Ośrodek r.2

Ośrodek r.2Przestraszona Sam spojrzała na przyjaciółkę. Cholera. Komunikat został wygłoszony stanowczym głosem jej brata. Cholera do kwadratu.
- Spokojnie, na pewno nic mu nie jest. Przecież to zawodowiec — powiedziała Mati. - Poradzi sobie.
- Wiem — kiwnęła głową niemrawo, przygryzając wargę i obserwując, jak zaaferowani nauczyciele barykadują stołówkę. Podejrzewała, że reszta uczniów i grona pedagogicznego została zgromadzona na sali gimnastycznej lub auli. Wokół siebie słyszała podniecone oraz przerażone głosy kolegów i koleżanek. Wiedziała doskonale, że myślą teraz o swoich rodzinach, kilkunastu nerwowo próbowało dodzwonić się do rodziców, jeszcze inni już rozmawiali.
- Może też powinnaś zadzwonić do rodziców i powiedzieć im, że nic ci nie jest? - Mati położyła jej dłoń na ramieniu. Samantha pokręciła przecząco głową.
- Nie, ojciec najpewniej tylko zwymyślałby mnie, bym nie zawracała mu głowy i tyle.
- A matka?
- Jest do niego bardzo podobna. Teraz liczy się tylko to, żeby Kyle i jego ludzie złapali tego wampira.

Godzinę później wzdrygnęła się gwałtownie, gdy nagle do drzwi ktoś załomotał. W stołówce zapadła głucha cisza, w której wreszcie usłyszeli stanowczy męski głos:
- Policja! Teren bezpieczny! Otwierać! - to był Kyle. Wstała, gdy tylko go usłyszała. Po chwili drzwi dostały otwarte, a do środka wpadło kilkunastu uzbrojonych po zęby policjantów. Usiadła sobie, widząc swego brata okutanego w kamizelkę taktyczną, z bronią ostrą w ręce.
- Młoda! - syknął, podchodząc do niej i przytulając ją czule. - Zbieraj się, idziemy stąd.
- Nie skończyłam jeszcze zajęć — rzuciła, podnosząc z ziemi swój plecak.
- Właśnie skończyłaś — mruknął, po czym powiedział głośno. - W trybie natychmiastowym zostają zawieszone wszystkie zajęcia na wszystkich szczeblach edukacji aż do odwołania. To moje zarządzenie, z którym zgodził się burmistrz miasta. Proszę, zachowajcie spokój. Za godzinę zostaną podstawione tu autokary, które w eskorcie radiowozów bezpiecznie odeskortują was do waszych domów.
- Pan nie ma prawa odwoływać zajęć! - krzyknął zbulwersowany dyrektor placówki, podchodząc szybko do Kyle'a, który spojrzał na niego krytycznie.
- Pan jest tutaj nowy, jak mniemam...
Mężczyzna posłusznie skinął głową.
- Więc zamknij się pan i wykonuj polecenia, chyba że chcesz szybko zakończyć swoją karierę — warknął komendant. - To miasto jest pod moją opieką i jeśli mówię, że zajęcia zostają odwołane, tak właśnie będzie, a pan bynajmniej mi w tym nie przeszkodzi. Proszę poinstruować swój personel, by pomógł przy ewakuacji uczniów. W każdym autokarze mają również znaleźć się wychowawcy klas, by dopilnowali, że uczniowie zostają odwiezieni pod odpowiednie adresy, jasne?
Zdezorientowany mężczyzna rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu wsparcia, ale żaden z jego podwładnych nawet się nie odezwał, więc niechętnie skinął głową.
- Cudownie. Chodź, Sam...
Gdy przechodzili koło Scotta, spojrzała na niego. Jego wzrok był czujny, skupiony i wściekły. Nie pamiętała, by kiedykolwiek widziała gow takim stanie. A to nie wróżyło niczego dobrego. Wraz z nimi szkołę opuściło również kilkunastu policjantów.
- Mamy przerąbane, prawda? - zapytała cicho brata, gdy wsiedli do jego auta.
Zerknął na nią krótko i znów skupił się na drodze.
- Kyle, mówię do ciebie! Mamy przerąbane? - pisnęła, a w jej głosie słychać było strach.
- Kurewsko — wydusił z siebie wreszcie. Zagryzła wargę, bojąc się nawet zadać kolejne pytanie.
- Ile wampirów uciekło? Tak naprawdę?
- Uciekło? Sam może i one są oszalałe, ale same nigdy nie zrobiłyby czegoś takiego — westchnął. - Ktoś im w tym pomógł. Zamordowano jednego ze strażników, jego krew była katalizatorem... Poszczuto je nią i puszczono wolno.
- Kto to zrobił?
- Jeszcze nie wiem, ale mam zamiar się dowiedzieć i go zabić — warknął, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że zbielały mu knykcie.
- Kyle... Ile wampirów uciekło?
- Wszystkie...

