Czerwony Świt-Rozdział 1 (Dziki Zachód)

Przybyli zza wielkich wód ludzie o bladych twarzach i sercach czarnych niczym noc. Omamili nas podarunkami, alkoholem oraz ciepłymi słówkami. Pozostawiliśmy ich w spokoju, uznając, że nie stanowią zagrożenia. Jednak oni rozwijali się, pragnęli coraz więcej. W końcu było ich tyle, że rozpoczęli konflikt miedzy sobą, wciągając nas do swej wojny, znów krew naszych braci zrosiła tutejsze ziemie. Pomogliśmy im, nie dostając nic prócz nieuprzejmości i ignorancji. Gdy zabezpieczyli się przed Anglikami, wyciągnęli łapska po nasze obszary, uznając je za własność USA, choć nasi przodkowie żyli tu od stuleci. Próbowali przekonywać, grozić, my nadal staliśmy po słusznej stronie, dawni sojusznicy zaatakowali nas, próbowaliśmy się bronić, co przyniosło chwilowe zwycięstwa. Nie na długo, nieważne ilu zabiliśmy i tak przychodzili kolejni, łaknąc bogactwa naszej krainy oraz uzurpując sobie prawa do niej, pod naporem lepszego uzbrojenia i liczebności musieliśmy ulec. Pakt miał gwarantować nam prawa, że reszta naszych terenów pozostanie w indiańskich rękach, padły liczne przemówienia oraz obietnicę, kolejny raz doświadczyliśmy, że słowo białego nic nie znaczy. Pokazano nam jakieś nabazgrane papiery, mówiąc, byśmy się wynosili z krainy naszych przodków, stawiliśmy opór, działanie bezcelowe... Padło wielu naszych braci, w tym również mój ojciec Szybki Jeleń, zostałem wodzem mojego plemienia, które zostało zamknięte niczym zwierzęta na jałowych terenach. Głód i choroby strawiły niegdyś potężny i mocny lud, byłem bezradny wobec tego. Nazywają nas dzikusami, a jak ich nazwać? Oprawcami? Złodziejami? Kłamcami? Z moich słów mogłoby paść wiele nienawiści i złości wobec nich, jestem za stary, by to zrobić. Teraz pragnę tylko pokoju dla mojego ludu, jednak to nie opowieść o mnie, czy umierającym ludzie, a o moim synu i pewnej młodej damie, którą ciekawość przywiodła w nasze strony.


– Czarny Niedźwiedziu! Czy dobrze zrobiliśmy, wychodząc poza rezerwat? – Dwóch młodych Indian skradało się w lesie. Dokoła świeciło słońce, a ptaki ćwierkały swoją pieśń.
– Piękny Sokole, czyżby wielki Manitu pozbawił cię odwagi? – Starszy z młodzieńców nałożył strzałę na cięciwę, po czym z cichym brzdęknięciem wypuścił ją, trafiając w okazałego jelenia, uśmiech zawitał na twarzach tubylców. Chłopcy podeszli do swojej zdobyczy, z podziwem oglądając ją.
– Celną ręką mój czerwony bracie, idealnie w serce. – Już miał wbić swój nóż w zwierzynę, gdy usłyszeli głos.
– A kogo my tu mamy? Dwóch dzikusów, kłusujących w amerykańskim lesie... – Między drzewami stało trzech brodatych mężczyzn z brudnymi ubraniami, mierzących do nich z Winchesterów i Springfieldów, w bocznych kaburach dyndały rewolwery Colty.
– To nasza zdobycz!
– Według prawa nie możecie wychodzić z rezerwatu, więc jeleń należy do znalazcy, czyli do nas. Co nie, chłopaki? – Ich śmiech rozniósł się po okolicy.
– To jest nasze, bez niego umrzemy z głodu. – Wtrącił się Piękny Sokół.
– A co nas to obchodzi, odejdźcie z pustymi rękoma, albo zarobicie kulkę – Dwójka brodaczy przybliżyła się do czerwonoskórych z bronią wycelowaną w nich. Był to ogromny błąd, który zawyrokował na dalszy rozwój sytuacji, Czarny Niedźwiedź z szybkim refleksem odtrącił lufę karabinu i wbił nóż w serce mężczyzny, drugiego powalił rzutem z tomahawka, zasłonił się umierającym przed wystrzałem ostatniego napastnika, w kilka sekund dopadł do niego, gdy ten przeładował i miał palec na spuście. Przewrócił strzelca na ziemie i poderżnął mu gardło.
– Coś ty zrobił mój bracie? – Ze strachem Piękny Sokół spoglądał na krwawą scenę przed jego oczami.
– Mierząc do mnie z broni, sami zadecydowali o swoim losie. Pomóż mi z tym jeleniem, musimy opuścić to miejsce, zanim wystrzały przyciągną resztę. – Jego towarzysz skinął tylko dłonią i zabrali się za oprawianie zdobyczy, półgodziny później oddalili się z miejsca masakry.

     Kilkaset kilometrów dalej stalowy koń, jak Indianie nazywali pociąg, zmierzał do Old Town, wzbijając tumany pary ze swojego komina, większość podróżnych z nudów przeglądała się przesuwającym krajobrazie, jedni palili fajki, drudzy wiercili się w miejscu, był jednak ktoś, komu podróż wydawała się nadzwyczaj interesująca. W jednym z przedziałów siedziała rozentuzjazmowana osiemnastoletnia panienka, odziana w długą jasnoniebieską suknię z gustownym kapeluszem na głowie.
– John, John czyż ten krajobraz nie jest przepiękny? Bezkresne równiny, nieokiełzana natura, ciekawi tubylcy, bandyci... Czyż ta kraina nie jest wspaniała? – Zwróciła się do swojego ochroniarza.
– Panienko Lauro, proszę usiąść, pan Forest zabiłby mnie, gdyby coś się panience stało.
– Nie bądź nudziarzem. Jesteś żołnierzem, a zachowujesz się, jak starzec. Tyle książek przeczytałam, że nie mogłam się doczekać, kiedy przypłynę tutaj z Anglii. Kto by przypuszczał, by mój ojciec zostanie generałem w amerykańskiej armii. Gdzie stacjonuje? – Nadal wychylała się z pociągu, obserwując wszystko z zainteresowaniem.
– W forcie blisko Old Town, jednak zapewniam panienkę, że rzeczywistość książkowa znacznie różni od tej, w której jesteśmy.
– John, John jacyś jeźdźcy jadą obok torów, mają chusty na twarzach. To jakiś zwyczaj w tych stronach? – Żołnierz wyjrzał tam, gdzie Laura, po czym wciągnął ją do środka, przykazując, by pozostała na miejscu, sam udał się do reszty swoich żołnierzy, przebywających w innym wagonie. Nie minęło dziesięć minut, gdy pociąg z piskiem kół zatrzymał się. Zabrzmiały krzyki i strzały, do wagonu panienki Forest wtargnął rosły uzbrojony w rewolwer mężczyzna, zabierał on wraz ze wspólnikiem kosztowności, uderzając kolbą opornych. Strach o złoty wisiorek z wizerunkiem jej zmarłej matki padł na piękną buźkę.
– Ty! Oddawaj wszystko, co masz! Widzę, że masz jakieś świecidełko na szyi. – Ręką bandyty zbliżała się ku karkowi dziewczyny, która z przerażenia zamknęła oczy, nagle padły kolejne strzały. Otworzyła natychmiast swoje powieki, ujrzała dwóch rabusiów leżących w kałuży krwi, zaczęła głęboko oddychać.
– O to jest prawdziwy Dziki Zachód panienko Forest, mam nadzieję, że teraz panienka wie, dlaczego byłem taki sceptyczny... – Z dymiącym Coltem podszedł John, sprawdzając, czy nic się jej nie stało. Uprzątnięto pociąg, wymyto podłogę i można było ruszać dalej, ciała bandytów wrzucono do wagonu towarowego. Laura już nie była taka wesoła, ciągle przed oczyma miała widok martwych, zakrwawionych ciał, resztę podróży spędziła blada i cicha.

1 komentarz

 
  • Almach99

    I juz lubie to opowiadanie. Co prawda schylek epoki Dzikiego Zachodu...

  • krajew34

    @Almach99  Wiesz to będzie trochę pomieszane , więc na aspekt historyczny nie patrz za dużo.  Postaram się, by wydarzenia i inne szczegóły wpasowały się w tę epokę, jednak nie będzie to stu procentowe realia. Cieszę się ,  że rozdział przypadł do gustu