Niedoceniana prowincja

Podobno Napoleon powiedział kiedyś: "Pozwólcie Chinom spać, bo gdy się obudzą, będzie kłopot dla świata".

Z prowincją jest podobnie. Pomimo olbrzymiego potencjału, pod każdą szerokością geograficzną niedoceniana, lekceważona, okradana, systematycznie pozbawiana możliwości i wartościowych zasobów ludzkich , i przez to wszystko spychana w coraz większy marazm i wegetację.

Rządzące elity (na ogół będące nimi jedynie z nazwy) oraz wielkomiejska część danego społeczeństwa (która, choć często znacznie na wyrost, przynajmniej w swej części uznaje się za elitę) od zawsze – bo nie jest to tylko znak naszych czasów, współcześnie jedynie ten proces przyspieszył – uważają, że to wina samej prowincji. Uważają tak na poły z czystej głupoty (oraz wynikłego z tego niezrozumienia tematu) i krótkowzroczności, a na poły z niczym nieuzasadnionego zadufania w sobie jako tej wspomnianej "elity". Bo przecież, parafrazując byłego prezydenta, który, opierając się na dokładnie takim zadufaniu i ograniczeniu umysłowym, przerżnął w 2015 roku wybory prezydenckie, w konsekwencjach wpychając kraj w łapy PiS-owskiego pełzającego reżimu, można "zmienić pracę i wziąć kredyt"...  

A jak jest naprawdę?

A naprawdę jest tak, że to właśnie prowincja jest najistotniejszą częścią społeczeństwa, narodu i państwa. I poniekąd jak w przypadku stwierdzenia, że państwo jest tak silne, jak silna jest najsłabsza część jego społeczeństwa, za "grzech zaniechania" wobec prowincji, odpowiadamy wszyscy i na każdej płaszczyźnie – społecznej, ekonomicznej, cywilizacyjnej, naukowej... I płacimy także wszyscy.

To z reguły na prowincji mieszka największa część społeczeństwa (w Polsce, 31 z nieco ponad 38 milionów mieszkańców żyje na prowincji, do tego znaczna część mieszkańców wielkich miast z niej pochodzi lub jedynie tymczasowo w dużym mieście mieszka). To od niej zależy zarówno to, w jakiej kondycji ekonomicznej jest kraj, jak i wynik wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, czyli jego teraźniejszość oraz przyszłość.

To na prowincji zlokalizowana jest niemal całość strategicznych zasobów państwa i jego gospodarki. To na prowincji są zlokalizowane przedsiębiorstwa odpowiedzialne za produkcję i dostarczanie tak kluczowych dla wszystkich, także w metropoliach, rzeczy, jak np. prąd, niezbędnych do normalnego funkcjonowania. To na prowincji zlokalizowana jest produkcja rolna i leśna, niezbędna do przetrwania. No i jak już wcześniej wspomniano, to na prowincji mieszka większość ludności kraju, której siła nabywcza – talentów poszczególnych jednostek już nie wspominając – stanowi o sile, zamożności i tempie rozwoju kraju.

A jednak, z powodu głupoty, niekompetencji, krótkowzroczności i zadufania prowincja upadła wraz z bankructwem PRL-u i nastaniem nowego ustroju. I od tamtego momentu ten problem się systematycznie pogłębia, doprowadzając nie tylko do osłabienia państwa i jego możliwości, ale także do negatywnych zmian społecznych skutkujących m. in. zwróceniem się w stronę populizmu, skrajnego nacjonalizmu, czy wręcz otwartego rasizmu i faszyzmu, a nawet do fanatyzmu religijnego. Tymczasem po 1989 roku mieliśmy wielką szansę być jednym (a może nawet i jedynym) krajem na świecie, w którym sprawy nie potoczyłyby się tak, jak na Zachodzie Europy – gdzie metropolie także czerpią z prowincji, ile się da, ściągając do siebie przede wszystkim najwartościowsze zasoby ludzkie – a w dalszym kroku tej złej ścieżki, jak np. w państwach Ameryki Łacińskiej.  

W Brazylii i w innych państwach tego regionu (podobnie zresztą jak w wielu innych miejscach świata, np. w Indiach albo w RPA) mieszkańcy coraz bardziej ubogich wsi i miasteczek, leżących często w lasach tropikalnych na pozbawionych perspektyw prowincjach, masowo migrują do wielkich miast, takich jak São Paulo czy Rio de Janeiro, w nadziei na lepsze jutro dla siebie i swoich rodzin. Z braku odpowiedniego wykształcenia – co wynika zarówno z biedy, jak i niskiego poziomu prowincjonalnej edukacji – a także z powodu tego, że ilość miejsc pracy w mieście jest przecież ograniczona, lądują oni w kolejnych dzielnicach biedy otaczających te miasta. Opuszczenie ograbianej i pozbawionej perspektyw prowincji, doprowadza ich do jeszcze większej biedy, z której w praktyce nie ma wyjścia. A co gorsza, nie mają oni gdzie wracać, bo wyludniona prowincja, z której pochodzą, z powodu tej emigracji pogrąża się w jeszcze większym ubóstwie i patologii. Tworzy się więc błędne koło. Pozbawieni już wyboru i mieszkający w slamsach ludzie, zaczynają wegetować, popadając w coraz większy marazm. Ten marazm i ta wegetacja stają się pożywką dla kolejnych skrajnie negatywnych zjawisk: powszechnej prostytucji, narkomanii i handlu narkotykami, handlu ludźmi, handlu organami, najwyższych na świecie wskaźników morderstw i całej gamy pomniejszych przestępstw, a przede wszystkim do powstawania mafii i gangów, które mają duży udział w dodatkowym wypaczaniu i tak już skrzywionej – zwłaszcza u tych pokoleń, które urodziły się już w takich warunkach i nie znają innego życia ani nie potrafią inaczej żyć i w ogóle funkcjonować – mentalności. I ta spirala się nakręca, a ogromu tragedii nikt nie ogarnie. Nikt zresztą nawet tego nie liczy – tamtejsze slamsy to nie tylko miejsca, gdzie pracownik zbiurokratyzowanej, a więc z definicji niewydolnej, opieki społecznej nie zagląda, to miejsca, których oddziały regularnej armii, poruszające się transporterami opancerzonymi, nie chcą odwiedzać.  

Oczywiście nie odbija się to negatywnie jedynie na mieszkańcach wspomnianych dzielnic-slamsów czy na ludziach z innych grup społecznych,  którzy padli ofiarą bezpośredniej przestępczości wynikłej z takiego stanu rzeczy. Obywatele należący do  wyższych warstw społeczeństwa, niż ta ze slamsów, odczuwają to także na inne sposoby. Na przykład poprzez to, że otaczająca rzeczywistość wpływa na ludzką mentalność, także więc na ich mentalność, a to z kolei odbija się na późniejszych działaniach jednostek, co oczywiście przekłada się na obraz całego społeczeństwa. I to tym bardziej, im więcej władzy, czy innego rodzaju wpływu (Np. poprzez kulturę. Skąd wziął się rap, albo hip-hop, wraz ze swoimi radykalnymi, i często wulgarnymi, przekazami? Z biednych dzielnic miast zamieszkiwanych przez Afroamerykanów i Latynosów, a w Polsce, z pozbawionych perspektyw mieszkańców blokowisk. Obecnie zaś przekroczyliśmy kolejny próg – popularność zdobyły tzw. patostreamy.), ma osobnik wywodzący się z takiego wypaczonego w szeroko rozumiany sposób środowiska. Bo to on narzuca ton innym, zostając samorządowcem, ministrem, prezydentem, czy choćby niesławnym "Januszem biznesu", albo gangsterem czy choćby drobnym chuliganem – tworzy warunki, w których żyje, dostosowująca się do rzeczywistości i ulegająca otoczeniu, reszta. I to nie tylko dotyczy oczywistości takich jak korupcja i inne rodzaje przestępczości czy podejmowania decyzji przez nieudaczników, którzy – np. dzięki populizmowi, który w znacznej mierze także jest skutkiem zaniedbań prowincji idącej co jakiś czas do urny wyborczej – doszli do władzy. Dotyczy to także kwestii, które wydawałoby się nie tylko nie są złe, ale mają wręcz pozytywny wpływ na społeczeństwo. Przykłady? Dwa pierwsze z brzegu: rządowo usankcjonowana edukacja i pensja minimalna.

