Jak kamyk, cz. 2

***
Odsunął się ode mnie powoli. Dał mi chwilę głębiej pooddychać z czołem opartym o jego tors. Czułam, że wpatruje się intensywnie w czubek mojej głowy, w której miałam teraz mętlik. Zrobił krok do tyłu i nim podniosłam głowę, już go nie było.
Jak przez mgłę pamiętam powrót do domu. Mroźny wieczór był ukojeniem. Szłam powoli zastanawiając się, co mi się w sobie podoba. Jedyne, co przychodziło mi na myśl to oczy. To za mało, stanowczo za mało.
***
Następnego dnia dom na Kwiatowej ponownie przywitał mnie ciszą. Fredzio otarł się o moje uda, co licowało z jego psią naturą i bardziej upodobaniami zbliżało do kotów.
- Tata panią woła – oznajmiła uśmiechnięta Weronika, która energicznym krokiem schodziła ze schodów.
„To sobie niezłego posłańca znalazłeś” – pomyślałam z ironią.
Skierowałam się w stronę gabinetu Maćka. Rzadko zapuszczałam się w ten rejon domu, bo jego właściciel nie życzył sobie, żebym tam sprzątała. Byłam wdzięczna za darowanie mi tego obowiązku, bo pokój mężczyzny był surowy, źle się w nim czułam. Zapukałam lekko. Zza drzwi nie padła żadna zadowalająca mnie odpowiedź, więc wtargnęłam do środka. Wtargnęłam to idealne słowo, bo uderzyłam Maćka z impetem drzwiami w dłoń. „Nie pomagasz sobie Ada” – pomyślałam zdenerwowana.
- Siadaj – syknął rozcierając dłoń – Musimy porozmawiać.
Myślę, że, gdyby nie ból z powodu uderzenia, jego twarz miałaby doskonale obojętny wyraz. Nic w jego zachowaniu i tonie głosu nie wskazywało na to, że coś odbiegającego od normy miało wczoraj między nami miejsce. Nie zapytał jak się czuję, nie przeprosił. Jak rasowy przedsiębiorca przeszedł od razu do rzeczy traktując mnie jak partnera do interesu.
- Posłuchaj, mam dla ciebie propozycję – nim zdążyłam zaprotestować, uciszył mnie dłonią, jakby cel, który mu przyświecał był trudny do uchwycenia, więc trzeba było go złapać jak najszybciej.
- Między moją żoną a mną w łóżku nie układa się ostatnio najlepiej – kiedy to mówił, poczułam niemiły skurcz w żołądku.
- Jesteś wolna. Poczułem wczoraj, że może nam być ze sobą dobrze – kontynuował.
„Obleśny dziad” – pomyślałam z niechęcią. Nie słuchałam, co miał mi do powiedzenia. Nietrudno było się tego domyśleć po tym mało finezyjnym wstępie.
- … Moglibyśmy nawzajem dawać sobie rozkosz i… - wybiegłam z gabinetu przewracając z impetem krzesło. Nie obchodziły mnie jego argumenty, nie obchodziły mnie niezapłacone rachunki. Przemknęłam drzwiami wejściowymi na zewnątrz zostawiając je niedomknięte. Nie mogłam zobaczyć jak cicho je za mną zamyka. Nie mogłam zobaczyć jak przygarbiony i dziwnie zmęczony kieruje się do gabinetu, żeby utonąć w morzu pracy.  
***
Wróciłam do domu przemarznięta, otępiała. W ciemności skierowałam się do łazienki. Umyłam zgrabiałe dłonie. Właściwie pozwoliłam wodzie spływać po nich niespiesznie. Zamknęłam oczy, odetchnęłam głęboko. W ciszy pustego mieszkania dzwonek komórki był niczym trzęsienie ziemi. Wystraszył mnie. Wzięłam w dłoń telefon. Na wyświetlaczu pojawił się jakiś nieznany numer.
- To ja Maciek, nie odkładaj słuchawki - powiedział szybko jakby przewidując moją reakcję.
Nie odezwałam się słowem, stałam pośrodku ciemnego pokoju z telefonem przy uchu. Macie czasem takie dni, które was przerastają? Ogarnął mnie spokój, nie dlatego, że wszystko skończone, ale dlatego, że pozostało mi jedynie czekanie na to, co się wydarzy.
- Możemy spotkać się i porozmawiać? - wyczułam w jego głosie niepewność, ale przez zmęczenie nie chciałam tego analizować.  
- Powiedziałem Elce, że się przeziębiłaś i będziesz jutro - kontynuował niezrażony moim milczeniem.
- Czego chcesz? - nie wytrzymałam.
- Chcę pogadać o tym, co wczoraj zaszło miedzy nami w kuchni. Popołudniu niezbyt zręcznie się wyraziłem, choć w głowie brzmiało to całkiem przyzwoicie i rzeczowo. Wysłuchaj tego, co mam ci do powiedzenia i nie stawaj okoniem. Chciałbym, żebyś zrozumiała...
- Nie widzę sensu... - przerwałam mu.
