Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Życie nie jest sprawiedliwe.

Życie nie jest sprawiedliwe.

Na dworze szumiał wiatr. Siąpił deszcz. No cóż, koniec października, co można by się spodziewać! Czy to się działo dawno? To zależy od tego jak mierzyć czas. Konkretnie działo się to kilka lat po śmierci Stalina. Dokładnie szesnastego października 1958 roku. Miałam zlecenie, a w moim fachu świątek, piątek, zima czy lato, nie ma znaczenia. Adres znałam na pamięć. Ulica Karmelicka czternaście mieszkania dwadzieścia trzy. Kraków, Polska. Godzina wykonania zlecenia osiemnasta czterdzieści trzy. Z kilkoma sekundami. Iloma? Dokładnie dwudziestoma czterema. W mojej pracy precyzja ma istotne znaczenie. Kazimierz Pasternak, lat pięćdziesiąt cztery, rozwiedziony. Dwójka dzieci z małżeństwa. Od dwudziestu siedmiu lat zatrudniony jako lekarz, a konkretnie chirurg tkanki miękkiej. Ostatnio przebywa na chorobowym. Ludzi na ulicach jak kot napłakał, nic dziwnego, nikt nie przepada za deszczem w październikowy wieczór. Weszłam do bramy i otrzepałam czarny płaszcz. Goła żarówka dawał nieco światła, przez co cień mojej wysmukłej postaci poruszał się najpierw za mną, a potem przede mną. Kiedy zaczynałam pracę wyglądałam całkiem całkiem, ale rodzaj wykonywanych czynności wpłynął na moją posturę, a szczególnie twarz,  wyraźnie negatywnie. Dom, w którym mieszkał Kazimierz, pamiętał czasy sprzed wojny. Schody lekko skrzypiały kiedy wchodziłam na drugie piętro. Stanęłam przed lekko podrapanymi drzwiami. Pokręciłam głową. Pan doktór, a mieszkał jak zwykły robotnik sezonowy.  
Dzisiejsze zlecenia różniło się nieco od zwykłych. Jako wzorowy pracownik nigdy nie zadawałam pytań szefowi. Nie zdziwiłam się aż tak bardzo, w końcu wykonuję tę pracę od jakiegoś czasu. Inność zlecenia polegała na tym, że po raz pierwszy od czasu jak wykonuję tę ważną usługę, sfinalizowanie zlecenia zależało ode mnie. Powinnam się zdziwić, ale nie leżało to w mojej naturze. Miałam zapukać do drzwi i to uczyniłam. Dopiero za trzecim razem usłyszałam jakieś odgłosy ze środka.
– Kogo tam niesie o tej porze – Kazimierz nie wyraził swoim zachrypniętym od alkoholu i papierosów głosem zadowolenia.
Szedł wolno i nierównym krokiem. Zapukałam po raz ostatni. Teoretycznie mogłam tego już nie zrobić, ale zlecenie miałam dokładne, w tej kwestii.  
– Słyszę, słyszę. Jaki czort kogoś tu sprowadza? – rzekł nieco ciszej drugie zdanie.
Otwieranie drzwi sprawiło mu niemały kłopot. No cóż, wypił już więcej niż połowę wódki z pół litrowej butelki, a w jego krwi pozostawały jeszcze promile z poprzedniego dnia. Otworzył. Nieogolony od co najmniej trzech dni. Przekrwione oczy i ziemista cera nie świadczyła dobrze o jego zdrowiu. Na nogach miał kapcie, które pamiętały lepsze czasy. Powyżej dostrzegłam wymięte nieco, czarne wełniane spodnie. Resztę jego postury okrywał bordowy szlafrok. Odsłoniętą częściowo klatkę piersiową porastały czarne i siwe włosy.
– Nie wyglądasz najlepiej – rzekł na przywitanie – wchodź, bo wieje z klatki – otworzył szerzej drzwi i ręką wskazał pokój.
Wiedziałam, że nie zastanę tu wzorowego porządku. Dywan, kiedyś kolorowy, teraz wypłowiały. Starą kanapę okrywał wełniany koc. Przed miejscem do siedzenia i czasem spania stał stolik. Obok niego walały się puste butelki po wódce i winie.
– Siadaj, napijemy się – pokazał miejsce na kanapie.
Spojrzał na mnie nieco zamglonymi oczami.
– Czy my się znamy? – zainteresował się na chwilkę.
Nawet nie odczekał kilku sekund na odpowiedź i machnął zrezygnowany ręką.
– Zresztą czy to ważne? – spojrzał jeszcze raz na moją twarz. – chcesz ogórka, bo śledzie już zjadłam?
– Nie przyszłam do ciebie tylko po ciebie – powiedziałam beznamiętnym tonem.
– Dobra, nie bądź taka drobiazgowa. To jak, chcesz zagryźć czy nie? – nalał mi pół szklaneczki.
Nie zamierzałam skorzystać z poczęstunku. Prawdopodobnie nie zwrócił na to uwagi.
