Za błędy wywiadu płaci się krwią

Za błędy wywiadu płaci się krwią31 sierpnia 1939 roku, w polskich archiwach wojskowych, archiwach wywiadu i kontrwywiadu oraz w archiwach Ministerstwa Spraw Zagranicznych zaczęła się intensywna, trwająca non stop przez całą dobę, praca nad segregacją i pakowaniem w skrzynie, ładowane potem na ciężarówki, tajnych akt, oraz nad paleniem tych z nich, których z powodu ograniczonych środków nie dało się zabrać lub miały one mniejszą wartość.

Dokumenty z polskich placówek dyplomatycznych, które znajdowały się na terytorium, na którym groziło ich przejęcie (a więc przede wszystkim na terytorium III Rzeszy, ale także i państw powiązanych z nią lub okupowanych), już w połowie sierpnia 1939 roku były, zgodnie z poleceniem Warszawy, niszczone bez selekcji, lub wywożone do Polski, gdzie gromadzone były w Archiwum Centralnym MSZ w Warszawie. W niektórych przypadkach, jak w przypadku ambasady RP w Berlinie, całość posiadanej dokumentacji została ewakuowana z danej placówki. To, czego nie udało się wywieźć lub zniszczyć do momentu wybuchu wojny, niszczono jeszcze 1 września. Często z nieprzewidzianymi przygodami, tak jak w wypadku Konsulatu RP w Szczecinie kierowanego przez Romualda Nowickiego, który później wspominał:

"1 września zgodnie z instrukcją podpaliłem lont tajemniczej cegiełki, która miała wytworzyć temperaturę 800 stopni C i spalić szyfry i tajne dokumenty. Cegiełka się zapaliła – temperaturę wytworzyła, od temperatury zapaliły się tapety i firanki, ale książka szyfrów pozostała nienaruszona. Ledwie zdążyliśmy porwać książkę i pozostałe tajne dokumenty i zanieść do piwnicy, zajechała straż pożarna, zwabiona kłębami dymu. Na szczęście dowódca oddziału pożarniczego nie interesował się zbytnio przyczyną pożaru, tylko ograniczył się do stwierdzenia na podstawie wizji lokalnej, że pożar został ugaszony własnymi środkami.".  

W Centralnym Archiwum MSZ dokumenty były palone bez przerwy w sześciu kotłowniach od końca sierpnia do 5 września, kiedy to nastąpiła ewakuacja z Warszawy urzędów państwowych. Nie zniszczono, w ciągu tego czasu jednak wszystkiego, część akt została załadowana do kolejowego transportu wojskowego, który 4 września wyruszył z Warszawy w kierunku Białokrynicy i Krzemieńca. Część trafiła w ręce Niemców po zajęciu miasta, pomimo tego iż po 5 września – dniu ewakuacji – pozostawiono na miejscu grupę ludzi, która miała za zadanie dopilnowania zniszczenia pozostałych dokumentów, ale z nieznanych przyczyn nie dopilnowali oni tego. Co jednak najważniejsze, zniszczeniu uległy dokumenty akt funduszu specjalnego i archiwum szyfrowego.  

Akta funduszu specjalnego zawierały dane dotyczące akcji podejmowanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych wspólnie z II Oddziałem Sztabu Głównego odpowiedzialnym za wywiad, kontrwywiad i dywersję. Wśród nich były m. in. informacje dotyczące rozliczeń finansowych pomiędzy polskim wywiadem a jego siecią agentów. Te dokumenty w zupełności by wystarczały, żeby Niemcy wyłapali każdego, kogo nazwisko się w nich znalazło. Tę najważniejszą część zadania – ochrony własnej agentury oraz stosowanych szyfrów – więc udało się pracownikom MSZ w porę zrealizować.  

