
Marta patrzyła chłopcu prosto w oczy.
- Wiesz, że oni tu zawsze nazywali mnie “cnotka-niewydymka”, że miałam nienaganną reputację… A ty tak najpierw sam mnie przeleciałeś… a potem niemal z kolegami… Zależy mi na opinii. Ale wiesz co… ja często rano zachodziłam do kościoła. A przeważnie tam nikogutko rano nie było. Zazwyczaj sama klęczałam w lewej nawie… Czyż to nie najbardziej stosowne miejsce dla tak cnotliwej panny?
Rumieniec na twarzy kobiety kazał mu się zastanowić nad tym co usłyszał. Kogo obchodzi co robi rano? Chyba, że … Dopiero po chwili dotarło do niego co usłyszał. Oczywiście liczył, że będzie chciała się jeszcze spotkać. Doświadczenie tak mu podpowiadało i nie był zaskoczony. Ale w kościele? To chyba nie może być prawda? “Ależ to mogłaby być jazda! Niezła jazda! Zerżnąć taką damulkę w bocznej nawie… Wydobyć w tej ciszy kościoła - słodkie pojękiwania pani profesorki… Skoro sama kusi…”
Postanowił jednak trochę pobłaznować, przyjął mocno zdziwiony wyraz twarzy, wręcz wyrażający zgorszenie.
– Pani profesor, proponuje mi pani schadzkę i do tego w kościele? Taka z pani cnotliwa niewiasta?
Chyba trochę przesadził ale mina Marty warta była ryzyka. Nabrała już powietrza gdy jej przerwał, puentując żart: – z największą przyjemnością!
Jej twarz złagodniała, gdy powiedziała głośno – kretyn! O żadnej schadzce nie może być mowy…
Nie pozostał jej dłużny – bigotka!
Zaśmiała się pięknym i jednocześnie zmysłowym śmiechem. Bardzo zyskiwała przy bliższym poznaniu. Ciekawe, co tak naprawdę myślała? Romek pierwszy raz żałował, że najbliższa lekcja historii jest dopiero za trzy dni.
W głowie pojawiła się też niesforna myśl: gdyby tak naprawdę postarać się poprawić oceny z historii? Dla niej! Może będzie okazja aby o tym pogadać? Trzeba by zorganizować prawdziwą randkę.
Póki co, nie mógł jej nawet odprowadzić, chyba żeby… jeszcze nie teraz!
Spóźnił się trochę na obiad, ale sytuacja była wyjątkowa. W domu błyskawicznie odrobił lekcje, rano może zabraknąć czasu nawet na spisanie z kogoś. Po obiedzie trochę się pokręcił, zasymulował ból głowy i poszedł do siebie. Chyba nawet siostra to kupiła. Młoda była trochę zazdrosna o brata i bardzo ciekawska. Podejrzewał, że z tego powodu przyjaźniła się z jego koleżankami, czujnie sprawdzając stopień zażyłości. Na wszelki wypadek mruknął coś o nawiedzonej Historycy, która postanowiła uzupełnić ich wiedzę na dodatkowych zerówkach. Była to półprawda, bo przewidziana była tylko jedna dodatkowa godzina w tygodniu, ale trzeba było jakoś uzasadnić poranne wstawanie.
Rano wstał dużo wcześniej i ogolił się. W najbardziej niechętny sposób na jaki było go stać wyszedł z domu. Po drodze pouczał się w myślach, aby dać kobiecie trochę czasu, zadbać o nią, nawet gdyby to miało skutkować brakiem czasu na jego finał. W kilka minut był pod kościołem. Przez chwilę obserwował okolicę, ruch był jeszcze niewielki. Wszedł głównym wejściem i spojrzał w kierunku prezbiterium.
Tak jak się spodziewał w ławkach przed główny ołtarzem majaczyły w mroku jakieś postacie. Ale w głównej nawie nikogo nie było tak samo jak w bocznych. Już miał wyjść zawiedziony, gdy zza filara dobiegło go stuknięcie. Dopiero teraz zauważył, że jedna ławka była bardziej ukryta przed wzrokiem postronnych.
Klasyczny mebel z siedziskiem, klęcznikiem i pulpitem. Kilka takich konstrukcji, pamiętających lata świetności świątyni stało tam porzuconych. Automatycznie oszacował ich przydatność do akrobacji i zbliżeń męsko-damskich.
