Ośrodek r.3

- Pole ochronne? Czy on kompletnie zwariował? - zapytał Scott, gdy wściekły Kyle wytłumaczył mu, w czym rzecz. Właśnie szli do bunkra pod komisariatem.
- No pewnie, już dawno — mruknął brunet, otwierając grube drzwi. - Inaczej uciekłby, gdy mój ojciec zaczął go szkolić — podeszli do zakurzonej konsolety, na której niemal natychmiast zaczął przełączać kilka przycisków.
- Taaa... Zna przynajmniej niebezpieczeństwo, które grozi aktywacji pola?
- Wydaje mi się, że tak. Dobra... Włączamy — popchnął dźwignię, niemal natychmiast czując impuls magnetyczny, który rozszedł się po mieście. Powietrze wokół nich zadrżało, lampy przygasły na kilka sekund, a z gardła blondyna dobył się głuchy warkot. - W porządku? - Kyle popatrzył na przyjaciela poważnie. Jego oczy były przez chwilę kompletnie czarne. - Scott? Słyszysz mnie?
- To nie było przyjemne — warknął wilkołak, potrząsając głową niczym pies, który właśnie wyszedł z wody. Kolor jego oczu w ułamek sekundy wrócił do normalnego koloru. - Już w porządku.
- W takim razie chodźmy. Nie mam ochoty tłumaczyć temu kretynowi, czemu spędziliśmy tu tyle czasu...

- Widzę, że przynajmniej umiesz przyjmować i wykonywać rozkazy mądrzejszych od siebie — powiedział Patrick w czasie rodzinnego obiadu kilka godzin później. Oczywiście wiedział już o decyzji o aktywowaniu osłony.
- Dziękuję, że we mnie wierzysz...
- Nigdy tego nie powiedziałem. Ale może z czasem nauczysz się jeszcze czegoś...
- Oczywiście, tato.

- Dlaczego nasi rodzice nas nie kochają? - zapytała Sam cicho wieczorem, siedząc nad lekcjami.
- Nie wiem — mruknął jej brat. Nawet nie próbował przekonywać jej, że przecież jest inaczej. Może i była wciąż nieletnia, ale to nie znaczyło przecież, że głupia. Nie zamierzał jej oszukiwać. Spojrzała na niego smutno. - Najważniejsze, że my się kochamy, młoda. Nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić.
- Chciałabym stąd wyjechać — powiedziała po jakimś czasie. Westchnął, spoglądając w okno i noc za nim. Było spokojnie.
- Ja też — przyznał. - Ale to nie jest takie łatwe. Zwłaszcza teraz, przy załączonej barierze i Ray'u, który obserwuje każdy mój krok.
- Chciałabym zobaczyć inny świat... Poznać ludzi, pobawić się, zakochać. Inne moje koleżanki chodzą tu na dyskoteki, mają chłopaków, włóczą się po galerii, a ja za każdym razem muszę wracać po lekcjach prosto do domu. A na zakupy chodzę z matką, która wybiera dla mnie ciuchy. Wiesz, jakie to upokarzające? Kyle, nie jestem niedorozwiniętym dzieckiem, które trzeba prowadzić za rączkę, więc dlaczego tak mnie traktują?!
- Ciii, spokojnie — mruknął, przytulając ją. - Obiecuję, że jakoś nas stąd wyrwę.
- Ojciec ci na to nie pozwoli, przecież wiesz...
- Nie będzie nawet o niczym wiedzieć. Tylko najpierw pozbędę się problemu uwolnionych wampirów, co mi przypomina, że muszę jechać do pracy.
- Teraz na dodatek będziesz pracować jeszcze po nocach? - zapytała z wyrzutem mocno podszytym strachem.
- Wampiry polują wyłącznie nocą, wiesz o tym. Inaczej możemy ich nigdy nie złapać.
Jak na zawołanie gdzieś w oddali rozległ się przeraźliwy wrzask strachu jakiejś kobiety.
- Zostań tu! - syknął, łapiąc z jej łóżka swoją broń, po czym rzucił się do drzwi. Gdy wypadł na korytarz, podbiegła do okna, lecz niczego nie dostrzegła. Usłyszała za to ciężkie kroki Kyle'a na schodach, a następnie trzaśnięcie drzwiami wejściowymi.
