Fort

FortBrama Przemyska to kraina geograficzna w południowo-wschodniej Polsce w pobliżu naszej dzisiejszej granicy z Ukrainą. Charakteryzuje się powstałym w okresie zlodowacenia zwężeniem doliny Sanu u jego wyjścia w okolicach wzgórz podkarpackich przed wyżyną Roztocze. Tędy, od niepamiętnych czasów, prowadził ważny szlak handlowy i komunikacyjny pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym. Znaczenie tego miejsca docenił już Bolesław Chrobry, który pobudował tu murowane palatium. Kazimierz Wielki kazał zbudować tu murowany zamek, który wielokrotnie stawał na drodze tatarskim i mongolskim hordom. Dotarli tu nawet Szwedzi podczas Potopu.  

W czasie zaborów, sztabowcy armii austro-węgierskiej, którym łatwość, z jaką przez to miejsce mogłyby przemaszerować wojska rosyjskie, spędzała sen z powiek, postanowili go solidnie ufortyfikować, zaczynając, w 1820 roku, budowę pierwszych umocnień. Skutkiem tych fortyfikacji, do wybuchu I wojny światowej powstała trzecia co do wielkości twierdza w Europie – Twierdza Przemyśl.

Wewnętrzny pierścień liczył osiemnaście fortów obronnych. Zewnętrzny, na siedemnastu otaczających Przemyśl wzgórzach, miał ich czterdzieści dwa. Prace przy budowie tych umocnień były tak ściśle strzeżone przez wywiad i kontrwywiad, że nawet zatrudniani do pomocy przy budowie miejscowi chłopi musieli mieć wydane specjalne "świadectwa lojalności", zaś z kolei rosyjski wywiad stawał na głowie, żeby plany tej twierdzy zdobyć (choć to już inna historia).  

W chwili wybuchu I wojny światowej w twierdzy stacjonowało 128 tysięcy żołnierzy. A z uwagi na strategiczne znaczenie miejsca, w obliczu rosyjskiej ofensywy, 16 września 1914 roku – na dzień przed zamknięciem okrążenia twierdzy przez wojska rosyjskie – z Wiednia przyszedł do rozkaz: "Twierdza zostaje pozostawiona samej sobie i ma bronić się do ostatka".  

I broniła się. Przez ponad trzy tygodnie oblężenia, w ciągu którego Rosjanie ponieśli tak wielkie straty, że na przedpolach twierdzy zabici tworzyli nawet dwumetrowe warstwy. Po nich – aż do 11 października 1914 roku – szły kolejne szturmy na przemyskie forty. W końcu jednak Rosjanie odpuścili. I zaprzestali oblężenia.

Zaprzestali jednakże tylko chwilowo, zbierając siły. Od 9 listopada oblężenie twierdzy zaczęło się ponownie. Jej dowódca posłał do Wiednia meldunek: "Wytrwamy jak za pierwszym razem". Nie wiedział jeszcze wtedy, że potrwa to aż cztery i pół miesiąca.

Atakujący Twierdzę Przemyśl rosyjski generał Seliwanow powiedział swoim oficerom: "Moi panowie, zamknięci w Przemyślu żołnierze skazani są na klęskę, chyba że zdarzy się cud, a tego się nie spodziewam. Do swoich oddziałów nie będą się przedzierać, bo nie po to ich zostawiano. Niedługo zapanuje u nich głód, a to jest najgorszy doradca dowódców.". I miał rację. Na skutek ponoszonych strat w ludziach oraz wyczerpujących się zapasów, 19 marca 1915 roku dowodzący obroną generał Kusmanek zwrócił się do sztabu w Wiedniu z prośbą o wydanie zgody na kapitulację. 21 marca zgoda nadeszła i dzień później twierdza poddała się bezwarunkowo. Do tego czasu straty austro-węgierskie sięgały 86 tysięcy zabitych (117 tysięcy trafiło do niewoli). Rosyjskie zaś 115 tysięcy zabitych.

Zanim jednak twierdzę zajęły wrogie wojska rosyjskie, Austriacy zniszczyli, co się tylko dało – od posiadanych zasobów gotówki, przez dokumenty, po broń i amunicję. Zaczęto przygotowywać się także do wysadzenia samych fortów, które miały wylecieć w powietrze na godzinę przed kapitulacją.

I wyleciały.

Jednym z fortów Twierdzy Przemyśl, był Fort numer XIII, nazywany "San Rideau". Był najbardziej na północ wysuniętą placówką twierdzy. Obrotowe pancerne kopuły miały baterię dział 80 mm, a do tego dochodziły cztery baterie polowe o kalibrze 150 mm. Rzecz nie do przejścia dla atakującej rosyjskiej piechoty.

