Samantha i Arnold chcą dotrzeć do Afganistanu, by spotkać tajemniczych olbrzymów.
– Myślałam, że mamy od razu samolot do Quetta.
– Jest za kilka godzin, chcesz może obejrzeć miasto? – Arnold dyskretnie się rozejrzał.
Samantha widziała teraz większą ilość ludzi niż zwykle. Tak naprawdę nie była ciekawa, ale wyczuła w tonie umiłowanej istoty, że on będzie miał w tym przyjemność. To chyba działało na obie strony. Dziewczyna zrobiłaby wszystko dla niego, wielką rzecz i maleńką i dlatego się zgodziła. Wzięli taksówkę i poprosili o dowiezienie do centrum handlowego.
– Gigga mall – powiedział Arnold.
– To będzie kosztować 1600 rupii – odrzekła taksówkarz w ich języku.
Jeszcze na lotnisku Niemiec wymieniła dwieście dolarów na pakistańskie rupii. Samantha szybko przeliczyła, że przejechanie czterdziestu kilometrów kosztuje tutaj sześć dolarów amerykańskich. Tanio jak barszcz. W LA taksówka staruje za więcej niż połowę tej wartości.
– Kochanie czy warto jechać godzinę w jedną stronę? – zapytała cicho.
– Zobaczysz, jak tu wygląda – powiedział spokojnie.
,,Och ten mój Ar” – pomyślała.
– No dobrze, chcesz mi kupić suknię z jedwabiu, bo jestem królewną, rozumiem.
– Amerykanie? – zapytał kierowca słabym angielskim z silnym akcentem.
– Jesteśmy muzułmanami z Europy – odparła brunetka dobrym pasztuńskim, co mocno zdziwiło Arnolda.
– O skąd pani wie, że mówię w tym języku? – kierowca spojrzał na dziewczynę.
– Wyczułem po pana akcencie.
– W takim razie nic nie musicie państwo płacić – facet wyraźnie się ucieszył.
– Och wykluczone – kontynuowała Samantha – zapłacimy panu cztery tysiące rupii, jeśli na nas pan poczeka. Mąż chce mi kupić ładną suknię z jedwabiu.
– Mam pan piękną i mądrą żonę – kierowca zwrócił się do Arnolda po angielsku.
– Wiem, proszę pana – Niemiec odpowiedział w języku urdu.
Taksówkarz ruszył i przez godzinę usta mu się nie zamykały. Opowiadał o mieście, swojej rodzinie, o wojnie z Afganistanem i jak Indie ich wykorzystują. W końcu przeszedł na tematy kulinarne.
– Państwo na długo? Żona robi doskonałe nihari, świetnie wychodzi jej karahi, oczywiście robi w domu naan – podał
Arnoldowi kartkę z adresem.
– Nie obiecuję, panie Khan, że odwiedzimy pański dom – rzekł Arnold.
– Proszę mi mówić Ahmed – taksówkasz znowu się ucieszył.
Dojechali na miejsce po niespełna godzinie i Ahmed zgodnie z obietnicą miał czekać, aż wrócą. Arnold przezornie nic mu nie zapłacił. W centrum handlowym spędzili dokładnie piętnaście minut. Kupił jej suknię z jedwabiu, długą do kostek dopiero w trzecim sklepie.
– W Stanach by kosztowała z dwa tysiące dolarów, dlatego tu mi kupiłeś – zażartowała Samantha.
– Wiem, co myślisz, to nie tak - zrozumiał żart, ale jego ton wskazywał, że pragnął się wytłumaczyć.
– Nie wiesz, kochanie. – Wiedziała, gdzie jest, dlatego tylko to powiedziała, a tak naprawdę bardzo go chciała pocałować.
– Nie wiem, czy się nam powiedzie – wydusił z siebie – może to nasze ostatnie zakupy.
Posłała mu długie spojrzenie.
– Sądzisz, że ciągnę cię na koniec świata, by zginąć? Ja WIEM, że się uda, ale rozumiem twoje wątpliwości. Wiem, że chętnie dla mnie umrzesz, jednak ja wolę byś żył.
W powrotnej drodze Ahmed nadal mówił sporo, a oni tylko wrzucali pojedyncze słowa. Dostał obiecane pieniądze, ale nie był zadowolony.
– Będę zaszczycony, jeśli nas odwiedzicie – powiedział.
Widać było po minie, że mówił prawdę.
Dwójka weszła do budynku dworca lotniczego.
Arnold kupił dwa powrotne do Quetta. Mieli wrócić za dziesięć dni.
Samolot, którym mieli lecieć do tego miasta był mniejszy i oczywiście nie tak wygodny jak poprzedni. Nikt nie robił im problemów w Islamabadzie podczas odprawy. Podobnie się stało i w Quetta.