- Ale ja go widzę, może, kiedy wyjaśnię i ty go dostrzeżesz - był nieugięty.
Nie wiem, co mną powodowało.
- Będę o czternastej - zanim zdążyłam dokładnie to przemyśleć, moje usta udzieliły lakonicznej odpowiedzi.
- Dzięki. Do zobaczenia - rozłączył się szybko, chyba, żebym przypadkiem nie zmieniła zdania.
***
Postanowiłam wziąć długą kąpiel. Niecodziennie mężczyzna proponuje mi układ... (czytajcie: wielka ironia). Byłam wykończona. Całe zdenerwowanie odeszło w zapomnienie. Woda miała idealną temperaturę, olejek do kąpieli miło drażnił nozdrza i działał na zmysły. Powoli wracałam do równowagi. Tylko tuż przed snem zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy. Uchyliłam lekko koszulkę tak, by odsłaniała ramię i zaczęłam studiować swoją twarz, linie szyi, obojczyki i bark. Nigdy nie zastanawiałam się nad fakturą skóry, kiedy  jej dotykałam, nad moim naturalnym zapachem po prysznicu. Było coś niepokojącego w tym jak teraz pocierałam skórę na ramieniu. Powoli, z delikatnym naciskiem, od którego lekko się różowiła. Jak zareagowałabym na dotyk Maćka? Jak on to ujął? – „Moglibyśmy nawzajem dawać sobie rozkosz”. Zasypiałam z piosenka "With Or Without You" U2 w głowie.
***
Dzień w szpitalu upłynął mi na papierologii. Nie miałam czasu myśleć o innych sprawach. Kiedy wybiła czternasta,weszłam do domu Wilków, a napięcie powróciło. W progu spotkałam Elżbietę z Weroniką.
- Lepiej się czujesz? – zapytała dziewczynka.
-Tak, lepiej - uciekałam wzrokiem bardziej przed Elką niż Weroniką.  
- Pani Ado, wyjeżdżamy na cztery dni do mojej matki - oznajmiła kobieta, a ja pomyślałam, że musiało wydarzyć się coś niedobrego... może się dowiedziała?  
- Czy coś się stało? - raz kozie śmierć, przepędzi mnie i będzie miała rację, ale niech to stanie się teraz.
- Nie, zawsze przed świętami wpadamy do mojej matki, to taka niepisana tradycja. Wypytujemy się wzajemnie o zdrowie i prezenty - uśmiechnęła się ciepło, a mnie zrobiło się jej żal.
- Mam jednak do pani prośbę - zaczęła podejrzanie niewinnie - Fredzio niefortunnie stanął na tylnej łapie witając Macieja - dopiero teraz zauważyłam, że pies nie przywitał mnie jak zwykle.
- Poza tym Maciej będzie sam. Czy mogłaby pani na te cztery dni zamieszkać tutaj? Dopilnowałaby pani obu - mówiąc to puściła mi oczko.  
Mnie jakoś nie bawiła perspektywa bycia w tym domu nawet pięciu minut więcej niż to konieczne. Swoją drogą dziwne, że najpierw wspomina o psie, a potem o mężu… I dlaczego mam wrażenie, że tą propozycją daje mi do zrozumienia jak wielki spotkał mnie zaszczyt.
- Przepraszam, ale to niemożliwe - naprawdę starałam się nie warknąć.
- Nie może mi pani tego zrobić. Już wszystko ustaliłam z Maciejem - zrobiła smutną minę.  
No tak... jemu na pewno to odpowiada. Zaczynam mieć mgliste wrażenie, że moje zdanie w ogóle się dla nich nie liczy.
- Naprawdę nie mogę - broniłam się uparcie.
- To tylko cztery dni. Fredzio naprawdę pani potrzebuje - oj, nieładnie zagranie. Zdążyła już zauważyć, że mam słabość do tego psa. Spojrzałam w smutne oczy bernardyna, naprawdę wyglądał mizerne.  
- Dobrze, ale uprzedzam, że mam też inne zobowiązania i będę pracowała tyle godzin, ile ustaliłyśmy na początku, tak jakby była pani w domu.
-Tak się cieszę - uśmiechnęła się szeroko - Uciekam, bo Weronika pewnie się już niecierpliwi.
Nawet się nie pożegnała, trzask zamykanych drzwi uświadomił mi jak wielki błąd popełniłam. Ostatecznie mogłam wziąć Freda do siebie, tym bardziej po pamiętnym wieczorze sprzed dwóch dni. Odetchnęłam głęboko, głośno wypuszczając powietrze.
- Cześć kamyczku - usłyszałam za sobą - Ta podłoga musi coś w sobie mieć skoro ją tak pieczołowicie studiujesz.
W tym momencie jedyne, co przyszło mi do głowy to: "Boże, daj siłę".
***
Odwróciłam się powoli w jego stronę.
- Zaczynam podejrzewać, że masz rozdwojenie jaźni – odparłam – raz jesteś palantem, a innym razem… jeszcze większym palantem.
