Ośrodek r.5

Ośrodek r.5- Jaką mam gwarancję, że gdy wykonam twoje polecenie, ty nie rozerwiesz mi gardła? - zapytał cicho. Doskonale wiedział, że istota świetnie go słyszy.
- Żadnego...
- Wiesz, co się stanie, gdy nie wrócę na komisariat o wyznaczonej porze lub wrócę ranny? Spłoną kolejne wampiry.
- Mam wrażenie, że pewnym osobom w mieście będzie bardzo na rękę, jeśli zostaniesz stąd usunięty. Władza zrobi wtedy, co tylko będzie chciała.
- Masz ciekawe informacje. Skąd? - zabezpieczył broń, opuszczając ją wzdłuż nogi.
- Mam swoje dojścia.
- Oczywiście — mruknął. - Dlatego dla was wszystkich byłoby lepiej, gdyżbyście zachowali mnie przy życiu — powiedział chłodno. Ze wszystkich sił starał się grać twardego i opanowanego, ale łomot jego serca był aż nadto wyczuwalny.
- Jesteś bardzo pewny siebie, panie były komendancie... Problem w tym, że podpisałeś ciut za dużo wyroków śmierci... Mieszkańcy ośrodka nie darzą cię sympatią.
- Sądzisz, że miałem wyjście? Ja również wykonuję pewne rozkazy — warknął.
- Rozkazy swego ojca, wiem. Zastanawia mnie jednak dlaczego jeszcze się nie zbuntowałeś...
- Skoro masz o mnie taką dużą wiedzę, powinnaś orientować się, że ja też kogoś chronię.
- I właśnie dlatego dajesz swoją głowę pod topór? Jeśli zginiesz, ta mała nie będzie mieć wsparcia już w nikim — dłoń ściskająca jego szyję zniknęła równie nagle, co się pojawiła. Odwrócił się powoli. W ciemności dojrzał tą samą młodą wampirzycę, której darował życie. Jej oczy płonęły jasno, choć nie było w pobliżu żadnej latarni.
- Czego chcesz? - zapytał, patrząc na nią poważnie.
- Twojej głowy — odparła, błyskając w ciemności długimi kłami. Uśmiechała się sarkastycznie.
- Tak sądziłem — mruknął. - Więc zrób to...
- Nie — pokręciła przecząco głową. Skrzywił się nieco.
- Zamierzacie na mnie eksperymentować?
- Śmieszny jesteś, człowieku — zaśmiała się, choć w jej głosie nie było słychać rozbawienia. - My nie bawimy się w tego typu rzeczy. Nie jesteśmy zwierzętami, choć za takie nas uważacie. Nie. Uratowałeś kilka ważnych dla mnie istnień, dlatego daruję ci życie, tak samo, jak ty oszczędziłeś mnie. Przynajmniej na razie. I oczekuję czegoś w zamian.
- Czego?
- Czegoś, co prawdopodobnie sprowadzi na ciebie śmierć.
- Odkąd zacząłem sprzeciwiać się memu ojcu, grozi mi to bezustannie — zauważył beznamiętnie.
- Tak, masz rację.
- Czego więc ode mnie chcesz?
- Informacji.
- Jakich?
- Będę przekazywać ci nasze żądania na bieżąco.
- Jak rozumiem, chcesz, żebym był waszym szpiegiem? - zapytał z lekkim niedowierzaniem w głosie. - Wiesz, co grozi za zdradę?
- Oczywiście, że wiem, ale zastanów się. Chcesz, by twoja siostra żyła w takim świecie? Bez żadnych szans na lepszą przyszłość?
- Oczywiście, że nie chcę! I zrobię wszystko, by wyciągnąć ją z tego bagna.
- Świetnie. W takim razie liczę na twoją pomoc.
- Nie mam wyjścia i muszę przystać na waszą propozycję, prawda? - westchnął.
Uśmiechnęła się zaczepnie, a Kyle poczuł, jak po plecach spływa mu zimny pot.
- Jeśli chcesz żyć nieco dłużej niż kilka kolejnych sekund, to owszem.
Potarł kark dłonią. Doskonale wiedział, że właśnie podpisał swój wyrok śmierci.
- Zanim się zgodzę, chciałbym wiedzieć coś jeszcze.
- Nadużywasz mojej cierpliwości, człowieku... Ale znaj moją dobrą wolę. Pytaj, a być może udzielę ci odpowiedzi.
- Po co wam te wszystkie informacje?
- Dowiesz się w swoim czasie.
- Zgoda — skinął głową. - A więc, czego mam się dla was najpierw dowiedzieć?
- Jaki jest cel pobytu nowego komendanta tutaj. Bo jakoś nikt nie wierzy w jego chęć pomocy przy złapaniu osób odpowiedzialnych za wypuszczenie moich chorych braci z klatek.
- Dlaczego? - zainteresował się szczerze.
- Bo to pies...
- Tak samo, jak większość moich ludzi.
- Już wkrótce przestaną być twoi, człowieku. Jego wola jest silna. Ty w ogóle jej nie masz. Nie możesz się z nim równać. Nie w tej walce. A za kilka tygodni wszyscy, jeden za drugim, przejdą na jego stronę. Nawet twój długoletni przyjaciel. I nic nie będziesz mógł zrobić. Ani oni. Posłuszeństwo wobec ich Alfy jest silniejsze, niż wszystko, co wcześniej osiągnęli.
- Mam nadzieję, że do tego czasu złapię już wszystkich, którzy wypuścili wampiry i Ray będzie mógł stąd wyjechać.
- Obawiam się, że wierzysz w jakieś mrzonki.
- Dlaczego?
- Sądzimy, że on nigdy nie wyjedzie. Że zostaniesz całkowicie zastąpiony.
- A pomimo mych decyzji, wy nie chcecie, by tak się stało. Wybieracie mniejsze zło.
- Kogoś musieliśmy wybrać — odprała, po raz pierwszy uśmiechając się szczerze. - Co nie znaczy, że poświęcimy cię, gdy zajdzie taka potrzeba...
- Planujecie powstanie, czy jak? - nie odpowiedziała, więc westchnął ciężko. - Dobra... Zapowiada się naprawdę ciekawy czas.
- Nawet bardzo. Ale nie koniecznie dla was. - Szykują się jednak wielkie zmiany, które, jeśli wszystko pójdzie gładko, dokonają się jeszcze za twego żywota, panie McCormick.
- Wielce to pocieszające — mruknął, odwracając się do niej plecami.
- Przypominasz mi swoją siostrę. Ona również wiedziała, co jest ważne. Bardzo żałuję, że musiała zginąć.
- Znałaś moją siostrę?! - wrzasnął w szoku, odwracając się do kobiety prędko, ale tej już nie było. Lub przynajmniej jej nie widział...