Na dzień przed kapitulacją, wojska austro-węgierskie złapały do niewoli dwóch rosyjskich oficerów. Zabrano ich do twierdzy i zamknięto w lochach jednego z bunkrów – właśnie Fortu XIII. W tym samym czasie szykowano się do kapitulacji i, w całym związanym z tym bałaganie, o tych dwóch zamkniętych jeńcach zapomniano, a niedługo później, tuż przed 6 rano 22 marca 1915 roku, fortyfikacje zostały wysadzone.

Minęło ponad osiem lat.

Latem 1923 roku zabrano się za rozbiórkę zniszczonej twierdzy. Przy pomocy materiałów wybuchowych wysadzano poszczególne piętra lochów pod rozwalonymi w czasie wojny bunkrami. I gdy w jednym z bunkrów dotarto do samego dołu, natknięto się na drzwi, których nie było na dostępnych planach twierdzy. Otwarto je, jeden z robotników zlazł do tej "piwnicy" i zaraz potem zaczął panicznie wrzeszczeć. Szybko wyciągnięto go stamtąd, ale ciężko było się z nim porozumieć – facet na zmianę mdlał, był cucony, wrzeszczał: "to straszne" i znów mdlał. Robotnicy doszli do wniosku, że zwariował i odwieziono go do szpitala. Do lochu zaś zeszli ponownie. Tam, oprócz stada szczurów, znaleźli część zmagazynowanych dla twierdzy zapasów, a pomiędzy nimi stała postać, o wyglądzie przy którym podobno nawet i więźniowie z obozów koncentracyjnych wysiadają – "niemal nagi kościotrup, obrośnięty masą splątanych siwych włosów".

Gdy tylko robotnicy się odezwali, "upiór" zakrył uszy, po czym zaczął się kołysać i wyć. Przerażeni robotnicy uciekli. Dopiero po paru godzinach przyjechały wojsko i policja, które wyciągnęły "upiora" z lochu. Nie dało się z nim porozumieć, już nie wydawał żadnych zrozumiałych dźwięków. Zawieziono go do szpitala, gdzie po paru godzinach zmarł. Ale na tym historia się jeszcze nie skończyła...

Przeszukano tę część piwnic Fortu XIII. I znaleziono zeszyt jednego z austriackich magazynierów. Z zeszytu wypadła fotografia młodej kobiety. Na jej odwrocie zachowało się kilka słów dedykacji w języku rosyjskim: "strzeże Bóg i moja miłość (...) wszędzie z Tobą, zawsze Twoja – 25/VII 1914". Zaś w samym zeszycie znaleziono notatki w języku rosyjskim. Z uwagi na wilgoć, częściowo już nie do odczytania. Zdołano odczytać to, co poniżej.

