Honor oficera.

Honor oficera.Była letnia noc 29 czerwca 1926 roku.  

Niedługo po północy, z restauracji "Empire", na Krakowskim Przedmieściu, wyszła trójka oficerów lotnictwa – dwóch w mundurach i jeden ubrany po cywilnemu – i ruszyła ulicą Nowy Świat. Pewnie zajęci rozmową, dotarli do skrzyżowania z ulicą Warecką, gdy z tej właśnie ulicy wypadła wprost na nich rozpędzona taksówka z numerem bocznym 297. Głośno trąbiącemu w środku nocy kierowcy – Henrykowi Stróżykowi – ledwo udało ich się ominąć, a jeden z mundurowych, kapitan Konarski, wskoczył na stopień samochodu i policzkując kierowcę krzyknął:

- Dlaczego tak prędko jedziesz!  

Samochód zatrzymał się i między oficerami a wiozącym pasażerów szoferem wywiązała się sprzeczka, przeradzająca się w coraz większą awanturę, której efektem było pojawienie się policji, zwijającej wszystkich na pobliski Dziesiąty Komisariat celem złożenia zeznań i wyjaśnienia sprawy. I być może rozeszłoby się po przysłowiowych kościach, gdyby nie dalszy niefortunny i tragiczny ciąg wydarzeń.

Kłótnia pomiędzy oficerami a taksówkarzem nie skończyła się bowiem tam na ulicy, w momencie zdarzenia. Przeniosła się wraz z nimi na posterunek, gdy policjanci składali raport o zdarzeniu swojemu przełożonemu.  

– Dlaczego mnie pan uderzył? – zapytał oburzony szofer Stróżyk oficera, który wskoczył wtedy na stopień samochodu. – Czy pan wie, kim jestem?
  
Na to szybko zareagował mężczyzna ubrany po cywilnemu, który towarzyszył obydwu oficerom w mundurach lotnictwa:

– Ty jesteś łobuz! Szofer!  
– Sam jesteś łobuz! – odpyskował mu Stróżyk.

I to było ostatnie, co powiedział. Cywil momentalnie wyciągnął rewolwer i z odległości może dwóch metrów strzelił szoferowi prosto w serce. Jeden z policjantów doskoczył do cywila i odebrał mu broń. Cywil zaś usiadł i ukrył twarz w dłoniach.

Cywilem tym był Stefan Pawlikowski. Wielokrotnie odznaczany bohater wojny polsko-bolszewickiej, który do Polski wrócił z Francji wraz z Błękitną Armią generała Hallera. W chwili zdarzenia był kapitanem i zaledwie trzy tygodnie wcześniej objął dowództwo III Dywizjonu Myśliwskiego w 1 Pułku Lotniczym w Warszawie.

Z aresztu w komendzie miasta zwolniono, na drugi dzień, dwóch pozostałych oficerów – kapitana Konarskiego i porucznika Orlińskiego (tego samego, który zaledwie kilka miesięcy później dokonał słynnego przelotu Warszawa - Tokio – Warszawa). Kapitana Pawlikowskiego przewieziono zaś do więzienia wojskowego, mieszczącego się wtedy przy ulicy Dzikiej w Warszawie, gdzie miał oczekiwać na proces.

I proces się odbył.  

Nie da się dziś ustalić, czy od początku taktyką obrony było kwestionowanie psychiki kapitana Pawlikowskiego, czy też faktycznie coś było jednak "na rzeczy" w tym przypadku. Zeznania niektórych świadków bowiem twierdziły, że kapitan Pawlikowski miewał zdarzenia z bronią, których później nie pamiętał, a adwokat obrony zwracał uwagę na to, że pilot miał za sobą 10 lat wyczerpującej nerwowo służby w lotnictwie wojskowym oraz równie, o ile nie bardziej, obciążający psychikę udział w I wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej. Tak czy inaczej, sąd przychylił się do argumentów obrońcy i skierował kapitana na badania psychiatryczne w Szpitalu Ujazdowskim.  

Już samo to, spowodowało dodatkowe oburzenie opinii publicznej, domagającej się surowego wyroku za popełniony czyn. Celowały w tym zwłaszcza gazety, czy to lewicowe, czy branżowe, takie jak "Szofer Polski". Także pogrzeb Henryka Stróżyka na cmentarzu na warszawskim Bródnie zgromadził dużą liczbę uczestników. Gazety donosiły, że za trumną z ciałem szofera podążała kolumna ponad tysiąca samochodów, głównie taksówek, i że, tuż po pogrzebie, kierowcy pożegnali szofera Stróżyka klaksonami samochodowymi.

