Ośrodek r.6

Ośrodek r.6- Wiem... To wszystko naprawdę jest popieprzone. Przecież tamte wampiry były szalone. Nie było z nich żadnego pożytku, jedynie problemy — mruknął Scott, drapiąc się skuwką od długopisu za uchem. I minę miał taką, że patrząc na niego, Kyle wybuchnął szczerym śmiechem. - Co jest?
- Wybacz, stary, ale wyglądasz komicznie. Jak pies, który próbuje pozbyć się wyjątkowo uporczywej pchły — wyszczerzył się, uchylając się w ostatniej chwili przez zamarkowanym ciosem kumpla. - I jeszcze próbujesz mnie bić... No weź, przecież mówię samą prawdę.
- Nie mam pcheł — warknął Scott, odkładając skuwkę na biurko. - I nie jestem psem.
- Wilkiem, wiem, wiem. Ale i tak wyglądało to bosko.
- Spieprzaj, zanim cię pogryzę...

- "Dewastacji frontowej elewacji budynku sądu dokonano w nocy. Napisy wykonano trwałym sprayem, za pomocą szablonów technicznych, więc charakter pisma nie jest do odgadnięcia. Uszkodzeniu uległ również monitoring miejski, a czyn ten miał zamaskować akt wandalizmu. Na miejscu pomimo wprowadzenia na teren psów tropiących, nie odnaleziono żadnego odcisku, ani innej poszlaki świadczącej o udziale w przestępstwie konkretnej osoby" - przeczytał dwie godziny później raport z miejsca przestępstwa, popijając już drugą podwójną kawę. - Świetnie, czyli jesteśmy w czarnej dupie — warknął.
- Taaak... Kyle, nie przesadzasz z tą kawą? Serducho ci wysiądzie — powiedział blondyn, patrząc na przyjaciela zaniepokojony.
- To raczej wątpliwa możliwość. Naprawdę, nic mi nie będzie, a przecież muszę jakoś funkcjonować, nie? Inaczej zasnę na służbie.
- Twój ojciec cię w końcu zajedzie...
- Zdaje się, że to właśnie jest jego plan. I uwierz mi, nie tylko ty zwróciłeś na to uwagę.
- McCormick, a co ty tu właściwie robisz? - zapytał zaskoczony Ray, przechodząc akurat obok pokoju, w którym siedzieli jego podkomendni. - O ile dobrze mi wiadomo, twoja służba na dzisiaj już się skończyła...
- Zgadnij, kto mnie przysłał do rozwiązania sprawy zasprejowania gmachu sądu — powiedział z przekąsem.
- Spieprzaj stąd. To rozkaz. To, że twój ojciec mnie tu ściągnął i kazał przejąć po tobie pałeczkę w celu znalezienia osób odpowiedzialnych za ucieczkę wampirów z ośrodka, nie znaczy jeszcze, że ma prawo dyrygować moimi ludźmi. Dostałem wytyczne, których się trzymam, ale to, jak je wykonam i w jakim czasie, zależy tylko ode mnie. Nie mam zamiaru zajeżdżać swoich podkomendnych. Prześpij się na tyłach... - Ray założył ramiona na piersi, co mocno uwydatniło jego potężne mięśnie pod cienką koszulką. Biła od niego stanowczość, której nie zawsze było widać u Kyle'a.
- Jesteś chory, czy co? - brunet popatrzył na niego niczym na wariata. Przecież właśnie ten okazał się dobrym sercem!
- Nie. Nie lubię cię, ale to nie znaczy, że w każdej kwestii mam słuchać twego ojca. On mną nie rządzi, choć może wydawać mu się zupełnie inaczej. Poza tym w takim stanie, w jakim znajdujesz się obecnie, nie jesteś zbyt efektywny, nawet biorąc pod uwagę całą kofeinę, której się nażłopałeś. Ten efekt pobudzenia wkrótce minie, a gdy tak się stanie, powietrze zejdzie z ciebie, jak z przekłutego balonika, a to będzie jeszcze gorsze. Więc zjeżdżaj na zaplecze, zanim zmienię zdanie i będziesz ryć przez następne dwadzieścia cztery godziny. Nie chcę cię widzieć, jasne? Wyśpij się... A ty, Travers, sporządź mi wykaz wszystkich osób, które w ostatnich sześciu miesiącach sprowadziły się tutaj, bądź stąd wyprowadziły. Ich adresy, miejsca pracy, członków rodziny, ich stosunek do ośrodka. Chcę wiedzieć o tych ludziach wszystko.
- Jasne — odparł Scott, natychmiast zabierając się do pracy, a Kyle wdzięczny w duchu, że może się przespać, ruszył na tył komisariatu, gdzie za dźwiękoszczelną ścianą mieściło się pomieszczenie właśnie na takie sytuacje. Czasami zdarzało się bowiem, że służba wymagała nieustannego pobytu na komisariacie, więc ustawiono tam kilka polowych łóżek. Teraz więc po prostu zaległ na polówce, licząc na godzinkę czy dwie spokoju, w nadziei, że nie rozlegnie się alarm...

