Barwy Munduru – Rozdział 7

Dni mijały nieprzerwanie w wojennej rzeczywistości, lecz wielkiej szychy nadal nie było. Cieszyłem się z tego. Żadnych pytań, podejrzeń, a jednak coś we mnie pragnęło, by to się skończyło, abym wreszcie mógł wrócić do swojej pracy, mając gdzieś Niemców, czy Polaków. Kiedy wreszcie nadejdzie czas, w którym schowana karteczka w głębi munduru, przestanie aż tak bardzo ciążyć i zaburzać myślenie?
     Nieprzespane noce, tocząc walkę z sumieniem. Jako służbista powinienem ją przekazać i wrócić do obowiązków. Ach, gdyby to było takie proste. Mam wrażenie, że gdybym to uczynił, skazałbym wielu ludzi na śmierć, a moją rodzinę na pohańbienie. Kto obsługiwałby Zosię w sklepach? Jak wyglądałoby życie Helenki po wojnie, wiedząc, że jej ojciec był zdrajcą? W swoim dość krótkim życiu widziałem, co przytrafia się córkom łotrów i innych odpadów społeczeństwa. Wiecznie nie będę mógł jej chronić, perspektywa, że mój kochany anioł stanie się pustą skorupą, sprzedającą swe ciało, tylko by przeżyć, doprowadzała do smutnego szaleństwa i znacząco wpływała, by pozostawić przekazany świstek w ukryciu.
     W końcu każde Imperium upada, szczególnie Rzesza. Nie wierzę w to, by długo potrafiła uciskać cały świat. Co to jest dwadzieścia lat dla kraju? Raczej niemożliwa jest pełna odbudowa zniszczonej populacji, czy po prosto wyjście całkowicie na plus. Wojna wyniszcza zarówno atakującego, jak i obrońcę, świat w końcu zbierze się do kupy, aby rozpędzić ambicje "wąsika". Wtedy nastanie czas rozliczenia. Nie zamierzam nikomu dawać możliwości linczu na mojej rodzinie, nikomu.
— Janek, wszystko dobrze? — spytał Daniel, podchodząc do mnie. — Od kilku minut wyglądasz, jakbyś walczył z rozwolnieniem. Albo twoja twarz łagodnieje, albo nagle zaciskasz zęby... Jeśli chcesz spędzić nocny dyżur w toalecie, to nie krępuj się. Zawsze jest jeszcze jedna, nas tu jest tylko garstka.
— Skąd ty takie wnioski wysnuwasz? — Zapomniałem, że nie siedzę u siebie w domu, tylko na posterunku. Mieliśmy u siebie parkę więźniów, Warszawski stwierdził, iż istnieje możliwość ich odbicia, stąd zwiększenie załogi w czasie księżycowej pory. Wątpiłem, by to się stało, biorąc pod uwagę, że na naszym terenie nie zauważyłem "bandy".  
     Mój instynkt podpowiadał mi inaczej, zmarły i pojmany stanowili rozeznanie w sytuacji, zwiad, który miał potwierdzić autentyczność dokumentu. Zapewne ładunek był i jest bardzo ważny, jeśli w ogóle istniał, ale raczej wątpię, by buntownicy rzucili cenne siły bez potwierdzenia, że na pewno tu jest. Wciąż nie są siłą, z którą okupant musiałby się liczyć, na razie zwykli bandyci, których pełno w każdym kraju, nie ruch oporu. Jeśli rzeczywiście coś tu schowali, to trafili w najgorsze miejsce. Na każdej ulicy znajduje się szpicel, który donosi o nietutejszych, w końcu miasto nie było na tyle duże, by w danej dzielnicy nie znać każdego. Mężczyzna zaczął węszyć i nim do czegoś dotarł, osaczyliśmy go. Stąd pewnie taka desperacja, by wręczyć znienawidzonemu granatowemu ważny, choć nieczytelny dokument, z nadzieją, że nie okaże się niemiecką świnią.