- Ty pieprzony niedorobie! - wrzasnął Patrick, wymierzając synowi silny policzek. - Jak mogłeś dopuścić, by najbardziej niebezpieczne osobniki zostały wypuszczone na wolność?! Niczego się nie nauczyłeś?! Wiesz przynajmniej, co to wszystko oznacza?
- Masakrę na ulicach, tak, ojcze, wiem — powiedział Kyle spokojnie, ścierając krew z policzka. Sygnet ojca przeciął mu skórę. - Złapiemy je, obiecuję.
- Nie! Zawaliłeś sprawę, więc zajmie się nią kto inny.
- Niby kto?
- Ray i jego ludzie.
- Sprowadziłeś go do miasta?!
- Oczywiście, skoro ty nie potrafisz upilnować tego, co dla nas jest najbardziej cenne!
- Nie dajesz mi nawet szansy na to, bym naprawił swój błąd! - warknął Kyle.
- Nie tym tonem! - ryknął starszy mężczyzna. - Czasami naprawdę żałuję, że to ciebie zrobiłem komendantem, Kyle. Niestety czasu już nie cofnę. Potrafię jednak patrzeć i wyciągam wnioski. Spieprzyłeś i teraz twoje błedy musi naprawiać kto inny... Co z ośrodkiem? Zabezpieczyłeś go? Podejrzewam, że nawet o tym nie pomyślałeś...
- Wokół ośrodka ustawiona jest podwójna bariera i kordon policji, tato — wtrąciła Samantha cicho. Patrick spojrzał na nią wściekły. Właśnie pozbawiła go ciężkiego argumentu, który mógł wytoczyć przeciw własnemu synowi.
- Przynajmniej czasami udaje ci się myśleć... Spieprzajcie! Już!
- Zajmę się tym — mruknął Kyle, łapiąc siostrę za rękę i wyszedł wraz z nią z gabinetu ojca. Sam spojrzała na niego smutno. Jego oczy były pociemniałe z gniewu. Miał zaciśnięte mocno szczęki i trzymał ją za rękę żelaznym uściskiem.
- Kim jest Ray? - zapytała cicho, gdy dotarli po schodach na piętro. Westchnął, otwierając swój pokój i wpuścił ją do środka.
- Kumplem ojca z wojska. Co prawda jest od niego młodszy, ale ojciec go szkolił i się skumplowali. To świr. Bardzo niebezpieczny.
- Jeśli tak, to dlaczego właściwie ojciec go tu wezwał?
- Przede wszystkim po to, żeby mnie upokorzyć — syknął, zamykając cicho drzwi. - Ojciec doskonale wie, że zdołam złapać zarówno sprawców, jak i wampiry i zneutralizować je, ale woli, by wyszło na jego. Wiesz, wtedy będę jeszcze większym nieudacznikiem.
- Dla mnie nigdy nim nie byłeś — powiedziała cicho, przytulając się do niego. Westchnął, gładząc ją po włosach.
- Wiem — wyszeptał.
- Ty się boisz! - stwierdziła nagle, podnosząc głowę i patrząc mu w oczy.
- Nie — pokręcił głową. - Jestem przerażony, Sam. Wiem, że nie jest tu idealnie, ale Ray doprowadzi to miasto do ruiny. Oczywiście pozbędzie się zagrożeni, ale kosztem nas wszystkich. A i tak będą mu gratulować, jakby ocalił cały świat — powiedział gorzko.
- Poradzimy sobie z tym — powiedziała pewnie. - Tak samo, jak z każdym innym problemem.
- Chcę, żebyś odtąd trzymała się z daleka od komendy, jasne? Niestety obawiam się, że od teraz nie będzie tam już tak bezpiecznie, jak teraz. I mogę cię nie ochronić na czas, rozumiesz? Ani Scott.
- Ray nie jest człowiekiem, tak? - domyśliła się natychmiast.
- To wilkołak. Alfa.
- Więc dlaczego odszedł? - zmarszczyła brwi.
- Tego nie wiem, młoda, ale jego powrót nie wróży niczego dobrego. Zwłaszcza że mnie nie cierpi. Masz na niego uważać, jasne? Nie chcę, by facet zwrócił na ciebie uwagę, jest zbyt nieobliczalny.
- Będę uważać, Kyle.
- To dobrze... I przepraszam.
- Za co? - zdziwiła się.
- Że cię w to wciągnąłem. Przez to wszystko zostaniesz tu z matką — westchnął. Przełknęła ślinę, próbując się uśmiechnąć.
- Spokojnie, podejrzewam, że zrobią nam lekcje online. Więc będę siedzieć i wkuwać. Poza tym jestem przecież już dużą dziewczynką.
- Oni o tym nie pamiętają, a raczej nie chcą przyjąć tego do wiadomości, więc proszę, nie przypominaj jej tego, ok? Ja naprawdę nie chcę tu Trzeciej Wojny Światowej, mała...