Również Biuro Szyfrów – powszechnie dziś znane z powodu swego wkładu w złamanie niemieckiej Enigmy – wywiązało się z zadania, jakim było uniemożliwienie zdobycia archiwum (oraz informacji i sprzętu dotyczącego łamania Enigmy) przez Niemców. Biuro intensywnie pracowało przez kilka pierwszych dni wojny, deszyfrując przechwytywane meldunki niemieckie. Z powodu przełamania przez Wehrmacht frontu i szybkiego przemieszczania się w głąb kraju, zajmowane jednak były tereny, na których funkcjonowały polskie stacje nasłuchowe. To spowodowało coraz większe braki w możliwościach prowadzenia nasłuchu a w końcu niemożliwość jego prowadzenia. Do tego oczywiście dochodziła kwestia konieczności ewakuacji z zagrożonej Warszawy. Od 3 września więc, rozpoczęto selekcję posiadanych przez Biuro Szyfrów materiałów i wykorzystywanego sprzętu. Czego nie zdecydowano się zabrać, niszczono i palono na miejscu. 6 września ocalała reszta została załadowana do eszelonu "F" i wyruszyła do Brześcia nad Bugiem, a stamtąd w kierunku granicy polsko-rumuńskiej. Po drodze, w miarę konieczności spowodowanych przez trudności z transportem w wyniku działań wojennych, niszczono stopniowo część sprzętu i palono dokumenty. Ocalała reszta, dzięki pomocy francuskiej ambasady w Bukareszcie oraz oficera francuskiego wywiadu, majora Bertranda, została wywieziona z Rumunii do Francji wraz z tymi pracownikami Biura Szyfrów, którzy zdecydowali się na emigrację. I tym razem Niemcy musieli się obejść smakiem. A tego, jak ważna była Enigma oraz zachowanie tajemnicy jej złamania dla dalszego przebiegu wojny, nie trzeba chyba tłumaczyć.

Mieszcząca się na placu Piłsudskiego w Warszawie Centrala II Oddziału Sztabu Głównego również zadbała o to, by archiwa wywiadu nie trafiły w niepowołane ręce. Oficerowie wywiadu sami pakowali dokumenty w skrzynie i sami ładowali je na ciężarówki, które miały wywieźć akta. A potem również sami ponownie przeszukiwali pomieszczenia gmachu w poszukiwaniu dokumentów, które ewentualnie mogłyby pozostać przez nieuwagę. Podobnie było w rozsianych po kraju ekspozyturach wywiadu, gdzie również niszczono lub ewakuowano posiadaną dokumentację.

A jednak pomimo tego, nie wszystko poszło tak, jak powinno.

Nauczeni doświadczeniem z wcześniejszego Anschlussu Austrii, a przede wszystkim z zajęcia Czechosłowacji (której wywiad w ostatniej chwili ewakuował swoje archiwum za granicę), Niemcy stworzyli specjalne jednostki Abwehry przeznaczone wyłącznie do tego, by na zajmowanych terenach natychmiast przejmować dokumenty wywiadu przeciwnika. Członkiem jednej z takich jednostek był kapitan Abwehry Hans Bulang, który przez dłuższy czas nie miał na tym polu szczęścia. Gdy wraz z oddziałami Wehrmachtu wkroczył do Bydgoszczy 5 września, oczywiście skierował swe kroki prosto do budynku zajmowanego przez Ekspozyturę Nr 3, przy ulicy Poniatowskiego 5.  

Ekspozytura ta powstała 1 lipca 1930 roku z połączenia ekspozytur w Poznaniu i w Wolnym Mieście Gdańsku, i do momentu wybuchu wojny była kierowana przez majora Jana Żychonia.  

Żychoń dał się jednak Niemcom poznać już znacznie wcześniej... Zanim powstała Ekspozytura Nr 3, Żychoń był szefem gdańskiej ekspozytury, który już w tym czasie zdołał zaleźć za skórę nie tylko Niemcom, ale i "swoim". Miał jednak w swej karierze ponadprzeciętne osiągnięcia (m. in. słynną akcję "Wózek", czyli regularne "skoki" na pociąg relacji Berlin-Królewiec, który w wagonie pocztowym przewoził tajną pocztę, która z kolei, będąc tranzytem przez półtorej godziny na terytorium Polski, była wydobywana z wagonu, rozpakowywana, kopiowana, pakowana i lakowana z powrotem oraz umieszczana ponownie w tym samym wagonie, z którego ją wyjęto; zaś o porwaniach, autentycznych zresztą, przez niego wrogich agentów z terytorium Wolnego Miasta krążyły legendy podsycane przez niemiecką i gdańską prasę) i przez co oprócz wrogów na rodzimym podwórku, miał także na nim sojuszników, co wystarczało do tego, by utrzymywał swoją pozycję.  