— Wnioski, sroski — odburknął. Nie lubił, jak używałem dziwnych słów. — Normalni ludzie zazwyczaj robią takie miny, gdy coś ich ciśnie.
— Gadaj zdrów. Zbieramy się do domu? Widzę, że nasza zmiana już przyszła. Mam dość siedzenia w tych zimnych murach. — Podniosłem czapkę z biurka, wstając z niewygodnego biurka.
— Tak, zdecydowanie nocna służba nie należy do przyjemnych, szczególnie, jak się pomyśli, że nie długo przyjedzie ta czarna świnia... Z tego, co słyszałem o SS, nie lubi zbytnio Żydów. Modle się, by biedaczka zarobiła tylko kulkę, a nie zaznała innego świństwa. Kto wie, co takiemu bydlakowi przyjdzie do głowy.
— Nic nie zrobisz. Chcesz się rzucić na nich z pięściami albo jeszcze lepiej z karabinem? — odpowiedziałem zmęczony. — Rozumiem twą miłość do ojczyzny, choć jej nie podzielam, ale pamiętaj o rodzinie. Martwi bohaterowie to ulotni bohaterowie, a i tak żydówka zginie.
— Myślisz, że tego nie wiem? — Na jego twarzy pojawiła się wściekłość. — Jestem policjantem, powinienem łapać zbirów, tych co złamali prawo, a nie ludzi, których jedynym przewinieniem jest bycie żydem lub żydówką. Do tego traktować innych, jak zwierzęta, mogąc ich upodlić i znieważyć. Na nienawiści nie zbudują imperium.
— Szansa na to, że wojna potrwa tylko kilka lat, a nie dziesiątki.
— No nie wiem, czy to pocieszenie dla ofiar. Nieważne wracamy do domu. Gdy jestem wściekły, robię się głodny. — Poprawił kaburę z Visem.
— Przy okazji przejdźmy koło domu Leńskiej. Ciągle marudzi mi, że w nocy słyszy włamywaczy. — Ta stara kobieta mieszkała na mojej drodze z komendy do domu, niekiedy miałem nieprzyjemność ją spotkać. Narzekała na hałasy, gdy spała. Tyle razy mówiłem jej, że to tylko koty lub inne zwierzęta. Wszak wszyscy znali tę dziwną kobietę i jej przywiązanie do śmieci. Żaden rabuś, nawet ten zdesperowany nie włamie się do niej. No cóż, można było mówić, ona i tak swoje wiedziała.
— Chcesz iść obok tej jędzy? Powiadają, że to czarownica, co uroki rzuca.
— Wstydź się Danielu, katolik, a wierzy w takie pierdoły. Nawet ja, ateista poczułem się urażony taką głupotą.
— Pierdzielenie, jakby inaczej przeżyła tyle lat? Plotki mówią, że była tu za żołnierzy carskich.
— Widocznie ani Bóg, ani diabeł jej nie chce. — Zażartowałem. — To co? Idziemy, czy nadal się boisz?
— Ja się niczego nie boję. — Założył głębiej czapkę na głowę. — Idziemy!
— Eh... — Przekazałem karabin naszej zmianie i ruszyłem za nadgorliwcem. Bywał nieobliczalny niczym stary szlachcic. Brakowało mu tylko obfitego wąsa.
— Starszy Przodowniku! — Zatrzymał nas jeden z zaczynających służbę. — Co z więźniami?
— A co ma być? — odpowiedziałem. — Pilnować i karmić. Ma przybyć po nich szycha z SS, ale kiedy? Tego nie wiem. Jak Warszawski odwoła rozkaz, wtedy będziecie wiedzieć, co dalej. — Odsalutowałem i pobiegłem.
     Daniel stał na zewnątrz, próbując zapalić papierosa. Zapałki przegrywały z szumiącym wiatrem. Zupełnie zapomniałem o lampie. Wróciłem się po jedną z wiszących i znów byłem na zewnątrz. Nadal próbował. Podszedłem i zasłoniłem dłonią ostatnią, pozwalając na upragnione zapalenie.