Wyszli z lotniska i wzięli taksówkę. Pojechali od razu do domu Amira. Powitał ich w drzwiach. Mężczyzna musiał przeżyć swoje. O tym świadczyły oczy i kilka szram na twarzy.
– To kompletne szaleństwo! Talibani to zwierzęta! Już chyba tylko w Korei Północnej jest gorzej. Dam wam wszystko, co chcecie, ale proszę, zmieńcie zdanie.
Arnold oglądał broń i kamizelki, przygotowane przez druha.
Samantha usłyszała A-nu. Tak wyraźnie, jak Amira czy Arnolda.
,,Nie musicie brać broni. Pomogę wam przy przejściu granicy” – usłyszała.
– Arnold, musimy porozmawiać – szepnęła po angielsku.
Amir usłyszał co szepnęła i wskazał im drugie pomieszczenie.
– Co się stało, kochanie? Zmieniłaś się na twarzy.
– A-nu do mnie mówił. Powiedział, że nie musimy brać broni i że nam pomoże przy przekroczeniu granicy.
– Co! On jest jakimś bogiem, czy co! – blondyn po raz pierwszy się uniósł.
– Coś takiego. Wiem, że nie do końca w to wszystko wierzysz. Pomyśl! Ja nie mam przewidzeń. Tam nie mamy szans. Chyba że nie spotykamy nikogo. Przy jakiejkolwiek wymianie strzałów, również wyglądamy słabo, bo jest nas tylko dwoje i mamy mieć tylko kilka karabinów, pistolety i noże.
– Bierzesz kamizelkę, pistolet i nóż. O mnie się nie martw. Biorę AK–74 i sto naboi. Glocka i dwa noże.
– Dobrze, nie mogę ci zabronić. Ja ufam A-nu.
Mężczyzna tylko posłał jej dłuższe spojrzenie. Wrócili do Amira.
– Pojedziemy w nocy, prawda? – zapytał.
– Wtedy jest nieco większa szansa, by to się powiodło. Znam miejsce mniej strzeżone. Między Jilga baraj a Jilga toba, po drugiej stronie jest Haji Jalal Jalay. Jak nie zabiją was Talibowie, to możecie umrzeć z pragnienia. – dokończył.
Dziewczyna podeszła do pięćdziesięciolatka.
– Amirze, dziękuję, że się troszczysz. Nie możemy ci powiedzieć, dlaczego tam chcemy się dostać, ale uwierz, że nie umrzemy.
Pakistańczyk pokręcił tylko głową.
– Prześpijcie się, ruszamy godzinę przed zachodem słońca. Mam Toyotę Tacoma. Dowiozę was kilometr przed granicę. Dalej nie mogę.
– Rozumiem – Arnold chyba pogodził się z losem, bo nadal nie wierzył brunetce.
Dziewczyna nie rozumiała, czemu tajemniczy A-nu nie przemówi do jej kochanka. To jednak nie zmieniło jej nastawienia i determinacji. Położyli się na łóżku, które pamiętało lepsze czasy i wyglądało, że zasnęli po kilku minutach. Amir miał ich obudzić.
Jednak Arnold chyba nie zmrużył oka, za to ona spała dobrze, chociaż krótko. Wyruszyli po kilku minutach, zabierając plecaki i broń.
Blondyn milczał, ale trzymał jej dłoń, bo siedzieli z tyłu małego pick-upa. Wóz mógł mieć z dziesięć, dwanaście lat i nie był w tak złej kondycji. Dojechali po prawie dwóch godzinach.
Tu zmrok zapadał szybko. Powietrze było suche. Amir dał im kilka butelek wody. Samantha miała kamizelkę i ciemnozielony strój, podobnie jak i Arnold. W wyposażeniu mieli termowizory. Zaczęli iść. Teren nie był bardzo stromy. Suknia z jedwabiu została u Amira. Samantha obiecała Arnoldowi w niej wystąpić po powrocie. Nie skomentował jej słów. Zobaczyli dwójkę żołnierzy, pewnie blisko stacjonowała mała grupa. Pochylili się i w tak niewygodnej pozycji szli przez kilka minut.
– Chyba już jesteśmy w Afganistanie – szepnął – gdzie twój A-nu?
'Samantha nie wyczuła w jego głosie kpiny.
– Spokojnie. Czuję go. Zaraz się przekonasz, niedowiarku – starała się powiedzieć to ciepło, ale i tak odebrał to niezbyt dobrze.
Brunetka wiedziała, co za chwilę się stanie. Wyglądało, że siła która ja prowadziła, chciała bardziej sprawdzić Arnolda niż ją.