Tydzień później.
Obudził się z drzemki, w jaką udało mu się zapaść po kolejnym nocnym patrolu w ośrodku, gdy nagle ktoś stanowczo załomotał w jego drzwi. Skrzywił się, gdy jasne światło poraziło jego zmęczone oczy. Wstając, zerknąl na zegarek na nadgarstku. Spał tylko nieco ponad dwie godziny. Świetnie. Jeśli tak dalej pójdzie, wkrótce będzie żywym przykładem tego, że zombie faktycznie istnieją... Otworzył drzwi, gdy pukanie znów się rozległo. Na korytarzu stal oczywiście jego ojciec, a gradowa mina nie wskazywała niczego dobrego.
- Ktoś zdewastował główną fasadę sądu — syknął Patrick. - Zbieraj się. Trzeba znaleźć tego zwyrodnialca.
- Jestem już po służbie — odparł Kyle, przeczesując dłonią zmierzwione włosy. - Zgłoś to komuś innemu.
- Zawsze jesteś na służbie! - ryknął starszy mężczyzna, łapiąc syna za przód jego koszulki i choć był od niego o dobre pół głowy niższy, niestety przewyższał go siłą i wyszkoleniem, więc bez przeszkód wyciągnął go na korytarz i rąbnął nim o ścianę. - Zapamiętaj sobie, darmozjadzie, że to ja cię utrzymuję i rządzę w tym domu, a ty się mnie słuchasz i bez słowa wykonujesz wszystkie moje polecenia! Czy to jasne?
- Nie jestem twoim podkomendnym, ojcze, a ty nie służysz już w wojsku! To, że stworzyłeś ośrodek, bo przez przypadek odkryłeś właściwości wampirzej krwi i ustaliłeś panujące w nim oraz w mieście reguły, nie znaczy, że masz władze nad każdym życiem. A zwłaszcza moim i Sam!
Po tych słowach otrzymał dwa ciosy. Jeden prosto w twarz, który na chwilę go zaślepił, a drugi w żołądek. i to ten drugi powalił go na wylakierowane deski podłogi. Wtedy Patrick złapał go mocno za włosy i podniósł na wysokość swojej twarzy.
- Oczywiście, że mam władzę, synu. Zwłaszcza nad tobą. A teraz spierdalaj stąd i złap wreszcie tego, kto dopuścił się tych wszystkich bestialskich czynów w naszym mieście, albo nie masz po co wracać do tego domu!