Siedziała tam pani Profesor, a obok leżała rozpięta torebka. Na wierzchu widać było coś jakby chusteczkę do nosa. Kobieta podniosła wzrok i uśmiechnęła się.
– Zdjęłam na wszelki wypadek, gdybyś chciał znów coś rozrywać.
Teraz już rozpoznał majteczki wystające nieskromnie z torebki. Ogarnął go szał pożądania. Ale skupił się na bieliźnie. Wziął w ręce. Piękne! Wzór wyczuwalny pod palcami. Haft? Pośrodku romb z delikatnej tkaniny z kropeczkami. Fragmenty odchodzące w stronę bioder prawie przeźroczyste z kontrastującymi haftowanymi kwiatami. Nie mógł uwierzyć, że założyła to specjalnie dla niego. I zdjęła! Co do koloru, no cóż był facetem! Żaden z kolorów nazywanych przez projektantów mody i kobiety nie miał odniesienia do oficjalnej palety barw. Zresztą są tylko cztery kolory! Porzucił tę myśl i uniósł wzrok aby zobaczyć w czym ukrywają się piersi. Sięgnął do guzików. Drobne dłonie zatrzymały go – zostaw! – Czyżby aluzja do ostatnich wydarzeń?
Ukazał się biustonosz udający, że zakrywa kwiatowym haftem brodawki. Sięgnął jak po swoje dotykając, jeszcze delikatnie.
Powstrzymał się od natychmiastowego ostrego dobierania się do nauczycielki. Najpierw powoli wyłuskał piersi, czyniąc z tego prawdziwy rytuał - złapał za nie i wysunął z miseczek stanika.
Marta oczywiście protestowała przy tym, ale doskonale wiedział, że to działanie “pro forma”.
– Przestań… przestań ty lubieżniku… Stanika nie zdejmę, o nie...
Nie przejął się takimi protestami. Obejmował jej piersi coraz mocniej, zaczął masować je i ściskać… wreszcie sięgnął do sutków i zaczął ssać.
Mimo woli zwiększał nacisk.
Jednocześnie sięgał do jej spódnicy. Rozochocony działał dalej, zawijając spódnicę do góry. Ręka natrafiła na pas i podwiązki. W głowie błysnęła żartobliwa myśl: dobrze, że sama zdjęła majtki. Jeszcze bym się zaplątał! W jakiej kolejności to się zakłada i zdejmuje?! Kto i po co skomplikował proste rzeczy? Dziewczyny zdejmowały rajstopy razem z majtkami w mgnieniu oka. Czasami wystarczyło z jednej nogi. No, ale to wygląda dużo seksowniej! A tej babce wyjątkowo pasuje!
Rozepchnął jeszcze jej nogi, jedną pozostawiając na siedzeniu ławki, drugą umieszczając na blacie.
– Przestań… przestań… Nie za daleko się posuwasz…? Ładnie to tak pobożnej parafiance podwijać spódnicę w kościele?
– Nawet bardzo ładnie! Wybitnie ładnie tej parafiance, wręcz do twarzy z zadartą kiecką! Zwłaszcza gdy parafianka dowiodła swej pobożności, zdejmując uprzednio swe arcyseksowne majteczki…
Zsunął się niżej, nie zważając na uwierający klęcznik. Jej kobiecość wdzięcznie się rozchyliła ukazując delikatny owal. Jak tak delikatna struktura przetrwała wczorajsze brutalne traktowanie? Pomógł sobie troszkę palcami by dotrzeć do łechtaczki i dotknął ją językiem. Biodra delikatnie się poruszyły. Zaczął poruszać językiem w górę i w dół, kręcąc też kółeczka.
– Przestań… achhh… achhh ty lubieżniku… Co ty mi wyprawiasz…
– Co wyprawiam? Dbam o formę tej delikatnej myszki… Która musi być gotowa na ten brutalny akt, co to ją wkrótce spotka…
Marta złapała go nagle za włosy, nie mocno, ale zdecydowanie. Pociągnęła głowę do góry, zmuszając, żeby spojrzał jej w oczy.
Jej twarz była zarumieniona, oczy błyszczały mieszanką wstydu i czegoś głębszego, co Romek odczytał jako wyzwanie.
