona kontaktem fizycznym, wstaję leniwie z łóżka i zmierzając w stronę kuchni, by tam niczym najcudowniejsza dziewczyna swojego chłopaka, przyrządzić przepyszne śniadanie z pachnącą, aromatyczną kawą.
Swoją krzątaninę rozpoczynam od obsługi głodnego i najwidoczniej zazdrosnego Cypisa, który w akcie sfochania na cały świat, staje się niedotykalskim Paniskiem. Nie wnikam. Nie tłumaczę, musi nauczyć się żyć na nowo z myślą, że od dziś nie jest jedynym facetem w tym mieszkaniu. Między ogarnianiem kociej obrazy, a główkowaniem nad terminem idealnego śniadania, uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia co mój siatkarz lubi jadać, a czego nie. Mało tego! Nie jestem w stanie powiedzieć czy w ogóle pija kawę, a jeśli tak to czy rozpuszczalną czy fumiastą. Używa cukru białego czy trzcinowego? A może nie używa wcale, albo sięga po słodzik? Tak naprawdę nie wiem wielu rzeczy. Troszkę mnie to smuci, jednak nie na tyle by zaprzątać sobie tym głowę do kolacji.  
- Nie szkodzi.- macham ręką, odkręcając kurek w kranie, napełniając wodą do połowy czajnik. - Wszystkiego się nauczę.  
Kiedy pociągam za uchwyt lodówki, moim oczom ukazuje się standardowa pustka, co tak naprawdę już wcale mnie nie dziwi. Przyzwyczaiłam się do jej światełka, do tego że wiecznie zapominam ją uzupełnić także, ale dziś nie wiedzieć czemu nie napawa mnie to optymizmem.  Szczerze? Podziwiając jej wnętrze, lekko zaczynam się denerwować, co za chwilę przybiera formę wypominania sobie swojej zapominalskości… ale na Boga! Skąd mogłam wiedzieć, że będę miała dzisiaj gości na śniadanie?
Nie wiele myśląc, wyciągam z półek całą jej zawartość i przyglądam się im uważnie, by skomponować w głowie jako takie śniadanie. Nie powiem, że trwa to długo, ale wystarczająco by wreszcie wpaść na jakikolwiek pomysł. Fakt, wiele mu brakuje do tych filmowych, wykwintnych śniadanek, gdzie stoły wprost uginają się od sterty naleśników, jaj na miękko, grzanek z dżemem i tak dalej i tak dalej, ale naprawdę, wierzcie mi, nie jest najgorzej. I właśnie w tym miejscu muszę wam przyznać się z ręką na sercu, że nigdy nie byłam zbyt odkrywcza w temacie kulinarni.  Zresztą co tu dużo mówić w gotowaniu nie wiodłam prymu, a moje przygotowania do posiłku zawsze wyglądały tak samo. Albo czekałam, aż kelner poda mi coś, co długo najpierw wybierałam z karty menu, albo szłam do Intermarche i wybierałam coś gotowego, by potem w domu odgrzać to w mikrofali.  Pod tym kontem nie byłam kandydatką na idealną żonę i matkę, ale jak już mówiłam, na wszystko jest czas. Wszystkiego się nauczę.
     Kiedy już niemal wszystko jest na swoim miejscu, zaciągając się zapachem chrupiących tostów jak w amoku co chwile poprawiam rozstawienie zastawy, jakby miało to cokolwiek zmienić. Wiem, że to drugorzędna sprawa, ale chcę by wszystko prezentowało się nienagannie i chociaż w ten sposób wynagradzało niskie walory smakowe.  
Ostatni raz omiatam wzrokiem stół, a z aneksu zaczyna dochodzić coraz wyższy dźwięk świstu czajnika. Odruchowo podrywam się z miejsca w kierunku gotującej się wody, by ulżyć swoim jeszcze zaspanym uszom. Wyłączam gaz i zalewam do połowy dwa kubki z kawą, na wypadek gdyby miało się okazać, że Michał woli kawę z mlekiem, tak jak ja. Cały ten czas przygotowywań jest tak mocno magiczny, że nawet mieszanie łyżeczką po dnie kubka napawa mnie niewytłumaczalnym szczęściem. I już mam pełna radości wykrzyknąć imię swojego pacjenta, a raczej kochanka, przywołując go na romantyczny posiłek o świcie, gdy ten zachodząc mnie cichaczem od tyłu, obejmuje w pasie, całując w policzek.  
- Coś mi mówi, że trafiłem nie tylko na piękną kobietę, ale i na wykwintną Pani Domu. Twoim śniadaniem pachnie w całym mieszkaniu, ba! Idę o zakład, że i na całej klatce schodowej.- komentuje, obracając mnie przodem do siebie, by spojrzeć na mnie tymi swoimi błękitnymi ślepiami.