- Tragicznie wyglądasz, stary — powiedział Scott pół godziny później, gdy na komisariacie zjawił się Kyle.
- Nawet mi o tym nie wspominaj! - warknął brunet. - Słyszałem, że ktoś zdewastował gmach sądu.
- Zgadza się. Nasi ludzie już tam są.
- Opowiedz mi, co właściwie się tam stało — zainteresował się Kyle, robiąc sobie mocną kawę.
- Cały przód budynku jest w graffiti. Bardzo realistyczne malunki martwych płodów, do tego odznaki SS i liczne hasła przeciwko władzy twego ojca. A wszystko załatwione niezmywalnym sprayem. Służby porządkowe będą miały co robić przed najbliższe kilka tygodni, jak sądzę.
- Czyli już przynajmniej wiem, dlaczego był taki wściekły, gdy wyrwał mnie z drzemki — mruknął, zalewając fusiankę wrzątkiem.
- Znów się pokłóciliście?
- Skąd taki pomysł? - Kyle zerknął na przyjaciela ukradkiem.
- Czuję na tobie jego zapach, a to znaczy, że musiał cię dotknąć, a co za tym idzie, musieliście się pobić...
- Raczej on mnie. Jestem po kolejnej nocce w ośrodku, ledwo widze na oczy... Nie zdążyłem zareagować.
- Współczuję, ale dlaczego właściwie jeszcze mu się nie postawiłeś? Przecież nie może cię tak cały czas traktować.
- Jest cwany i świetnie wyszkolony. Nie jestem pewien, czy zdołałbym go znokautować. W końcu on szkolił się z najlepszymi jednostkami, a ja jestem tylko po szkole policyjnej, stary. Wiem tylko, że po wszystkim, on wziąłby na mnie odwet. I wtedy musiałbyś mnie pochować, bo nie wiem, czy cokolwiek by ze mnie zostało. Mój stary nie przebiera w środkach, a taki bezpośredni atak na niego pewnie uznałby za zdradę i wypowiedzenie wojny i wytoczyłby najcięższe działa. A póki Samantha nie jest pełnoletnia, nie mogę nic zrobić. Inaczej już dawno facet gniłby w pierdlu bądź sześć stóp pod ziemią, a ja i młoda wreszcie byśmy stąd wyjechali.
- Może mógłbym wam jakoś pomóc?
- Nie. Sam muszę rozwiązać ten problem, ale dzięki za chęć pomocy. Na razie, martwię się zupełnie czym innym.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1756 słów i 9657 znaków.

1 komentarz

 
  • shakadap

    Brawo.
    Świetnie napisane.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • elenawest

    @shakadap dziękuję serdecznie i zapraszam do moich pozostałych opowiadań ;-) być może jeszcze coś przypadnie Ci do gustu :-D