"Nie wiem już, ile dni upłynęło od tego nieszczęśliwego ranka, kiedy najniespodziewaniej dostaliśmy się do austriackiej niewoli – ja i sztabskapitan Nowikow. Te dziwne warunki, w których obecnie żyjemy, uniemożliwiają mi wszelką rachubę czasu. Zanotuję więc bieg wypadków w ich kolejności. Po tradycyjnym zbadaniu i obrabowaniu nas, zostaliśmy umieszczeni w małej celce podziemnych katakumb fortu. Nie upłynęła doba prawdopodobnie, bo dostaliśmy tylko dwa razy jeść, gdy stało się coś, czego dotychczas nie rozumiem. Oto w pewnej chwili rozległy się straszliwe pioruny, zatrzęsło się i zatrzeszczało całe nasze podziemie... Fort widocznie rozpadał się. Rzucony na chłodny beton i pewny już śmierci, nie żałowałem życia i ludzi, tylko... ...ziemia jęknęła jak wielkie zwierzę i później przeciągle huczała. Cierpi ból – a ludzie nie wiedzą – przemknęła mi myśl, szybka, ostra i jasna jak błyskawica. Czułem, że to ostrze potrafi wszystko przeniknąć i dlatego myśl jest prawdziwa. Długo jeszcze rozlegały się grzmoty i drżenie ziemi, ale już dalekie i obce. Wsłuchując się w te niesamowite dźwięki, snuliśmy najrozmaitsze domysły, zaczynając od ewentualności wulkanicznych wybuchów i trzęsienia ziemi, a kończąc na bombardowaniu fortecy przez lotników Ententy. Byliśmy zgodni co do tego, że musiało zajść coś poważnego, tym bardziej, że nikt do nas nie zaglądał przez tyle czasu i nie dochodziły nas żadne odgłosy. Znękani głodem i pragnieniem, wyłamaliśmy drzwi w naszej celi, usiłując wydostać się na wolność lub przynajmniej przypomnieć o swoim istnieniu, ale na próżno.. Żelazne drzwi nie ustępowały, a wołanie było bezskuteczne. Błądząc po omacku w poszukiwaniu innego wyjścia, natrafiliśmy w podziemiu na studnię i dość bogate magazyny: prowianty i mundury, widocznie dla załogi fortu. Oprócz rozmaitych wiktuałów w konserwach znaleźliśmy rum, tytoń, świece i zapałki. Używamy tego po trochu, obawiając się austriackich władz, ale trudno, same winne, pozostawiwszy nas tu bez żadnej opieki. Sądząc z zarostu twarzy, musiało upłynąć jeszcze ze dwa tygodnie. Cały ten czas spędziliśmy na najrozmaitszych próbach wydostania się z więzienia. Niestety, ani żelazne drzwi, ani betonowe ściany nie uległy naszym dziecinnym narzędziom, zrobionym z blachy i mosiężnych łusek. Kaleczyliśmy tylko ręce, padaliśmy ze zmęczenia, przeklinaliśmy w najstraszliwszy sposób, płakaliśmy jak dzieci. Wreszcie doszliśmy do wniosku, że nie wydostaniemy się sami, lecz musimy spokojnie czekać, przecież przypomną sobie o nas... Żyjemy tylko nadzieją... Opowiedzieliśmy sobie wszystkie tajemnice swego życia, rzeczywiste i urojone, skrytykowaliśmy wszystkie czytane książki i dzieje świata, graliśmy w najrozmaitsze gry, urządzaliśmy przedstawienia teatralne, polowaliśmy na szczury, walcząc o rekord, wreszcie znienawidziliśmy się... Nie mamy ani dnia, ani nocy... Jednostajność wrażeń... wieczna ciemność i cisza, mdły zapach, wilgotne ściany i konserwy. Przygniatający bezwład czasu... ...chwila i miesiąc niczym się nie różnią, zawierają jednakową treść, pustka, nicość... Znaleźliśmy zajęcie. Nowikow pije na umór, a ja pracuję przy swoim zegarze. Zrobiłem go sam: ustawiłem na beczce kocioł, nalałem doń wody i wydrążyłem w dnie otworek, zacząłem rachować własny puls, przyjmując każde 70 uderzeń za minutę. W miarę tego jak obniżał się poziom wody w kotle zaznaczałem na ścianach kwadranse i godziny. Kiedy wszystka woda wyciekła, obliczyłem kreski i przekonałem się, że cała operacja zajęła mi jedną i pół doby. Odtąd wciąż czuwam nad swoim zegarem, słucham plusku kropelek, śledzę poziom wody i przelewam ją z beczki do kotła: cieszę się myślą, że dokonywam pracy, choć pozornie jednakowej, ale różnej w swojej tajemnej treści. Wylałem 90 beczek wody, a Nowikow wypił wszystek rum. Trzeźwy i ponury chodził po korytarzu. Obliczył rozchód sucharów i bluznął cyniczną prawdę, przed którą broniliśmy się prawie dwa lata: w tym grobie nie ma żadnej nadziei, czeka nas głodowa śmierć, obłęd... Był bez litości dla mnie, bo nie miał jej dla siebie: blachą poderżnął sobie gardło i długo rzęził, miotając się we własnej krwi. Zamknąłem trupa w sali. Pozostałem sam. Słuchałem, jak gra cisza niby organy kościelne... ...latały języki światła, a później... ...blask, dzwony i chór. Nie spałem, cisza dźwięczy, a ciemność świeci... ...405 beczek. Śniło mi się, że byłem w swoich rodzinnych stronach, matka, siostra... ciepły słoneczny dzień, zapach kwiatów... daleko horyzont nieba... tyle cudnych barw i ona mówiła, że nie zapomniała i kocha. 530 beczek. Znowu śniłem piękne obrazy świata, wolności i ludzi. Nie chciałbym budzić się ze snu: wolałbym pozostać zawsze w szczęśliwym świecie złudy, niż zgrzytać zębami na jawie. 702 beczki... Przestawiam porządek świata, w obronie życia: sen jest moją rzeczywistością, a rzeczywistość - ciężkim snem. Nie znoszę go, bo dręczy mnie, ale ciało ma swoje wymagania, zresztą jem i piję bardzo mało... Zasypiam natychmiast, kiedy tylko o tym pomyślę. 1001 beczka ciszy i ciemności dały mi więcej, niż może dać ludziom tyleż arabskich nocy. To, co kiedyś układało się dowolnie w migawkowe obrazy podczas snu i gorączki, widzę teraz plastycznie, na jawie. Moja świadoma wola tworzy nowe kształty, wśród których obcuję. Niczym nie kalałem teraz mojej grobowej ciszy i ciemności, nie przelewam wody w swoim zegarze, nie jem, nie piję i nie odczuwam żadnego pragnienia. Jestem panem przestrzeni i czasu: mknę w przestworzach z gwiazdy na gwiazdę, rozkazuję żywiołom, wchłaniam wszystkie dźwięki, barwy i aromaty oświata, zmieniam kształty, ginę i rodzę się. Nie znam żadnych granic i zakazu, bo wszystko ulega mojej woli, której jestem panem. Błogosławię mury mego grobowca, bo w nich zaznaję najwięcej wolności i życia. Radość rozsadza mi piersi, próżno silę się ująć uczucie w słowa, które są dalekim echem. Ale już gaśnie moja ostatnia świeca".

