Ośrodek r.7

Ośrodek r.7- Dlatego musimy wprowadzić te dodatkowe środki ostrożności — dokończył Kyle przez mikrofon. Spojrzał na swoich ludzi. Nikt nie patrzył na niego, wszyscy obserwowali okna i drzwi baraków. Wszyscy byli napięci, z bronią gotową do strzału.
- Czeka nas długi dzień i jeszcze gorsza noc — mruknął Scott, gdy wrzaski oburzonych mieszkańców Ośrodka wreszcie ucichły. - Ray dał ci jakieś wskazówki odnośnie do chorych?
- Z tego, co mi wiadomo, krew, którą obecnie dysponujemy, wystarczy jeszcze na tydzień dializ.
- A potem?
- Będziemy musieli ją pobrać...
- Aha, już widzę, jak nasi milusińscy dobrowolnie oddają swoją krew po tym, jak całkowicie odcięliśmy ich od tej namiastki wolności.
- Jeśli będą chcieli przeżyć, oddadzą ją — odparł Kyle, ruszając w stronę bramy. Pomimo południa, widział ruch w oknach. Wampiry ryzykowały, by pokazać mu swe niezadowolenie.
- Patrzcie, państwo... A sądziłem, że raczej jesteś za zaprzestaniem eksperymentów — zauważył Scott zjadliwie.
- Tych na ciężarnych wampirzycach, stary... Scott, ja doskonale znam zasady Ośrodka, ale nikt nie ma prawa postępować tak, jak tamten mężczyzna. O ile mi wiadomo, każde nowe życie należy chronić, czyż nie?
- Nawet wampira? - blondyn popatrzył na przyjaciela badawczo.
- Doskonale wiesz przecież, jak ich krew wpływa na naszą. Więc owszem, ich życie jest równie ważne. Zwłaszcza jeśli powstaje wbrew ich woli... Prawda jest taka, że bez tego ośrodka, nasze miasteczko już dawno by nie istniało. Wykrwawiamy wampiry dla własnych korzyści, ale jeśli nie pojawi się ich więcej, nowych, to wkrótce znów zaczniemy chorować. A tego nie chce nikt z nas.
- Widzę, że przekonałeś się co do praw swego ojca. Nawet zaczynasz myśleć podobnie do niego...
- W najmniejszym stopniu nie.
- Więc? Co ci się nagle odwidziało?
- Nic — brunet wzruszył tylko masywnymi ramionami i przystanął przy swoim aucie. - Po prostu zdaję sobie sprawę, jak bardzo mieszkańcom potrzebna jest ta krew. To wszystko.
- Ale sposobów jej pozyskiwania nie popierasz, jak rozumiem...
- Nie, nie popieram, stary. To przymus, który może doprowadzić nas do tragedii. A tego bym chciał uniknąć.

- Cześć, młoda — uśmiechnął się do siostry, przysiadając na jej łóżku. - I jak idzie nauka?
- Tragicznie — przyznała ponuro, nie odrywając wzroku od swych notatek. - Nie potrafię się skupić.
- Dlaczego? - zmarszczył brwi. - Przecież zawsze była prymusem i nauka nie nastręczała jej właściwie żadnych trudności. Więc co się stało teraz?
- Mama jest w domu — powiedziała cicho, spoglądając wreszcie na niego. Syknął, gdy zauważył, że na policzku ma barwnego siniaka.
- Ona ci to zrobiła? - warknął wściekły. Dziewczyna jednak jedynie odwróciła głowę, wracając do nauki. - Sam, pytam cię o coś. Powiedz mi, kto ci to zrobił!
- Jeśli ci powiem, wściekniesz się i wtedy będzie jeszcze gorzej — wyszeptała. Głos jej drżał, więc podszedł do niej i objął ją mocno.
- Obiecuję, że nic się nie stanie. Tylko powiedz mi, dlaczego to zrobiła.
- Zapytałam jej, czy będę mogła studiować w Nowym Jorku...
- Wściekła się, tak? - mruknął, tuląc ją i głaszcząc po włosach. Nieznacznie kiwnęła głową. W pokoju rozległ się jej szloch. - Spokojnie, wszystko będzie dobrze, siostrzyczko, nie martw się.
- Ale jak? - spojrzała na niego załzawionymi oczami. - Przecież ona nigdy nie pozwoli mi wyjechać. Ojciec też nie. Alex nie żyje, a oni ani razu nie byli na jej grobie, tylko dlatego, że chciała żyć własnym życiem!