Jego komplementy zawstydzają mnie bez dwóch zdań. Odbywa się to w taki sam sposób jak zawsze, czyli raptownie oblewam się rumieńcem i aby to ukryć przywdziewam maskę dowcipnisi, szybko wyswobadzając się z szerokich ramion Michała, odparowując zadziornie:
- Oh, nie słodź już tyle, bo nie będę mogła nic przełknąć od tej słodyczy, a muszę przyznać, że naprawdę jestem głodna.
Misiek przytrzymuje mnie chwilę w miejscu, uśmiechając się niemo, a potem zupełnie bezsensownie parscha śmiechem.
Jego gest nie do końca zostaje przeze mnie zrozumiany, dlatego wlepiam w niego oczy, posyłając mu krzywy uśmieszek, dając mu tym samym jasny  sygnał, że tak naprawdę nie mam pojęcia co autor miał na myśli.
- Okey… Tylko nie patrz na mnie tym swoim wzrokiem. – odpowiada, zasiadając przed stołem. – No, no, no, trzeba przyznać, że Iza nie robiła tak eleganckich śniadań.- dodaje nie patrząc w moją stronę, skupiając się na smarowaniu masłem tosta.
- Jak nie mam patrzeć?- pytam zdumiona, lekko dotykając jego dłoni zaciśniętej na nożu od pieczywa. – Hej… Czy ty mówiłeś coś o Izie? Tak?
Mój były pacjent, zerka w moją stronę, zupełnie jakby chciał mnie sprowokować do kontrataku. Chwilę się kręci, a potem wracając do poprzednich czynności, mruczy niewyraźnie, wyskrobując łyżeczką z dna słoiczka resztki dżemu truskawkowego, ostentacyjnie uderzając nią po dnie, tak, że uszy cierpną.
- Cóż… Nawet jeśli coś mówiłem, to tylko po to by ci schlebić. Chyba nie myślisz, że chciałem celowo wyprowadzić cię z równowagi?
Tak, zdecydowanie to było by w jego stylu. Zaciskam nerwowo swoje dłonie na sztućcach i w myślach odliczam od dziesięciu do jednego by się uspokoić.  Kiedy mój sprawdzony sposób przynosi jako takie efekty, już nieco spokojniej, pytam z poważną miną:
- Nabijasz się ze mnie?
- Kochanie…- wzdycha, przelotnie na mnie zerkając, po czym bez mrugnięcia okiem wraca do przegryzania grzanki.  
Jego odpowiedź kompletnie mnie nie satysfakcjonuje. Patrząc na niego jak ciele w namalowane wrota, postanawiam nie przestawać wiercić mu dziury w tym muskularnym brzuchu.
- Ciekawe, naprawdę… Odnoszę inne wrażenie. Śmiałeś się. Śmiałeś ze mnie, co nie? Do końca życia będziesz to robił, szydził z tej wydumanej historyjki o tobie i o Izce, tak?
- Ty ciągle odnosisz wrażenie.- bezczelnie stwierdza fakty, kolejny raz zagryzając tosta, nie przestając raczyć mnie swoim zaczepnym uśmieszkiem.
Zabawne, zupełnie jakbym oglądała go podczas meczu Polska- Iran, gdzie uwielbia się uzewnętrzniać. Koniec końców, mus jest przyznać, że jest mistrzem prowokacji, bo aż mi się zbiera by wstać i trzepnąć go w tą głupawą gębę. Powstrzymuję się, ale tylko dlatego, że posiadam jeszcze jakiś instynkt samozachowawczy i nie chcę wyjść przed nim na jeszcze bardziej niezrównoważoną histeryczkę niż już jestem w jego oczach.
Poprzestaje na milczeniu i uraczeniu mojego nowego chłopaka najbardziej arktycznym spojrzeniem ever.  
Pan Kapitan nie przestaje śmieszkować, co nie polepsza jego sytuacji. W moich myślach zaczynają zupełnie bezwiednie pojawiać się sadystyczne akty zemsty. Chluśnij ze szklanki, rozmarz mu tost na czole itd., itd. Tak wiem, to cały Michał w okazałości. Jest złośliwym zgredem, ale to wciąż on. Może dlatego udaje mi się w ostatniej chwili wybaczyć mu te szkolne podrywy i jak gdyby nigdy nic wrócić do gorącego kubka kawy.  
- Hej.- szturcha mnie łokciem, już nieco mniej radosny, a gdy nadal nie reaguje na jego marne zaloty, niemal rzuca się na mnie, otaczając mnie swoim niedźwiedzim ramieniem.  
- Przecież żartowałem. Hej, słyszysz? Żartowałem.
- Słyszę.- prycham, wciąż udając śmiertelnie obrażoną, by po chwili dość gęstej ciszy dodać:- Słyszę, ale jakoś nie wiedzieć czemu ci nie wierzę. Hmm, dziwne, nie?
Z rozbawieniem obserwuje jego natychmiastową reakcję, pilnując się jak tylko mogę, by nie wyjść z roli obrażonej pannicy. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że muszę wyglądać rzeczywiście przekonująco, bo Michaś kupuje moją obrazę z miejsca, łykając moją grę jak dziecko.  