– To na zdrowie – jednym haustem wypił setkę mocnego trunku.
Patrzyłam na niego. Przeważne ludzie wiedzieli, kim jestem i zwykle jedyne co przez nich przemawiało, to strach. Oczywiście nie wszyscy tak reagowali. Dla jednych byłam najbardziej nieoczekiwaną rzeczą, dla innych wyczekiwaną i zbawienną. To nie miało znaczenia, że Pasternak miał już nieco procentów we krwi. Dziwne, pijani zwykle trzeźwieli natychmiast na mój widok. Jedyny i niepowtarzalny. Wyjątkowy. Oczywiście teraz byłam w swojej zwykłej postaci. Dla małych dzieci, by ich dodatkowo nie straszyć, przybierałam postać dobrej wróżki. Czasem dla kontrastu, dla bardzo złych ludzi, już sam mój widok mógł zabić.  
– A właściwie to, czemu przyszłaś? Jesteś jakąś starą pacjentką, mieszkasz w tym domu, czy się zgubiłaś podczas tej pluchy, zobaczyłaś światło w oknie i przyszłaś? – przyglądał mi się dłużej.
– Naprawdę nie wiesz, kim jestem? – tym razem ja popatrzyłam w jego oczy.
Nie dostrzegłam tam ani nawet cienia strachu. Dziwne.
– Co za różnica kim jesteś. Przyszłaś, to pogadamy. Czemu nie pijesz? – spojrzał najpierw na wciąż pełną szklaneczkę tego popularnego w tej części ziemi trunku, dopiero potem na mnie.
Czas planowanej operacji minął, a ja wciąż nie podjęłam decyzji. Coś było dziwnego w Kazimierzu.
Chyba na chwilkę zapomniał, że nie odpowiedziałam na jego pytanie. Wiedziałam, co go trapi. Wiedziałam wszystko, no może prawie wszystko. Wiadomo, jedną sprawę wie tylko mój szef i tego jednego właśnie nie wiedziłam. Usiadłam na starej kanapie.
– Możesz zdjąć swój płaszcz – odezwała się ponownie.
Pierwszy raz od jak dawno pamiętam, zrobiłam, o co poprosił mnie śmiertelnik. Położyłam moją pelerynę na brzegu kanapy. Moja suknia była czarna podobnie jak wszystko, co miałam na sobie. Poza suknią miałam pończochy i czarne buty ze skóry baranka. Poprawiłam włosy, zwykle niewidoczne pod kapturem.
– Nie wiem, skąd jesteś, ale marnie cię tam karmią – zarechotał – Chcesz kaszanki? Mam tylko ogórki w occie, kaszankę i może kawałek żółtego sera.
– Dziękuję za kaszankę, ale sera skosztuję.
Poczłapał w kierunku kuchni. Rozejrzałam się wnikliwie po pokoju. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający maki na polu, ale zaraz obok, na tej samej wysokości Pasternak powiesił portret Władysława Gomułki. Tylko te dwa obrazy dekorowały lekko żółtawe ściany salonu.  Wiedziałam, że za chwilę zacznie monolog, więc się lepiej rozsiadłam. Przyniósł ser, dobrze, że na talerzu, bo początkowo planował przynieść go w dłoni.
– Życie nie jest sprawiedliwe – zaczął – Masz kogoś?
Nie czekał na odpowiedź, tak naprawdę nie za bardzo go to obchodziło.
– Pracuję od prawie trzydziestu lat jako chirurg. No wiesz, podczas wojny nie wykonywałem zawodu ze zrozumiałych powodów. Na szczęście nie zabrali mnie do obozu, ale pracowałem u Niemca. Dostałem lewe papiery i nie mówiłem nikomu, że jestem chirurgiem. Praca na ślusarce trochę wpłynęła na moje dłonie. Wiesz, my chirurdzy musimy mieć pewną rękę. Jeszcze przed wojną poznałem Jadźkę. Piękna była i nadal jest – dodał po krótkiej przerwie, a przez jego twarz przeszedł grynas skrywanego bólu. – Odeszła pięć lat temu. I czemu? Że kilka razy poflirtowałem z pielęgniarkami? A teraz mnie zawiesili, bo ordynator wyczuł wódkę, zaraz po zakończeniu operacji. Ja wiem, wszystko skończyłoby się inaczej gdyby gość nie był mocno partyjny. Wiesz, nie chodzi o ordynatora, tylko tego Markiewicza. A skurwiel ordynator wie, że po kieliszku dłoń mi nie zadrga. Podlizać się chciał, ot co! Czy wrócę jeszcze do zawodu? Już trzy miesiące jestem w tym zasranym domu i ze smutku piję. Czemu nic nie mówisz? – przerwał.
– Słucham.
– Ile masz lat? Wiem, że kobiety nie należy o to pytać. Musiałaś być niebrzydka w młodości. Trochę zabiedzona jesteś. Co myślisz? Czemu Jadźka mi nie darowała? To były trzy zwykłe flirty.
– Dwadzieścia osiem, tych poważniejszych i drugie tyle skoków w bok.