Ale w jej głosie zabrzmiało wahanie, prawdziwe lub udawane – trudno było powiedzieć.
– Romek... przestań. Naprawdę przestań – wyszeptała, a jej dłonie drżały lekko, jakby walczyła sama ze sobą. – To nie jest miejsce... nie jestem taka. Proszę, nie rób tego.
Jej słowa brzmiały jak protest, ale biodra Marty nieznacznie się poruszyły, jakby ciało zdradzało umysł. Romek poczuł, jak jego podniecenie rośnie – ta mieszanka oporu i ukrytego pożądania działała na niego jak afrodyzjak. Wiedział, że ona chce, czuł to w sposobie, w jaki jej palce zacisnęły się na jego włosach, nie odpychając go całkiem, tylko trzymając w miejscu.
W jej oczach migało coś kuszącego, co mówiło: "Zrób to, mimo wszystko. Zrób to mocno."
Nie opuścił wzroku z jej twarzy. Jednocześnie, powoli, ale stanowczo, przesunął dłonie wzdłuż jej ud, wyżej, pod spódnicę, która już była zadarta. Palce natrafiły na wilgoć, na delikatną skórę, która drgnęła pod dotykiem.
Marta zacisnęła usta, próbując stłumić jęk, ale jej oddech przyspieszył.
– Nie... Romek, nie możesz... Jesteśmy w kościele, na Boga... – wyszeptała, a jej głos załamał się na końcu.
Próbowała złożyć nogi, ale on był szybszy, rozepchnął je szerzej, jedną opierając na klęczniku, drugą na krawędzi ławki. Jej protesty brzmiały coraz słabiej, jakby recytowała je z pamięci, podczas gdy ciało mówiło co innego – biodra uniosły się lekko, zapraszając.
W głowie Marty kłębiły się myśli: "Nie powinnam, to szaleństwo, to grzech... Ale Boże, jak bardzo tego chcę. Chcę poczuć, jak mnie bierze, jak mnie wypełnia, jak mnie łamie."
Walczyła z sobą, zaciskając pięści na oparciu ławki, ale nie odpychała go. Chciała, żeby to on przełamał barierę, żeby to on był tym brutalnym, a ona – ofiarą, która się opiera, ale poddaje.
Romek nie czekał dłużej. Sięgnął do swojego rozporka, rozpinając go szybko, ale celowo powoli, żeby przedłużyć napięcie. Wyjął, twardego i gotowego, i przycisnął do jej wejścia, tylko na chwilę, drażniąc. Marta drgnęła, jej oczy rozszerzyły się.
– Nie, proszę... nie wchodź... Nie rób mi tego... – błagała szeptem, ale jej dłonie nie powstrzymywały go. Zamiast tego, jedna z nich zsunęła się na jego ramię, ściskając materiał koszulki, jakby chciała go przyciągnąć bliżej.
"Tak, wejdź – myślała gorączkowo. – Wejdź ostro, zrób to, żebym krzyknęła."
On pchnął lekko, wchodząc tylko czubkiem, czując, jak jej ciało zaciska się wokół niego. Była mokra, gotowa, mimo protestów. Marta zakryła usta dłonią, tłumiąc cichy jęk, który brzmiał jak mieszanka bólu i ulgi.
– Wyjdź... ach, nie... to boli... – skłamała, bo wcale nie bolało tak bardzo, jak chciała udawać. Chciała, żeby bolało bardziej, żeby to było surowe, prawdziwe. Jej biodra uniosły się mimowolnie, zapraszając głębiej.
Chłopak uśmiechnął się w duchu, czując tę sprzeczność w niej. Sprzeczność, która tak bardzo go rajcowała. Pchnął mocniej, wchodząc do połowy, czując opór mięśni, który szybko ustępował. Jej ścianki zacisnęły się wokół niego, gorące i wilgotne.
Zaczął się poruszać powoli, stopniowo, wychodząc prawie całkiem i wchodząc znów, za każdym razem głębiej.
– Przestań, Romek... ktoś może przyjść... to grzech... – protestowała, a jej głos drżał. Ale nogi oplotła wokół jego bioder, przyciągając go bliżej.
"Nie przestawaj – myślała. – Rżnij mnie mocniej, zrób, żebym zapomniała o wszystkim."