Przez kilka lat swego pobytu w Gdańsku, a potem działalności m. in. na terenie Gdańska bydgoskiej ekspozytury, Niemcy poznali Żychonia z "najgorszej" strony. Jak twierdził – aczkolwiek wyjątkowo nieprzychylny Żychoniowi – major Tadeusz Niwiński: "Major Żychoń nie chowa pod korcem swoich sukcesów, lecz rozgłasza je wszędzie, nie tylko w Polsce, ale i na terytorium Gdańska podczas swego tam pobytu. Działa całkowicie niekonspiracyjnie. Osobiście jeździ do Gdańska, bywa w lokalach, pije, bawi się, awanturuje się, bije nieomal policjantów, każe grać "Jeszcze Polska nie zginęła" pod Polizeipraesidium, chodzi w mundurze i nikt go w ogóle nie rusza.". Cokolwiek Niemcy, po zajęciu Bydgoszczy, spodziewali się znaleźć w kierowanej przez Żychonia tak "barwnej" ekspozyturze, czekało ich rozczarowanie, choć zaserwowane w stylu typowym dla Żychonia. Nie wiedzieć czemu, budynek ekspozytury Niemcy "zdobywali" przy pomocy drabiny, po której udało im się wejść przez okno na pierwszym piętrze. W środku było... kompletnie pusto. Jedynym miejscem, w którym cokolwiek było, było mieszkanie służbowe, gdzie na środku biurka czekała na nich tylko jedna rzecz – wizytówka Jana Żychonia.

Zła passa Hansa Bulanga trwała nadal. Zaraz po kapitulacji Warszawy, jego oddział wpadł do Centrali polskiego II Oddziału. Tu także niewiele znalazł. W wyczyszczonym z ważnych dokumentów gmachu, Bulang zastał około setki szaf pancernych, w których były tylko niemieckie książki telefoniczne, zbiory niemieckich przepisów urzędowych i tym podobne, nikomu niepotrzebne, oficjalne dostępne szpargały. Ale na tym pech Abwehry niestety miał się skończyć, bowiem Bulang niedługo później wybrał się na spacer (raczej celowy niż przypadkowy) w jeszcze jedno miejsce w Warszawie, które miał odwiedzić – do Fortu Legionów.

W tym blisko dziewięćdziesięcioletnim wówczas budynku, w okresie dwudziestolecia międzywojennego, mieściło się Centralne Archiwum Wojskowe, w którym dokumenty zaczęto magazynować jeszcze na kilka lat przed odzyskaniem niepodległości w 1918. Była to olbrzymia, przepełniona wręcz, składnica akt, często przechowywanych w niewłaściwych warunkach środowiskowych, ale nie tylko niewłaściwych z tego powodu. Otóż w II RP w zasadzie nie zdążono zorganizować jednolitego systemu archiwizacji dokumentów. Dopiero w 1932 roku zabrano się do porządków, a etaty dla archiwistów, którym udało się zinwentaryzować zaledwie 10% zawartości magazynu, ustanowiono w dwa lata później. Kolejne dwa lata, a więc do 1936 roku, trwała lustracja stanu magazynów stanowiących archiwa dokumentów wojskowych na terenie całego kraju (i również wynikało z niej, że akta są przechowywane w złych warunkach). Nie było po prostu przepisów, które jednoznacznie by to regulowały. Te udało się stworzyć do końca grudnia 1938 roku, ale nie zdążono już ich wprowadzić w praktyce. W efekcie archiwa zawalone były dokumentami, wśród których znajdowały się zarówno te dotyczące spraw najważniejszych i ściśle tajnych, jak i rzeczy w zasadzie niewarte archiwizowania, lub które dawno straciły na wartości, zdezaktualizowały się, a które nie były systematycznie niszczone, bo nie było przepisów ściśle określających, co i na jakich warunkach, może być niszczone.  

I to właśnie do takiego skarbczyka informacji wszelakich trafił hauptmann Bulang...

...A wśród tysięcy dokumentów natrafił na coś, czym był szczególnie zainteresowany – w jednym z kątów Fortu Legionów, Bulang natrafił na akta polskich attachatów, na część akt wywiezionych po 1 września z Centrali II Oddziału oraz na archiwum Ekspozytury Nr 3 w Bydgoszczy.  

Z Fortu Legionów Niemcy wywieźli do Gdańska-Oliwy, gdzie specjalnie stworzyli w tym celu archiwum, blisko 70 wagonów kolejowych wypełnionych po brzegi dokumentami. W tym sześć ciężarówek dokumentów polskiego wywiadu.

W jaki sposób się tam te dokumenty II Oddziały znalazły, skoro tak bardzo pilnowano ewakuacji i zniszczenia akt w miejscach, z których pierwotnie pochodziły?  

Tego tak do końca nie wiadomo.  

W przypadku dokumentów z Centrali II Oddziału, prawdopodobnie było tak, że ewakuacja archiwum z gmachu Centrali przebiegła zgodnie z planem. Problem pojawił się później, gdy na skutek pogarszającej się sytuacji polskiej i spowodowanego tym chaosu, podobnie jak w przypadku tej części niezniszczonych akt MSZ-tu, ktoś nie dopilnował zniszczenia lub ukrycia w innym miejscu dokumentów zabranych z głównej siedziby naszego wywiadu, tylko po prostu wywiózł je do Centralnego Archiwum, do Fortu Legionów i tam zostawił.  

