To już ostatni, obiecuję

To już ostatni, obiecujęKurcze. Miał być jeden felieton o mojej wsi, a niestety wyszedł jeszcze trzeci. Wygląda na to, że niebawem napiszę swoją biografię, choć nigdy tego nie próbowałam pisać. Za dużo ochów i achów, i totalnej beznadziei.
Nie wiem skąd moja wylewność twórcza, choć duży wpływ miała na to pewna sytuacja. Dzieci po szkole teraz idą do teściowej (mieszka niecałe sto metrów ode mnie), więc czuję, że moje ego rośnie i naskakuje na spostrzegawczość mózgu, który wyzwala we mnie, nie tyle zauważenie zwiększenia czasu dla mnie, ile możliwości pisania bez większego przerywania.  
Większego, bo co dwie godziny kawa, herbata dla kilku panów plus mąż. Aż nie potrafię nadziwić się temu, że od pięciu minut piję kawę i wciąż siedzę w tym samym miejscu. Podejrzewam nawet, że moje krzesełko nie wierzy w wiarygodność moich pośladków, gdyż przyzwyczajone było do ciągłej zmiany. A propos zmiany, to Zdzichu właśnie przyświeca mnie swoją obecnością, uderzając ryjkiem o drzwi tarasowe. Najwidoczniej domaga się karmienia. Gdy wstanę, moje krzesełko w końcu odetchnie z ulgą, by nasłuchiwać, czy jego pani wróci…
Wróci, wróci.
Teraz mam ciszę. Całe dziesięć minut ciszy, gdyż szanowni pracownicy mają przerwę. Dacie wiarę, że nastrój mojego domu potrafi się zmieniać? Teraz mam odczucie, że on wciąż jest w chwili wyczekiwania. Zupełnie jak na wizycie u dentysty, gdzie przez moment, jest zmieniane wiertło na grubsze. Niby jest się po ale jednak i przed.
Cisza…
Teraz słyszę odgłos pompki od rybek. Moje studwudziestolitrowe akwarium chyba żyje własnym życiem. Wiatr na dworze się uspokoił i każda roślinka jest w stanie wyczekiwania.
Oprócz tego, że piszę, bardzo też lubię robić zdjęcia. Póki, co telefonem, póty co, też telefonem. Lubię uwieczniać chwile, których nie wypada uwieczniać. Najlepsze są te spontaniczne, gdy ktoś kicha, gdy upada, lub gdy zostaje czymś wystraszony. Normalnie, to na każde zdjęcie trzeba się przygotować, ale dla mnie to zbyt decydujące. Sama nie lubię być fotografowana wtedy, gdy ustawiam się do zdjęcia, bo to nie jest wtedy szczere. Powiedzcie sami, czy nie naprzykrzy wam się oglądać zdjęcia, gdzie na wszystkich macie idealnie zaczesane końskie grzywy, a wasze zęby zdają się żyć własnym życiem? Nie lubię, gdy każą mi się uśmiechać, gdy jestem smutna. Dla mnie to nie przechodzi. Już wolę, żeby zrobiono mi zdjęcie, gdy drapię się po brzuchu i zdziwiona za późno zauważam obiektyw.
Czy nie tam jest właśnie szczerość? Oryginalność danej chwili? W końcu nic dwa razy się nie zdarzy…
Dwa tygodnie temu ubijaliśmy jedną z naszych świnek wietnamskich. Świnka była cała czarna. Pół wiadra było z niej mięsa, a drugie całe w słoninie. Ktoś powie, że nie warto ich chować, ani jeść. A nie zastanowi się, że mięso tudzież słonina od wietnamek to dobry cholesterol. Wszystko jest tłuste, ale nie szkodzi. Podobno patrzy się też na długość świni. Im dłuższa, tym bardziej mięsista. Im krótsza, tym bardziej przerośnięta tłuszczem. Wiem, co mówię.
Dwa dni temu był u nas inseminator (pan, który zapładnia świnie). Numerek ze sztucznym knurkiem kosztował 55 złotych. Madzia (maciorka) hukała się przez szesnaście do siedemnastu godzin. Jej LIMONKA miała kolor ostrej bordowej papryczki i była podwójnie większa niż zazwyczaj. Gdy położyło jej się dłoń na grzbiecie, ona stała nieruchomo, plecy wygięła w wielki łuk, a lśniące od tłuszczyku zadki szły ku dołowi. Oddychała wolno i miarowo. Była jak w transie. Pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego. Nie uciekała, nie warczała, tylko była strasznie uległa. Ogon trzymała w górze i chodziła bardzo wolno kręcąc zadkiem. Gdy mąż za długo na nią patrzył, strzeliłam mu łokciem w bok, bo nie mogłam się oprzeć. Patrzcie, jak tu świnia może zahipnotyzować swoimi wdziękami?
Nie to, co króliki. Do samca, gdy włoży się samicę, to nawet nie patrzy, jaka, tylko wącha tyłek i po trzech sekundach szybkiej jazdy spada z niej piszcząc. Aż go odrzuca na bok. Czeka pięć , sześć sekund i znów od nowa. I tu nie ma porównania z szybkością ruchów do człowieka…
Mamy też takiego pięcioletniego koguta Janusza z czubkiem na głowie, troszkę już posiwiałym. Jednak ten jak się uprze na kurę, to nie ma zmiłuj. Będzie ją ganiał po całym podwórku, pod wozem, pod rozrzutnikiem, przebiegnie kilometr i tak, kiedy kura się zmęczy, bierze ją dziobem za głowę i nastawia się trzy- cztery razy, aż zrobi swoje. Potem robi swój taniec- podskakuje nierówno na nogach, skrzydłami machając jak motyl i znów po tym wypatruje kolejnej zdobyczy. Cały dzień bidula będzie biegał za jedną kurą, póki nie dopnie swego. Nawet bójkę z nią przeprowadzi, ale i tak musi jej wtrysnąć.
Ludzki instynkt, co?
Człowiek nawet na Maderę potrafi polecieć, aby tylko dopiąć swego…
Ale najbardziej, to lubię lody solo. Długie, zimne i takie twarde…
Dobra, sorki. Rozmarzyłam się, pa!!!

1 049 czyt.
100%32
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii felieton, użyła 927 słów i 5142 znaków.

2 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 17 maj 2018

    Nie ceny jeno veny! Przeklęty poprawiacz poprawnie napisanych słów.

  • AnonimS

    AnonimS · 17 maj 2018

    Fakt ceny Ci nie brakuje. Ale dobrze że piszesz bo wiem że niektórzy "miastowi" myślą że kura jest od zawsze oskubana a szynki rosną na drzewach. Ciągle w ruchu czyli nie grozi Ci zarośnięcie tłuszczem. Piszesz żywiołowo od serca i takie teksty są potrzebne. Zwłaszcza jeśli czytają to młodzi ludzie co nie mają pojęcia o życiu na wsi. No i podłapałem nowe słówko Limonka - tego nie znałem ha,ha. Pozytywne to co robisz . Pisz dalej dopóki masz chęci. A autobiografia? Myślę że to nie głupi pomysł masz wg mnie ciekawe życie. Pozdrawiam