- Laurka… – mruczy wprost do mojego ucha, delikatnie podgryzając jego płatek. – Kotku, nie gniewaj się, proszę…
Nie gniewam się, ale tego nie zmierzam mu zdradzać. Skoro tak ładnie przeprasza to niech to robi nadal. Nie będę protestować, kiedy jest tak miło. Miło do tego stopnia, że już po paru sekundach szlag trafia całą moją powagę i obrazę majestatu. Wygląda na to, że Transfer Roku wie jak się przeprasza kobiety, nie wykluczone, że robił to częściej niż jestem w stanie sobie to wyobrazić, ale stop. To ile dziewczyn przewinęło się przez jego wyrko nie ma w tym momencie większego znaczenia. Teraz jestem ja i tylko to się liczy.
Jego usta błądzą po mojej szyi, zmieniając azymut na twarz, by w końcu spocząć na moich roześmianych ustach. Robi się coraz goręcej, a moja podświadomość podpowiada mi, że zupełnie niepotrzebnie starałam się tak z tym śniadaniem, bo koniec końców i tak nic nie zjemy, lądując na nowo w mojej sypialni.  
- Słyszałeś?- odrywam się od jego wygłodniałych pocałunków, nastawiając uszy niczym mój własny, obrażalski kot. – Miałam wrażenie, że ktoś dzwonił do drzwi.- tłumaczę, kiedy na moje pytanie nie przychodzi żadna odpowiedź.  
Michał lekceważąco bąka żebym dała spokój, po czym poprawia mnie na swoich kolanach, by za moment znów zacząć mnie całować.
- Oh to ty daj spokój- prostuje się jak struna, nie przestając nasłuchiwać.-  Niczego sobie nie wymyśliłam, ktoś dobijał się do drzwi, naprawdę nie słyszałeś?
- Zdawało ci się.
- Nic mi się nie zdawało. O! A teraz? Nie mów mi, że tego też nie słyszałeś.- wyrywam się z jego coraz bardziej intensywnych pieszczot, gdy po raz kolejny do moich uszu dobiega dźwięk dzwonka, a następnie głośne kołatanie w powierzchnie drzwi wejściowych.
- A nie moglibyśmy tak poudawać, że nas nie ma?- rzuca błagalne spojrzenie w kierunku otwartych drzwi do sypialni.
- Ciiiii…- odpowiadam krótko, przykładając mu swój palec do ust, by zamilkł. – Nie teraz, proszę. – dodaję szeptem, kiedy Michał mimo wyraźnego znaku by przestał dowcipkować, wciąż  nie zaprzestaje swojego uwodzenia, wkładając mój uciszający palec do swoich ust.
Patrząc na niego odnoszę wrażenie, że w końcu udało mi się go ujarzmić. Tak mi się wydaje… Zresztą czy to ważne? Grunt, że dał za wygraną i wraca  na swoje miejsce, zabierając się do swojego nadjedzonego tosta. Wygląda trochę teraz jak zbity kundel, ale jakoś nie jestem w stanie baraszkować, kiedy ktoś tak dobitnie daje o sobie znać. Ześlizgując się bezszelestnie z krzesła, wymieniam się spojrzeniem z pochłoniętym popijaniem pieczywa Michałem, dając mu znak na migi, że pójdę sprawdzić kto o tak wczesnej porze próbuje wywarzyć mi drzwi od mieszkania.  
Potykając się o porozwalane obuwie w korytarzu, docieram do wejścia i bez wahania przekręcam zamek w drzwiach, by za chwilę stracić resztki dobrego humoru.
- Wróciłaś?- pytam zdezorientowana na widok swojej opalonej współlokatorki siedzącej z wyciągniętymi nogami przed siebie na dwóch wściekle różowych walizkach.  
- No w końcu! Myślałam już, że nigdy nie otworzysz. – burczy, chwytając za walizki, ładując się prędkiem do mieszkania.  
- Nic nie mówiłaś, że będziesz wcześniej wracać… posprzątałabym.- bąkam zakłopotana, czując że moje policzki płoną żywym ogniem.
Ada w odpowiedzi prycha, komentując że nie wiedziała, że musi zapowiadać się z przyjazdem do własnego mieszkania i zrzucając ze swoich stóp jakże gustowne rzymianki, kieruje się wprost do naszego aneksu kuchennego kompletnie nie zważając na moje nieudolne próby uprzedzenia jej o stanie rzeczy jaki za lada moment zastanie.
W mojej głowie zaczyna kotłować się cała masa różnych scenariuszy, spanikowana do granic możliwości jak zwykle przewiduje tylko te czarne alternatywy. Nie przewiduję za to tego co za chwilę padnie z ust mojej współlokatorki, współpracowniczki i przyjaciółki w jednym.