Podobnie było pewnie z dokumentami z attachatów – zagrożone placówki dyplomatyczne przesłały zgodnie z instrukcjami dokumenty do Polski, a w Polsce poskładano je w Centralnym Archiwum a potem, po wybuchu wojny, na skutek bałaganu wynikającego z przegrywanej kampanii po prostu o nich zapomniano.

W przypadku ekspozytury bydgoskiej sprawa jest jeszcze bardziej zagmatwana, bo tak naprawdę nie wiadomo, co Żychoń zrobił z dokumentami, które miał w Bydgoszczy. Jedna z hipotez mówi, że one trafiły do Warszawy, i wraz z resztą akt wywiadu zawiezione zostały do Fortu Legionów. Druga, że w Forcie Legionów po prostu były "warszawskie" kopie bydgoskich akt i to właśnie je, a nie dokumenty nad którymi bezpośrednią pieczę miał Żychoń, przejęła Abwehra.  

Tak czy inaczej, faktem jest, że część dokumentów polskiego wywiadu trafiła różnymi drogami na Zachód. Część została zniszczona lub ukryta w Polsce. A część – tę właśnie część, która zbiegiem okoliczności i kardynalnym błędem (bo przecież w ostateczności można było puścić z dymem cały Fort Legionów, żeby tylko spalić to archiwum, i tak płonęło przecież wtedy całe miasto) trafiła do Centralnego Archiwum Wojskowego – przejęli Niemcy. I zrobili z niej użytek.

Zapłacono krwią.

Niemcy już w trakcie wstępnego studiowania zdobytych dokumentów wywiadu zaczęli zgarniać członków polskich siatek wywiadowczych. Nie udało im się aresztować wszystkich, było ich przynajmniej kilkuset na terenie Niemiec, a nie mieli całości polskiego archiwum. Wystarczało to jednak do tego, by zamknąć ponad stu agentów polskiego wywiadu, z czego większość zginęła.

Co gorsza. Po lekturze dokumentów, Abwehra i SD połapały się wreszcie, choć częściowo, jak głęboko sięgał polski wywiad w Rzeszy i ile spraw z nim związanych w okresie ostatnich 20 lat niekoniecznie miało taki przebieg, jak się niemieckim służbom wydawało. Skutkiem tego, przeprowadzono w Niemczech, będących właściwie dopiero u progu światowej wojny, gruntowną reorganizację stosowanych środków bezpieczeństwa. Uszczelniono system. To z kolei utrudniło działalność alianckich wywiadów (w tym odbudowanego na Zachodzie polskiego) na terenie Rzeszy i państw okupowanych. Co z kolei w jakimś tam stopniu przedłużyło wojnę a czasem też, na skutek zmian w systemie bezpieczeństwa państwa niemieckiego, skutkowało dekonspiracją alianckich agentów. Znów zapłacono krwią.

Krwią zapłacił także i sam Żychoń, choć wygląda na to, że niczym tu nie zawinił. Po jego przedostaniu się na Zachód, jego przeciwnicy w "firmie" wykorzystali okazję, jaką było przejęcie przez Abwehrę dokumentacji kierowanej przed wojną przez niego ekspozytury, do wysuwania pod adresem Żychonia oskarżeń o zdradę. Przez pewien czas był na cenzurowanym, ale ceniony był przez aliantów, zwłaszcza przez wywiad francuski, którzy wpłynęli na Sikorskiego. Sam Sikorski też go potem zaczął cenić i w efekcie mianował go szefem Referatu "Zachód". Tyle, że dobre czasy dla majora Żychonia skończyły się wraz z katastrofą w Gibraltarze. Po śmierci Sikorskiego, znów zaczęły się pojawiać pod adresem Żychonia oskarżenia o pracę na rzecz niemieckiego wywiadu. Ten w końcu nie wytrzymał i sam zrezygnował z zajmowanego w wywiadzie stanowiska. Po czym zgłosił się do jednostki liniowej. Zginął pod Monte Cassino.


PS. A co ze zdobytym przez Niemców archiwum działo się później?  

Część została wywieziona z Gdańska-Oliwy na skutek zbliżania się frontu wschodniego do granic Rzeszy. Część z tego pewnie przejmowały potem jednostki alianckie i radzieckie. Niektóre dokumenty bodaj nawet ostatecznie wróciły do kraju. Kilka tysięcy metrów bieżących, z około 15 kilometrów bieżących akt znalezionych w Forcie Legionów, spłonęło zaś podczas jednego z bombardowań Gdańska.