- Ciii, nie krzycz, młoda. Uspokój się i słuchaj mnie. Bariera wokół miasta jest postawiona, więc nie wyjedziemy stąd tak szybko, jakbym chciał, ale wciąż potrafię się ukrywać, więc to zrobimy, jasne? Spakuj niewielki plecak, tylko najpotrzebniejsze rzeczy, załóż wygodne ciuchy i buty. Nie zabieraj telefonu, bo nas namierzą. Czekaj na mnie — wstał i ruszył do drzwi.
- Ale... - złapała go za rękaw. - Przecież sam mówiłeś, że jest tam niebezpiecznie... Te oszalałe wampiry są wciąż na wolności.
- Niestety podejrzewam, że może je ktoś gdzieś przetrzymywać dla własnych celów. Nikogo nie zaatakowały, co jest niemałym wyczynem. Później będziemy się nimi martwić. Przebieraj się. Jestem u ciebie z powrotem za dziesięć minut.
Kiwnęła głową, szybko zrzucając bluzkę. Pomimo tego, że cała się trzęsła ze strachu, gotowa była na ten wariacki krok. Dziesięć minut później Kyle zastał ją stojącą niemal na baczność na środku jej pokoju.
- Gotowa? - mruknął. On sam wyglądał niemal jak komandos.
- Oczywiście.
- Daj mi swój telefon — powiedział stanowczo, a gdy go mu oddała, wyjął kartę sim i zgniótł ją pod butem. Wyłączoną komórkę wrzucił do szuflady. - A teraz cicho, staraj się nie robić hałasu. Musimy się wymknąć, zanim nas zauważą.
- Jak chcesz to zrobić? - zapytała szeptem, wychodząc za nim na korytarz, ale w odpowiedzi przyłożył tylko palec do ust. Podeszli do barierki schodów. Z dołu dochodziły ich hałasy. Matka najpewniej szykowała wspólny obiad, bo pobrzękiwała naczyniami. A to znaczyło, że ojciec najpewniej siedział w swoim gabinecie. Mieli szansę. Na palcach pokazał jej, że ma schodzić cicho i ruszyli w dół, ku swej wolności. Przystanęli tylko raz, gdy matka ich pojawiła się w salonie, by nakryć do stołu. Przywarł więc natychmiast plecami do ściany, przytrzymując Sam w miejscu i zakrywając jej usta dłonią. Gdy w kuchni ponownie rozległy się dźwięki, ostrożnie ruszyli dalej. Będąc już w salonie, na palcach przemknęli do imponujących drzwi wejściowych. Kyle obejrzał się tylko raz, gdy na górze usłyszał kroki ojca. Otworzył drzwi i wypchnął za nie Sam, a następnie sam wyszedł. Przystanął jednak zaskoczony, o mały włos nie zwalając siostry z nóg, gdy na schodach rodzinnego domu ujrzał ubranego odświętnie Ray'a z bukietem kwiatów w ręce. Wilkołak natychmiast zagrodził im drogę.
- Wybieracie się gdzieś? - zapytał cicho. Kyle zaczął w tej chwili żałować, że swoją broń zostawił na górze.
- Na mały spacer — odparł szybko, niemal natychmiast ganiąc się w myślach za tak idiotyczną wymówkę. Kto w takiej sytuacji, jaką jest ucieczka oszalałych wampirów, wybiera się późnym popołudniem na spacer?! Nie miał jednak czasu na sprostowanie swej wypowiedzi.
- Doprawdy? A gdzie? I dlaczego tuż przed wspólnym obiadem?
- Wspólnym? O czym ty chrzanisz, Ray?
- Nie zostałeś poinformowany, że twoi rodzice zaprosili mnie na wspólny posiłek? Ależ szkoda... Właźcie do środka. Już.
- Nie będziesz mi rozkazywać. To ty jesteś tu gościem, Ray... - warknął Kyle, napinając mięśnie, jak do ataku. W tej samej chwili drzwi za jego plecami otwarły się na oścież i w progu stanął Patrick. Widząc swe dzieci z plecakami i Ray'a zasłaniającego im drogę, natychmiast się wściekł.
- Co to wszystko ma znaczyć?1 - ryknął tak, że Samanth'a aż się skuliła. - Właźcie do środka!
- Właśnie wychodziliśmy i... - zaczął Kyle, ale ojciec wymierzył mu tylko silnego policzka i wciągnął go za kark do domu.