— Ratujesz mi życie. — Zaciągnął się głęboko tytoniowym dymem. — Tego mi brakowało, od czasu, gdy czarna świnia zapowiedział swoją wizytę, Warszawski wprowadził całkowity zakaz palenia na komendzie. Ponoć wielkim panom przeszkadza smród naszych marnych papierosów. Żałosne.
     Spojrzałem na gwiaździstą noc i świecący księżyc, gdybym tylko widział w nocy, tak dobrze, jak w dzień... To może rozkoszowałbym się tą porą, a nie martwił, czy nie uderzę w coś po drodze. Klepnąłem w ramię przyjaciela, po czym ruszyliśmy w stronę naszych domów. Wprawdzie mój towarzysz szedł na około, zamiast krótszą drogą, ale jako starszy upierał się, że musi zadbać, bym trafił bezpiecznie do domu. Na początku darliśmy o to koty, ale w końcu ustąpiłem. W uporze przerastał nawet osła. Zaczęliśmy iść przy migotliwym świetle latarni, które dawały dość mało światła, w końcu nie były elektryczne, tylko naftowe. Miastu daleko było do innych, burmistrz wolał tracić pieniądze na coś zupełnie innego.
     Tuż obok domu Pani Leńskiej, Daniel głośno westchnął. Zupełnie nie chciał sprawdzać, co dzieje się na jej podwórku, wyobrażając sobie diabelskie rzeczy. Wyjąłem z kieszeni paczkę zapałek, po czym ją zapaliłem, zajaśniała mdłym blaskiem. Przekręciłem pokrętło, zwiększając natężenie światła.
— Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie nosimy tego tak często, jak trzeba?
— Jak chcesz biegać z tym dziadostwem, to proszę bardzo, zniszczy się i zaczynasz płonąć. A po drugie za każdą opróżnioną lampę musimy płacić z własnej kieszeni, jeśli chcemy ją używać ponownie. Chcesz wydawać, choć grosz z naszej "wielkiej pensji"? — Odpowiedziała mi cisza. — Tak myślałem. Otworzyłem furtkę i skierowałem się w stronę ogródka zwariowanej starszej pani, gdzie najczęściej słyszała głosy, czającego się włamywacza. Podświetliłem to miejsce i uśmiechnąłem się. Tak, jak myślałem, koty robiły sobie w tym miejscu schadzkę. Cztery, czy pięć dachowców uciekających przede mną.
— Kto tam jest? — krzyknęła Leńska, otwierając okno.
— To tylko ja pani Leńska — odpowiedziałem.
— Jaki ja? Pokaż się albo zaraz wezwę policje.
— Sama pani chciała, bym przyszedł. Starszy przodownik Jan Woźniak z tutejszej komendy.
— Dlaczego się pan tak skrada? — odparła podejrzliwie.
— Sprawdzałem tylko, co tu tak hałasowało...
— Tak się skradać... Ta dzisiejsza młodzież... — powiedziała pod nosem i zamknęła okno.
Wzruszyłem ramionami i wróciłem do Daniela.
— I jak tam? Znalazłeś coś ciekawego? — Tchórz nawet nie przekroczył progu posesji.
— Ale z ciebie dobry kolega... A co jeśli rzeczywiście stał tam jakiś bandzior i zabrałby mi broń? — spytałem, gasząc lampę.
— Gadasz pierdoły. Sam mówiłeś, że to tylko koty.
— A mimo to nawet nie poszedłeś za mną. Tchórzu jeden.
— No, no. Tylko nie tchórzu, po prostu pilnowałem tyłów.
— No cóż, przynajmniej diabła się boisz — odpowiedziałem, zamykając furtkę. W świetnych humorach, żartując z siebie nawzajem, doszliśmy do mojego domu. Pożegnałem się z przyjacielem i skierowałem kroki w stronę domu, gdzie światło zapalone było w jednym pomieszczeniu. Zosia, jak zwykle czekała, aż wrócę z pracy. Nie chcąc, zamartwiać jej dłużej, pospieszyłem do domu.

Dodaj komentarz