Wydawałoby się, że w dostępie do powszechnej edukacji nie ma nic złego a wręcz przeciwnie – że to dobrodziejstwo, prawda? Prawda. Jednakże z jednym warunkiem, który czyni różnicę. A mianowicie, że ta edukacja ma sens, to znaczy gdy system i program nauczania jest odpowiedni. Tymczasem, realizujące programowe wytyczne, państwowe (a nawet i prywatne, bo też przecież muszą) szkoły w efekcie produkują rzesze ludzi, którzy nie mogą odnaleźć się później na rynku pracy, bo niewiele po zakończonej edukacji faktycznie potrafią, skutkiem czego z kolei pracodawcy zwyczajnie nie opłaca ich się zatrudnić. A co gorsza, publiczny system edukacji ma tę podstawową wadę, że wyrównuje poziom edukowanych w nim dzieci do tych najsłabszych, z tego prostego powodu, że tak jest najprościej i najwygodniej dla nauczycieli i całego systemu edukacji, którego pracownicy funkcjonujący w takiej rzeczywistości przecież nie będą sobie wyszukiwać problemów wymagających od nich dodatkowego wysiłku i pracy. W dodatku, jak to w budżetówce, słabe pensje w sektorze edukacji mają dodatkowy negatywny wpływ, bo oprócz zbywania swoich obowiązków zawodowych po najmniejszej linii oporu, dochodzi jeszcze kwestia tego, że mało kto chce pracować w szkolnictwie, co oczywiście wpływa na jakość kształcenia. I tu taki przykład z życia wzięty. We wczesnych latach 90-tych, gdy obowiązkowy w szkołach język rosyjski powszechnie zastąpiono angielskim, był – obok braku odpowiednich materiałów do nauczania – olbrzymi problem ze znalezieniem nauczycieli nowo wprowadzonego języka. Po prostu, osoby które faktycznie mogły dobrze uczyć tego języka, wolały pójść do pracy np. dla biznesu lub udzielać korepetycji, niż za psie pieniądze siedzieć na etacie w szkole i po godzinach w domu sprawdzając prace uczniów. Skutkiem tego edukacja na tym polu przez całe lata była na wyjątkowo miernym poziomie. W mojej, prowincjonalnej, podstawówce było z tym tak, że nauczyciel angielskiego zmieniał się co pół roku, najdalej co rok, a ponieważ kolejny, jeśli się trafił, nie miał bladego pojęcia, na jakim poziomie zaawansowania są uczniowie, to uczył niemal od nowa. Po czym odchodził po kilku miesiącach do lepszej pracy i całość tego chorego cyklu powtarzała się znów... I tak całym rocznikom mijały trzy lata nauki języka obcego (obok wszystkich innych "dydaktycznych" wymysłów ministerstwa edukacji), którego na koniec uczyła w tej szkole polonistka, która miała przypadkiem ten język, jako język obcy, na studiach na polonistyce i sama ledwo co go znała, musiała się zaocznie w tym celu dokształcać. Współcześnie zaś, co któraś władza, aby obsadzić stanowiska "swoimi" oraz wdrażać swoje zideologizowane wizje edukacji, robi gruntowną "reformę" systemu, polegającą np. na wprowadzaniu/likwidacji gimnazjów (a jedno i drugie było idiotyzmem), co wpływa na poziom edukacji całych pokoleń.  

To jest efekt tego, że do władzy dochodzą ludzie niekompetentni, a czasem wręcz głupcy, których stworzył taki system i który teraz oni kształtują społeczeństwu zmuszonemu w takich warunkach żyć. I jakie "elity", taka potem ich praca i ich wytyczne..., a co za tym idzie taka potem mentalność ukształtowanych już w tych warunkach jednostek. Oczywiście prowincja, z racji jej wyzysku połączonego z zaniedbaniami, obrywa tutaj najbardziej, bo w dużych miastach są większe szanse na nieco lepszy poziom edukacji.

W skrajnym wypadku kwestią państwowo sterowanej edukacji zaczynają się zajmować ludzie tacy, jakimi byli np. naziści w Niemczech, którzy po latach prania mózgów niemieckiej młodzieży, byli w stanie wyhodować sobie, przekonane o swojej wyższości rasowej, mięso armatnie dla Volkssturmu lub SS. Podobnie też komunizm tworzył za pomocą m. in. edukacji "człowieka radzieckiego".

A płaca minimalna? Wydawałoby się, że to dobrodziejstwo, prawda? Tymczasem podobnie jak w przypadku kiepskiej edukacji powodującej, że później pracodawcy nie opłaca się zatrudnić takiego niekompetentnego pracownika, dochodzi tu jeszcze jedna kwestia. Jeśli bowiem tym niekompetentnym zaczniemy płacić pensje kompetentnych i wydajnych pracowników, to czym nagrodzimy tych drugich, by wnosili do pracy swoje umiejętności i doświadczenie oraz by wydajnie pracowali? Ano najprościej jest im podnieść zarobki, tym samym poziom nierówności społecznych nie tylko się utrzymuje, ale często nawet spirala tych nierówności wręcz się nakręca. Podobnie zresztą jak inflacja. Oczywiście do tego wszystkiego dochodzi także słabsza konkurencyjność firm zmuszonych do funkcjonowania w takich warunkach, co skutkuje szeregiem negatywnych zjawisk, na czele z upadkiem tych firm, albo przynajmniej traceniem rynków zbytu, skutkującym rosnącym bezrobociem i powiększającą się biedą.

Oczywiście można powiedzieć, jak to jakiś czas temu w jednej z dyskusji na tym portalu padło, coś w rodzaju tego, że "inni mogli pokazać plecy prowincji, rozjechali po świecie i, zajęci własnym życiem i sprawami, sobie – w odróżnieniu od nieudaczników, którzy pozostali i degenerują wraz z otaczającą ich prowincjonalną rzeczywistością – radzą", czyli właściwie zwalić winę za problem na tych, którym ten problem "elity" ufundowały, i pozostawić prowincję samej sobie, pławiąc się w swoim "elitaryzmie" i samozadowoleniu, tak jak to od dekad robią współczesne nam "elity" polityczne (zwłaszcza, że mają one na głowie swoje standardowe i "pilniejsze" problemy, sprowadzające się do "pogłębiania dna i trzymania się koryta") wraz z zaprzyjaźnionymi z nimi mediami czy przedstawicielami innych zawodów.  Ale czy faktycznie jest to właściwa ścieżka, i czy, koniec końców, nie odbije się to – jak np. w październiku 1917 roku – także, a może przede wszystkim, na takich właśnie "elitach"?

Skutkami zjawisk takich, jak te o których powyżej, są nie tylko utracone szanse na społeczny, ekonomiczny i naukowy/cywilizacyjny rozwój i "stracone pokolenia". Są nimi też powiększające się rzesze ludzi, których życie stopniowo zamienia się w wegetację. Ci ludzie z kolei stanowią nie tylko idealny grunt dla powstania i szerzenia się szeroko rozumianej patologii i przestępczości, ale także są idealnymi odbiorcami populistycznych i radykalnych przekazów od wszelkiej maści "polityków" chcących przejęcia władzy lub realizujących cele wytyczone przez zewnętrznych przeciwników (po to np. Kreml utrzymuje armię "internetowych zielonych ludzików", albo redakcje takie jak Sputnika i podobnych). Przejęcia czy to na skutek wolnych wyborów, czy na skutek przewrotów i rewolucji. A wtedy cierpią wszyscy.

W skrajnym wypadku dochodzi do sytuacji właśnie takich, jak w Niemczech w latach 30-tych XX wieku, gdy władzę przejęli naziści, lub w Rosji w czasie i po rewolucji październikowej. Skutki tamtych wydarzeń, wynikających między innymi, o ile nie głównie, z właśnie zaniedbanej i pogardzanej prowincji, odczuwamy przecież do dziś i będziemy odczuwać jeszcze przez setki lat. Przy czym problem nadal narasta w wielu regionach i państwach świata.

Tymczasem prowincja ma potencjał. I to potencjał często przewyższający metropolie. Z prostego powodu – ma zasoby (zarówno ludzkie, jak i wszelkie materialne), na to pozwalające. Nic nie stoi na przeszkodzie, by cały szereg firm, czy nawet wyspecjalizowanych ośrodków badawczych, był ulokowany właśnie na prowincji. W dzisiejszych czasach, mając odpowiednią infrastrukturę, z technicznego punktu widzenia, nie ma ku temu przeszkód. Co więcej, jest to wskazane – zamiast skupiania się na rozwoju, i na finansowaniu tego rozwoju, miast molochów, ściągających do siebie większość inwestycji i ograbiających prowincję z najlepszych ludzi – właśnie z powodu tego, że równomierny rozwój całego terytorium pozwala, jeśli nie całkowicie uniknąć, to przynajmniej w znacznym stopniu ograniczyć wszelkie negatywne zjawiska, o jakich była wcześniej mowa. A poza tym dodatkowym bonusem jest to, że życie na prowincji, z przyczyn czysto środowiskowych, jest lepsze dla samego człowieka, niż życie w dużym mieście w ciasnych betonowych – i drogich – klatkach, w smogu i  w stresie wynikającym z ciągłego wyścigu szczurów. Do rozwoju prowincji, który skutkował będzie korzyściami dla całego społeczeństwa, potrzeba długofalowego i stabilnego planu gospodarczego o metodyce założeń zbliżonej do tych, które miały władze II RP, gdy budowano Gdynię, magistralę węglową, a zwłaszcza Centralny Okręg Przemysłowy, przy tworzeniu którego najpierw gruntownie przyjrzano się potencjałowi województw, które miał on obejmować, a potem ściśle podzielono inwestycje wedle tego potencjału, aby uzyskać efekt synergii, tyle, że planu obejmującego wszystkie aspekty, a nie tylko ekonomiczne, w jakich społeczeństwo musi funkcjonować, począwszy właśnie od edukacji i generalnie poprawy warunków życia poprzez inwestycje w dane regiony i ich społeczeństwa. Dlatego też, często w mediach wyśmiewane, projekty takie jak Centralny Port Komunikacyjny, czy nawet sławetne przekopanie Mierzei Wiślanej, aby zapewnić rozwój portu w Elblągu, mają duży sens. Oczywiście pod warunkiem, że będą robione z głową (i to z tym z kolei w takich wypadkach, zwłaszcza w PiS-owskim wykonaniu, jest niestety problem).  