- Zdaje się, że zapomniałeś, jak wykonuje się najprostsze polecenia... Odłóżcie plecaki. Samanth'o, pomóż matce!
Gdy zatrzasnął za nimi drzwi, Ray zadowolony z siebie przekazał mu butelkę dobrego whisky, a gospodyni, która właśnie pojawiła się w holu, wręczył bukiet. Zdezorientowany Kyle patrzył jedynie, jak jego dwaj najwięksi wrogowie w pełnej komitywie siadają przy stole. Cichaczem usiadł również, starając się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Mężczyźni rozmawiali swobodnie, wspominając beztrosko dawne czasy w wojsku, co najmniej tak, jakby wciąż grożące im ze strony uwolnionych wampirów niebezpieczeństwo, zostało zażegnane dobre kilkanaście lat temu.
- Panowie, obiad podano — powiedziała matka, stawiając na stole ostatni półmisek. Po chwili do rodziny dołączyła również przebrana już w swoją najładniejszą sukienkę. Włosy miała rozpuszczone i wyglądała bardzo dziewczęco. Efekt jedynie psuł siniak na policzku i czerwony ślad ręki, który niechybnie zostawiła ich rozwścieczona matka. Kyle natychmiast pogładził siostrę po dłoni, by dodać jej otuchy.

- Samanth'o — powiedział Patrick stanowczo, gdy po skończonym posiłku zapalił swoje nieodłączne cygaro. - Rzecz tyczy się ciebie, moja droga.
- Coś się stało? - pisnęła dziewczyna, nawet nie śmiąc spojrzeć na ojca.
- Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
- Patrick, spokojnie, nie musimy się przecież od razu tak denerwować i straszyć naszej drogiej Samanthy... - powiedział Ray spokojnie, uśmiechając się nieznacznie. - Wydaje mi się, że to był dla niej ciężki dzień, więc myślę, że możemy jej odpuścić. Moja droga — zwrócił się do niej takim tonem, że Kyle'a natychmiast zmroziło. - Jesteś młodą, naprawdę piękną dziewczyną, śmiało wkraczającą w kobiecy wiek. Tak się złożyło, że do tej pory nie miałem żadnej partnerki i moje serce zabiło mocniej właśnie dla ciebie. Dlatego rozmówiłem się w tej sprawie już z twoim ojcem i uzyskałem jego zgodę. Moja droga, od dzisiaj jesteś moją narzeczoną.
- Nie! - warknął Kyle, uderzając pięścią w stół, aż wszystko wokół podskoczyło. - Nie zgadzam się! Sam nie jest pełnoletnia, poza tym to wilkołak! Nie zostanie jego żoną!
- Siadaj! - Patrick również wstał i przez chwilę mierzyli się wzrokiem. - Nie masz nic do powiedzenia w tym domu, Kyle, więc zamknij jadaczkę!
- Mam serdecznie dość twoich despotycznych rządów! Zabieram Samanthę i wyjeżdżamy z miasta — powiedział, podając młodej dłoń. - Jeśli kogokolwiek za nami wyślesz, wszyscy zginą, rozumiesz?...
- Rozumiem... Skoro chcesz wyjechać, musi oznaczać to, że zapewne znasz sposób na bezalarmowe dezaktywowanie bariery lub masz kogoś, kto ci w tym pomoże. Zastanawiam się tylko, po co tak długo grałeś, że szukasz tych wampirów, skoro sam je wypuściłeś... Nie podobało ci się tu, więc zrobiłeś zamieszanie, by odwrócić moją uwagę od waszej ucieczki. Nie przewidziałeś jedynie, że wykażę się większym sprytem od ciebie i ściągnę tu Ray'a, co?
- Nie mam pojęcia, co się urodziło w twoim chorym łbie, staruchu — warknął Kyle, wycofując się z Sam tyłem w stronę drzwi. Ray i Patrick obserwowali ich uważnie zza stołu. Żaden z nich nie wykonał najmniejszego ruchu. Brunet szarpnął za klamkę, lecz drzwi nawet nie drgnęły. Syknął z irytacji i pociągnął mocniej. Nic to nie dało. Odwrócił się wściekły w stronę rodzinnego stołu, dokładnie w tej samej chwili, w której Ray wykonał spektakularny skok przez blat, opierając się na jednej ręce. Wylądował zgrabnie na ziemi. Jeszcze tylko cwany uśmieszek i zmienił się w ułamku sekundy. Samanth'a wrzasnęła przerażona, gdy pośrodku holu wyrosło przed nimi pradawne monstrum liczące dobrze ponad dwa metry. By zmieścić się pod sufitem, opadł na cztery łapy i zawarczał głucho, od czego rozdzwoniło się całe szkło. Z jego wykrzywionego w grymasie pyska kapała lepka ślina, patrzył na nich zaskakująco ludzkimi oczami. Sama jego postać przypominała również bardziej owłosionego człowieka ze zniekształconym pyskiem wilka, niż psa, którym się stawał. Zrobił w ich stronę mały krok, sierść jeżyła mu się na karku.