Badanie psychiatryczne kapitana Pawlikowskiego, przeprowadził ówczesny kierownik oddziału psychiatrycznego Szpitala Ujazdowskiego, pułkownik Jan Nelken, psychiatra z dużym doświadczeniem w tej dziedzinie i renomą na skalę europejską. Powołany jako biegły, w swej ekspertyzie oświadczył, że w kapitanie jest jakby drugi człowiek. Obok tego opanowanego i spokojnego Stefana Pawlikowskiego, jest też Stefan Pawlikowski, który jest popędliwy, awanturniczy i przeczulony na punkcie honoru. Jak stwierdził ten drugi Pawlikowski jest: "niezrównoważonym, drażliwym typem na wskroś neurotycznym, a w momencie krytycznym rozumienie zarzucanych mu czynów, jak i kierowanie swym działaniem w czasie przestępstwa były znacznie obniżone". Tym niemniej orzekł również, że Pawlikowski jest psychicznie zdrów.

Na podstawie opinii biegłego psychiatry obrońca wnosił o wyrok nie skazujący kapitana na karę więzienia (bywały takie precedensy w ówczesnej Polsce, że w podobnych sprawach zapadał wyrok uniewinniający). Sąd jednak do tego się nie przychylił, aczkolwiek wyrok – przynajmniej jak na nasze współczesne standardy – nie był wysoki. 8 listopada 1926 roku Wojskowy Sąd Okręgowy skazał kapitana Pawlikowskiego na wydalenie z wojska, degradację i odebranie odznaczeń, oraz na trzy lata więzienia. Nawet i w tamtych czasach jednak opinia publiczna uważała wyrok za skandalicznie niski. W jednej z gazet ukazał się rysunek satyryczny będący formą komentarza do wyroku w tej sprawie. Na nim adwokat instruuje klienta: "Nie bądź pan głupi, udawaj wariata...".

Sprawa jednak nie jest taka prosta, jakby się wydawało...

Po pierwsze. Wspomniana opinia biegłego psychiatry, która wskazuje na te cechy Pawlikowskiego, które doprowadziły do tej tragedii.

Po drugie. Psychiatra wspomniał, że Pawlikowski był popędliwy i awanturniczy. Cóż... Właściwie taki być musiał. Ówczesne lotnictwo (daleko mniej bezpieczne niż dziś), zwłaszcza myśliwskie i zwłaszcza w międzywojennej Polsce, nie brało w swoje szeregi pierwszych z brzegu. Ci ludzie, poza takimi rzeczami jak doskonałe zdrowie czy odpowiednie wykształcenie i zdolności do przedmiotów ścisłych, musieli mieć odpowiedni charakter. Cechy charakteru, takie właśnie jak ta "popędliwość" były pożądanymi. Bo myśliwiec musi mieć pewien poziom agresji. To jest po prostu nieodzowne w tym zawodzie a już szczególnie w tamtych czasach, kiedy nie wystarczało nacisnąć guzika i zapomnieć o sprawie, było. I takich ludzi przyjmowano (i potem z nich dodatkowo bardzo surowo odsiewano). Nie jest bowiem przypadkiem to, że później w czasie II wojny światowej, polscy piloci myśliwscy odnosili tak duże sukcesy. To kwestia z jednej strony poziomu szkolenia (ówcześnie chyba najlepszego na świecie), z drugiej właśnie cechy, jakimi się oni charakteryzowali. Niestety kij ma dwa końce i nie wychodziło to jedynie podczas walk powietrznych. To byli krewcy ludzie.

Po trzecie. Jakkolwiek oburzające, czy może nawet "barbarzyńskie", by się to nam – ludziom współczesnym – wydawało, takie były tamte czasy. I to ich "ofiarą" padł sam Pawlikowski. Stąd m. in. to jego przeczulenie na punkcie honoru.

W "Karierach oficerów w II Rzeczpospolitej" można przeczytać:

"W przypadku znieważenia lub obrazy munduru oficerowie niejednokrotnie dobywali broni, i to często w stosunku do cywilów. Na takie sytuacje zareagować musieli. Za brak reakcji po zniewadze groziło nawet usunięcie z korpusu oficerskiego lub bojkot towarzyski ze strony kolegów. Znieważyć oficera można było poprzez czynną napaść, zniewagę słowną lub niewłaściwe względem niego zachowanie. Szczególnie dużo przypadków użycia broni w obronie honoru oficera zdarzyło się w drugiej połowie lat dwudziestych. Oficerowie byli jednomyślni w tej kwestii. Uważano, że nawet kilka lat twierdzy nie powinno zatrzymać oficera przed użyciem broni po obrazie honoru lub munduru oficera.".