Ale oczywiście nie tylko duże inwestycje się tu liczą. Liczy się wszystko, a przede wszystkim liczy się podejście do problemu, które pozwoliłoby na spojrzenie na prowincję inaczej niż na, pokutujące dzisiaj, "społeczeństwo wieśniaków", "Polski B" itp., dostrzeżenie jej potencjału, oraz na likwidację wielu problemów społecznych u samego ich źródła. Tylko to zagwarantuje – obok samego wzrostu gospodarczego i rozwoju społeczno-cywilizacyjnego całego kraju – nam to, że, parafrazując tekst Napoleona o Chinach, prowincja nie obudzi się, stając się kłopotem dla świata.

4 komentarze

 
  • merlin

    Czy mógłbym wnieść do Mistrzyni Ostatniego Słowa pokorną suplikę o definicję prowincji tak jak Ty ją rozumiesz ?

  • MEM

    @merlin "Czy mógłbym wnieść do Mistrzyni Ostatniego Słowa pokorną suplikę o definicję prowincji tak jak Ty ją rozumiesz?"  

    Prowincja to w zasadzie wszystko poza największymi miastami kraju. Oczywiście, w porównaniu z Warszawą czy większymi metropoliami w Europie, taki Wrocław albo Kraków także można by było uznać za prowincjonalne, no ale trzeba gdzieś postawić jakąś, wydaje się, "zdroworozsądkową" granicę. Czyli dla mnie prowincja to wszystkie wsie, małe miasteczka i średniej wielkości miasta. A więc faktycznie większość kraju.

    A poza tym, ja wcale nie muszę mieć ostatniego słowa. Wszelaką krytykę chętnie przyjmę, byle konstruktywną i opartą na argumentach.

  • MrHyde

    Przekop mierzei, żeby ożywić żeglugę turystyczną w okolicach Gdańska? Ciekawe, czy stalowa linka w poprzek Wisły tuż przy ujściu do Zatoki nadal wisi i robi Wisłę niespławną nawet dla motorówki.

  • MEM

    @MrHyde "Przekop mierzei, żeby ożywić żeglugę turystyczną w okolicach Gdańska?"

    Nie. Co prawda PiS-owski projekt przekopu jest niestety bardziej pod publiczkę, ale sam pomysł, jako taki, przekopu i uczynienia z Elbląga pełnowymiarowego portu jest niegłupi, jedynie trzeba by było w to więcej zainwestować i zrobić to w nieco inny sposób.  

    Natomiast tak poza tym, zostają dwie kwestie. Pierwsza – inwestycje publiczne w rozwój infrastruktury zawsze niosą za sobą pewne ożywienie dla danego regionu, w którym są wykonywane. I druga – która może szczególniej Cię zainteresuje – otóż w Elblągu był za "czasów niemieckich" nie tylko port (choć niewielki), ale i stocznia (Schichau-Werke) budująca okręty wojenne dla jeszcze kajzerowskiej marynarki, a potem dla hitlerowskiej Kriegsmarine.

    Ale oczywiście się nie da...

    Natomiast co do pełnowymiarowego portu. Być może nie wiesz, ale port w Gdańsku ma dość duże obciążenie i, o ile wiem – bo sprawa jest sprzed paru lat, a na bieżąco nie śledziłam – to noszono się z jego rozbudową, przy czym nawet i ona może nie wystarczyć. Co więcej, chiński nowy jedwabny szlak kieruje część swoich transportów kolejowych do rosyjskich portów zamiast polskich, które z racji położenia w Centralnej Europie byłyby wygodniejszymi portami przeładunkowymi, dlatego, że na skutek dekad zaniedbań nie ma u nas wystarczającej infrastruktury zarówno kolejowej jak i właśnie portowej. I dodatkowy port byłby tu bardzo przydatny. Najtańszym transportem nadal jest transport morski a za nim kolejowy. A o tym, ile korzyści wyciągnąłby Elbląg i cały region z dużego portu, chyba pisać nie trzeba (Gdańsk biedy nie klepie; o portach Zachodniej Europy nawet nie mówiąc). Jednakże inwestycja musiałaby być większa, tak by faktycznie mogły do Elbląga wchodzić większe frachtowce. Czyli przede wszystkim należałoby zbudować większy i głębszy kanał. I nawet dałoby się uchronić wodny ekosystem Zalewu Wiślanego przed skutkami ingerencji człowieka. Co jest w zupełności wykonalne i za stosunkowo niewielkie, jak na skalę kraju, pieniądze. No ale oczywiście można wychodzić – tu parafrazując – z tuskowego założenia, że po co nam port, skoro przecież są porty niemieckie... BTW, taka sama denna retoryka (obok częstego w takich przypadkach "koronnego argumentu", że lotnisko w Berlinie budowane jest ileś tam lat i skończyć nie mogą; tak jak to by miało jakiekolwiek znaczenie, no może poza takim, że w Niemczech biurokracja ma coraz gorszy wpływ na gospodarkę) dotyczy CPK, tymczasem przedstawiciele np. arabskich linii lotniczych (bodaj przynależących do ZEA) twierdzą, że byłby to dla nich znacznie dogodniejszy port-hub lotniczy niż Frankfurt nad Menem, właśnie z racji położenia w Centralnej Europie. Wiele rzeczy da się zrobić, choć wydają się niemożliwe, czy wręcz bezsensowne. Jak budowano Gdynię, też pewnie ktoś się pukał w głowę i pytał, po co.

  • MrHyde

    @MEM A ten stalowy sznurek jeszcze wisi? Chętnie bym sprawdził własnoocznie, gdybym tylko miał kapkę bliżej.

    CPK to całkiem fajny pomysł (no, może niekoniecznie dla mieszkańców prowincji tak mniej więcej  w promieniu 30 km od hubu, ale to pikusiowy szczegół). Pod Warszawą jest już jednak lotnisko w Modlinie. Ciekawym, czy już dobudowano brakujące 5 km torów, żeby podróżnym skrócić czas przeprawy do Wa-wy o - bagatelka - godzinę. Obawiam się, że nie, bo skala takiego przedsięwzięcia jest za mała, za mało medialna.

  • MEM

    @MrHyde "Pod Warszawą jest już jednak lotnisko w Modlinie. Ciekawym, czy już dobudowano brakujące 5 km torów, żeby podróżnym skrócić czas przeprawy do Wa-wy o - bagatelka - godzinę. Obawiam się, że nie, bo skala takiego przedsięwzięcia jest za mała, za mało medialna."  

    O ile wiem, to budowa ma mieć miejsce od przyszłego roku i potrwać około dwa lata. Przy czym to nie jest kwestia finansowania czy technicznych spraw samego wykonania, a kwestia takich rzeczy, jak wykup potrzebnych gruntów, a przede wszystkim decyzje dotyczące oceny wpływu na środowisko, bo ekolodzy, jak przy każdej tego typu okazji, oczywiście protestują.

  • MEM

    @MrHyde "A ten stalowy sznurek jeszcze wisi?"  

    Nie wiem. Nigdy tam nie byłam.

  • MrHyde

    @MEM ach, ci ekolodzy!  

  • MEM

    @MrHyde "ach, ci ekolodzy!"

    Ale faktem jest, że to – na całym zresztą świecie; o ile pamiętam, to lata temu przez protesty ekologów port w Hamburgu musiał zrezygnować z pogłębienia Łaby – utrudnia rozwój gospodarczy wielu regionów. Nie mówię, że ekologia nie jest potrzebna, ale trzeba umieć pogodzić potrzeby ekonomicznego rozwoju z potrzebami zachowania przyrody. Bo obecnie popadamy czasami w przeciwną skrajność, robiąc z danego regionu skansen, w którym ludzie klepią biedę.

  • MrHyde

    @MEM "Bo obecnie popadamy czasami w przeciwną skrajność, robiąc z danego regionu skansen, w którym ludzie klepią biedę". Pozwolę sobie zauważyć, że to "obecnie" trwa już dobrych kilka dziesięcioleci. Powołanie do życia parków narodowych i różnej maści rezerwatów oznaczało nic innego niż wyłączenie pewnych obszarów z gospodarki a mieszkańców skazywało na wegetację. Kiedy powstał Kampinowski PN albo Białowieski PN? W której dziesięciolatce PRLu? A co do zasady pełna zgoda: mądrze jest mądrze gospodarować, tzn. bez bezrefleksyjnego popadania w skrajności.

  • MEM

    @MrHyde "Pozwolę sobie zauważyć, że to "obecnie" trwa już dobrych kilka dziesięcioleci. Powołanie do życia parków narodowych i różnej maści rezerwatów oznaczało nic innego niż wyłączenie pewnych obszarów z gospodarki a mieszkańców skazywało na wegetację."  

    No nie do końca tak. Tereny parków narodowych najczęściej były (są w przypadku nowo tworzonych) słabo zaludnione lub w ogóle niezamieszkane (mieszka ktoś w Dolinie Pięciu Stawów Polskich czy nad morskim Okiem?). I w sumie parki nie zajmują wielkiej powierzchni – największy park w Polsce ma około 600 km kwadratowych, a to jest mniej niż 0,2% powierzchni kraju. Poza tym w takich miejscach faktycznie nie musi powstawać autostrada czy fabryka, bo można ją zlokalizować gdzie indziej bez strat dla okolicznej ludności parku narodowego, która po prostu zamiast z etatu w fabryce żyje z turystów (ewentualnie może podjechać te parę kilometrów do pracy i świat się nie zawali). Natomiast w momencie, gdy każdą jedną inwestycję jakaś organizacja ekologiczna czuje się w obowiązku oprotestować, to się z tego robi paranoja (zwłaszcza, że faktyczne przyczyny tego protestu mogą być różne – to jest często tak jak ze związkami zawodowymi, którym nie tyle chodzi o dobro odpowiednio przyrody i pracownika, tylko o własne interesy i stołki, jakie zachowują, gdy pokażą, że "działają"; nawet zresztą czasem słychać, choć niełatwo to udowodnić, że niektóre takie organizacje robią takie protesty celowo, na zewnętrzne zlecenie, właśnie po to, żeby zablokować albo przynajmniej utrudnić innym rozwój).