Obudziło go dopiero mocne szarpnięcie za ramię. Natychmiast otworzył oczy.
- Co jest? - chrypnął, wygrzebując się spod koca.
- Napisy, którymi został pokryty sąd, zawierają w sobie przesłanie — powiedział Tom.
- Jakie? - ta informacja natychmiast przegoniła resztki snu.
- "Nieumarli będą wami rządzić" - zacytował z pamięci rudowłosy wilkołak, patrząc na szefa niespokojnie.
- Skąd wiecie o tej informacji?
- Ujawniła się pod wpływem ulicznych latarni.
- Przecież... Która właściwie jest godzina?
- Spałeś nieco ponad dziewięć godzin, stary.
- Kurwa...

- Wstała nasza śpiąca królewna! - zaśmiał się Ray, siedząc na centralnym biurku w głównej sali, w której spisywali zeznania świadków. - Mam nadzieję, że się wyspałeś, bo czeka nas ostra jazda.
- Sprecyzujesz?
- Zamykamy ośrodek. Całkowity zakaz opuszczania domostw.
- Kto tak zdecydował?
- Ja. Przesłanie jest zbyt wyraźne, by pozostawić to bez jakiejkolwiek reakcji. Nie poświęcę ludzkich istnień, Kyle.
- Będzie trudno utrzymać porządek w odciętym miejscu. Do tej pory wampiry mogły wychodzić nocą ze swoich mieszkań. Nie dość, że jakiś popieprzony lekarz postanowił zabawić się w Boga i poeksperymentować na nich w sposób budzący odrazę, to teraz jeszcze ograniczamy ich wolność. Świetnie po prostu...
- Takie są realia obecnej sytuacji, Kyle. I ty dobrze o tym wiesz. Wychowałeś się tutaj, widziałeś, jak powstawał ośrodek.
- Wiem, ale mam pytanie. Jak upilnujesz wszystkich mieszkańców? No i co z osobami w szpitalu? Potrzebują pomocy...
- Tym się nie martw, do ciebie należy zabezpieczenie ośrodka. To wszystko. Ja zajmę się resztą.
- Oby, bo mój stary nie będzie zadowolony, jeśli coś spieprzysz...
- Nie bój się o niego — Ray uśmiechnął się drapieżnie. - Dobrze znam Patricka i wiem jak go udobruchać w razie małego wypadku... Tymczasem zbieraj swoich najlepszych ludzi, bierzcie broń i zapasy. Odsyłam was do pełnienia służby na terenie ośrodka. Dobierz sobie dwudziestu ludzi. Ode mnie dostaniesz pięciu, zapewniam, że wykonają twoje polecenia. Codzienne zmiany po dwanaście godzin, pełna kontrola nad ośrodkiem, lekarze nie mają prawa przebywać w laboratoriach. Jeśli któryś z naszych milusińskich jakimś sposobem zdoła wyściubić nos zza drzwi lub będzie próbował przeszkodzić wam w zamknięciu ośrodka, strzelajcie. Zbliża się pełnia, więc zezwalam na pełnienie wachty w wilczej postaci.
W głównej sali zapadła głucha cisza. Wszyscy patrzyli na siebie nawzajem wzrokiem pełnym niedowierzania. Patrol w wilczej postaci był nie lada krokiem w przód, na który mimo świetnego dowodzenia, nie zdecydował się nigdy Kyle.
- Jeśli któryś z wilków zaatakuje człowieka w czasie pełni księżyca, będzie to twoja wina — powiedział Kyle powoli. - To ty podobno jesteś tu Alfą. Nie ja...
- Nie bój się, nic nikomu nie zrobią...