„Boże, powiedziałam to na głos, naprawdę to powiedziałam”. Spoważniał w mgnieniu oka. Musiałam się jakoś ratować, bo już nabierał wdech, żeby mi odpowiedzieć, przecież on mnie zmiażdży…
- Nie martw się, będę tu tylko jeszcze cztery dni, dla psa… - urwałam.
Chyba nie mogło być gorzej. Pogrążałam się z każdym słowem. Widziałam, że on zaraz eksploduje. Gdyby jego oczy mogły ciskać pioruny w moją stronę, byłabym już zwęglona na popiół… po stokroć. Przełknęłam głośno ślinę. Kuchnia, ewakuuj się do kuchni Ada. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Niestety, poszedł w ślad za mną.
- Jesteś solidna – szybko się uspokoił, bo w tonie jego głosu nie było złości.
- Co? – byłam skonsternowana.
- Jesteś solidna – powtórzył.
- W sensie jak torba? Torby są solidne – dopytywałam.
- Nie. Obserwuję cię jakiś czas. Zawsze jesteś punktualna, spóźniłaś się dotąd tylko raz i nie ze swojej winy. Nosisz się schludnie, bez ekstrawagancji. Nie wiem czy to twój świadomy wybór, czy brak kasy.
Skrzywiłam się lekko na te słowa, ale słuchałam dalej.
- Wykonujesz swoją pracę dokładnie i jesteś ułożona… na ogół. Im dłużej myślałem o tobie, tym  pewniejszą kandydatką do łóżka się stawałaś. I zanim mnie zlinczujesz, wyjaśnię – składam taką propozycję pierwszy raz i już wiem, że nie jestem w tym dobry, ale myślę, że gdybyśmy nawiązali nić porozumienia…
- Pozwól, że ci coś wyjaśnię – przerwałam mu.
Zamilkł. Chyba naprawdę nie był w tym dobry, bo głośno wypuścił powietrze, chwila odsapnięcia była mu potrzebna, a ja zamierzałam wykorzystać ją dobrze.
- Jestem kobietą. Jak każda bywam trochę próżna. Nie jestem pięknością, ale mam dwie nogi, dwie ręce, wszystkie zęby i całkiem nieźle widzę. Nie mogę mieć żalu o to jak mnie odbierasz, bo sama się do tego walnie przyczyniłam, ale zabolało mnie to, co powiedziałeś, a co pewnie widzą wszyscy. Solidność… Co to ma być? Kobieta chce czuć się pożądana, kochana, doceniana. Kolejność dowolna. Więc nigdy więcej nie używaj wobec którejś z nas słów dobrych do sloganu reklamowego toreb podróżnych. Po drugie, a właściwie po pierwsze – masz żonę i dziecko. To nie są króliki, które ci ścianę obgryzają, bo mają za mało wapnia, rozumiesz? To ludzie, bardzo bliscy ci ludzie, a przynajmniej tak być powinno. Po trzecie, owszem, działasz na mnie, ale to nie znaczy, że z braku seksu, jak tobie, ma mi mózg zjechać poniżej bioder. Jesteś arogancki, zbyt pewny siebie, a niektóre twoje zdania mają ciężar walca drogowego.
No to mogę wracać do domu, szkoda mi tylko Fredzia. Już szykowałam się do wyjścia, kiedy mnie zatrzymał. „To jakieś cholerne deja vu” – pomyślałam.
- Owszem, masz rację. Nawet nie wiesz, ile razy analizowałem w głowie moją sytuację. Nie było ostatnio dnia, żebym nie wyrzucał sobie coraz większej słabości. Zadajesz sobie pytania: Co się z tobą dzieje? Dlaczego? Potem zbierasz się w sobie i dopingujesz: Ogarnij się! To fanaberia! I myślisz, że to ostatni raz, że tym razem przegnałaś tęsknotę na zawsze, ale wieczorem, wpatrzona w sufit, nie umiesz pozbyć się natrętnych pretensji: Jestem jeszcze młoda, chcę żyć, dlaczego mam rezygnować z części siebie? To prawda, że mam żonę i dziecko, to prawda, że jestem ostatnim skurwysynem, bo ci to zaproponowałem, bo, najważniejsze, nie mam już siły skomleć o odrobinę ciepła ze strony żony, ale prawdą jest też to, że mam swoje potrzeby, namiętności. Nie jestem tylko maszynką do zarabiania pieniędzy, nie jestem tylko ojcem, jestem też mężczyzną i mam dosyć, zajebiście dosyć, nazywania tego, czego pragnę słabością. To nie grzech dotykać i być dotykanym, to nie wstyd. I nigdy, przenigdy nie powinnaś błagać o dotyk kogoś, kogo kochasz. Czuję się jak ten cholerny kamyk.
Cóż… powalił mnie. Osoba, która się długo z czymś nie męczy, nie wypluwa z siebie słów na temat tej męczarni z szybkością karabinu maszynowego. Stał tam, zupełnie odkryty i daję słowo, ze gdybym coś powiedziała, zrobiła, on zupełnie by się rozsypał, chyba trochę dygotał. Musiałam pomyśleć. Koniecznie. Uciekłam na spacer.