- Widzę, że wpakowałeś nas w niezłe gówno — powiedział Tom, patrząc ponuro na Kyle'a. Był późny wieczór i większość policjantów zebrała się w auli komendy głównej. Oczywiście brakowało tych z patroli i tworzących kordon wokół ośrodka.
- Ja? - Kyle uniósł brwi, patrząc poważnie na swego podkomendnego.
- Oczywiście! Mogłeś zaprotestować, gdy twój ojciec wpadł na pomysł, by sprowadzić tu Ray'a! Nie jesteśmy na to przygotowani, stary. Zawaliłeś...
- A przypomnij mi, kto ostatnio zasnął w radiowozie w czasie nocnego patrolu? - syknął Kyle, zakładając ramiona na piersi. - Miałeś patrolować, a spałeś jak dziecko...
- W domu mam małe dziecko, może zapomniałeś?
- Więc wydaje mi się, że powinno cię bardziej obchodzić utrzymanie swej pracy — mruknął Scott, świdrując mężczyznę przeszywającym spojrzeniem jasnych oczu.
- Ale...
- Uspokójcie się do jasnej cholery! - warknął Kyle. - Wiem, sytuacja jest mocno niekomfortowa, bo nikt z nas nie chce tutaj tego psychola, na dodatek ktoś opróżnił laboratoria z naszych wampirów, puszczając je wolno, ale to nie znaczy, że mamy tu siedzieć i jojczeć! Mamy robotę do wykonania, panowie! Jesteśmy policjantami i to od nas zależy bezpieczeństwo tego miasta! A ja go nie zostawię na pastwę tego psychola...
- "Miło mi, że masz o mnie tak dobre zdanie" - usłyszeli naraz zabarwiony kpiną męski głos od strony drzwi. Kyle i Scott odwrócili się jak na komendę. W drzwiach, opierając się barkiem o framugę, stał postawny mężczyzna. Rękawy bluzy miał podwinięte, więc na świat wyglądały jego skomplikowane tatuaże zdobiące ramiona. Ubrany był w jeansy i ciężkie wojskowy buty. Obaj natychmiast zauważyli broń w kaburze przy pasku i rękojeść noża wystającą z buta. Jego wzrok, choć mężczyzna się delikatnie uśmiechał, nie stracił nic ze swej drapieżności. Kryło się w nim coś również z szaleńca, którym niewątpliwie przecież był.
- Ray — powiedział w końcu Kyle, otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia.
- Twój ojciec powiedział mi, że macie kłopoty, więc zebrałem chłopaków i oto jestem. Wampiry to nie przelewki, pomożemy wam.
- Damy sobie radę — powiedział Scott. Ray przeniósł na niego dzikie spojrzenie i powiedział powoli, a jego głos wibrował ostrzegawczym warkotem:
- Ciebie nie pytałem o opinię, szczeniaku. Siadaj!
Scott usiadł, jakby ktoś wcisnął go w krzesło i zadrżał, nie odzywając się więcej, posłuszny rozkazowi alfy. Czarnowłosy mężczyzna spojrzał na niego zaniepokojony, ale ten wyczuwając na sobie jego wzrok, tylko potrząsnął głową.
- Skoro już coś ustaliliśmy, nie będziemy tu stać, jak kołki, tylko udostępnisz mi swój gabinet — Ray ponownie skupił się wyłącznie na Kyle'u, kompletnie nie zwracając uwagi na pozostałych.
- Chodź — syknął czarnowłosy. - Zebranie skończone, wracajcie do swoich obowiązków.
- Kyle McCormick, komendant — powiedział Ray chwilę później, czytając plakietkę przyczepioną do drzwi. - Raczej nie będzie ci to już potrzebne — mruknął, jednym ruchem zrywając metal z drzwi i rzucając go niedbale swojemu przeciwnikowi. - Przynajmniej póki ja tu rządzę...