Tymczasem Kyle z bronią w ręku i swym zaintrygowanym ojcem u boku, wypadł przed dom, podobnie jak sąsiedzi. Rozejrzał się uważnie i w dole ulicy, gdzie znajdowało się skrzyżowanie, dostrzegł jasny punkt. Wymienił z ojcem nieco zaskoczone spojrzenie, po czym pognał w stronę źródła światła. Dobiegając na miejsce, zauważył, że jest to duży krzyż ustawiony centralnie pośrodku skrzyżowania. W oddali usłyszał już wycie strażackich syren. Zmrużył oczy, starając się dojrzeć cokolwiek przez buchające w niebo płomienie. Po chwili go zobaczył. Na krzyżu wisiał przybity bełtami kuszy główny lekarz ośrodka.

- Wiemy już, kiedy zniknął? - zapytał Scotta kilka godzin później, gdy strażacy uprzątnęli już miejsce egzekucji.
- Około godziny wcześniej. Żona Viktora powiedziała, że otrzymał telefon z ośrodka i wyszedł, by popracować.
- Czy to nie dziwne, że zadzwonili do niego tak późno?
- Nie, często pracował nocami.
- Czy to faktycznie był telefon z ośrodka? - zainteresował się brunet.
- Owszem. Nie dotarł na miejsce.
- I to jego żona tak wrzeszczała, prawda?
- Tak — Scott kiwnął poważnie głową. - Dostała telefon z numeru męża, by wyjść na skrzyżowanie, bo czeka tam na nią niespodzianka. Gdy dotarła na miejsce, stos właśnie zaczynał płonąć, więc doskonale widziała, że to jej mąż.
- Jakim sposobem zajął się aż tak szybko? Gdy dotarłem na miejsce, od jej krzyku minęły być może dwie minuty.
- Został oblany benzyną.
- Żył, gdy go spalono?
- Tak, choć temperatura była tak wysoka, że szybko skonał.
- Więc była to egzekucja.
- Na to wygląda. Ktoś to doskonale przygotował. Poza tym jego szyja była rozerwana.
- Wypito go?
- Częściowo. Lekarz stwierdził, że tylko na tyle, by nie mógł stawiać oporu, gdy przybijano go do krzyża.
- Jezu... czyli wampiry zaczęły się organizować?
- Tego nie wiem — skrzywił się Scott. - Ale wiemy na pewno, że są gdzieś w okolicy.
- Pytanie tylko, czy są to te, które uciekły, czy inne, choć osobiście wątpię, by ktoś niezauważony wydostał się z ośrodka. Ray ustawił tam również swoich ludzi, a oni wyjątkowo lubią strzelać.
- Więc... ktoś z zewnątrz?
- Być może — wzruszył ramionami, czując, jak są napięte. - A to znaczy, że ta cała sytuacja została zorganizowana już naprawdę dawno temu. Zastanawia mnie tylko przez kogo. Nie słyszałem, by ktoś nowy się tutaj pojawił, bądź szczególnie interesował ośrodkiem. A to była egzekucja. To znaczy, że ktoś go nie lubił.
- Ciekawe dlaczego — mruknął Scott, przeglądając papiery.
- Nie wiem. Nie słyszałem, by ktoś się na niego skarżył...
- Rankiem zbierzecie ludzi i przetrząśniecie każdy kąt ośrodka. Laboratoria, cele, baraki. Dosłownie wszystko. Przesłuchacie rezydentów. Chcę dorwać tego, kto skazał tego człowieka na tak straszny los! - warknął Ray, wchodząc nagle do pokoju Scotta. - Czy to jasne?!
- Jasne — Kyle skinął poważnie głową. On też chciał złapać zabójcę. Gdy Ray wyszedł, wyszczerzył się szczęśliwy.
- A tobie co? - zainteresował się Scott.
- Nie rozumiesz? Mój ojciec będzie teraz wściekły na tego kretyna, nie na mnie. To on rządzi, nie? Więc to jego wina, że zamordowano głównego lekarza.
- Jesteś walnięty... Ale rozumiem twój punkt widzenia.