Przyspieszył, pchnięcia stały się ostrzejsze, głębsze. Trzymał ją za biodra, wbijając palce w skórę, zostawiając ślady. Każde pchnięcie wywoływało cichy plaśnięcie, echo w ciszy kościoła. Marta gryzła wargę, próbując nie jęczeć głośno, ale jej protesty mieszały się z westchnieniami.
– Nie... achhh... za mocno... zwolnij... – szeptała, ale jej ręce wplotły się w jego włosy, przyciągając jego twarz do swoich piersi. Chciała więcej, chciała, żeby ją posiadł całkowicie, żeby to było brutalne, wręcz nawet zwierzęco.
Romek nie zwalniał. Przesunął jedną dłoń na jej pierś, ściskając mocno, co wywołało u niej zduszony krzyk. Pchnął głęboko, do końca, czując, jak uderza w dno jej pochwy.
Jej ciało wygięło się w łuk, a protesty stały się chaotyczne: - Nie... tak... nie... och, Boże...
W końcu stracił kontrolę. Pchnięcia stały się szybkie, rytmiczne, ostre jak ciosy. Trzymał ją mocno, wbijając się w nią raz po raz, czując, jak jej ścianki pulsują wokół niego. Marta opierała się do końca – słowami, nie ciałem. - Przestań... proszę... to za dużo... – szeptała, ale jej biodra odpowiadały na każde pchnięcie.
W środku wręcz cała wrzała: "Tak, właśnie tak, rżnij mnie, zrób, żebym doszła..."
W tle słychać było jakieś dźwięki czy głosy ale tu byli sami, odgrodzeni od świata solidnym filarem romańskiej budowli. Poza tym było już za późno na jakiekolwiek maskowanie.
Romek zamarł na moment, wciąż w niej będąc, czując jak jej mięśnie mimowolnie zaciskają się wokół niego w tych drobnych skurczach.
– Co… co jest? – wyszeptał, próbując złapać oddech.
Marta drżała.
– Za trzy minuty będzie tu pani Genowefa z kluczami do zakrystii. Zawsze przychodzi kwadrans przed siódmą zapalić świece na bocznym ołtarzu. Zawsze.
Romek poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy szybciej niż napływała jeszcze chwilę wcześniej.
– Serio?
– Bardzo serio. – Marta delikatnie, ale stanowczo odepchnęła go biodrami.
W sekundę poprawiła spódnicę, poprawiła biustonosz, zapięła dwa najwyższe guziki bluzki jedną ręką, drugą już sięgając po torebkę. Majtki wylądowały w środku w ułamku sekundy – nawet nie próbowała ich zakładać.
Romek gorączkowo zapinał rozporek, czując się jak nastolatek przyłapany przez sprzątaczkę na boisku o 2 w nocy.
– Cholera, cholera, cholera…
– Cicho – syknęła Marta, ale w kącikach jej oczu tańczyły iskierki rozbawienia. – I nie tup tak. Echo.
Właśnie wtedy usłyszeli bardzo charakterystyczne, metaliczne brzęknięcie – klucz obracany w zamku bocznych drzwi.
Ale wtedy coś w nim pękło.
Złapał ją mocno za biodra, przycisnął z powrotem do oparcia ławki. Gwałtownie. Bez pytania.
– Romek… – w jej głosie pojawiło się ostrzeżenie, ale też ten charakterystyczny, niski, drżący ton, który już znał.
– Ciii… – warknął cicho prosto do jej ucha. – Trzy minuty, mówisz? To wystarczy.
Próbowała się wyrwać, odepchnąć go dłońmi od klatki piersiowej.
– Zwariowałeś? Słyszałaś klucz!
Nie puścił. Jedną ręką złapał ją za nadgarstki, drugą szarpnął spódnicę do góry, odsłaniając wszystko naraz. Była wciąż mokra, rozpalona.
– Nie… nie teraz… – wyszeptała, ale głos jej się załamał, kiedy jednym szybkim, brutalnym ruchem wszedł w nią głęboko, do samego końca.
Zatchnęło ją. Oczy rozszerzyły się, usta otworzyły w bezgłośnym krzyku.
– Cicho, bo nas usłyszy – syknął, zakrywając jej usta dłonią.
Zaczął ją rżnąć mocno, szybko, bez finezji, bez ociągania się. Każde pchnięcie było głębokie, agresywne, jakby chciał ją przebić na wylot przez drewnianą ławkę. Drewno zaskrzypiało pod nimi niebezpiecznie głośno.