- Mamy przejebane — mruknął Scott, sprawdzając swoją służbową broń zaraz po tym, jak razem z Kylem wybrali najlepszych ludzi. - I cholernie dziwi mnie ta zmiana taktyki. Czy mi się zdaje, czy on zrobił się miły? I w co on gra?
- Nie mam pojęcia, ale się dowiem. Nie mnie tak wodzić za nos. Czas mu przypomnieć, na czyim terenie się znajduje.
- Tylko nie wywołajcie trzeciej wojny światowej, co? A póki co, to ja przypominam tobie, że idziemy nocą na teren wampirów. Nie wiem, jak ty, ale ja twoim miejscu poczekałbym do świtu i dopiero wtedy ogłosił komunikat i zaraz potem zamknął zdalnie budynki. Jest przecież taka możliwość, nie?
- Tak, na tablicy kontrolnej przy głównej bramie — przytaknął brunet, zapinając kamizelkę taktyczną. Póki co ściągamy na miejsce oświetlenie, które ustawimy tak, by widzieć każdy nawet najmniejszy fragment ośrodka.
- Nie podoba mi się pomysł zamknięcia wampirów, Kyle. Bardzo mi się nie podoba — Scott wzdrygnął się tak, jak pies, który właśnie wyszedł z wody.
- Boisz się wampirów, czy jak? Podejrzewam, że byłbyś przecież zdolny rozłupać im czaszki jednym kłapnięciem szczękami. Stary, widziałem cię w wilczej postaci i raczej nie chciałbym ci wchodzić w drogę, nawet będąc wampirem.
- Dziękuję za wiarę w moje możliwości, ale niestety wampiry mają tę przewagę, że są dużo szybsze od nas. Zwłaszcza nocą. My widzimy bardzo dobrze w ciemności, ale możemy zmieniać się tylko w czasie pełni księżyca, a dla nich noc to normalny czas, więc widzą wtedy tak, jak my w dzień. I obawiam się, że znają ośrodek o wiele lepiej od nas...
- To się jeszcze okaże. Zbierz chłopaków i jedźcie do ośrodka. Ja podskoczę jeszcze do domu i przekażę Sam, że mam nowe rozkazy. Nie chcę, by się martwiła. Gdy zamkniemy ośrodek, będziecie mogli poinformować swoje rodziny. Pasuje?
- Jasne. A powiedz mi, co u młodej? Wciąż męczą ją te koszmary?
- Wstyd przyznać, ale nie wiem. Ostatnio nie mamy nawet czasu, by usiąść i porozmawiać spokojnie...
- Posłuchaj, gdyby naprawdę wciąż się coś działo, to przyprowadź ją do mnie, mówię serio. Zrobię wszystko, by jej pomóc. Jest przecież dla mnie jak siostra, a jeszcze nigdy nie słyszałem o takich snach, jak jej.
- Ja też nie i wolałbym, żeby już się skończyły...
- Czy którykolwiek się spełnił? - mruknął Scott, gdy obładowani sprzętem ruszyli w stronę parkingu.
- Z tego, co wiem, to nie. Dlaczego pytasz? Sądzisz, że Sam widzi przyszłość? - Kyle spojrzał na przyjaciela poważnie.
- Nie wiem, po prostu biorę pod uwagę wszelkie możliwości. Nie twierdzę, że tak jest na sto procent, ale różnie przecież bywa.
- Tej opcji wolałbym uniknąć za wszelką cenę.
- Ze względu na waszych rodziców... Nie byliby z tego zadowoleni, prawda?
- To delikatnie powiedziane, Scott...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1798 słów i 10156 znaków.

1 komentarz

 
  • shakadap

    Brawo.
    Świetna robota.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • elenawest

    @shakadap dziękuję