Odetchnął głęboko, przykładając pięść do drzwi. Miał dość. Serdecznie dość. Chciał jedynie wrócić do domu i zalegnąć w łóżku, co aktualnie było raczej niemożliwe.
A potem zapukał do drzwi. Zdecydowanie i mocno.
- Policja! - krzyknął, by wszyscy w środku go usłyszeli. - Wchodzimy, by was przesłuchać!
Pchnął drzwi, które pod wpływem magnetycznej opaski na jego nadgarstku ustąpiły bez żadnych problemów i przyświecając sobie mocną latarką, wszedł do środka w towarzystwie swoich uzbrojonych po zęby trzech ludzi.
Posuwając się ostrożnie w głąb mieszkania i sprawdzając każdy kąt, przeszli do największego pokoju. Wszystkie zasłony były zaciągnięte, więc wyciągnął rękę ku najbliższej ścianie. Pomieszczenie zalało natychmiast blade światło żyrandola, oświetlając skromne wyposażenie i stłoczonych na kanapie oraz fotelach pięciu domowników o zdecydowanie zbyt bladych twarzach.
- Jak zapewne wiecie, dzisiejszej nocy dokonano bestialskiego morderstwa na pracowniku medycznym ośrodka. Jesteśmy tu, by ustalić, w jakich relacjach pozostawaliście z doktorem Godspeedem — powiedział bez żadnych wstępów, wpatrując się uważnie w milczących rezydentów. Ci wymienili między sobą szybkie spojrzenia, słysząc nazwisko ofiary, lecz nie zareagowali inaczej.
- Może słońce zmusi ich do rozmowy... - odezwał się Michael, chwytając za brzeg czarnej ciężkiej zasłony. Kyle powstrzymał go spokojnym gestem.
- Nie przyszliśmy tutaj, by ich torturować — odparł, mierząc wzrokiem siedzące przed nim wampiry. - Wstań — warknął, zatrzymując spojrzenie, na wydawałoby się, najmłodszej spośród piątki przesłuchiwanych. Dziewczyna od początku rzucała mu pełne wrogości spojrzenie. Nie zareagowała. Podszedł do niej szybko i szarpnięciem postawił ją na równe nogi. - Chyba masz jakieś problemy ze słuchem...
Spojrzała na niego ostro, w jej oczach na sekundę rozbłysła czerwień, od czego jego ludzie natychmiast unieśli broń do ramienia. Odpowiedział jej zaczepnym uśmiechem.
- Jak ci na imię?
- Odetta — syknęła, prawie spluwając w jego stronę.
- Ładnie - przyznał. - A więc, Odetto. Jeśli sądzisz, że przestraszysz mnie takim spojrzeniem, to jesteś w grubym błędzie. Jazda! - popchnął ją stanowczo w stronę jednego z pozostałych pokoi, po drodze wszędzie oświecając światło, które wampirom nie było w najmniejszym stopniu potrzebne. Widziały doskonale w ciemności. Zapewniało jednak poczucie bezpieczeństwa ludziom.
Po chwili zatrzasnął za nimi drzwi, chcąc mieć jak najwięcej prywatności z przesłuchiwaną. Obróciła się do niego, błyskawicznie atakując. Był jednak na to przygotowany. Zrobił unik, kucając. Przeleciała nad nim. Gdy zatrzymała się o milimetry od drzwi, podciął jej nogi, a gdy uderzyła o ziemię, skoczył na nią, przygważdżając ją całym swoim ciężarem.
- Posłuchaj mnie uważnie, idiotko — sapnął, napinając wszystkie mięśnie, by utrzymać ją w miejscu. Doskonale wiedział, że musiała być albo młodym wampirem, albo nie jadła od dawna. Inaczej sprawa nie byłaby aż tak łatwa. - Nie jestem tutaj, by was skrzywdzić, ale zrobię to, jeśli nie przestaniesz się rzucać, rozumiesz? Potrzebuję tylko odpowiedzi na kilka pytań.
- Nic ci nie powiem — odparła spokojnie. Jej melodyjny głos odbił się przyjemnym echem w jego głowie. - A ty i tak zrobisz z nami, co zechcesz. Dla was, ludzi, jesteśmy tylko zwierzętami, na których możecie dowolnie eksperymentować. Sądzisz, że mieliśmy jakiś wybór, rodząc się wampirami? Bo tak powstała spora część z nas. A wy traktujecie nas, jak największą zarazę tego świata tylko dlatego, że pijemy krew, by przetrwać.