- Michał?- pyta na widok równie zmieszanego co ja chłopaka, by za chwilę roześmiać się na głos i dodać z udawaną powagą:- Ho, Ho! Nie wiedziałam, że ta terapia zadziała tak szybko.  
Kompletnie nic nie rozumiejąc, obserwuję całą tą sytuację  i zauważam, że jeszcze przed momentem zbity z tropu Michał nagle podejmuje żart i teraz oboje z Adrianą śmieją się w najlepsze.  
- Znacie się?- pytam zaskoczona. – Wiedziałeś?- rozdziawiam usta w niezidentyfikowanym grymasie, wlepiając przenikliwie oczy, uważnie obserwując zmieniającą się mimikę twarzy swojego nowego chłopaka.
- Nie wiedział. Może na początku usiądźmy, tak będzie łatwiej.– z wybawieniem z opresji przychodzi mu Ada, która z tajemniczym uśmiechem na twarzy, staje między nami i chwytając zarówno mnie jak i jego za dłoń, nie zaprzestaje swojego monologu, prowadząc nas do salonu, gdzie jak posłuszne marionetki siadamy obok siebie, by ona na spokojnie mogła rozwiać tysiące naszych wątpliwości i pytań.
Tak naszych, bo zdaje się że nie tylko ja mam ich w zanadrzu. Michała nieodgadniony wyraz twarzy również to sugeruje.  
Adriana zasiada w swoim fotelu i bez zbędnej gadki wstępnej, uderza od razu z grubej rury.  
- No tak, zrobiłam to. Zaplanowałam to co do szczegółu. Nie da się ukryć, to był mój pomysł, więc nie musicie podejrzewać się nawzajem o konszachty z samym diabłem. Boże… To wydawało się tak naturalne, że nie mogłam postąpić inaczej.
- Dlatego posłużyłaś się tak nieetyczną intrygą? Czyś ty zwariowała?- unoszę się lekko, bo mimo dobrych zamiarów, moja przyjaciółka nie przewidziała jak cała sytuacja odbije się na mnie i na mojej pracy.
- Nie przesadzaj…- oburza się. - No właśnie, a skoro mowa o przesadzie, to jest to kolejna rzecz, która was łączyła. Po za tym znalazło się kilka innych rzeczy. Chryste! Co tu dużo gadać, jesteście jak dwie połówki jabłka. Oboje jesteście dla mnie ważni, musiałam zadziałać, bo jeśli nie ja to kto? Chciałam wam pomóc, tak po ludzku pomóc się odnaleźć. Michała znałam od dziecka, nie chwaląc się był moją pierwszą szkolną miłością.- uśmiecha się, puszczając w jego kierunku oczko, by ten w mgnieniu oka oblał się rumieńcem… - A ty Laura? Czas leci. Jesteś moją przyjaciółką i nie chcę więcej widywać cię w tym cholernym narożniku z kotem na rękach. – tym razem to ja czerwienieje  na policzkach. – Kiedy do mnie zadzwonił, że w końcu będzie sposobność by spotkać się po latach, od razu wiedziałam, że muszę was poznać. Jak pomyślałam tak zrobiłam. W sumie nawet nie było to specjalnie trudne.
Z każdym jej kolejnym słowem staję się jeszcze bardziej i bardziej zdumiona. Tak, zdumiona, bo nigdy nie pomyślałabym, że moja kumpela jest tak przebiegłą lisicą. Kiedy dociera do końca swojej misternej intrygi, oboje z Miśkiem nie jesteśmy w stanie nic z siebie sensownego wydusić. Długo przychodzi mi pozbieranie myśli, a gdy już udaje mi się z tym uporać, postanawiam zakpić z mojej szalonej funfeli. Nie gniewam się, bo tak naprawdę nie mam o co. W rzeczywistości powinnam jej podziękować, na pewno nie awanturować się. Mój Kapitan też raczej nie wygląda jakby miał ją za chwilę zrugać, więc jak widać nikt do nikogo nie ma pretensji, ale Ada nie musi o tym wiedzieć. Dlaczego miałabym jej troszkę nie potrzymać w niepewności? Bądź co bądź  trochę namieszała, więc why not?
- Franca! –wybucham , udając wkurzoną, rzucając jej wściekłe spojrzenie.
Ada w odpowiedzi bąka tylko ciche, niewyraźne „Ale Laura”, zupełnie jakby miała za moment mnie przeprosić, jednak tego nie robi.  W zamian nieśmiało zerka to na mnie to na Michała, jakby poszukiwała w nim jakiegoś wsparcia. Śmieszy mnie jej stan, bo jeszcze przed paroma chwilami była ostoją spokoju, a jej pewność siebie aż kipiała. Teraz jest taka mała, że aż robi mi się jej żal i po prostu kapituluję:
- To co zjemy razem śniadanie? Strasznie się napracowałam i nie chciałabym, żeby to wszystko się zmarnowało. Na pewno jesteś głodna, co?- puszczam obojgu oczko, rozśmiewając się serdecznie.