Takie były po prostu czasy. Co więcej. Warto do tego dodać, że Stefan Pawlikowski – podobnie jak wielu Polaków żyjących pod zaborami – rozpoczynał swoją wojskową karierę w armii jednego z zaborców, a konkretnie w armii carskiej. Kodeks oficera armii Imperium Rosyjskiego jasno mówił: "Dusza – Bogu, serce – kobiecie, obowiązek (wobec) – Ojczyzny, cześć (honor) – nikomu" (Душа — Богу, сердце — женщине, долг — Отечеству, честь — никому).

I nie było dla takich ludzi innej drogi. Tak byli wychowywani, to im wpajano, często od dziecka. I czasami takie też były tego skutki.  

Z drugiej strony, podobnie, jak w przypadku tych cech charakterologicznych pilotów myśliwskich – gdyby byli oni inni, gdyby uczono ich czegoś innego, nie byliby tacy, jacy byli. Tym samym, wiele wydarzeń historycznych – a w konsekwencji cały świat – mogłoby wyglądać nawet skrajnie inaczej (choćby na zasadzie "efektu motyla"), o ile w ogóle miałyby one miejsce – nie byłoby komu ukształtować ich w sposób, jaki znamy z historii, nie staliby się ci ludzie niejednokrotnie legendarnymi (wyobrażacie sobie np. że słynna obrona Westerplatte mogłaby nie mieć miejsca, a zamiast tego placówka od razu by się poddała?). Nie byłoby też do czego się odnosić potomnym, jeśli chodzi o tradycje i etos oficerski. I niekoniecznie to wszystko by nam – ludziom współczesnym – wyszło na dobre. A że miało to swoją cenę...  
Wszystko ją ma.

Sąd Najwyższy rozpatrzył ponownie sprawę zabójstwa dokonanego przez kapitana Pawlikowskiego. Swoim wyrokiem, zmienił poprzedni wyrok i skazał go na dwa lata twierdzy, przywracając mu jednocześnie stopień i odznaczenia.  30 czerwca 1927 roku, za "zabójstwo w obronie honoru oficera", kapitan Pawlikowski rozpoczął jego odsiadywanie w modlińskiej twierdzy. 30 czerwca 1928 roku został wypuszczony na wolność.

Warto tu chyba też wyjaśnić, że ówczesna "kara twierdzy" występowała jedynie w kodeksie wojskowym i nie równała się karze więzienia. Skazanego zamykano w twierdzy, na terenie której dana osoba mogła swobodnie przebywać, poruszać się, a nawet przyjmować odwiedzających. W czasie jej odsiadywania oficerowie często zajmowali się zagadnieniami z zakresu teorii wojskowości, a czas "odsiadki" wliczano im do czasu normalnej służby.

Opinia publiczna – a przynajmniej jej część – nie była pewnie zadowolona z obrotu sprawy. Gazeta "Robotnik" napisała w swym artykule na ten temat takie podsumowanie: "Wyroków sądowych nie wolno krytykować, wstrzymujemy się przeto od komentarzy, mimo iż słowa krytyki aż cisną się pod pióro.".

Po odzyskaniu wolności, kapitan Pawlikowski powrócił do czynnej służby w lotnictwie polskim. W sierpniu 1938 roku został dowódcą 1 pułku lotniczego. Po  przekształceniu pułku – tuż przed wybuchem wojny – w Brygady: Bombową i Pościgową, pułkownik Pawlikowski objął dowództwo tej ostatniej, dowodząc nią podczas kampanii wrześniowej. Po zakończeniu kampanii przedostał się do Francji, gdzie brał udział w tworzeniu jednostek lotnictwa polskiego na Zachodzie. Potem trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie będąc oficerem łącznikowym przy brytyjskim Fighter Command, w praktyce dowodził polskim lotnictwem myśliwskim. Ochotniczo brał też udział w lotach bojowych.  

Zginął w czasie jednego z nich, przeprowadzanego nad okupowaną Francją, 15 maja 1943 roku. Nie wiadomo dokładnie, w jakich okolicznościach miało to miejsce, ale jego zestrzelony Supermarine Spitfire Mk IX rozbił się na wybrzeżu koło miejscowości Meuvaines.