Niewiele myśląc, Kyle zgarnął Sam za siebie, gotów poświęcić nawet własne życie w jej obronie. Doskonale wiedział, co stanie się z jego małą siostrzyczką, jeśli dobierze się do niej w łóżku taki potwór. Błyskawicznie zajdzie w krótką ciążę, która zakończy się porodem, którego może nie przeżyć...
- Odsuń się! - syknął Kyle, wyciągając z ukrytej pochwy długi nóż. Ostrze zalśniło srebrem w blasku sztucznego oświetlenia. Górna warga potężnego wilka uniosła się odrobinę, odsłaniając ociekające śliną kły. Kyle doskonale usłyszał, jak jego siostrzyczka przełyka ślin, przerażona. Żałował, że nie zdecydował się na ucieczkę wcześniej. Teraz wszystko się mocno skomplikowało. - Odsuń się, mówię, albo to ostrze rozpłata ci gardło.
Doskonale wiedział, że srebro rani, a nawet zabija wilkołaki, jednakże problem z Ray'em polegał na tym, że ten był alfą. Czyli rana zadana tym "scyzorykiem" mogła go jedynie mocniej rozsierdzić. A tego przecież żadne z nich nie chciało. I choć w tej formie Ray nie mógł w żaden sposób odpowiedzieć, brunet dostrzegł w jego oczach wyraźną kpinę.
- Wypuść nas — warknął do swego ojca, lecz wciąż nie spuszczając wzroku z przełożonego. Wiedział, że gdy tylko to zrobi, wilkołak rzuci mu się do gardła.
- Nie, Kyle. Poniesiesz wreszcie konsekwencje swych czynów. Zbyt długo byłem dla ciebie łaskawy — odparł Patrick lodowatym tonem. - Nie jesteś mi już więcej potrzebny...
Na te słowa, płowe cielsko wilka śmignęło tylko w powietrzu i choć Kyle szybkim gestem wbił ostrze w podbrzusze potwora aż po rękojeść, wilkołak i tak zdołał go pochwycić w swe masywne szczęki. Chrupnęła miażdżona kość ramienia. Brunet zawył z przejmującego bólu i osunął się na kolana, zamroczony uderzeniem. Samanth'a wrzasnęła przestraszona, chcąc odciągnąć bestię od brata, ale jej wysiłki spełzły na niczym. Wilkołak spojrzał na nią przekrwionymi oczami, wyszarpnął z własnego brzucha tkwiący tam nóż, po czym chwycił ją w swoje ogromne łapy i przestawił. Tak po prostu. Gdy Patrick złapał ją mocno za ramiona, jednocześnie odblokowując ukrytym przyciskiem zaryglowane dotąd drzwi, Ray wywlókł broczącego krwią, nieprzytomnego kompana w mrok nocy. Wkrótce gdzieś w oddali dało się słyszeć jego przeraźliwe wycie.

Ból. Ciemność. Czerwień. Ból i ciemność. Czerwone oczy patrzące na niego z ciemności przepełnionej rozrywającym bólem. Jęcząc, zamrugał, starając się wypatrzeć cokolwiek w ciemności. Poruszył się niespokojnie i wtedy to do niego dotarło. Był związany.
- Co jest? - chrypnął, czując w ustach posmak krwi.
- "Czuję od ciebie woń psa" - usłyszał gdzieś za sobą kobiecy głos. Znał go aż za dobrze. Skrzywił się, gdy zrozumiał, że stał się zakładnikiem.
- Miałem zatarg z wilkołakiem — powiedział zgodnie z prawdą.
- Z alfą, wiem. Wszyscy słyszeliśmy jego triumfalne wycie...
- Dlaczego więc wciąż żyję?
- Bo cię przemienił, idioto. Dałeś mu się pokąsać...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2632 słów i 14837 znaków.

Dodaj komentarz