  • MrHyde

    @MEM w Puszczy Kampinowskiej żyli ludzie i nadal żyją.

  • MEM

    @MrHyde "w Puszczy Kampinowskiej żyli ludzie i nadal żyją."

    Ale chyba tylko część terenu podpada pod park narodowy. Zresztą, tam robiono akcję wysiedlenia, w zamian za odszkodowania lub inne miejsce zamieszkania, nie? Więc zostali tylko ci, którzy się uparli zostać. Pewnie nie jest to tak do końca sprawiedliwe, no ale świat nie jest idealny i tego od niego nie można wymagać.

  • MrHyde

    @MEM Niczego przecież nie wymagam.

  • MEM

    @MrHyde "Niczego przecież nie wymagam."

    Niczego przecież nie zarzucam.

  • merlin

    "Dlatego też, często w mediach wyśmiewane, projekty takie jak Centralny Port Komunikacyjny, czy nawet sławetne przekopanie Mierzei Wiślanej, aby zapewnić rozwój portu w Elblągu, mają duży sens."
    To chyba piątek spowodował, że trzymają się Cię żarty.   

    "Tymczasem prowincja ma potencjał. I to potencjał często przewyższający metropolie."Czarno to widzę ale zakładając, że masz rację,  żeby wykorzystać ten potencjał potrzebna jest KASA, potrzebne są inwestycje w edukację, w nowoczesne technologie.Inaczej to co w tym momencie mamy w tzw Polsce B,C i diabli wiedzą jeszcze jakiej,  nie ulegnie zmianie.
    Inwestycje w nowoczesny przemysł? Jaki przedsiębiorca trzeźwo myślący, zainwestuje tam wiedząc, że brak kadry, brak wykształconej siły roboczej.
    Żadne zaklinanie rzeczywistości nic tutaj nie zmieni.
    @MEM Proszę Cię jest piątek przed wolną sobotą, nie poruszaj takich tematów.
    Nie chciałbym kończyć dnia z bólem głowy.
    Wiem powiesz, że nie muszę czytać.

  • MEM

    @merlin  "To chyba piątek spowodował, że trzymają się Cię żarty."  

    Nie.

    "Czarno to widzę ale zakładając, że masz rację żeby wykorzystać ten potencjał potrzebna jest KASA, potrzebne są inwestycje w edukację, w nowoczesne technologie."  

    Potrzebna jest kasa i wiele innych rzeczy. No i co z tego? To nie jest argument. Przypomina mi raczej stary kabaretowy występ, w którym satyryk wyśmiewał polską skłonność do narzekania na wszystko, mówiąc, że gdyby Polak nawet wygrał w totolotka, to zaraz by zaczął narzekać, że "a to do Warszawy trzeba po to jechać..., a gdzie ja to wszystko popakuję..., a skąd ja tyle reklamówek na to wezmę..., itd.". Tymczasem rzecz jest wykonalna i w tym, było nie było, setki miliardów liczącym budżecie (prywatnych inwestycji już nawet nie licząc, a te się pojawią zaraz za państwowymi w infrastrukturę, bo po prostu zwęszą zysk z prowadzonej działalności, od budek z kebabem począwszy, na hotelach skończywszy) państwa, w sporej części marnotrawionym, wysupłanie paru miliardów rocznie na tego rodzaju inwestycje nie powinno być problemem. Problemem są decydenci, polskie nastawienie "u nas się nie da" i obcy lobbing wciskający w mediach ludziom kit. Dotować dziesiątkami milionów fabrykę Opla w Gliwicach to się dało, co? Przez przynajmniej dwadzieścia lat nie brać żadnych podatków od fabryk Fiata też się dało, nie? Pobudować stadiony (sam Stadion Narodowy w Warszawie to było prawie 2 miliardy zł, nie licząc kosztów gruntu pod nim), żeby było na Euro 2012 też się jakoś dało?

    U schyłku II RP na inwestycje typu COP wydawano 60% budżetu – biednego wówczas i bardzo zniszczonego przez I wojnę oraz wojnę polsko-bolszewicką i Wielki Kryzys, o wojnie celnej z Niemcami już nie wspominając – państwa. I też się dało, co więcej z przynajmniej z części tego, co wtedy zbudowano w te zaledwie kilkanaście lat, korzystamy do dziś. A dziś, z PKB rzędu 525 miliardów USD (i to nie tego liczonego siłą nabywczą, bo liczone siłą nabywczą jest ponad dwa razy większe), się nie da, bo "kasy nim ma, technologii ni ma, ludzi ni ma itd."? Komu te bajki... Dokładnie to samo, plus minus 20 lat temu, mówiono o pomysłach na produkcję gier komputerowych i oprogramowania w Polsce na światowym poziomie. A dziś co? Popatrz sobie na CD Projekt...

    Każdy widzi, jak już jest gotowe. A gdy tego nie ma, to... to wtedy wyjeżdża z argumentacją, jaką masz w tej chwili.  

    Nic nie powstaje od razu, z dnia na dzień. Nigdzie i nigdy tak nie było. Ale nie siedzi się na dupie, stękając, że "nic ni ma", bo to do niczego nie doprowadzi. Kwaśniewski kiedyś – jeszcze głęboko w latach 90-tych - miał takie samo podejście. Gdy go zapytano o to, czy w Polsce powstanie tor dla Formuły 1 (raptem jakieś grosze – bo w skali kraju to są grosze, zwłaszcza rozłożone w czasie i często do tego na kredyt, lub przy pomocy druku pieniędzy – rzędu miliarda czy dwóch mld zł), to powiedział, że nas na to nie stać. A malutkie Węgry, w Budapeszcie, pobudowały jeszcze za komuny i nie tylko było ich stać, ale do dziś na tym kasę tłuką. I co? Nie da się kawałka asfaltu i paru budynków postawić? Takiej wielkiej filozofii to wymaga? To na upartego możesz sobie ściągnąć "kadrę fachowców" od kładzenia asfaltu z Zachodu, położą Ci z pocałowaniem ręki.

    Samsung zaczynał od warzywniaka. Wiele japońskich koncernów przemysłowych podobnie, od sklepików w zaułkach Tokio i innych miast, bo samurajowie nie mieli co ze sobą zrobić. A dziś? Chciałoby się mieć taki przemysł i dobrobyt, nie?

    Ale z nieba nie spadnie.  
    Myśl i pracuj...

    "Jaki przedsiębiorca trzeźwo myślący zainwestuje tam wiedząc, że brak kadry, brak wykształconej siły roboczej."

    A gdzie Ci tej kadry brakuje??? Co roku z uczelni technicznych wychodzą tysiące. Znajdują pracę na całym świecie (i niekoniecznie "na zmywaku" ). To kolejny bzdurny argument.

    Może się zdarzyć tak, że nikt nie będzie chciał inwestować przez to, co Kaczyński wyprawia w swoich dążeniach do dyktatury, ale to są dwie odrębne kwestie. Bo kaczor nie był jedynym rządzącym przez ostatnie 30 lat olbrzymich zaniedbań (i wiecznie rządził też nie będzie, przy łucie szczęścia po wyborach prezydenckich może PiS-u nie być; kłopotem i to prawdopodobnie znacznie większym niż PiS kiedykolwiek, to będzie Konfederacja) i niczego to nie zmienia, jeśli chodzi o same "techniczne" czy finansowe możliwości tego typu inwestycji.

    Gdy zaczynano budowę Afrykarium w ZOO we Wrocławiu, w internecie można było przeczytać na kopy takich komentarzy jak Twój i MrHyde'a. A dziś ZOO we Wrocławiu rocznie odwiedza ponad 1,6 mln ludzi. I każdy zostawia kasę, zarówno w samym ZOO, jak i w mieście. Na jakiejś zapadłej wsi, kilkadziesiąt km od Warszawy, budują park rozrywki na 100 hektarach za setki mln EUR. I co też się nie da, bo "ni ma kasy i fachowców"? A jednak powstają takie obiekty...

    "Nie chciałbym kończyć dnia z bólem głowy.  
    Wiem powiesz, że nie muszę czytać."

  • merlin

    @MEM Platon w spódnicy. W komentarzu pisałem o realiach a nie pobożnych życzeniach.

  • merlin

    @MEM "Ale z nieba nie spadnie.  
    Myśl i pracuj." Idealne podsumowanie. Szkoda tylko, że mało wykonalne.
    Teraz część  ludzi  "elity" tylko myślą  a część "robole" tylko harują.

  • MEM

    @merlin  
    "Platon w spódnicy. W komentarzu pisałem o realiach a nie pobożnych życzeniach."  

    Nie rozumiem, o co Ci chodzi. Jakie to pobożne życzenia? Afrykarium we Wrocławiu stoi? Stoi. CD Projekt zdobył swoimi produktami światową renomę? Zdobył. A gdy przymierzano się do tego typu rzeczy, masa ludzi miała podobne do Ciebie podejście i mówiła "o realiach". Jak się okazało, wyssanych z palców "realiach".  