- A przy tym zabijacie ludzi...
- Wy zabijacie zwierzęta, by jeść. A one też przecież chcą żyć. Tak samo, jak my.
- Masz coś wspólnego ze śmiercią doktora? - zapytał, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej ostatnią wypowiedź. Nie przyszedł tu przecież, by z nią dyskutować, tylko dowiedzieć się istotnych rzeczy. - Albo ktoś, kogo znasz?
- Nie jestem kapusiem, komendancie. Ale nie, nie mam bladego pojęcia, kto to zrobił, choć cieszę się, że tak się stało i że ten potwór wreszcie nie żyje. Gdybym mogła, sama wyrwałabym mu serce przez gardło.
Zmarszczył brwi, wpatrując się w nią w ciszy.
- Lepiej sprawdź, ile zgonów młodych wampirzyc stwierdził ten wasz znakomity lekarz. A potem, ile z nich było w ciąży — powiedziała po chwili ledwo słyszalnie.
- Nie możecie zachodzić — odparł. Przecież to kontrolowali...
- Wiem — warknęła, obnażając kły. - Nie obchodzi was, że moja rasa wymiera. Liczy się tylko to, że nasza krew potrafi leczyć wasze choroby, nawet te śmiertelne. Ale żebyś wiedział, że my również odczuwamy! Nie jesteśmy pozbawionymi uczuć potworami. Też chcemy kochać, mieć rodziny. Płaczemy, gdy ktoś z nas zostaje przez was unicestwiony! - powiedziała poważnie i w jej oczach dostrzegł łzy. I wtedy zorientował się, że to dziewczyna, którą widział w czasie ostatniej egzekucji wampirów. To ona spoglądała na niego przez szybę. Teraz jednak ciągnęła dalej. - A my nigdy was nie zaatakowaliśmy. Tak, pijemy waszą krew, ale tylko w takiej ilości, by móc przeżyć kolejne miesiące. A wy nas wybiliście niemal co do nogi. Byliśmy tak samo piętnowani, jak czarownice! Tylko dlatego, że boicie się nieznanego! Palicie nas, ćwiartujecie. Nie obchodzi was, że tamci spaleni kilka dni temu też mieli rodziny i przyjaciół, którzy teraz cierpią po ich stracie! Nawet nie pozwoliliście nam ich należycie pochować! - wrzasnęła, wyrywając się spod niego jednym płynnym ruchem. Odrzucony, uderzył plecami o przeciwległą ścianę, lecz utrzymał równowagę, unosząc broń do ramienia, gotowy do jej użycia. - Nic więcej nie wiem, pytaj innych. Najlepiej pracowników ośrodka.
Zanim zdążył się odezwać, na zewnątrz rozległy się wrzaski bólu. Doskoczył do okna, pociągając wampirzycę na ziemię i odsłonił zasłonę, wyglądając na zewnątrz. Jego ludzie okładali właśnie kocami zaczynającą płonąć w przedpołudniowym słońcu wampirzycę. To właśnie jej wrzaski musiał usłyszeć. Zastukał mocno w szybę, dając znać, by wnieśli ją do środka.

- Ta wampirzyca jest w zaawansowanej ciąży — powiadomił go Paul, policjant z oddziału Scotta. - A to znaczy, że złamała prawo.
- Doskonale wiem, co to znaczy — warknął. - Kto jest ojcem? - zapytał ostro, zwracając się do leżącej na ziemi kobiety, choć zbierało mu się na wymioty, widząc jej spaloną skórę, która powoli zaczynała się goić. Z tego, co wiedział, zdecydowanie zbyt wolno.
- Nie twój interes! Pozwólcie mi spłonąć. Przecież i tak mnie zabijecie, ale to przynajmniej będzie mój wybór.
- Jeszcze o tym nie zdecydowałem — odparł spokojnie.
- Kyle! - syknął łysy, barczysty policjant. - Ona nie ma prawa nosić dziecka...
- Najpierw ją przesłucham — zdecydował.
- Nie miałam wyjścia! Nie chciałam tego! - załkała naraz okaleczona wampirzyca. - On mnie do tego zmusił!
- Ktoś cię zgwałcił? Jakiś inny wampir? - doskonale wiedział, że żaden człowiek nigdy by czegoś takiego nie zrobił, jeśli nie chciał zostać obiadem.
- Wampir? - zapytała szyderczo. - Nie! Ten wasz wspaniały doktorek! - wybuchła płaczem. - On nas tam więził. Hodował niczym tuczne bydło. A potem zabijał!
W pomieszczeniu zapadła głucha cisza. Wszyscy wpatrywali się w wampirzycę, nie wiedząc, co powiedzieć. Nawet wampiry. W końcu Kyle przeniósł spojrzenie na Odettę.
- O tym mówiłaś? - zapytał głucho. Potwierdziła skinieniem głowy. - Sprawdźcie to. Przeszukajcie cały ośrodek, każdą szczelinę. Chcę wiedzieć, czy to prawda. Tych, którzy będą stawiać opór, próbując coś ukrywać, skuć.
- Kyle, to wbrew prawu — zauważył Paul.
- Tak samo, jak wiele innych rzeczy. Z którego domu uciekła? - zapytał jeszcze.
- Z piwnicy tego.
- Ukrywaliście ją? - zwrócił się do mieszkańców. - Wiecie, co za to grozi... - westchnął. Nikt się nie odezwał. Popatrzył na swoich podkomendnych. - Jeszcze tu jesteście? Przygotujcie naftę i pochodnie. Reszta jazda do ośrodka.
Po chwili został sam z szóstką wampirów.
- Strzelaj wreszcie — jęknęła leżąca na podłodze kobieta, patrząc na niego bez cienia strachu w oczach.
- Nie jestem mordercą — powiedział cicho. - Zwłaszcza nienarodzonego życia.
- Nie masz wyjścia — przypomniał mu najstarszy mężczyzna.
- Mam. Zawsze jest wyjście. Macie dziesięć minut — wyszeptał, unosząc broń. Wycelował w ścianę nieco ponad głowami zebranych. Spokojnie nacisnął spust pięć razy, potem strzelił w podłogę. Wszyscy wpatrywali się w niego w milczeniu.
- Co robisz? - zapytała Odetta, gdy ruszył w stronę drzwi, ale przyłożył palec do ust, nakazując jej milczenie. Skinęła mu głową, podchodząc, jak podejrzewał, do przyjaciółki, bądź siostry. Wymknął się przez drzwi, zamykając je od zewnątrz za pomocą opaski magnetycznej. Kliknęły wszystkie zamki. Chwilę później jego ludzie założyli na drzwi stalową sztabę.
- Zastrzeliłeś je? - zainteresował się Michael.
- Unieruchomiłem — odparł spokojnie, obserwując z pewnej odległości, jak jego ludzie oblewają ściany benzyną.
- "Kyle, lepiej przyjdź szybko do laboratorium" - usłyszał chwilę później przez krótkofalówkę.
- Idę — mruknął, patrząc, jak płomienie zaczynają lizać fasadę budynku. Odetchnął głęboko, mając nadzieję, że nigdy nie pożałuje swojej decyzji. A potem ruszył w stronę najokazalszego budynku.
Kilka minut później stanął jak wryty. Znalazł się bowiem w nieznanym mu dotąd pomieszczeniu. Pod ścianami stały słoje wypełnione formaliną, w której pływały zakonserwowane płody w różnym stadium rozwoju, jak również narodzone już dzieci. Te znajdowały się również w licznych inkubatorach. Pośrodku pomieszczenia znajdowało się kilka stołów sekcyjnych, na których spoczywały ciała ciężarnych kobiet. Na tyle pomieszczenia zobaczył jeszcze klatki.
- Co to, kurwa, jest?! - warknął wstrząśnięty.
- Zdaje się, że prywatna działalność doktora Godspeed'a — mruknął nie mniej zdegustowany Scott. - Ciekawy jestem, czy twój ojciec o tym wiedział. Jeśli nie, znaczy to, że władza nieco wyślizgnęła mu się z rąk...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 3061 słów i 17555 znaków.

Dodaj komentarz