Z kolei resztka archiwum polskiego wywiadu na Zachodzie, plus dokumenty zebrane przez niego w czasie II wojny miały, zgodnie z brytyjsko-polską umową, zostać po wojnie przekazane wywiadowi brytyjskiemu. I tu nastąpił pewien zgrzyt, bo oficerowie polskiego wywiadu, dowodzeni ówcześnie przez pułkownika Stanisława Gano, nie chcieli tych dokumentów Brytyjczykom wydać. Obawiali się, że dobre relacje nowego prosowieckiego rządu Wielkiej Brytanii z ZSRR spowodują, że informacje zawarte w tych aktach trafią w ręce radzieckiego wywiadu oraz NKWD, a tam zostaną wykorzystane do aresztowań i likwidacji członków polskiego podziemia, polskich agentów na terenie ZSRR, oraz dojdzie też do przejęć polskich agentów rozsianych na terenie całego świata przez radziecki wywiad. Dlatego zanim polska armia na Zachodzie i jej struktury wywiadowcze zostały rozwiązane, na terenie gmachu polskiego wywiadu w Anglii przez cały lipiec i sierpień 1945 roku palono wszystkie te dokumenty, które uznano za istotne. Przede wszystkim te dotyczące "składu osobowego" polskiej agentury. Ocalała reszta papierów zgodnie z umową trafiła w ręce brytyjskie i ponoć ostatni raz była widziana w latach 50-tych. Co się z tymi dokumentami stało później, nie wiadomo. Ale chociaż w tym wypadku polski wywiad ustrzegł się fatalnego błędu z września 1939 roku.  

Zaś już tak z punktu widzenia czysto historycznego, utrata – w dowolny ze wcześniej wspomnianych sposobów – większości archiwum polskiego wywiadu, MSZ-tu i pozostałej dokumentacji, gromadzonej przez ponad dwie dekady w warszawskim Forcie Legionów, jest stratą nie do odrobienia. To by była prawdziwa kopalnia ciekawych informacji na temat tamtego okresu.

Na marginesie. Za tego rodzaju dokumenty należące do służb specjalnych, pomimo wydawałoby się upływu tylu lat od czasu, gdy były one aktualne, nadal płaci się krwią. A przynajmniej na to wygląda.  

Jedną z hipotez w sprawie motywów głośnego morderstwa małżeństwa Jaroszewiczów, jakie miało miejsce, nomen omen, 1 września (1992 roku), jest ta mówiąca o tym, że pod koniec wojny ówczesny pułkownik, a późniejszy premier rządu PRL, Piotr Jaroszewicz miał szczęście/nieszczęście trafić, wraz z jednym z oficerów (Jerzym Fonkowiczem) oraz z późniejszym znanym przewodnikiem PTTK po Sudetach (Tadeuszem Steciem) występującym w charakterze tłumacza, do pałacu w dolnośląskich Radomierzycach. Tam natrafili oni na archiwum złożone z około 300 tysięcy teczek a należące do Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA). Koniec końców, spędzili tam oni, tylko we trójkę, pewien czas, kilka dni, zanim radziecki oddział nie pogonił ich stamtąd, kładąc łapę na tych dokumentach a potem oczywiście wywożąc je do Moskwy.  

Wspomniana hipoteza mówi, że być może nie na wszystkich teczkach Rosjanie łapę położyli. Faktem jest, że Jaroszewicz, już jako premier, spotykał się czasami z owym sudeckim przewodnikiem, a przede wszystkim, dekady później, wszyscy trzej Polacy, którzy wizytowali wtedy pałac-archiwum w Radomierzycach, zginęli w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, i od wszystkich, torturowanych przed śmiercią, czegoś się domagano. W mieszkaniu przewodnika ktoś czegoś szukał, ale nie zostało ograbione w klasycznym skoku rabunkowym. Jaroszewiczów w zasadzie także podczas napadu nie okradziono, torturowano ich jednak, a policja wyjątkowo nieudolnie przeprowadziła śledztwo, w efekcie uznano to za napad rabunkowy i w zasadzie nie rozwiązano sprawy do dziś. Podobnie, kilka lat później, torturowano przed śmiercią Fonkowicza. A z kolei sprawcy morderstwa Jaroszewiczów do dziś nie zdradzili motywów tego napadu i podwójnego morderstwa. A tak naprawdę to dopiero od sierpnia 2020 roku proces w tej sprawie toczy się od nowa.

MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii felieton i historyczne, użyła 3299 słów i 20177 znaków. Tagi: #historia #IIRP #wywiad #Abwehra #Żychoń #archiwum #wojna

3 komentarze

 
  • AlexAthame

    Martusia fajny felieton napisałaś. Co sądzisz o zabójstwie prezydenta Dudy, soory Narutowicza?W Kanadziw budują obozy koncentracyjne dla przeciwników covida, więc albo ich wszystkich wykończę albo oni mnie. Ja wiem, że Ty sądzisz , że to teorie spiskowe.Zasugeruję teorię: pandemia się nigdy nie skończy, a mądre dzieci będą się rodzić w maseczkach w odległości 2 metrów od matki.

  • MEM

    @AlexAthame "Martusia fajny felieton napisałaś."  

    Dzięki. :)


    "Co sądzisz o zabójstwie prezydenta Narutowicza?"

    W zasadzie to, co chyba przynajmniej większość – że zabójstwo na tle politycznym dokonane przez osobę, która nie zgadzała się z tym, że wygrał człowiek reprezentujący inną opcję polityczną i poglądy niż zamachowiec. Niewiadomskiego złapano na gorącym uczynku, nie próbował w żaden sposób się wykręcać czy zaprzeczać, miał też pewne "wrodzone" poczucie sprawiedliwości, bo sam zażądał kary dla siebie, uznając samo morderstwo (jako takie i abstrahując od jego motywów), za zbrodnię, więc sprawa jest "czysta".

    Zaś o samym Niewiadomskim można powiedzieć, że pomimo tego co zrobił, miał pewien system wartości, który, w jego mniemaniu, kazał mu postąpić w ten sposób dla jakiegoś wyznawanego przez niego wyższego dobra. To nie był – patrząc na jego biografię – ktoś, kogo, pomimo tego co zrobił, można by określić mianem bandyty w potocznym rozumieniu tego słowa czy też pomylonego/psychicznie chorego. Z jego punktu widzenia to był przejaw patriotyzmu i działał on w dobrej wierze. Szkoda tylko, że był tak zapamiętały w tych swoich poglądach, że nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że może się w czymkolwiek mylić, przez co nie pomyślał, że mogą istnieć inne sposoby na rozwiązywanie takich problemów.

    "W Kanadziw budują obozy koncentracyjne dla przeciwników covida, więc albo ich wszystkich wykończę albo oni mnie."

    No przecież sam widzisz, co się dzieje – zachorowania już wykraczają ponad jakąkolwiek skalę pozwalającą zapanować nad epidemią. Co, Twoim zdaniem, mają władze robić? Czekać, aż przez załamanie się systemu śmiertelność będzie sięgać 90% i problem obejmie całą populację? Koronawirus jest faktem, czy nam się to podoba czy nie.

    "Zasugeruję teorię: pandemia się nigdy nie skończy,"

    Pesymista. ;)  
    Skończy się, skończy. Jeszcze Ci przypomnę za parę miesięcy. ;) Bodaj na koniec listopada w Stanach ma być zatwierdzona do użycia szczepionka. Cokolwiek złego byś o szczepionkach nie sądził, populacja nabędzie wtedy odporności stadnej i epidemia wygaśnie.

    Natomiast faktem jest, że na te setki tysięcy gatunków wirusów, znamy jedynie drobny ich promil, więc z powodzeniem można założyć, że kolejne epidemie będą miały miejsce. I to zwłaszcza gdy, dzięki technologii i upływowi czasu, człowiek będzie docierał w coraz dalsze miejsca na Ziemi oraz, z racji rosnącej liczby ludności, mieszkał w coraz większych skupiskach ludzkich, gdzie łatwo o przeniesienie się wirusa i o jego mutację. Innymi słowy, to nie jest tak, że zły rząd/Gates/ktoś tam przewiduje kolejną pandemię, bo macza palce w jej stworzeniu, to po prostu zwyczajnie rachunek prawdopodobieństwa, który mówi, że prędzej czy później kolejna epidemia nastąpi. Miejmy nadzieję (w końcu podobno nadzieja matką głupich ale podobno głupi mają szczęście, bo nadzieja, jak każda matka, kocha swoje dzieci ;)), że jeśli tak, to nauczone ostatnim doświadczeniem władze, poważniej podejdą do tematu i zamiast próbować ukrywać wybuch epidemii, tak jak to w przypadku COVID-a zrobili na początku Chińczycy, odizolują szybko region, ograniczając zasięg epidemii.

    "a mądre dzieci będą się rodzić w maseczkach w odległości 2 metrów od matki."