    Budowa gazoportu w Świnoujściu też była wyśmiewana jako nierealna. A dzisiaj obiekt jest, za kilka lat będzie jeszcze rura łącząca nas z norweskimi polami gazu, i nie tylko jest taniej, nie tylko uniezależniliśmy się (i to nie tylko gospodarczo) od rosyjskich dostaw i szantaży gazowych, ale Ruscy już parę tygodni temu ustami Ławrowa skamleli, że: "Naprawdę mam nadzieję, że my i nasi polscy sąsiedzi i, nie boję się użyć tego słowa, PRZYJACIELE [podkreślenie własne], (...), przezwyciężymy obecny okres i nie przetrwają próby sztucznego tworzenia powodów separacji naszych narodów", bo się putinowskie kacapstwo obudziło z ręką w nocniku, zwłaszcza po swoich ostatnich wymysłach wojny z Arabią Saudyjską i Amerykanami na rynku ropy i tym, że amerykańskie sankcje i naciski Unii Europejskiej zmusiły Niemcy do tego, że Nord Stream będzie podpadał pod unijne prawodawstwo. Zresztą, Ruscy poleźli potulnie nawet na napadniętą przez nich Ukrainę, w zębach przynosząc prawie 3 miliardy dolarów odszkodowania, które Gazprom był winien Ukrainie i nie chciał zapłacić, i kolejne 7 miliardów USD za nową umowę na tranzyt gazu przez ukraińskie terytorium.
    Pod Policami, z kolei, w zakładach Grupy Azoty buduje się właśnie kompleks chemiczny, który będzie produkował polimery. Rosjanie na głowie stawali, żeby uniemożliwić, albo chociaż opóźnić, ten projekt. A i tak powstanie. Koszt? Ponad półtora miliarda EUR. Czyli jakieś 7 miliardów zł. Dużo? Na mieszkańca tego kraju wypada raptem 180 zł. Jak ktoś zarabia średnią krajową, to kilkukrotnie więcej podatku od jednej miesięcznej pensji płaci. Specjaliści i siła robocza, których podobno u nas "nie ma" (bo tak twierdziłeś), też, jak się okazuje, są, i do wykonania tych robót i do pracy w tym zakładzie.

    No ale można siąść, nie robić nic, wyśmiać każdy projekt, i mówić coś o, nawet bliżej niesprecyzowanych, "realiach". No więc, jakie to są realia? Konkret.

    PS. Przy czym ja wcale nie piszę, że wszystko pójdzie gładko. Że nie będzie opóźnień, utrudnień, biurokracji, korupcji, może nawet i głupoty ludzi podejmujących decyzję co do rozmaitych inwestycji. Ale to – w jakichś tam granicach – jest rzeczą normalną i tego się nie uniknie. Idealnie byłoby, gdyby, ktokolwiek tu będzie rządził, zrezygnowano choć częściowo z wydatków na kiełbasę wyborczą typu 500+ i wygospodarowano w ten sposób dodatkowe miliardy właśnie na potrzebne inwestycje. Ale też i bez tego jest możliwość finansowania tego typu projektów. W końcu, w miarę rozwoju, wpływy do budżetu rosną, tym samym procentowy udział wydatków na inwestycje przełożony na pieniądze także rośnie. Dane ministerstwa finansów mówią, że udział inwestycji sektora instytucji rządowych i samorządowych w PKB wynosi około 4,7% (może będzie niższy z uwagi na epidemię, ale ona minie a dziś się świat nie kończy). No to nawet licząc PKB nie mierzone parytetem siły nabywczej i opierając się tylko na wcześniej podanych 525 mld USD (a to są dane z 2017 roku; szacunki MFW za 2019 rok mówią już o 593 mld USD PKB), to obecnie jest to niemal 25 mld dolarów. Rok w rok. No i do tego dochodzą także inwestycje prywatne (choćby typu wcześniej wspomniany park rozrywki gdzieś pod Warszawą).

  • Indragor

    Ogólnie zgadzam się z wymową felietonu, chociaż nie do końca ze wszystkim tezami. Nic się nie zmieni, bo to nie politycy decydują o rozwoju ekonomicznym świata, a ci, bez rozgłosu, w zacisznych gabinetach, przez ręce których przepływa większość kapitału światowego.

  • MEM

    @Indragor "Ogólnie zgadzam się z wymową felietonu, chociaż nie do końca ze wszystkim tezami."

    A z którymi nie?

    "Nic się nie zmieni, bo to nie politycy decydują o rozwoju ekonomicznym świata, a ci, bez rozgłosu, w zacisznych gabinetach, przez ręce których przepływa większość kapitału światowego."

    No nie do końca tak jest. A jak wiadomo: prawie czyni różnicę.

    Faktycznie jest tak, że właściciele dużego kapitału mają bardzo duży wpływ na otaczającą nas rzeczywistość (wystarczy wspomnieć ich pomoc w dojściu Hitlera – a nawet Lenina – do władzy), ale nie tylko poprzez swój bezpośredni wpływ na polityków, lecz także np. poprzez rozwój technologiczny, jaki jest skutkiem działalności biznesów, których są właścicielami, a skutki tego są nie do końca przewidywalne. Oczywiście jest też tak, jak mówił (i udowodnił) Borys Bieriezowski, że nawet z małpy można zrobić prezydenta. Tym niemniej jednak, wiele zależy od tego, jaką mentalność będzie miał zarówno wyborca (jak sobie nie da wciskać kitu, to i poziom wybieranych elit politycznych się poprawi), jak i sam zainteresowany właściciel "światowego kapitału", do którego w jakimś tam stopniu dociera czasem, że w efekcie swoich działań może skończyć jak wspomniany Bieriezowski, albo jak carska rodzina czy inni "burżuje". Ponadto, także w jego czysto finansowym interesie często jest, by jednak świat (albo przynajmniej jakaś jego część) się spokojnie rozwijał, zamiast degenerować. Więc jakieś tam szanse na to, że coś się stopniowo zmieni, są. No i trzeba w tym wszystkim brać pod uwagę, że rozmaite zdarzenia będące wynikiem "efektu motyla" a więc też rozmaitych działań nawet szarego Kowalskiego – albo, daleko nie szukając, byle wirusa – są w stanie w jakimś stopniu zmieniać naszą rzeczywistość i nawet wielki kapitał musi się do tego z jakąś elastycznością odnieść.

    Czyli. Jeśli np. na prowincji pojawią się ludzie, którzy będą mieli nieco inną wizję tego, jak ma ona wyglądać i jaka jest jej rola w społeczeństwie i gospodarce państwa, to może nikomu nie udać się (lub też nikt nie zechce, wietrząc w tym swój własny interes) im przeszkodzić. I nawet jeśli nie wyjdą im z tego od razu jakieś cuda, to będzie to krok w dobrym kierunku, po którym przyjdą następne. A to zawsze jest lepsze, niż staczanie się w dół. Wielkopolska pod zaborami nauczyła się dobrego gospodarowania od Niemców i nauczyła się tego też z konieczności, po to, by z nimi skutecznie walczyć. I minęło ponad sto lat od tego czasu i nawet wojna oraz komuna oraz migracje ludności nie były w stanie tego z tamtego społeczeństwa wyplenić. W Chinach jest to samo – wojna i komunizm pod wodzą Mao także nie wyplenił mentalności opartej o jeszcze konfucjańskie zasady. Puszczając nieco wodze fantazji: w każdej chwili może się zdarzyć np. kolejny "Hitler", którego "Mein Kampf" nie będzie głosić jakichś rasistowskich haseł i konieczności uzyskania przestrzeni życiowej, ale np. właśnie potrzebę korzystnych zmian gospodarczych i społecznych, które zaszczepi w społeczeństwie (i to niekoniecznie przejmując bezpośrednio władzę). I tego się już wtedy nie odwróci (a przynajmniej: nie całkowicie), żadna kasa w tym nie pomoże. Poniekąd PiS – choć nieudolnie i w większości szkodliwie – ze swoimi hasłami o 500+ czy "pułapce średniego rozwoju" to udowadnia – wyborcy ich posłuchali, co do dziś się Platformie, w jej zadufaniu wyrażonym przez Komorowskiego w sławetnym "zmienić pracę i wziąć kredyt", w głowach nie mieści. I PiS, chcąc po prostu utrzymać władzę, musiał przynajmniej w pewnym stopniu te obietnice zacząć spełniać, tym samym wpłynął na rzeczywistość, i to wykraczającą w swych skutkach nawet poza granice kraju, i nikt nie był w stanie Kaczyńskiego przed tym – a przynajmniej w legalny sposób nie był w stanie – powstrzymać, bez względu na ilość światowego kapitału, jaką dany ktoś ma do dyspozycji.

  • Indragor

    @MEM Ten marazm i ta wegetacja stają się pożywką dla kolejnych skrajnie negatywnych zjawisk: powszechnej prostytucji, narkomanii i handlu narkotykami, handlu ludźmi, handlu organami, najwyższych na świecie wskaźników morderstw i całej gamy pomniejszych przestępstw, a przede wszystkim do powstawania mafii i gangów, które mają duży udział w dodatkowym wypaczaniu i tak już skrzywionej – zwłaszcza u tych pokoleń, które urodziły się już w takich warunkach i nie znają innego życia ani nie potrafią inaczej żyć i w ogóle funkcjonować – mentalności.