________________________________

Historia oblężenia Twierdzy Przemyśl jest prawdziwa. Historia pogrzebanych żywcem w podziemiach Fortu "San Rideau" rosyjskich oficerów... niekoniecznie, choć nikt też nie udowodnił jednoznacznie, że nie miała miejsca.

Po raz pierwszy o historii upiora z Fortu XIII usłyszano w 1926 roku, gdy opowieść o tym, autorstwa Wandy Kohutnickiej, pojawiła się na łamach czasopisma "Naokoło świata". Rzecz jednak w tym, że w 1971 roku w "Życiu Przemyskim" ukazał się artykuł, którego autor powoływał się na list, jaki podobno otrzymał od Władysława Kohutnickiego. Władysław Kohutnicki przedstawił się w nim, jako oficer który w czasie rozbiórki Fortu "San Rideau" stacjonował w pobliżu, dowodząc 2 Batalionem Pancernym. Napisał też w tym liście, że opublikowana w "Naokoło świata" historia "upiora" znalezionego w forcie jest fikcyjna, że wymyślił ją sam i pod pseudonimem "Wanda Kohutnicka" wysłał do redakcji "Naokoło świata", bo regulamin wojskowy zabraniał żołnierzom relacji prasowych bez zgody przełożonych.

Problem jednak w tym, że poza tym artykułem w "Życiu Przemyskim", którego autor powołuje się na wspomniany list, nie ma żadnych innych dowodów na potwierdzenie lub zaprzeczenie historii o uwięzionych rosyjskich oficerach. Nie wiadomo też, po co Kohutnicki (albo Kohutnicka) miałby zmyślać i rozgłaszać takie bajki, skoro nic z tego nie miał. Ponadto, skoro Kohutnicki był wysokiej rangi oficerem we wczesnych latach 20-tych, to w 1971 roku, gdy list rzekomo trafił do redakcji, miałby już przynajmniej osiemdziesiąt lat, o ile w ogóle tego wieku dożył. Nie wiadomo zbyt wiele o samym Władysławie Kohutnickim, poza tym, że faktycznie ktoś taki istniał i żył w tamtych czasach, walcząc, a po zakończeniu I wojny światowej służąc, w wojskach pancernych, i poza tym, że to Władysławowi Kohutnickiemu zawdzięczamy nazwę "czołg" jako polskie określenie tanków. Mało tego. O ile o "tym" Kohutnickim niewiele wiadomo, o tyle zaskakująco dziwnym zbiegiem okoliczności pojawia się na kartach historii jeszcze jeden Władysław Kohutnicki, który służył... w 2 Batalionie Pancernym. Tym samym batalionie pancernym... Tyle, że dopiero tuż przed wybuchem II wojny światowej i podczas kampanii wrześniowej, a więc niemal 20 lat później (Czy może był kimś z rodziny Władysława Kohutnickiego – twórcy nazwy "czołg" – kto kontynuował tradycje rodzinne i stąd ten sam przydział? Nie mam pojęcia. Ojcem Władysława Kohutnickiego "drugiego" był Romuald Kohutnicki, ale tenże Romuald miał z kolei brata o imieniu Władysław). Ale że "drugi" W. Kohutnicki urodził się w 1919 roku, to nie mógł on być świadkiem wydarzeń z czasów rozbiórki Fortu XIII. Za to wiadomo, że przeżył II wojnę, służąc w 1 Dywizji Pancernej generała Maczka, z którą wyzwalał Francję, Belgię i Holandię. W Holandii zresztą osiadł na stałe, wstępując po wojnie do armii holenderskiej i dochodząc w niej do stopnia podpułkownika. Zmarł 13 czerwca 2015 roku, w wieku 95 lat. Czy to więc on mógł wysłać list do redakcji "Życia Przemyskiego"? Mało prawdopodobne, ale tego też nie da się w 100-procentach wykluczyć, co jeszcze bardziej gmatwa całą sprawę. Tak więc, tak czy inaczej, na to, czy legenda Fortu XIII jest prawdziwa czy nie, musicie sobie odpowiedzieć sami.

Dodaj komentarz