___________________

Na marginesie. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu, dokładnie tego samego dnia – 29 czerwca 1926 roku – w którym Stefan Pawlikowski zabił warszawskiego szofera Stróżyka, w Polsce miało miejsce inne zdarzenie, z udziałem oficera i szofera, które zakończyło się równie tragicznie. W Nowojelni (dzisiejsza Białoruś) na skutek kłótni pomiędzy szoferem a oficerem Wojskowego Instytutu Geograficznego, kapitanem Bohdanem Zagrajskim, wspomniany kapitan zastrzelił szofera prawdopodobnie z tych samych motywów, jakie miał pułkownik Pawlikowski. Odpowiadał z wolnej stopy. Nie udało mi się dotrzeć do wyroku w tym wypadku, ale pewnie także nie był surowy.

4 komentarze

 
  • MrHyde

    MrHyde · 14 lutego

    Dużo napisaliście o honorze wojskowym 90 lat temu. To tak dla szerszego tła przypomnę pewne wydarzenie. W 1924 roku generał Latinik publicznie wyraził się o byłych legionistach (Legiony Polskie) następująco: Ci, którzy byli coś warci, zginęli, ci, którzy żyją, są nic nie warci". Jeśli się komuś zdaje, że któryś z tysięcy "nic nie wartych" zmazał plamę na honorze munduru krwią generała, to się głęboko myli. Latinika usunięto z wojska ale posługując się słowami a nie pistoletem i nie natychmiast, bo się jakiś oficer nagle poczuł urażony, nie metodą samosądu.

  • merlin

    merlin · 11 lutego

    @MEM"patriotyzm to było to co robili żołnierze podziemia w czasie okupacji, a nie strzelanie do bezbronnego człowieka."

    Tak. Tylko ponownie: to jest ocena wynikająca przede wszystkim z naszego współczesnego standardu. Tym samym jest obciążona błędem, bo nie bierze pod uwagę ówczesnych realiów.  

    Czyżby takie rzeczy jak empatia, otwarcie na drugiego były płynne, zależne od czego?
    Czy wzorem patrioty może być osławiony "Ogień" a może cała brygada świętokrzyska i i dobre stosunki jej dowództwa z okupantem?

  • MrHyde

    MrHyde · 10 lutego

    Stwierdzenie "takie były czasy" nie ocenia, nie wyjaśnia i jest zawsze prawdziwe. A twierdzenia zawsze prawdziwe (niefalsyfukowalne) są bezużyteczne z poznawczego punktu widzenia. Ale dobrze, że pokazujesz pewien urywek rzeczywistości. Z takich migawek właśnie składa się historia. Nie z,wielkich bitew - sądów bożych o nieprzewidywalnym wyniku - lecz z codzienności, z reguł kultury, prawa, obyczaju. Z codziennej praktyki nadającej kierunek "nurtowi czasu".  
    Btw. rok 1926 zapisał się na kartach polskiej historii wydarzeniem bardziej krwawym niż zamordowanie pojedynczego taksówkarza. Dwa lata później zawiązał się UON - Organizacja Nacjonalistów Ukraińskich. Na tym skończę komentarz, żeby się nie kłócić. Zacytuję tylko Leo Szillarda, żyjącego w czasie, o którym traktuje Twój felieton (chyba jemu przypisuje się następujące zdanie): przyroda zna trzy rodzaje inteligencji - ludzką, zwierzęcą i wojskową. Pozdrawiam i nie gloryfikuję ludzi w mundurach.

  • AnonimS

    AnonimS · 10 lutego

    Można dwojako rozpatrywać ten przypadek . Pod kątem prawa i wtedy działanie pilota jest naganne i powinno podlegać surowej karze więzienia. I pod kątem honoru oficera i wtedy wyrok nie wydaje się zbyt łagodny.  Bo ten honor powodował,  że Ci ludzie ginęli bez wahania za ojczyznę, nierzadko popełniając samobójstwo  żeby nie iść  do niewoli.  Bo ten honor i poczucie patriotyzmu  był przyczynkiem do tego że Polska miała największą armię podziemną w Europie.  Że kapitanowie marynarki tonęli że swoimi okrętami.  I też to że walczyli po wojnie z komuną płacąc cenę najwyźszą,  grzebani w nieznanych miejscach.  Trafnie to przdestawiłaś, może ludzie czytając ten tekst,  zastanowią się  na czym polega patriotyzm.