Wypuścił szklaneczkę z rąk.
– Ty! Skąd to wiesz? Przysłali cię z bezpieki? Przecież jestem czysty ideowo. Takie sprawy ich nie obchodzą.
– Nie jestem z bezpieki. Nawet nie wiesz, jakie masz dzisiaj szczęście.
– Że wpadłaś – próbował się roześmiać. – Żal mi, że odeszła. Co poruchałem to moje, ale gdybym wiedział...
– Wcale cię to nie obchodziło. Lubiłeś swoją pracę, ale Jadwiga nie była twoją księżniczką. Sam natomiast zrobiłeś jej awanturę kiedy się raz uśmiechnęła do Zaręby.
Zobaczyłam po raz pierwszy strach w jego oczach.
– Ty... skąd to wiesz? Przecież bym pamiętał gdybyś była tam w towarzystwie.
Widocznie strach był jego mocną stroną, bo kiedy nie otrzymał odpowiedzi, kontynuował monolog.
– No dobra, jesteś kimś dziwnym, to widzę. Ser zjadłaś, ale wódki nie ruszyłaś. Nie chcesz pić, to więcej będzie dla mnie.
Zaczął kaszleć. Tak, płuc nie miał w najlepszej kondycji. Nerki dychały ostatkiem sił, wątroba dogorywała, ale powodem mojej wizyty było serce. O oznaczonej godzinie i minucie miał go zabić zawał. Nawet nie wiedział, co mi zawdzięcza. Wódka, papierosy i tryb życia, sprawiły, że jego zdrowie odleciło w nieznane. Kochający kobiety, dobry chirurg i cholerny egoista.  
Czemu go oszczędziłam? Mogłam, to po pierwsze, ale prawdziwego powodu mojej decyzji jeszcze nie odkryłam. Facet mnie zadziwiał. A zdziwić mnie było raczej trudno.  
Teraz kiedy opowiadam tę historię, zabieram ponad sto pięćdziesiąt dwa tysiące żyć dziennie. Wówczas ta liczba była znacznie niższa. Pewnie interesuje was, jak to jest, że jestem wszędzie w tym samym czasie. No taka już jestem. Jestem jedna, ale mogę być w milionach miejsc naraz.  
Czym mnie zdziwił. Tym, co powiedział zaraz potem.
– Słuchaj... no masz jakieś imię prawda?
– Dla ciebie mogę być Genowefa – odrzekłam nieco zła, wiedząc, co za chwilę powie.
– Ładne imię. Nie pijesz ale i tak zaraz na deszcz cię nie puszczę. W moim wieku człowiek już nie powinien wybrzydzać. To co myślisz?
No nie! Przyszłam w pewnym konkretnym celu, by odebrać mu ostanie tchnienie, a ten o tym!
– Słuchaj no... – chyba chciałam, żeby to zabrzmiało groźnie.
Widocznie nie wyraziłam się dość jasno. Wstał, usiadł obok i dotknął delikatnie mojego karku.  
– Gdyby nie to, że jesteś taka chuda, byłabyś całkiem całkiem.
– Chcesz w mordę? – nie wytrzymałam.
– Po co te nerwy? Dobra, powiem prawdę. Podobasz mi się.
– Pasternak, uprzedzam. Zawsze mogę to zrobić.
Chyba nie zrozumiał.
– No właśnie o tym mówię. Wiesz, że jestem rozwiedziony. Męczy mnie kaszel, czasem czuję kłucie w klatce i domyślam się, że nie wszystkie moje organy pracują super, ale ten jeden jest jak najbardziej w porządku – znowu ten uśmiech dumnego samca zagościł na jego licu.
Dumnego, tylko z tego prostego powodu, że jego intymny organ jest w tym wieku sprawny jak u młodzieńca.
– Już ci mówiłam, że nie przyszłam do ciebie tylko po ciebie – powiedziałam po raz drugi to samo i zabrzmiało to mało przekonywająco, nawet jak dla mnie.
– No rozumiem, że udajesz skromną – spojrzał na mnie inaczej.
Czy to możliwe, że naprawdę mu się podobałam?
– Wiesz, że nie jestem stały w uczuciach... – kontynuował.
– W uczuciach? Przecież chcesz mnie tylko przelecieć!
– Nie mówię, że raz. Słuchaj, przestanę pić, pogadam z profesorem Kownackim, ma wpływy. Wrócę do pracy. To jak?
– Nie ze mną takie numery. Znam cię dobrze.
Przyjął to tym razem normalnie. Wzruszył tylko ramionami.
– Tego właśnie nie rozumiem, jak to możliwe, bo nijak ci nie pamietam, ale odeszłaś od tematu. Nie będziesz żałować, gwarantuję.
No nie! Ale tupet!
– To będzie raz. Nie mogę się z nikim wiązać, a już szczególnie z kimś takim jak ty.
I tym, co powiedział, znowu mnie zaskoczył.
– Wiem, nie byłem najlepszym człowiekiem. Chciałbym, tylko żeby mi Jadzia wybaczyła. Spieprzyłem jej życie.
Mówił szczerze.
– Wybaczy ci. Masz to jak w banku. Co nie znaczy, że zechce cię jeszcze zobaczyć. Cóż, za błędy się płaci.