    Zgadza się, ale to zjawisko ma też jeszcze jeden element. Nawet ci, co chcą się wyrwać ze slamsów, potrzebują nie tylko dużego samozaparcia, ale też dużo szczęścia. Firmy, instytucje z tzw. dobrych dzielnic nie chcą zatrudniać (a przynajmniej bardzo niechętnie) ludzi ze slamsów z obawy o powiązania tychże z organizacjami przestępczymi. A w slamsach w praktyce często jedynym pracodawcą jest mafia lub pomniejsze organizacje przestępcze. I koło się zamyka.

    A płaca minimalna? Wydawałoby się, że to dobrodziejstwo, prawda? Tymczasem podobnie jak w przypadku kiepskiej edukacji powodującej, że później pracodawcy nie opłaca się zatrudnić takiego niekompetentnego pracownika.

    Wręcz przeciwnie, opłaca się zatrudniać, szczególnie młodych bez kompetencji pod warunkiem, że da się takiego wycisnąć ja cytrynę, kombinując jeszcze, aby nie zapłacić tej płacy minimalnej (np. żądając pracy przez 12 godzin, albo w soboty bez dodatkowego wynagrodzenia). W kapitalizmie, może to paradoks, ale kwalifikacje znajdują się typowo około 4. miejsca wymagań pracodawcy. Likwidacja płacy minimalnej mogłaby doprowadzić (już bezprawnie to się zdarza), że pracodawcy początkującemu „po szkole” mogliby proponować wynagrodzenie miesięczne rzędu 500 – 1000 zł. A to zwiększałoby zainteresowanie pracą dla organizacji przestępczej. Patrz slamsy.

    daleko nie szukając, byle wirusa – są w stanie w jakimś stopniu zmieniać naszą rzeczywistość i nawet wielki kapitał musi się do tego z jakąś elastycznością odnieść

    Tak, zarobią na tym, jak przy każdym kryzysie. Straci klasa średnia i zwykli ludzie (utrata pracy, obniżenie zarobków). Najbiedniejsi pewnie najmniej, bo jakieś tam programy ołonoew, na osłodę rząd zaproponuje.

    Jeśli np. na prowincji pojawią się ludzie, którzy będą mieli nieco inną wizję tego, jak ma ona wyglądać i jaka jest jej rola w społeczeństwie i gospodarce państwa, to może nikomu nie udać się (lub też nikt nie zechce, wietrząc w tym swój własny interes) im przeszkodzić.

    Nie ma we współczesnym świecie takiej możliwości. Jeśli jakaś firma wyrasta ponad poziom, może stanowić W PRZYSZŁOŚCI zagrożenie dla dużego kapitału, jest zaraz wykupywana przez któryś z dużych międzynarodowych koncernów. I tak likwiduje się niewygodną konkurencję.


    Puszczając nieco wodze fantazji: w każdej chwili może się zdarzyć np. kolejny "Hitler", którego "Mein Kampf" nie będzie głosić jakichś rasistowskich haseł i konieczności uzyskania przestrzeni życiowej, ale np. właśnie potrzebę korzystnych zmian gospodarczych i społecznych, które zaszczepi w społeczeństwie (i to niekoniecznie przejmując bezpośrednio władzę). I tego się już wtedy nie odwróci (a przynajmniej: nie całkowicie), żadna kasa w tym nie pomoże.

    Patrz odpowiedź wyżej, chyba że będzie to zgodne z interesem wielkiego kapitału.

    I PiS, chcąc po prostu utrzymać władzę, musiał przynajmniej w pewnym stopniu te obietnice zacząć spełniać, tym samym wpłynął na rzeczywistość, i to wykraczającą w swych skutkach nawet poza granice kraju, i nikt nie był w stanie Kaczyńskiego przed tym – a przynajmniej w legalny sposób nie był w stanie – powstrzymać, bez względu na ilość światowego kapitału, jaką dany ktoś ma do dyspozycji.
      
    A kto mówi, że światowy kapitał postępuje etycznie. Gdyby wielką korporację, koncern, przyrównać pod względem osobowości do człowieka, to byłaby to osobowość psychopatyczna. I nie ma tu wyjątków. Taka instytucja w obronie swoich interesów będzie w pierwszej kolejności używać środków prawnych (od tego mają rzesze świetnych i doskonale opłacanych prawników), a jeśli to nie wystarczy… odpowiedz sobie sama, co dzieje się, gdy na stole leżą nawet nie wielkie, a wręcz gigantyczne pieniądze.
    Kaczyński, czy jakichkolwiek rząd, może robić. co chce, pod warunkiem, że nie zagraża to interesom wielkiego kapitału. Nasz rząd chciał opodatkować Google. Odpowiedź Trumpa była krótka: Jeśli opodatkujecie Google, to wprowadzimy sankcje gospodarcze wobec Polski. Dlaczego prezydent USA będący członkiem administracji PAŃSTWOWEJ, tak bardzo dba o interesy prywatnej firmy?

    Oczywiście zależności między biznesem a polityką są bardziej skomplikowane, ale to chyba zbyt ciężki temat, jak na lekkiego LOL-a .

  • MEM

    @Indragor "Zgadza się, ale to zjawisko ma też jeszcze jeden element.  (...) A w slamsach w praktyce często jedynym pracodawcą jest mafia lub pomniejsze organizacje przestępcze. I koło się zamyka."

    Tak. To jest błędne koło. Ale tak pominąwszy politykę państwa dotyczącą gospodarczego rozwoju prowincji oraz prywatne firmy, skądinąd słusznie obawiające się powiązań mafijnych tych potencjalnych pracowników, jest szereg sposobów na częściowe zaradzenie temu. W 2006 roku Pokojowego Nobla dostał Muhammad Yunus za stworzenie systemu mikrokredytów, jakich udzielał założony przez niego bank. Yunus wyszedł właśnie z założenia, że "ubóstwo jest zagrożeniem dla pokoju". Bank więc udzielał naprawdę drobnych pożyczek ludziom z najbiedniejszych warstw społeczeństwa na np. założenie własnego, drobnego – wręcz mikro, bo pożyczki były groszowe, np. dla szewców na zakup potrzebnych narzędzi i materiałów – biznesu. W ten sposób ludzie całkowicie pozbawieni perspektyw i skazani na mafię mają szansę na samozatrudnienie i na zatrudnianie innych osób z ich środowiska. Innym sposobem na poprawę sytuacji jest edukacja, sport, jakakolwiek działalność "prospołeczna" w slamsach i dla tamtejszej ludności. Razem do kupy to wzięte, nawet bez pomocy wielkiego biznesu dającego zatrudnienie, może stopniowo poprawiać sytuację. Choć potrzeba kompleksowych rozwiązań ze strony państwa, by miało to efekty na naprawdę dużą skalę. Inaczej jest przysłowiową kroplą w morzu.

    A tak poza tym zawsze uważałam, że mafia istnieje z winy polityków, którzy w to po prostu są sami umoczeni. Bo państwo ma cały komplet legalnych (wprowadzić "zero tolerancji", jak kiedyś wprowadzono w Singapurze) i nieoficjalnych (ja np. nie miałabym zupełnie nic przeciwko temu, gdyby stworzono komórki służb specjalnych przeznaczone po prostu do fizycznego odstrzału członków mafii, od samej jej wierchuszki począwszy, bez żadnego kombinowania, cackania się, i latania po sądach) środków, a tymczasem mafia ma się w niektórych rejonach świata jak w raju (vide: Meksyk). To jest wina powiązań mafii z politykami i urzędnikami, i to przede wszystkim oni – te dwie legalne "grupy zawodowe" – nie chcą z tym nic zrobić, a nie że się nie da z tym nic zrobić. Oczywiście to nie całkiem rozwiązywałoby problem gangów w slamsach, ale ten problem może rozwiązać przede wszystkim poprawa materialnego bytu. Mafia, albo młodociane gangi w slamsach, jest istotnym czynnikiem, lecz tylko dodatkowym do tego podstawowego problemem.

    "Wręcz przeciwnie, opłaca się zatrudniać, szczególnie młodych bez kompetencji pod warunkiem, że da się takiego wycisnąć ja cytrynę, kombinując jeszcze, aby nie zapłacić tej płacy minimalnej (np. żądając pracy przez 12 godzin, albo w soboty bez dodatkowego wynagrodzenia). W kapitalizmie, może to paradoks, ale kwalifikacje znajdują się typowo około 4. miejsca wymagań pracodawcy."

    No nie do końca tak. Może w krajach takich jak Polska (a zwłaszcza w biedniejszych) tak jeszcze jest (choć w coraz mniejszej ilości branż; i to nie tylko z powodu potrzeb zatrudniania fachowców, ale także z powodu braku rąk do pracy na rynku), ale taki pracownik ma jedną, podstawową dla biznesu wykraczającego poza czerpanie zysku z prostych prac, wadę: taki pracownik jest niskoproduktywny.