DanaScully

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 3543 słów i 19879 znaków.

5 komentarzy

 
  • elninio1972

    a co najlepsze, bohaterką zrobiłaś mój ideał kobiety :*

  • elninio1972

    nie mój styl :) choć dotarłem do końca. Fajne, choć ciezko mi sie czytało :* bedziesz kontynuować?

  • DanaScully

    @elninio1972 nie będę kontynuować. Opowiadanie właśnie się zakończyło :)

  • elninio1972

    @DanaScully ech, szkoda bo bylo fajne :)

  • Convallaria

    @DanaScully seriooo? Dlaczego?

  • DanaScully

    @Convallaria opowiadanie kończy się Happysad endem. Bez sensu wprowadzać zamieszanie :)

  • Convallaria

    Podoba mi się to opowiadanie chociaż chyba lepiej byłoby pociągnąć dłużej wieczór spędzimy razem i ich rozmowy. Bo czuję tutaj niedosyt że tak sytuacja się nie zdążyła rozkręcić i bach i nowy dzień. Fajnie czyta się opisy zachowań głównej bohaterki i ich analizy. Nie przepadam za zbyt długimi opisami ale twoje mnie nie drażnią, są ciekawe. Pozdrawiam

  • DanaScully

    @Convallaria dziękuję Ci serdecznie :)

  • Convallaria

    @DanaScully nie ma sprawy. Czytałam że zależy ci na szczerych feedbackach a nie tylko och i ach. Ja uwielbiam czytać i miliardy książek i opowiadań przerobiłam. Specem od pisania nie jestem ale może choć trochę pomogę. Masz talent. Pielęgnuj to.

  • sascha

    świetne!

  • moni1

    extra