Dalej było... no wiedziałam o tym dokładnie, jak to jest, ale wiedzieć to jedno, a przeżyć samemu, to całkiem inna sprawa. Chyba mi nie uwierzył, że to jedna noc, ale jego sprawa. Ponieważ mu powiedziałam, że już się więcej nie zobaczymy, musiałam dotrzymać słowa. Za dwadzieścia trzy lata i kilka miesięcy wydał ostanie wydech, nie widząc mojej twarzy. Kazimierz nigdy za zycia nie domyślił się kim jestem.  
A ja? Zaraz kiedy wyszłam od niego, poczułam różnicę odnośnie siebie. Mogłam widzieć inaczej, ale stanęłam przy dużej szybie, by zobaczyć na własne oczy. Właśnie słońce już zaczęło przebijać się przez chmury i deszcz skończył padać dwie godziny temu. Zobaczyłam swoje odbicie. Wyglądałam jak wówczas, kiedy szef mnie stworzył. Piękna dwudziestoletnia brunetka o oczach jak błękitne niebo. 
Ciekawe dlaczego? Szef wiedział? Pewnie tak, on wszystko wie. Może dlatego zostawił mi wolną rękę?  
Kazimierz się zmienił. Czekał na mnie trzy lata i przez ten czas żadnej innej nie tknął, ba nawet nie spojrzał w ten swoisty sposób. W końcu poznał Barbarę i był z nią do końca swoich dni. Przestał operować w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat. Pewnie chcecie wiedzieć, czy i ja kiedyś umrę. Nie, nigdy. Po prostu nie będzie już Śmierci, czyli funkcji, ale ja będę nadal istnieć. Od czasu spotkania Kazimierza przestałam się stresować i już pozostanę piękna, aż do wieczności. Można powiedzieć, że dużo dobrego się stało w tę deszczową październikową noc, prawda?
       