Jeszcze raz bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa i uwagi do tekstu. Życzę Wam udanego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku,
Kamyk.

JakKamyk

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 2320 słów i 12855 znaków.

5 komentarzy

 
  • xek

    Dobrze się czyta, ciekawie piszesz.

  • Ningru

    Czesc☺ zaskoczyłaś mnie, tzn bardzo pozytywnie że tak szybko następną część dałaś☺ jestem pod wrażeniem opowiadania, i bardzo jestem ciekawa dalszego ciągu☺ wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Czekam niecierpliwie na kolejną część☺

  • MrHyde

    Ludzkie kamyki dziwne są. Chcą ciepła, miłości i takich tam, a jak osiągną cel, zaczyna im się nudzić. Szukają nowych wrażeń. Mocniejszych. Przy okazji burzą, co wybudowali. Ładne opowiadanie. Oby tak dalej!

  • Dom

    Świetnie się czyta. :bravo: I ta argumentacja głównych bohaterów - wręcz prawdziwa życiowa, nie wyssana z palca, chociaż z gościa niezły skurwy.yn. Podobają mi się porównania których używasz – są bardzo  trafne i lekkie. Jednak czuję jakiś niepokój związany z tym że podczas budowania napięcia nie używasz żadnych słów określających uczucia, namiętność, nieopisaną wręcz ciągotę. Momentami odczuwam wrażenie czytania sterylnie wzorcowego, poprawnego do granic możliwości opowiadania (o torbach podróżnych ;) ). Poza tym super, bardzo fajnie :yahoo: Z niecierpliwością wypatruję kolejnych części :)

  • Robert72

    Czytam tu trochę ale takiego debiutu to dawno nie czytałem . Jeśli to twoje pierwsze opowiadanie to powinnaś pisać i to dużo.To jak serwujesz napięcie poszczególnych bohaterów i ten dobór słów , nie używasz wulgaryzmów . Jednym słowem super ! Nie każ długo czekać na dalsze części .