    Oczywiście możesz go zatrudnić do prac w rolnictwie przy zbiorach czy, po przyuczeniu, do montażu jakiegoś elementu na taśmie, ale nawet stamtąd, prędzej czy później, wypchną większość z nich maszyny, bo są nie tylko wydajniejsze, ale jeszcze do tego nie sprawiają kłopotów (i to dotyczy nie tylko przemysłu i rolnictwa, przecież nawet supermarkety odchodzą od stanowisk kasjerskich w sklepach). Nowoczesna gospodarka potrzebuje pracownika wykwalifikowanego. Nikt nie będzie płacił pensji, choćby najniższej, ponosił dodatkowych kosztów (zniszczony sprzęt/materiał/wadliwy końcowy produkt, zbyt powolny proces produkcji itd.) i przyczyniał się tym do osłabienia konkurencyjności swojej firmy po to, by sobie zatrudnić kogoś, kto kompletnie nic nie umie, bo skończył szkołę, w której nie miał jakichś sensownych praktyk, czy taką, która nie daje konkretnego zawodu. Tak, każdy po zakończeniu edukacji musi się oczywiście wdrożyć do pracy, nauczyć wielu rzeczy, ale wszystko ma swoje granice. I tu jest właśnie problem z ludźmi wypuszczanymi masowo ze szkół, które mają niedopasowany do realiów, a wymyślony przez jakiegoś urzędasa z politycznego nadania, program nauczania (No popatrz choćby na to, kto z nadania PiS-u zajmuje się w ministerstwie edukacją seksualną... A teraz wyobraź sobie, że pozostałymi przedmiotami zajmują się ludzie podobnie rozgarnięci... Jakie będą efekty?). A już zwłaszcza na takich naprawdę zapadłych prowincjach, lub w dzielnicach slamsów. I płaca minimalna niczego nie załatwia. Wręcz przeciwnie, podnosi tylko koszt utrzymania takiego pracownika, który w ten sposób staje się jeszcze mniej opłacalny.

  • MEM

    @Indragor A co gorsza, podnosi wszystkie koszty pracy, bo przez minimalną trzeba podnosić świadczenia tym pracownikom, którzy coś umieją, a to się potem przekłada na ceny w sklepach inflację, stopy procentowe kredytów itd. Musisz brać pod uwagę, że z punktu widzenia gospodarki kraju to nie jest tak, że masz jakiś jednostkowy przypadek Kowalskiego, na którego od biedy można by przymknąć oko, bo nikt od tego nie zbiednieje, jak sobie on zarobi te 100 zł więcej. Takich Kowalskich są setki tysięcy lub miliony. I to przez nich wszystkich (oraz resztę obywateli) musisz tę stówę wtedy pomnożyć.

    "Likwidacja płacy minimalnej mogłaby doprowadzić (już bezprawnie to się zdarza), że pracodawcy początkującemu „po szkole” mogliby proponować wynagrodzenie miesięczne rzędu 500 – 1000 zł. A to zwiększałoby zainteresowanie pracą dla organizacji przestępczej. Patrz slamsy."

    Nie. Z dwóch powodów.  

    Pierwszy jest taki, że kiedyś istniało coś takiego jak np. czeladnictwo. Czeladnik dostawał jakieś tam grosze, ale właśnie dlatego mistrzowi opłacało się go zatrudniać. Z kolei korzyścią dla czeladnika było faktyczne nauczenie się fachu. Gdy odbębnił taki "staż", już rzeczywiście był na tyle wykwalifikowany, że mógł mieć odpowiednio wysoką stawkę, bo jego praca była już wtedy tę stawkę warta.  

    Drugi jest taki, że zachęta pracy dla mafii będzie zawsze. Po pierwsze, dlatego, że to są "łatwe" pieniądze, po drugie, dlatego, że często są i tak znacznie większe, niż rynek oferuje nawet najlepszym pracownikom w dobrych zawodach. Innymi słowy, skusić się może tylko ten, którego z takich czy innych powodów pociąga praca przestępcza. A to można zmienić tylko odpowiednimi wzorcami wychowania i bezwzględnym oraz skutecznym wymierzaniem kar, a nie wysokością wypłat w uczciwej pracy, bo te będą zawsze za niskie i za dużo będą wymagać wysiłku.

    Tymczasem współcześnie wiele systemów edukacji od dekad produkuje masowo bezrobotnych (i to nie tylko jest u nas, zauważono to w np. USA i to dobre 50 lat temu). Ich się nie opłaca zatrudniać, ani szkolić, po stawkach minimalnych lub wyższych. A co gorsze, jest ich wielu na jedno miejsce, więc reszta i tak ląduje na łasce socjalu. I to właśnie oni są idealnymi kandydatami na pracowników mafii, bo to ich systematycznie demoralizuje (z braku perspektyw, odpowiednich wzorców w procesie wychowania, dobrego poziomu wyedukowania, i z powodu podsunięcia im, obiecującej dobre profity z działalności przestępczej, alternatywy).

    "Tak, zarobią na tym, jak przy każdym kryzysie. Straci klasa średnia i zwykli ludzie (utrata pracy, obniżenie zarobków). Najbiedniejsi pewnie najmniej, bo jakieś tam programy ołonoew, na osłodę rząd zaproponuje."  

    Najbiedniejsi to tracą z reguły akurat najwięcej (choćby z tego powodu, że ich bardziej boli utrata paru zł niż bogatsze warstwy społeczeństwa, ale nie tylko, także dlatego, że nimi się po prostu nikt nie przejmuje).  

    A zarabianie niekoniecznie jest zbrodnią. Poza tym to zależy od podejścia tej lepiej usytuowanej warstwy społeczeństwa. Wbrew pozorom, oni nie są głupi. Tym samym wiedzą też, że niezadowolenie społeczne może przede wszystkim odbić się na nich (np. w podobny sposób, jak podczas rewolucji w Rosji), a z kolei na zdarzenia takie jak wirus są tak samo wystawieni jak my wszyscy. Bogacz bogaczowi nie jest równy. Nie każdy ma mentalność "nowego Ruskiego".

    "Nie ma we współczesnym świecie takiej możliwości. Jeśli jakaś firma wyrasta ponad poziom, może stanowić W PRZYSZŁOŚCI zagrożenie dla dużego kapitału, jest zaraz wykupywana przez któryś z dużych międzynarodowych koncernów. I tak likwiduje się niewygodną konkurencję."

    To jest demagogia. I bardzo łatwa do obalenia. I to prostym przykładem z naszego rodzimego grajdołu. Lata temu powstało w Polsce m. in. (bo to nie była jedyna tego typu firma wtedy) Allegro. Powstało w sumie od zera, było ograniczone tylko do polskiego rynku i to w dobie, gdy internet dopiero zaczął zaglądać pod strzechy. Gdy mniej więcej dekadę temu na polski rynek chciał wejść eBay... to się musiał szybko pogodzić z dominacją Allegro, bo nie dał rady go wysiudać z rynku. I na świecie takich firm, które wyrosły obok gigantów jest sporo.

  • MEM

    @Indragor Natomiast ten wykup, o którym mówisz, wynika często z mentalności właścicieli. W Polsce i podobnych krajach, w którym kapitaliści swoimi korzeniami – a więc właśnie mentalnością – sięgają głębokiego PRL-u, jest on częsty, bo jak nagle dasz kupę kasy przysłowiowemu "Januszowi biznesu", którego jedynym celem prowadzenia firmy była kasa, to on Cię jeszcze w sam środek czterech liter nabożnie pocałuje. Dlatego po tych 30 latach u nas jest tak mało firm na skalę BMW, Nestle itp. Ale to się stopniowo zmienia. I jest też kwestią czasu – w ramach tych zmian – gdy jeden na iluś tam biznesmenów wyjdzie z założenia takiego, jakie głosił Konosuke Matsushita (Panasonic), który mawiał, że firma jest podmiotem społecznym i jej misją jest wniesienie wkładu do społeczeństwa. I to nie tylko z jakiegoś altruizmu, także dla własnej satysfakcji wynikającej z wybrania takiej drogi – z potrzeby samorealizacji, co jest szczytem piramidy potrzeb.  

    A to zmienia całe społeczeństwa. Bo nawet jeśli takich jest niewielu, to mają na tyle duże możliwości by wpływać – w jakimś tam stopniu – na resztę i na realia. Elon Musk też zaczynał od drobnego biznesu, a dziś przymierza się do posłania ludzi na Marsa i założenia tam kolonii.

    Oczywiście po drodze mają kłody pod nogami, konkurencja przecież nie śpi. Ale to jeszcze nie oznacza, że przynajmniej co niektórym się nie uda. Mając miliardy i przemysł oraz media w łapach, można robić wszystko to, o czym szarym Kowalskim się nie śni (i wcale nie trzeba się w dzisiejszych czasach ograniczać tylko do rodzimego kraju), łącznie z wpływem na to, kto i jak rządzi. I może to robić zarówno obcy "duży kapitał", jak i rodzimy mniejszy. Wspomniany wcześniej w komentarzach przykład z Kwaśniewskim i pomysłem budowy w Polsce toru dla F1 jest tu znów odpowiedni. Można było kolesiom z Gazpromu i Gudzowatemu co roku dawać za friko ciężkie miliardy z kasy państwa marnowane na chore stawki za gaz, ale miliarda czy dwóch na pobudowanie czegoś w Polsce się nie da, bo "nas na to nie stać". Men-tal-ność. A to już wykracza daleko poza możliwości "dużego kapitału", bo on je też ma w różny sposób ograniczone. Kwestia tylko w egzekwowaniu tych ograniczeń.

    Inny przykład to obrazujący. Dajmy na to, że masz jakiś tam spory biznes, przynoszący Ci, powiedzmy, ze 100 czy 200 mln co roku. W prawdziwym kapitalizmie mógłbyś np. założyć szkołę/uczelnię niezależną od ministerstwa edukacji w kwestiach programowych. I co roku za jakąś część z tego (albo nawet z zyskiem z tej działalności edukacyjnej) mógłbyś kształcić kadry dla biznesu, urzędów, rządu itd., m. in. zaszczepiając to, co uważasz za właściwe. I oni mając przynajmniej częściowo na taką modłę ukształtowaną mentalność (bo ta, raz ukształtowana, już się praktycznie nigdy człowiekowi nie zmienia), będą przez całe dalsze swoje życie – w tym zawodowe – wpływać na realia. I co Ci zrobi duży kapitał? Zabroni działalności?