– Cholera, tam są – Niemiec pokazał dłonią odległe ognisko.
Powoli wziął lornetkę termowizyjną.
– Jest ich co najmniej ośmiu. Talibowie albo coś gorszego. Szanse mamy znikome, jeśli nas odkryją.
Samantha milczała. Ten facet przeżył swoje, ale strachu nie da się całkiem pokonać. Pewnie obawiał się więcej o nią niż o siebie. Poruszali się wolno, próbując oddalić od ósemki.
– Coś tam jest – usłyszeli w języku paszto.
Samantha odkryła, że całkowicie rozumie język wroga.
Arnold położył się na ziemi i przygotował karabin.
,,Nikogo nie zabijesz, kochanie” – pomyślała.
Widziała w ciemności jak kot. Zbliżała się do nich czwórka. Wyczuła blondyna, że jest gotowy do strzału.
I wówczas przymknęła oczy. Jakby wiedziała. Poraziła ich jasność. Światło było mocniejsze niż słońce w południe. Tamci zmarli jakby zamienili się w kamień.
– Shitan! – jęknęli Talibowie. (Diabłeł lub demon w języku paszto)
Przed dwójką stanął olbrzym. Cała jego postać emanował jasnym bursztynowym światłem ze złotymi przebłyskami.
– Trzeba było wierzyć królewnie – odezwał się prawie czterometrowy wielkolud.
Miał długie do ramion złote włosy i wielkie ciemnobłękitne oczy. Był podobny do Arnolda, tylko daleko bardziej przystojny, chociaż może dla większości ludzi, bo Samantha wiedziała, kto dla niej jest najpiękniejszy. Olbrzym ubrany był w królewskie szaty. Złotą bluzę, luźne spodnie z czegoś wyglądającego jak jedwab i przepasany był pasem z nieco ciemniejszego niż cala reszta materiału. Mimo jasności mogli widzieć jego postać i strój.
– Ty jesteś A-nu? – zapytał Arnold, kiedy poświata zniknęła.
– A sądziłeś, że krasnoludek? – widać, że olbrzym miał poczucie humoru.
– Czy oni cię widzą, A-nu? – zapytała Samantha.
– Tak, Kasharri-nu, tylko drżą ze strachu. Wyglądam dla nich jak diabeł z najgłębszego piekła, do którego trafią. Zabieram was do naszego domu.
Nagle, bez żadnych dodatkowych zjawisk znaleźli się w pokoju z białego marmuru. Ogromna komnata tonęła w przepychu. Czego tu nie było! Heban, złoto, drogie kamienie, jedwab i materiały, których nie znali, ale wyglądały na miękkie i pewnie miłe w dotyku.
– Mogłem was zabrać z Los Angeles, ale chciałem sprawdzić ciebie Arnoldzie. Mam dla Kasharri-nu coś równie pięknego co jej kupiłeś. Dla ciebie też mam coś, co polubisz. Najpierw wypoczniecie. Potem poznacie moich braci i nasze żony.
– Żony? To, czemu wam jest potrzebna Śnieżka? – Arnold chyba się zapomniała, a Samantha tylko uśmiechnęła.
– Nie pytasz, co znaczy jej nowe imię? Ona wie, prawda? – spojrzał na dziewczynę.
– Gwiazda z Plejad – powiedziała.
– Zgadza się, ale brzmienie imienia Kasharri-nu powoduje, że kwiaty otwierają pączki, a trawa robi się bardziej zielona. Przekonacie się, kiedy wrócicie. To wasza komnata – wskazał ogromne, pięciometrowe drzwi z orzecha, hebanu ze złotymi okuciami.
Kiedy A-nu wyciągnął rękę, same się otworzyły.
Samantha znała luksus, ale co zobaczyli w pokoju, przerosło jej wyobrażenie. Łoże było królewskie. Biała pościel z tak delikatnego jedwabiu, że przelewała się jak woda. Komnata tonęła w świetle, niewiadomego pochodzenia, wydobywające się z wielkich kryształów o pomarańczowym kolorze. Dywan z miękkiej wełny wyglądał jak żywy. Weszli do mniejszego pomieszczenia, które okazała się łaźnią. Białe, gładkie marmury z wodą płynąca prosto ze ściany. Wonne olejki unosiły się w powietrzu. Zobaczyli ręczniki a takiego mydła nigdy jeszcze nie widzieli, bo podobnie jak wszystko wkoło wyglądało żywe. Przypominało bardziej kryształ, ale z pewnością służyło do mycia. Sam zdjęła mundur i wszystko, co miała na sobie. Arnold stał jak zauroczony. Zaczęła i jego rozbierać. Zdziwił się, bo nie czuł podniecenia, za to miłość płynącą prosto z serca. Ich wojskowe ubiory po prostu znikały. Już wcześniej zarejestrował, że zaraz po wybuchu tego miłego światła wszelka broń zniknęła. Zaczęli się wzajemnie myć. Mydło pachniało jak róża i konwalia i jeszcze innym, zapachem, którego nie znali.
– Kasharri-nu. Podoba mi się twoje nowe imię. Wybacz, że ci nie wierzyłem.
– Wybaczam. Wiem, jakie masz nowe imię, ale dowiesz się tego jutro od gospodarzy.
– Nadal nie rozumiem – powiedział cicho.
– Jutro – wzięła go za rękę i poprowadziła do sypialni.
Czuł się dziwnie, właśnie z powodu, że nie jest podniecony, ale po chwili przywykł. Mieli przy łożu naturalnej dla nich wielkości delikatne ubrania do spania, ale położyli się nago. Zasnęli prawie natychmiast.
Obudzili się i stwierdzili, że przez oszklone drzwi, których wczoraj musieli nie dostrzec, wdzierają się promienie słońca. Sam podeszła nago do okna. Arnold patrzył na jej nienaganny tyłeczek.
– Ogród pełny kwiatów. To pewnie złudzenie, ale wygląda tak realnie.
– Chyba nie wyjdziesz nago? – zapytał bez zazdrości.
– Właśnie mam taki zamiar. Chodź ze mną. Kiedy wrócimy, nasze łoża będą posłane i będzie czekać ubranie. Nie wiem, jak wolisz, ale ja zaakceptowałam tę wizję. Wiem, że masz bardziej analityczny umysł, ale być może wszystkiego się dowiemy tak, żebyśmy zrozumieli. Przecież powinniśmy być w środku góry.
– Gdybym wiedział, że tu nikogo nie ma, wyszedłbym – powiedział Arnold.
– Uwierz mi chociaż teraz. Jesteśmy sami. To pewnie jakaś forma rzeczywistości gdzie jesteśmy tylko my. Tak czuję. A-nu powitał nas w stroju królewskim, chyba nie sądzisz, że jemu i im zależy, żeby nas oglądać nago.
– Już sam nie wiem, co myśleć.
– Właśnie! Co myślisz o plaży i krystalicznie czystej wodzie?
– Chętnie bym się wykapał.
Jego ostatnie słowa nie przebrzmiały, kiedy usłyszeli szum oceanu, a w miejsce ogrodu pojawiła się plaża z jasnożółtym piachem i wodą o lazurowym kolorze.
Sam pociągnęła go za rękę i wybiegli na dwór. To z pewnością była prawdziwa plaża, taka jak jest w Polinezji. Tylko powietrze miało mniej wilgoci. Popływali z kwadrans. Woda była słona, krystalicznie czysta, dzięki czemu dostrzegli w niej, kilkadziesiąt ryb z rafy koralowej, jakie występują blisko Australii.
– Nie do uwierzenia. Jeśli to nie jest realne, to nie rozumiem – polizał dłoń.
– Słona, wiem. Być może nas przenieśli na prawdziwą plażę albo to jednak iluzja.
Wrócili do komnaty, plaża i ocean zniknęły, a pojawił się na powrót ogród. Tak jak przypuszczała Kashairri–nu, na łóżkach leżały iście królewskie szaty. Podobne, jakie miał wczoraj A-nu.
– Ciekawe co dadzą na śniadanie – Sam miała dość dobry humor.
Arnold próbował jej dorównać, ale jego męska natura nieco przeszkadzała. Potrzebował odpowiedzi. Ubrali się w to, co przygotowano. Sam miała na sobie białą suknię z delikatnego jedwabiu, przetykanego złotymi nićmi. Dostrzegła drobne diamenty wszyte w materiał nieznaną metodą. Właściwie wyglądały, że są wtopione w jedwab. Ktoś zadbał o biżuterię. Na szafce obok łóżka leżała kolia z szafirów, dwie bransoletki z diamentów i szafirów na nadgarstki i dwie bransoletki z rubinów z diamentami na kostki nóg. Dopiero teraz dostrzegli, że włosy Arnolda odrosły i były nawet nieco dłuższe niż wcześniej, chociaż nie tak długie, jak u A-nu.
Wyszli. Teraz i Arnold odczul, że pierwszy z olbrzymów będzie na nich czekał.
– Spaliście dobrze? – olbrzymi blondyn zapytał uprzejmie.
– Było bardzo miło. Co jest realne? Ogród czy plaża? – zapytała.
– To zależy, co nazywasz realnością. Z waszego punktu widzenia obie rzeczy są prawdziwe.
– Jesteśmy w środku góry, prawda? – nie odpuszczała i ładnie się uśmiechnęła do wielkoluda.
– W istocie. Wszystko zrozumiecie po śniadaniu. Możemy je zjeść w sali tronowej lub w ogrodzie róż i winogron.
– Wolałbym to drugie – powiedział Arnold.
– Jak sobie życzysz. Podążajcie za mną.
Nie sięgali mu nawet do pasa, ale czuli się znakomicie. Wyszli na dwór i poczuli róże. Na błękicie płynęły pierzaste obłoki. Zobaczyli wszystkich. I Arnold się zdziwił, a Samantha wcale. Na ogromnych krzesłach z orzecha i hebanu siedziało sześciu olbrzymów. Czarnowłosy o skórze jak jasna czekolada, szatyn, o włosach jak miedź, drugi blondyn, podobny do A-nu i znowu inny szatyn, tym razem o pięknych zielonych oczach.
– To Berru – wskazał olbrzyma o czekoladowej skórze. Szatyn o orzechowych oczach miał na imię Cemenes, miedzianowłosy ma imię Deruu, drugi blondyn o jasnobłękitnych oczach nazywał się Eleu, zielonooki zwie się Gemiru.
Każdy wstawał i pochylał się nisko na znak szacunku.
– A-nu, Berru, Cemenus, Deruu, Eleu i Gemiru, a gdzie siódmy? – zapytała Samantha.
– Kassaji, przyprowadzi nasze żony – odrzekł A-nu.
– Czy ma nieco japońskie rysy? – zapytała Śnieżka.
– Nie, to azjaci mają rysy po nim, Kasharri–nu – odrzekł Gemiru.
Miał niski, bardzo milo brzmiący dla uszu, głos.
Po chwili wszedł brunet o nieco wschodnich rysach a z nim siedem pięknych kobiet, ubranych identycznie jak Samantha. Tylko że wszystkie były miniaturkami. Nieskazitelnie piękne i zgrabne, tylko dwa razy mniejsze od Samanthy.
– Już chyba rozumiem – powiedział Arnold.
– Wasze żony mają imiona na te same litery, co wy? – zapytała Samantha.
– Tak, Kasharri-nu. To dla was. W rzeczywistości nasze imiona będą na razie trudne do wymówienia dla was. Amma, Bujni, Cavinni, Daffa- li, Epifra, Ginejja, Kasja-gellu.
Żony olbrzymów były przepiękne. Miały włosy o kolorze włosów ich mężów i takiego samego koloru oczy.
Amma była nawet chyba piękniejsza niż Laura, natomiast Kasja-gellu trochę była podobna do Samanthy. Bez zapowiedzi na ogromnym stole pojawiły się przeróżne potrawy i bukiet zapachów uderzył w nozdrza i Sam i Arnolda. Po minach pozostałych goście domyślili się, że reagują na jedzenie podobnie jak i oni.
– Zanim zaczniemy jeść, mam jedno pytanie – Arnold chyba bardzo chciał wiedzieć – czy jesteście z gwiazd?
– Dobrze sądzisz, Romultangu. Wy również. Wszyscy na Ziemi są z gwiazd. Jesteście naszymi braćmi lub lepiej dziećmi.
– Czyli jednak jesteście bogami – powiedział blondyn.
– Znowu to zależy od punktu widzenia. Bóg jest jeden. On nas stworzył, Ogród Eden nie był na Ziemi.
– Czy zatem... – Arnold miał jeszcze inne pytanie.
– Wybacz przyjacielu, ale mamy jeść. Miałeś zadać jedno pytanie. Po posiłku wszystko ci powiemy, waleczny Romultangu. Powiem ci tylko, że twoje imię znaczy Szlachetne serce Antymonu.
Stół wypełniono przeróżnymi posiłkami, ale nie było mięsa ani ryb, tylko same jarzyny. Wszyscy zaczęli jeść, a po chwili pomieszczenie napełniły dźwięki niebiańskiej muzyki. Muzyka koiła serca Samanthy i Arnolda. Momentami tony przypominały relaksującą muzykę wschodu, ale tylko częściowo, bo całości nie sposób było tego opisać co słyszeli. Jedzenie było nieziemsko dobra i Arnold próbował je porównywać to tego, co znał.
Pojawił się wielki dzban z orzeźwiającym napojem bardzo przypominającym sok z czerwonego owocu smoka i egzotycznych owoców zwanych marakują, momentami przypominającego również gwieździste owoce. Zarówno Arnold, jak i Samantha nie widzieli potraw mięsnych. Czyżby olbrzymy były wegetarianami? Ich żony wyglądały jak laleczki. Przy brunetce i jej kochanku przypominały miniaturki a co dopiero przy wielkoludach. Jedli w milczeniu. W końcu skończyli posiłek i półmiski, talerze i sztućce zaczęły się rozpuszczać w powietrzu na ich oczach.
– To zjawisko przez was znane jako teleportacja. Znacie nazwę, ale nie potraficie jeszcze tego robić. W ten sam sposób was przenieśliśmy z sawanny do naszego czasowego domu.
Kiedy stół opustoszał czuli, że teraz będą rozmawiać. Może Arnold bardziej niż Samantha, chciał się dowiedzieć spraw dla niego ważnych.
– Czy teraz mogę o coś zapytać? – odezwał się blondyn.
– Czekamy – A-nu spojrzał na pozostałych przedstawicieli swojej rasy.
– Czy jesteście spokrewnieni z zabitym wielkoludem z Kandaharu?
A-nu pewnie był ich reprezentantem lub po prostu wolał mówić.
– Myślę, że oboje chcecie wiedzieć wszystko. My wiemy jakie pytania są w waszych jestestwach, bo mamy takie zdolności. Czy zgodzicie się, by wam opowiedzieć, kim jesteśmy, kim wy jesteście i o co nam chodzi?
Takiego pytania Arnold się nie spodziewał, ale chętnie się zgodził, spojrzał na Samanthę co ona myśli i odczuł, że również jest podobnego zdania co on. Skinął głową na znak zgody.
– Zacznę od najważniejszego. Damy Sama moc spełnienia trzech życzeń, bez względu czy zgodzicie się nam pomóc.
To jedno zdanie zmieniło wszystko w duchu i Arnolda i Samanthy, chociaż ona czuła w jakiś sposób, że jest coś głębszego w całej historii, którą jej opowiedział Arnold.
– Czy możesz nam wypowiedzieć swoje życzenia Kashhari-nu?
Dziewczyna spojrzała na olbrzymów i ich maleńkie żony.
– Chciałbym odnaleźć i uwolnić Laurę, ale skoro ma to być jedno życzenie, to chciałabym uwolnić Laurę.
– Dobrze to ujęłaś, teraz drugie życzenie.
– Chciałbym, żeby do końca życia Laura była szczęśliwa z Walterem.
– Dobrze, a teraz ostatnie życzenie.
Sam poczuła ciepło w okolicy dołu brzucha. Odczuła, że jest w ciąży i że ma w łonie dziewczynkę. Może płód jeszcze nie miał płci, ale miała pewność, że będzie to dziewczynka.
– Chciałbym, żeby Laura mogła urodzić dziewczynkę.
Tylko ona wiedziała, dlaczego o to poprosiła. W momencie, kiedy to wypowiedziała, siedmiu olbrzymów coś odczuło i ich żony również, bo wszyscy wydali delikatny dźwięk, który ani Arnold, ani Sam wcześniej nie słyszeli. To był odruch radości, uniesienia, uwielbienia i jeszcze czegoś, co przekraczało ludzkie poznanie. Cała czternastka wstała ze swoich krzeseł i pokłoniła się przed brunetką aż do posadzki.
– Wiedzieliśmy, że jesteś wielka Kashhari-nu! Poprosiłaś o trzy rzeczy dla kogoś innego. Dla osoby, która cię skrzywdziła, chociaż przez cały czas miała i ma do ciebie uczucie. Wiedziałem o tym a moi bracia i siostry nie wierzyli, że jesteś tą wybraną.
– Teraz wierzymy – odrzekli wszyscy równym głosem.
Arnold poczuł tak wielką miłość do Samanthy, że aż dwie łzy spłynęły po jego policzkach.