    :lol2:  
    I same będą domagać się szczepionki, odmawiając wyjścia na świat bez urzędowych gwarancji jej otrzymania. ;)

  • AlexAthame

    @MEM Wirus jest tak straszny, że w najgorszym okresie umierało 2-3 osoby w Polsce w tym czasie 300 na raka i 300 na choroby serca. Wirus jest tak straszny, że trzeba robić testy by go wykryć. To nie moje słowa tylko lekarza. No to zobaczymy jak się  to skończy, albo i nie zobaczymy. W każdym razie dziękuję za słoneczka. Demoniczny rząd nie może robić nic dobrego. A ten jest wyjątkowo demoniczny. Oczywiści Ci którym służy są gorsi. Ale ty raczej tego nie dostrzegasz o czym ja mówię. Duda, Morawiecki i cała ta zgraja nie służy Polsce i Polakom. Też masz słonko ode mnie :smile:

  • MEM

    @AlexAthame "Wirus jest tak straszny, że w najgorszym okresie umierało 2-3 osoby w Polsce"

    Ale, wraz ze wzrostem zachorowań, umiera już kilkadziesiąt dziennie. Mamy bezczynnie czekać, aż będzie ich coraz więcej?

    "w tym czasie 300 na raka i 300 na choroby serca."  

    Tylko, że ta liczba zachorowań i zgonów jest mniej więcej stała. Tym samym nie przeciąży systemu i nie spowoduje załamania się całego państwa (nie tylko służby zdrowia, a całego). I w tym właśnie rzecz. Bo jak skutkiem pandemii państwo przestanie funkcjonować, to zgonów będziesz miał z powodu tej mieszanki koronawirus-załamanie państwa 90% populacji. I z tej perspektywy na to popatrz.

    Z 38,4 mln ludzi w Polsce, zostanie 1/10 w doszczętnie zrujnowanym jak po wojnie światowej kraju. Z tych około 8 miliardów ludzi na Ziemi, zostanie mniej niż miliard, i także w totalnej ruinie. Wtedy też będziesz mówił, że się nic nie stało, bo na inne choroby umierała jakaś stała liczba osób?

    "Wirus jest tak straszny, że trzeba robić testy by go wykryć."

    Ale co w tym dziwnego? Część objawów daje takich samych jak np. grypa. Ale to nie jest grypa. Żeby mieć diagnozę, testy zrobić przecież musisz, inaczej leczenie będzie nieskuteczne.

  • Black Crowe

    Naprawdę ciekawe. Można się czegoś dowiedzieć z naszych dziejów. Jeden z ciekawszych felietonów. Gratuluję

  • MEM

    @Black Crowe  

    Dzięki. :)

  • MrHyde

    Ciekawe historie. Szkoda że tajne służby są aż tak paranoicznie tajne, że fizycznie niszczą dokumenty. Przez takie praktyki nie ma ich jak kontrolować. A to poważna luka bezpieczeństwa. ;)

  • MEM

    @MrHyde "Ciekawe historie."

    :)

    "Szkoda że tajne służby są aż tak paranoicznie tajne, że fizycznie niszczą dokumenty."

    Cóż, paranoja jest wpisana w ten zawód. Zresztą, jak mawiał Henry Kissinger – nawet paranoik może mieć wrogów.

    A przy okazji ciekawych historii i paranoi. :)

    W październiku 1931 roku, do Nebenstelle Danzig zgłosił się polski oficer, Witold Tułodziecki, oferując niemieckiemu wywiadowi swoją współpracę i na dowód tego, przynosząc jakieś tajne dokumenty należące do polskiego wojska (był on pracownikiem SRI Dowództwa Okręgu Korpusu w Poznaniu). I wiesz, jak to się skończyło? Otóż Niemcy w tamtym okresie byli przesadnie przeczuleni na punkcie tego, że mogą być dezinformowani przez własną agenturę i werbowanych nowych agentów. I ta spirala paranoi na tym punkcie od dłuższego czasu się w Abwehrze nakręcała aż do tego stopnia, że po prostu nie mieściło im się w głowie, że ktokolwiek, i to jeszcze z kadry oficerskiej WP, sam, dobrowolnie, się do nich zgłosi z propozycją współpracy. Pomimo tego, że dokumenty były autentyczne i facet naprawdę chciał podjąć współpracę, Tułodzieckiego od razu po prostu przymknęli i trzymali w areszcie gdańskiego Prezydium Policji przez ponad tydzień, a potem odesłali go do Polski wraz z oficjalną notą niemieckiego wywiadu, by im nie podsuwać tak oczywistych fałszywych agentów. Niemiecki wywiad przez długi czas nie wierzył nawet w to, że w Polsce Tułodzieckiego niedługo później, wyrokiem sądu, rozstrzelano za zdradę.  