                                                  Posłowie.

W podaniach i polskiej literaturze występuje jako żeńska. Przedstawia się ją jako chudą kobietę, czasem kościotrupa. Nieodłączne atrybuty Śmierci to czarna peleryna z kapturem i kosa. W księgach religijnych jest zawsze męska. Zarówno w Bibli jak i w świętych księgach hinduskich.  
Śmierć sama z siebie nie jest ani dobra, ani zła. Wykonuje polecenia. Pracuje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Siedem dni w tygodniu. Nigdy nie ma wakacji. Pracuje za darmo. Nie ma płaconych nadgodzin. Inspiracją do napisania tej krótkiej opowiastki było kilka prac o Śmierci napisanych przez innych autorów, włącznie ze mną. Żart rysunkowy wstawiony przez jedną osobę z naszego grona, miał największe znaczenie. W opowiadanku wzorowałem się na doskonałym wpisie jednej z zaprzyjaźnionych osób z innego portalu, na którym byłem, zanim zacząłem wstawiać teksty na lolu.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii inne, użył 2537 słów i 14930 znaków, zaktualizował 27 cze o 8:08.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Rayonvert

    Negatyw energetyczny, grafomanya to i inne "opowiadania"... ale wypisac sie wolno kazdemu haha.

  • AlexAthame

    @Rayonvert Widzę, że probujesz się odgryźć za zwrócenie uwagi. Po drugie nie masz pojęcia o energiach i nie zrozumiałeś o czym i co napisałem. Po trzecie sprawdź jak się pisze słowo grafoman. I co to za zwrot: wpisać się wolno każdemu. Zostałeś na poziomie wczesnej podstawowki, gdzie się wpisywano do pamiętników? Twoje dzieła są za to dobrze ocenione. I Ty jesteś dziennikarzem? Wiesz ile błędów zrobiłeś w komentarzu? Pięć i jeden interpunkcyjny. W dwóch zdaniach! I nie tłumacz się, że jesteś z ameryki i nie mieć polski komputer i zapomnieć polski język. Jeżeli nie wiesz jak znaleźć polski język na komputerze czy laptopie, to pomogę. Natomiast jeśli pisałeś z komórki, to na pasku, poniżej, są poprawne słowa. Rownież pomogę Ci je znaleźć, jezeli będziesz mial z tym klopot. Sam mieszkam w Kanadzie od 36 lat i jak widać nie mam problemów z polskimi znakami jak: ą, ę, ź, ż, ó. We wcześniejszych opowiadaniach są błędy, nie przeczę. Reasumując, zerknąłem na Twoje opowiadania. Gdyby nie błędy, to nie byłaby tak źle. Pozdrawiam.  :smile:

  • MEM

    Fajne.

  • AlexAthame

    @MEM Dzięki  :smile: