Czerwony Świt-Rozdział 5

Czarny Niedźwiedź błąkał się po bezkresnych równinach i gęstych lasach przez parę dni, mimo swojej wspaniałej przemowy o wędrówce, nie wiedział, co ma dalej robić. Gdyby biali go zaatakowali, nie miałby żadnych szans, bez tomahawka, czy noża znajdował się na samym dole łańcucha pokarmowego. Gdy tak tułał się z pustym umysłem i niechęcią do podziwiania pięknych widoków natury, natknął się na rozbity wóz z dwoma lekko rannymi końmi przy nim, instynkt kazał mu przejść obok, jednak serce rwało się do pomocy. Doskoczył do drewnianej ruiny, lecz nikogo nie odnalazł, choć ślady jeszcze świeżej krwi świadczyły, że ktoś uciekał. Te domysły potwierdziły wystrzały i wycie wilków, no tak biali ludzie przerzedzili tutejszą zdobycz, to drapieżniki zrobiły się głodne.
     Nie zastanawiając się długo, pobiegł w tamto stronę, kamienne podłoże odbijało głośnym dźwiękiem jego kroki, a echo niosło jego dalej. W końcu przed jego oczyma wyrosła sytuacja żywcem wyjęta z prawdziwych realiów dzikiego zachodu, przy skale opierając się plecami, stał starzec, mierzący do niebezpiecznych zwierząt ze swojego Winchestera, a te groźnie warcząc, powoli go osaczały. Lada moment rzucą się na niego, Czarny Niedźwiedź pełny dziwnej siły, ruszył z gołymi pięściami na watahę, pierwszemu połamał czaszkę potężnym uderzeniem z góry, drugiemu skręcił kark, jednak następne rzuciły się ku niemu, zanurzając swoje kły w ciele młodzieńca. Okrzyk bólu zaniósł się po wzgórzach, poczuł, jak życie ucieka z niego, nim zobaczył żółte ślepia, czyjejś strzały pozabijały kolejne wilki, pozostałe uciekły. Ktoś nachylił się do niego, opierając się o karabin.
– Kto by pomyślał, że starego Jeffersona uratuje czerwonoskóry. Chłopcze, nigdy nie spotkałem dobrego Indianina, a błąkam się po tej nieprzyjaznej krainie ponad dziesięć lat, być może ty będziesz pierwszym... – Ciemność zabrała go w krainę snów, przed nim po kolei majaczyły sylwetki różnych osób, traperów, których zabił, ukochanego ojca, czy ofiarnej squaw. Ciężka gorączka męczyła, jego duszę i ciało, dopiero trzeciego dnia zaczął kontaktować ze światem.
     Czuł aromat potrawki z jelenia, dochodzącej z garnka na palenisku, otworzył oczy, dziwiąc się, gdzie tym razem Wielki Manitu zabrał go. Z ostrożnością rozejrzał się po drewnianej chacie, oprócz pojedynczego łóżka oraz kilku starych mebli, próżno było szukać innych wygód. W tym momencie otworzyły się drzwi i do sieni ciężkim krokiem wszedł, uratowany wcześniej starzec. Widząc młodzieńca w lepszym stanie, uśmiechnął się, choć pod bujnym siwym zarostem ciężko było to stwierdzić.
– Cieszę się, że wreszcie młodzieńcze się obudziłeś, nie musisz się bać starego Jeffersona, nie masz nic, z czego można by cię okraść, nie jesteś nikim ważnym, by porwać oraz nie jestem zwolennikiem niewolnictwa, jak południowcom mogło się wydawać. Wojna secesyjna minęła, a na tych ziemiach i tak odnajdziesz niewolników. Ja się przedstawiłem, teraz pora synu na ciebie. – Z brązowych oczu białego nie widać było żadnego fałszu, czy też oszustwa, dlatego Indianin wydusił z siebie:
– Jestem Czarny Niedźwiedź, syn Sędziwego Byka wodza Siuksów.
– Potężne imię, nie ma w tej krainie nikogo bardziej niebezpiecznego, niż niedźwiedź, nie licząc zdradzieckich ludzi, ale to inna bajka. Więc jesteś tym poszukiwanym, groźnym przestępcą? Jakoś nie pasujesz mi na takiego. Siadaj młody do stołu, wprawdzie jesteś osłabiony, jednak musisz się hartować, te tereny, jak sam dobrze wiesz, nienawidzą słabości. – Z trudem dosiad się do Jeffersona, a następnie z apetytem zaczął zajadać się przyrządzoną potrawką.
– Czarny Niedźwiedziu w czasie ataku widziałem w twoich oczach coś, co sam miałem dwadzieścia lat temu. Bezradność i pustkę, chciałeś zdać się na wiatr, mając nadzieję, że poprowadzi cię ku upragnionej śmierci, na którą sam się nie zdecydujesz. – Indianinem targnęły wątpliwości, czyżby ten biały człowiek był czarownikiem?
– Pierwsza zasada przebywania wśród białych, zawsze miej niewzruszoną twarz, inaczej zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce cię wykorzystać do własnych celów. Chłopcze, wszystko w moim starym, zniszczonym ciele mówi mi, bym cię nauczył trochę o życiu, jesteś odważny i waleczny, jednak w tym stale zmieniającym się świecie to tylko odrobina, by przetrwać. Czasy świetności czerwonych braci mija i z chęcią zgodzę się, że blade twarzy niosą ze sobą, niczym zaraza śmierć i zniszczenie. To tak, jakby klątwa głupoty wisiała nad moją rasą. Dam ci propozycję chłopcze, zostań na mojej małej farmie, tak długo, aż będziesz gotowy. Może i jestem stary, lecz pod tą siwą kopułą mieści się wiele umiejętności, które ci się przydadzą. To co? – Spojrzał na rannego pytającym wzrokiem.
– Skoro Wielki Manitu mnie tutaj przyprowadził, widocznie taka jest jego wola.
– Wyśmienicie, od jutra rana zaczniemy, dzisiaj jeszcze będziesz miał ten przywilej spania w łóżku, jednak później będziesz musiał je sobie zrobić. – Wyszedł w ciemną, gwiaździstą noc, a Czarny Niedźwiedź udał się do spania, gdy zadane rany, dały o sobie znać.
     Jefferson nie silił się na delikatność, gdy budził młodzieńca. Wiadro lodowatej wody chlusnęło na śpiącego, który wyskoczył, jak oparzony.
– Kur zapiał, pora wstawać, w skrzyni obok znajdziesz czyste rzeczy, ubierz się i widzimy się na zewnątrz, czeka nas masa pracy. – Nie czekając na nowego pomocnika, wyszedł, a po chwili dołączył do niego Indianin.
– Jakby to powiedział typowy przedstawiciel białej rasy, teraz wyglądasz, jak człowiek. Po pierwsze bierzemy się za ścięcie kilku drzew, zrobimy z nich deski. – Udali się oboje i z wielkim trudem zrobili to, co chcieli, pół dnia zabrało im, pocięcie ogromnych pni na coś użytecznego. Czarny Niedźwiedź nie miał czasu, by o czymkolwiek pomyśleć, cały czas pracował. A to trzeba było zbić łóżko dla niego, naprawić uszkodzony płot, by bydło nie uciekło, użyźnić ziemie cuchnącym obornikiem, uszczelnić dach, narąbać drewno na opał, posprzątać po zwierzętach.
     Dopiero, jak zmrok powoli nadchodził, cały obolały rozsiadł się na ganku.
– I co młody, mozolna i ciężka praca ranczera jest, co nie? Jednak czy czujesz się źle?
– Nie panie Kid, odczuwam zmęczenie, ale i zadowolenie, w końcu dzięki wyczerpującej pracy nie miałem czasu na myślenie. – Tak kazał się nazywać stary Jefferson.
– Nadmierne myślenie jest wrogiem każdego organizmu, mam dla ciebie podarunek, trzymaj. – Rzucił w jego kierunku podłużny, zawinięty w płótno pakunek. Czerwonoskóry z niecierpliwością rozwinął go, ujrzał dziwny karabin z rączką zamka u dołu.
– Poznaj drogi kolego karabin Sharpsa, gwintowany, celny skurczysyn, amunicję do niego kupisz w każdym sklepie, a i sam możesz sobie ją zrobić. Odchylasz rączkę zamka, wkładasz nabój, odchylasz kurek i strzelasz. Wprawdzie musisz tę sekwencję powtarzać, co wystrzał, jednak ta broń biję pod każdym względem Winchestera, którym jedynym walorem jest szybkostrzelność. Jak pojedziemy do sklepu, postaramy się dla ciebie o rewolwer, każdy wędrowiec musi mieć broń krótką i długą. Jutro na polowaniu nauczysz się strzelać z tego cacuszka, a teraz idź odpocząć, na coś poszerzyliśmy tę rudę, prawda? – Z bolącymi mięśniami Indianin legł na swoim nowym łóżku, wewnątrz chatki, skoro zaczął nowy rozdział życia, musi dać z siebie wszystko.

1 komentarz

 
  • Almach99

    No, no... Z golymi rekoma rzucic sie Na wilki...

  • krajew34

    @Almach99 głupota młodości, a zwierzęta były osłabione długim głodem, stąd mu się udało.