– Teraz ci odpowiem na twoje pytania. Przybyliśmy tutaj czterysta tysięcy lat temu. Wybudowaliśmy wasz system planetarny. Słońce i wszystkie planety z księżycami. Wiele tysięcy później lecieliśmy naszym statkiem, by sprawdzić, czy wszystko jest dobrze z jedyną zamieszkałą przez zwierzęta planetą, zwaną przez was Ziemią. Z powodu nietypowych cząstek, które się przedostały, z głębi wszechświata, nasz ogromny pojazd uległ awarii. To stało się w rejonie wysokich gór, zwanych przez was Himalajami. Podczas naprawy podjęliśmy postanowienie, że zostawimy tu istoty bardziej rozwinięte niż wasze ssaki. Jedna z wybranych par urodziła dzieci. Osobnika płci żeńskiej i męskiej. Naprawa trwała długie tysiąclecia. Kiedy statek został naprawiony, większość zdecydowała się wrócić, jednak kilkaset naszych par włączając naszą czternastkę, postanowiła zostać, by doglądać nasze dzieci. Oczywiście one nie wiedziały, kim jesteśmy. Niestety wielu z naszych braci porzuciło stan czystości i postanowiło spróbować seksu z ziemskimi kobietami. To spowodowało wielki problem. Wszyscy, którzy zapragnęli takiego seksu, zaczęli też jeść mięso z krwią i to spowodowało ich degradację. Zaczęli mieć po sześć palców u nóg i rąk i ich zapach się zmienił. Nasz zapach jest dla was przyjemny, ich przeciwnie. Nie mogli już z nami mieszkać. Ich kobiety zniknęły. Sądzimy, że przeniosły się duchowo na naszą macierzystą planetę. Niektóre olbrzymy przeżyły potop, który musieliśmy sprowadzić na Ziemię, bo inaczej wszyscy by zginęli, a w końcu chcieliby i nas zabić. Tamci stracili długowieczność i jednocześnie moc rozmnażania. Mogli się uleczyć, ale nie chcieli. Od tysięcy lat jesteśmy jedyną czternastką, która zachowała wiedzę i moc tych którzy przybyli statkiem. Niestety nasze żony straciły połowę wielkości. Sądzimy, że to konsekwencja czynu tamtych naszych braci.
A-nu przerwał, bo widocznie ta informacja była dla niego ważna i emocjonalna.
Samantha już wiedziała, ale czekał, aż Arnold to zrozumie.
– Dlaczego chciałeś, żebym przybył z nią i czy rzeczywiście chcecie z nią współżycia? – wypowiedział to drżącym głosem.
– Podczas rozmowy ze swoją ukochaną zapytałeś w małym gniewie czy sądzi, że jesteśmy bogami. Teraz już możesz sobie na to odpowiedzieć. Dla was tak, dla nas nie. Jest jeden Bóg, który wszystko stworzył, ale to nie my. Wiedzieliśmy, że któregoś dnia przybędzie na ziemię dusza, która nam pomoże. Wiedzieliśmy, że się poznacie i pokochacie. Wiedzieliśmy, że powiesz jej o zabiciu olbrzyma i o tym, co stało się tej afgańskiej kobiecie, lecz my czekaliśmy na Samanthę, naszą Kashhari-nu.
– Tak, ale czemu ja wam jestem potrzebny i czy rzeczywiście chcecie z nią współżyć? – powtórzył Arnold, bo tak kwestia nie dawała mu spokoju.
– Drogi Romultangu. Ty ją kochasz. My kochamy nasze żony taką samą miłością. Nasz statek odleciał, ale my pragniemy wracać. Zostawimy ludzi, by już sami o sobie stanowili. Wygląda, że chcecie zniszczyć siebie i wasz świat, ale wyjdziecie z tego. Na razie jako rasa od tysięcy lat tylko chcecie zabijać. Na szczęście nie wszyscy. Na razie zło króluje. My potrzebujemy waszej pomocy. Wytłumaczę, czego pragniemy. My możemy być sami statkiem. Możemy posiąść moc, by przemierzyć wszechświat w swoich ciałach, ale aby to się stało, nasze żony muszą mieć ponownie naszą wielkość. Czyli potrzebujemy ciebie, bardziej niż Samanthy. Nasze żony zgodzą się tylko na to pod jednym warunkiem. Jeśli my będziemy mieli, co one muszą. Sam mówiłeś Samancie o Arjunie i jego braciach i o Draupadi. Żebyście mogli to zrobić i my, zanim się to stanie, każdy z nas będzie czuł, że robi to ze swoją żoną. My je kochamy a one nas i nie moglibyśmy zrobić jak robią to ludzie współcześni, zdradzając swoich partnerów. Dlatego każdy z nas będzie tobą, a każda z naszych żon będzie Samanthą. Każdy z nas będzie jeden dzień ze swoją nową żoną, ale zarówno ty, Samantha, jak i my będziemy czuli, że jesteśmy ze swoimi żonami. Jedyną różnicą będzie wzrost. My jesteśmy dwa razy więksi niż Samantha a ty dwa razy większy niż nasze żony. Czym jest rzeczywistość? Czyż nie jest to gra mózgu? Widzisz, ale nie oczami, słyszysz, ale nie uszami. To wszystko robi mózg. Ty i Samantha jesteście na tym poziomie, że zrozumiecie. My oczywiście też. Jeśli się zgodzicie my i nasze żony będziemy mogli mieć moc, by odlecieć. Wy będziecie mogli lecieć z nami, bo uzyskacie taką samą moc. Jest jeszcze jeden powód, że chcemy, byście polecieli z nami. To jej dziecko. Jest potrzebne by nasz świat, który jest miliony lat świetlnych stąd, wszedł jeszcze na wyższy poziom świadomości, mądrości i miłości. Pewnie jeszcze nie wiesz, że zostałeś ojcem.
Arnold spojrzał na Samanthę, a ona kiwnęła głową.
Blondyn czuł wewnętrzną przemianę.
– Powiedziałeś, że dajecie jej moc spełnienia życzeń czy to zrobi czy nie. Czy to nie dotyczy raczej mnie?
A-nu się uśmiechnął.
– Pomyśl Arnoldzie. Jak by się czuła Samantha, gdybyś to zrobił z naszymi żonami.
– Ona nie jest zazdrosna.
– Oczywiście, że nie, bo cię kocha. Bez jej łaski nie będzie pełni i nie osiągniemy mocy. Nie wiemy, dlaczego tylko tak możemy osiągnąć pełnię. To będzie łaska z waszej strony, ale możesz uwierzyć, że nie poczujecie, że się zdradziliście, podobnie i my tak nie będziemy odczuwać.
– Samantha mi powiedziała, że nie jest do końca z Ziemi.
– Bo to prawda. Ona pochodzi z naszej ojczyzny. Nazywacie to rajem, ogrodem Eden, Szambalą, Asgardem, Krainą bogów. Seks w tym jest najmniej ważny. Niby jest, to samo co zrobili tamci, a jednak jest czymś przeciwnym, bo nie wynika z czystej żądzy. Wręcz nie może być w tym tego pragnienia
– Nie wiem w takim razie czy to jest możliwe – powiedział spokojnie Arnold.
– Teraz tego nie odczuwasz. Jeśli świadomie uczynicie nam tę łaskę, zrozumiesz. Kashhari–nu już to wie.
Arnold ponownie spojrzał na swoją umiłowaną.
– Czy tak jest umiłowana?
– Tak, Arnoldzie. Mam w sobie życie, a Laura też będzie ją miała. Ona odmłodnieje o osiemnaście lat i urodzi mnie, albo raczej moje lustrzane odbicie. A jej córka pozna kogoś jak ty. Może to będzie twój obraz, a może będzie tylko podobny. Tylko nie poznają ich – spojrzała na siedmiu olbrzymów i ich żon, bo już ich nie będzie.
Arnold miał analityczny umysł i pomyślał bardziej o realiach
– Czy pomożecie nam dostać się do Pakistanu?
– Moglibyśmy zniszczyć cały afgański rząd. Korei północnej. Każde zło. Tylko nie zrobimy tego, bo i Bóg tego nie robi. Wrócicie od razu do Los Angeles. I jeśli zgodzicie się nam pomóc, pojawicie się tu ponownie, tym razem już bezpośrednio. Nie będziecie musieli nigdzie lecieć samolotem. Samantha otrzymała dar już teraz. Nie ma ludzkiej mocy, która by ją mogła zniszczyć czy uszkodzić. Jej moc ochroni również ciebie. Nie wiemy, co zrobi. Nie wiemy, co postanowicie. My wiemy, że jej życzenia się spełnią.
– Nie mogę jej namawiać, by zrobiła to, czy tamto, ale ja chcę wam pomóc. Potrzebuję tylko jej przyzwolenia.
– Kochanie, masz je – powiedziała Samantha.
Wypowiedziała te słowa i natychmiast znaleźli się na ulicy Los Angeles.
– Czy to sen? – zapytał nieco oszołomiony Arnold. – Miałem tyle pytań. O piramidy, o górę Kailash, świątynię Kailasa w Maharashtra w Indiach, rysunki na płaskowyżu Nazca.
– Nie kochanie. To się naprawdę stało. Miałeś takie pytania, to dobrze. Dowiesz się później, bo przecież do nich wrócimy. Wiem, gdzie jest Laura i wiem, jak ją uwolnić. Możesz wziąć broń z domu, ale mam taką moc, że nie będzie nam potrzebna. Postaram się nikogo nie zabić, ale jak się stanie, nie wiem. Wiem, kto to zorganizował. Były znajomy Waltera. Jacy ludzie są dziwni! Poszło mu o małą potyczkę słowną. Weszło to w jego pamięć i zaprzysiągł zemsty. On by więził Laurę do śmierci. Sądził, że do jej, a nie wie, że sam umrze wcześniej. Nie z mojej ani z twojej ręki.
– Ktoś go zabije?
– Zobaczymy. Otrzymałam przesłanie, ale jest jakby zamglone, czyli nie jest jednoznaczne. Zabieramy się do pracy. Ona jest więziona w San Francisco.
Arnold zrozumiał i uwierzył, że Samantha otrzymała moc. To w co wierzyła, stało się właśnie teraz.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Pumciak
SAPPHIRE 77 znowu zakończyłten odcinek za wcześnie