- Pieprzony świr — warknął Kyle przez zaciśnięte zęby, gdy wyjątkowo tej nocy odwoził Scott'a do domu.
- Mnie to mówisz... Ty przynajmniej nie jesteś podatny na jego władzę, stary.
- Dobrze się czujesz?
- Nie, ale nie martw się, nic mi nie będzie. Po prostu jestem skołowany, to wszystko. Facet jest silny, nie tylko fizycznie, ale jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś takiego, jak on. Jego wilcza władza jest niemal namacalna. Widziałeś przecież, jak mnie usadził. Teraz każdy mój człowiek wie, że facet mnie zdegradował.
Kyle kiwnął powoli głową, parkując pod domem kumpla.
- Więc — zaczął ostrożnie. - Jesteś teraz betą?
- Betą? - uśmiechnął się ponuro. - Nie, stary. Jestem deltą.
- Aż tak nisko?
- Owszem.
- Ray wyraźnie to określił.
- Kiedy? Przecież nawet nie rozmawialiście!
- Przeciwnie. Ray warknął, Kyle. I to wystarczyło.

- Zdegradował cię? - Sam zakryła sobie usta dłonią.
- Scotta też — szepnął. - Pieprzony pajac.
- Lepiej nie powtarzaj tego przy rodzicach.
- Nie mam zamiaru. Lubię swoją głowę, a ojciec najpewniej by mnie jej szybko pozbawił.
- Co teraz będzie? - zapytała, patrząc na niego przestraszona.
- Postaram się wyłapać wszystkie wampiry przed nim. Jak na razie nie odsunął mnie od śledztwa, więc będę działać. I wytropię tego idiotę, który je wypuścił.

- Załącz barierę wokół miasta — powiedział Ray, gdy tylko Kyle zjawił się w jego (swoim) gabinecie następnego dnia.
- Zwariowałeś? Dobrze wiesz, że odetniesz miasto od świata!
- Zrób to albo wydam rozkaz komuś innemu, a wtedy na pewno stracisz tutaj pozycję i pracę — długowłosy brunet spojrzał na niego poważnie znad rozłożonych na biurku papierów.
- Zabijesz nas wszystkich w ten sposób, Ray. Doskonale o tym wiesz.
- Być może większość, ale nie wszystkich. Spokojnie, twoja śliczna siostrzyczka przeżyje — uśmiechnął się wrednie.
- Ostrzegam cię, Gold — Kyle oparł się dłońmi o biurko. - Choćby spojrzyj na moją siostrę, a wyrwę ci jaja przez gardło! - syknął.
Ray spojrzał na niego zaciekawiony i odchylił się w krześle, zakładając ręce za głowę.
- Spokojnie. Nie tknę jej. Jest nieletnia. Ale chętnie poczekam.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2430 słów i 13685 znaków, zaktualizowała 17 mar o 15:09.

Dodaj komentarz