    Niemożliwe? A popatrz na Rydzyka. I co? Nie da się?
    Kwestia podejścia, wizji i środków (przy czym te ostatnie, wbrew pozorom, mają tu najmniej do powiedzenia).

    Wielki kapitał ma duże możliwości, ale nie są one nieograniczone. Często to ograniczenia, jakie mają "drobni", są przyczyną tego, że ten wielki kapitał wykracza poza swoje możliwości. Ponadto wielki kapitał m. in. z tego powodu jest wielki, że potrafi też dostrzec korzyści z różnych działań. Oni (mityczni oni ) niekoniecznie muszą Cię zwalczać, równie dobrze mogą współpracować w jakimś tam zakresie. A poza tym ten mityczny wielki kapitał często jest po prostu demonizowany.

    "A kto mówi, że światowy kapitał postępuje etycznie. Gdyby wielką korporację, koncern, przyrównać pod względem osobowości do człowieka, to byłaby to osobowość psychopatyczna."

    Owszem. Badania nawet mówią, że psychopaci są świetnymi menadżerami, bo mają do tego odpowiednie predyspozycje psychiczne. Tylko, że to, że wielki kapitał nie jest etyczny (Sam biznes, dowolny, nawet najdrobniejszy, w gruncie rzeczy nie jest etyczny, bo jego celem jest zarabianie kosztem innych. I co? Który z drobnych uważa się za złodzieja/przestępcę/mordercę itd.? Ba, idąc do wyborów, szary Kowalski, wybiera tego, kto mu zapewni, albo przynajmniej obiecuje, dobrobyt. A że kosztem bombardowanego Iraku czy Syrii? I co? Czujesz się masowym mordercą? A przecież de facto jesteś – tak jak cała reszta społeczeństwa – tego zleceniodawcą.), nie oznacza, że nie będzie kierował się zyskiem. I wcale nie musisz być w tym dla niego przeszkodą, możesz równie dobrze być właśnie przyczyną ich zysków. A środki? Nie oni jedni mogą używać różnych środków.

  • MEM

    @Indragor "Kaczyński, czy jakichkolwiek rząd, może robić. co chce, pod warunkiem, że nie zagraża to interesom wielkiego kapitału."

    To jest mit i demagogia. Owszem, wielki kapitał ma wielki wpływ na politykę, ale też to nie jest tak, że wolno im wszystko. Już choćby to, że świat w znacznym stopniu jest nieprzewidywalny "utrudnia" samowolę kapitału. Poza tym Ty cięgle uparcie zakładasz, że ten mityczny wielki kapitał jest zły/działa na szkodę. A tak wcale nie musi być. Bez tego kapitału nie miałbyś współczesnej cywilizacji wraz z jej osiągnięciami, z których na co dzień korzystasz. To wielki kapitał stworzył to wszystko. No to teraz powiedz mi, jakim to traumatycznym przeżyciem dla Ciebie jest to, że możesz korzystać z internetu, telefonii komórkowej, samolotów, samochodu, telewizji, a w sklepie masz pełno taniej żywności (i to nie na kartki, jak w "jedynie słusznym" systemie, w którym, przynajmniej oficjalnie, nie było wielkiego kapitału), którą przynosisz do domu, na który kredyt, żebyś nie musiał całe życie mieszkać w kartonie pod mostem, albo gdzieś kątem na kupie, ciułając do przysłowiowej skarpety, dał Ci ten "demoniczny" wielki kapitał. Setki tysięcy ludzi na świecie mają firmy współpracujące, ba, wręcz istniejące, dzięki temu "złemu" wielkiemu kapitałowi. A duzi też często właśnie ze sobą współpracują. Niekoniecznie muszą od razu niszczyć (choć do pewnego stopnia oczywiście mogą i się zdarza; czym innym jest jednak patologia, a czym innym teorie spiskowe). I w każdej chwili może pojawić się polityk, który w tej czy innej kwestii z kapitałem się nie zgodzi i zrobi swoje (choćby z przyczyn ideologicznych, albo, jak to jest u Kaczyńskiego, dla samej chęci władzy), a kapitał będzie się musiał z tym – przynajmniej na pewien okres – pogodzić.

    A, i jeszcze jedno. Wielki kapitał czasami ma sprzeczne ze sobą interesy. To nie jest monolit. I to także można wykorzystać.

    "Nasz rząd chciał opodatkować Google. Odpowiedź Trumpa była krótka: Jeśli opodatkujecie Google, to wprowadzimy sankcje gospodarcze wobec Polski. Dlaczego prezydent USA będący członkiem administracji PAŃSTWOWEJ, tak bardzo dba o interesy prywatnej firmy?"  

    Oj, chyba sam znasz na to pytanie odpowiedź... A jeśli przypadkiem nie, to dla ułatwienia: zapytaj sam siebie, czego byś wymagał od rządu, gdyby zagraniczne interesy którejś z polskich firm w jakiś tam sposób były zagrożone. No i co? Dalej masz pretensje do Amerykanów?

    A poza tym Trump nie działa w tym wypadku jedynie li na rzecz jakiejś tam korporacji. Jeśli Google nie zostawi kasy w postaci podatku w Polsce (czy gdzieś tam jeszcze, a summa summarum to się nazbiera po całym świecie...), to zostawi ją w Stanach (i to nie tylko bezpośrednio, ale także w postaci podatku od zysków pochodzących z zainwestowanych pieniędzy, które Google zaoszczędziło na podatku w Polsce). I kto na tym zyska? Google? Owszem. Państwo amerykańskie i jego obywatele? A jak najbardziej... No to co? To jest tylko dla dobra tego mitycznego wielkiego kapitału?

    Nie wiem, czy wiesz, ale np. władze malutkiej w sumie Portugalii, ładnych parę lat temu, wprowadziły ustawową ochronę i pomoc wywiadu i kontrwywiadu dla portugalskich firm. Dlaczego? Dla dobra tamtejszego kapitału, czy dla dobra społeczeństwa, które dzięki temu kapitałowi ma zapewniony pokój, rozwój i życie w dostatku?

    Psim obowiązkiem administracji państwowej jest właśnie wszelaka pomoc rodzimym firmom i gospodarce. To norma na świecie od wieków. Jedynie w krajach takich jak Polska (lub gdzieś tam w trzecim świecie) to nowość. Ponownie: men-tal-ność. A że przy okazji właściciele tych firm także zarabiają, to co w tym złego? Tym bardziej, że oni te zarobione pieniądze inwestują dalej, co wszystkim w danym społeczeństwie przynosi korzyści. Bo co z nimi zrobią? Obkleją się nimi? W kominkach będą nimi palić? Wielkich pieniędzy nie zarabia się dla samych wielkich pieniędzy (a w szczegółach powody też zależą od konkretnej jednostki). To także kwestia mentalna. Nawet było kiedyś takie powiedzenie, że na Wall Street przyjeżdżają limuzynami ludzie, żeby poradzić się tych, którzy tam przyjeżdżają metrem. Bo to ludzie o mentalności "nowych Ruskich", albo jakiegoś piłkarzyka pół-analfabety, gdy dojdą do jakichś pieniędzy (a to, czy wielkich, to zależy od skali; a ta ponownie od mentalności), odczuwają potrzebę lansowania się Ferrari pod domem czy dyskoteką. A to nie ta liga w porównaniu z wielkim kapitałem (co wcale nie oznacza, że sobie jakiegoś ekstra auta ktoś z tej ligi nie sprawi, jak ma kaprys, w końcu wszystko dla ludzi).

  • MEM

    @Indragor A wracając na chwilę do tego podatku  dla Google, jeszcze dwie sprawy. 1. Pomimo gróźb Trumpa chyba go jednak u nas wprowadzą, przy czym zasłonią się Unią, bo tam też o takich rzeczach się od dość dawna mówi. 2. Kiedyś któraś z TV amerykańskich podała społeczeństwu "szokującą" nowinę, że korporacje w USA płacą de facto może ze 4% podatku. Oburzenie społeczeństwa? Owszem. Ale tak po zastanowieniu się... Dzięki czemu USA jest potęgą i przeciętny Jankes ma zapewniony dobrobyt? A co by było, gdyby te korporacje się gdzieś przeniosły? Zyskiem dla państwa i obywateli z tego typu firm –  zresztą także w przypadkach takich, jak działalność tych obcych korporacji u nas –  nie jest jedynie podatek (A te 4% od wielomiliardowych zysków to też jest sporo w samej "gotówce". Ilu "Kowalskich" musiałoby się na to złożyć?), jest nim technologia, know-how, miejsca pracy itd. Gdy w Polsce miano realizować kontrakt na Caracale, oprócz samych śmigłowców dla wojska i miejsc pracy, dochodził jeszcze transfer technologii, której nie mamy. Więc chyba tym bardziej nic dziwnego, że amerykańska administracja stara się wspierać rodzime korporacje, czy w ogóle biznes. W Hiszpanii Nissan zamyka właśnie fabrykę. Skutkiem tego 20 tysięcy osób (a przynajmniej część ma rodziny, więc sobie policz tę liczbę razy ileś) trafi na przysłowiowy bruk. Pomyśl, ilu ludziom ten "światowy wielki kapitał" faktycznie daje pracę i utrzymanie. Czy więc władze kraju mają o dobro tego kapitału nie dbać i rzucać mu kłody pod nogami? Nie zawsze to, co na pierwszy rzut oka wydaje się złe, jest faktycznie złe.