    Tak że paranoja w tym zawodzie (i zresztą w ogóle w życiu) jest potrzebna, ale w bardzo ograniczonym stopniu, bo nie wychodzi na zdrowie jakiekolwiek przesadzenie z nią. ;)

    Natomiast niszczenie dokumentów jest raczej rzadkością. Podobnie jak znane choćby z "Psów" palenie teczek (oczywiście tych z fakturami za odzież, za środki czystości..., bo choć powinno to iść na makulaturę, to kto to teraz skupuje? ;)), wynika z konkretnych okoliczności, w których niemożliwością jest chronienie własnych źródeł informacji w inny sposób. Taka ostateczność.  

    Oczywiście jest możliwie, że jakieś dokumenty, które faktycznie są czysto "administracyjnymi" i dotyczą np. utrzymania budynków wywiadu albo czegoś podobnego (czyli tym razem faktycznie autentyczne faktury za odzież i środki czystości), idą co jakiś czas do zniszczenia, bo po co to trzymać a ujawnić też w sumie nie wolno, ale cała reszta pewnie leży w archiwach nietknięta. Nigdy nie wiadomo, co się z tego może przydać.  

    "Przez takie praktyki nie ma ich jak kontrolować. A to poważna luka bezpieczeństwa."

    Tak i nie.

    "Tak", bo faktycznie przynajmniej do pewnego stopnia służby de facto są poza jakąkolwiek kontrolą. To, podobnie jak np. przestępczość zorganizowana, jest jeden ze "światów równoległych". Czyli pozostaje liczyć na lojalność pracujących w nich osób (przynajmniej tych, którzy należą do kadrowych pracowników, bo wiadomo, że z agenturą może być różnie i ona z kolei potrzebuje sznura i bata, żeby można ją było utrzymać w ryzach). Ale też i "nie", bo z racji wykonywanej pracy, służby muszą mieć zarówno pewną autonomię, jak i zagwarantowane utrzymywanie tajemnicy na temat podejmowanych przez nie działań (do dzisiaj spora część działania – zarówno jeśli chodzi o historię jak i używane, do dziś, metody – jest całkowitą tajemnicą, i nawet wiele opracowań, i to eksperckich, o tej tematyce, może jedynie snuć domysły co do tego, jak faktycznie służby działają i w jakie sprawy były/są wmieszane). Inaczej będą po prostu nieskuteczne. A to by była, w takim ostatecznym rachunku, znacznie większa strata – przy założeniu, że masz lojalną kadrę – niż to, że możliwe są ze strony służb jakieś samowolki.

  • MrHyde

    @MEM "nawet wiele opracowań, i to eksperckich, o tej tematyce, może jedynie snuć domysły co do tego, jak faktycznie służby działają i w jakie sprawy były/są wmieszane" i to jest piękne, bo daje pole do popisu literatorom: Kod da Vinci (Brown), NSA (Eschbach), Hans Klos, Agent 007... ;) i nie tylko: ...agent Tomek, agent Bolek, agent Lolek, agent Antoni    :rotfl:

  • MEM

    @MrHyde "i to jest piękne, bo daje pole do popisu literatorom: Kod da Vinci (Brown), NSA (Eschbach), Hans Klos, Agent 007...  i nie tylko: ...agent Tomek, agent Bolek, agent Lolek, agent Antoni"

    W sumie to rzeczywiście jest piękne, bo jednak ubarwia i urozmaica ten świat. Bez tego byłoby... nudniej. ;)

    Ale cóż, niezamierzony efekt uboczny smutnej, szarej konieczności przebywania służb w cieniu. W "Pograniczu w ogniu" (na marginesie: powstałym właśnie na bazie ocalałych archiwów polskiego wywiadu – gość, który z reżyserem Konicem pisał scenariusz, był oficerem wywiadu PRL, i z racji tego miał dostęp właśnie do ocalałych resztek archiwum, więc po przestudiowaniu materiału postanowił to sfabularyzować; pozmieniał na potrzeby spójnego scenariusza wiele rzeczy, zdarzeń i część nazwisk autentycznych osób, musiał dodać do tego postacie bohaterów, choć wzorowane na różnych istniejących "w realu", ale generalnie był dość bliski oddania realiów pracy wywiadu w tamtym okresie), jest taka scenka, gdzie jeden z generałów, w towarzystwie głównego bohatera, żegna się ze swoim znajomym, który jedzie do Niemiec jako szpieg. I generał każe agentowi się odwiedzać, na co oficer wywiadu mu tłumaczy, że to nie jest możliwe, ale:
    "
    – Gdyby pan generał zechciał przyjechać na przykład do Genewy. My moglibyśmy przygotować fałszywy paszport..."
    –  No tak... U was wszystko musi być fałszywe i na niby.
    –  Ale to pan generał..., pan generał chodzi w świetle, a my musimy, niestety, w cieniu...".

    Takie życie. Zawsze jest coś za coś. :)