Marta szarpała się, próbowała odepchnąć, ale jednocześnie jej biodra mimowolnie wychodziły mu naprzeciw. Walczyła z nim i z sobą jednocześnie.
– Przestań… cholera… przestań… – powtarzała zduszonym szeptem prosto w jego dłoń, ale jej cipka zaciskała się na nim coraz mocniej, zdradzając ją całkowicie.
Puścił jej nadgarstki, złapał obiema rękami za tyłek, podniósł ją lekko, żeby móc wchodzić jeszcze głębiej, jeszcze ostrzej. Uderzał w nią z taką siłą, że jej piersi podskakiwały pod bluzką, guziki groziły rozerwaniem.
Wtedy usłyszał kroki. Blisko. Bardzo blisko.
Pani Genowefa już była w środku. Szurała butami po posadzce, mruczała pod nosem.
Marta zamarła. Szeroko otwarte oczy, panika, przerażenie – i jednocześnie jej ciało dalej go przyjmowało, dalej pulsowało.
Romek nie zwolnił. Wręcz przeciwnie. Przycisnął ją mocniej do filaru, zakrył jej usta jeszcze silniej, a drugą ręką złapał ją za włosy u nasady karku, odchylając głowę do tyłu.
– Ani… jednego… dźwięku… – wyszeptał jej prosto w ucho, wbijając się w nią tak mocno, że poczuł, jak jej ciało drży w kolejnym, niekontrolowanym skurczu.
Marta zacisnęła zęby na jego dłoni. Łzy napłynęły jej do oczu – nie z bólu, tylko z tej chorej, absolutnej bezsilności.
Kroki zbliżały się… potem oddaliły… zapaliła się zapałka…
A Romek w tym samym momencie doszedł w niej – gwałtownie, głęboko, wypełniając ją do granic, czując jak jej cipka zaciska się w spazmatycznych skurczach, jak dochodzi razem z nim, mimo wszystko, mimo przerażenia, mimo kroków pani Genowefy zaledwie kilka metrów dalej.
Kiedy w końcu puścił jej usta, Marta dyszała ciężko, trzęsła się cała, włosy przyklejone do twarzy potem i łzami.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
Potem szepnęła, ledwo słyszalnie, głosem zachrypniętym i wściekłym jednocześnie:
– Jesteś… pieprzonym… psychopatą… brutalem…
Uśmiechnął się krzywo, wciąż w niej, wciąż czując ostatnie drgania.
– A ty dochodzisz jak dziwka, nawet kiedy sama Genowefa stoi pod bokiem.
Marta zamknęła oczy. Westchnęła ciężko.
– Następnym razem… nie dam ci.
– Następnym razem – odszepnął, powoli się z niej wysuwając – zabierzemy klucz od zakrystii.
Wyciągnął z kieszeni chusteczkę, wytarł ją delikatnie między nogami, jakby nigdy nic się nie stało.
Potem oboje ubrali się w rekordowym tempie, nasłuchując, jak pani Genowefa oddala się w stronę zakrystii.
Kiedy wyszli bocznymi drzwiami, na dworze wciąż było szaro i zimno.
Marta poprawiła włosy, zerknęła na zegarek.
– Masz cztery minuty do dzwonka.
– A ty?
Spojrzała na niego długo, bardzo długo.
– Ja… – zniżyła głos – …muszę jeszcze dojść do siebie. I chyba się przebrać.
Romek uśmiechnął się szeroko, bezczelnie.
– To do następnego razu, pani profesor.
Odwróciła się na pięcie i odeszła szybkim krokiem, lekko chwiejąc się na wysokich obcasach. I kręcąc, jak zawsze, kusząco tyłkiem.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
japanlover
Czy jest miejsce w którym nadobna profesor Marta nie doświadczy uciech cielesnych?
Chyba nie.
Ale to dobrze. Każda przygoda miło nakręca i daje przyjemność z jej poznawania.
Historyczka
@japanlover
No ograniczeniem jest tu jedynie czas, bo nie wyobraźnia

Ależ zasadne pytanie!
A czy podpowiesz jakieś ciekawe miejsca?
rotmistrz
@Historyczka ja bym cie martusiu wziąl po kawaleryjsku czyli nogi na pagony spiewając żurawiejkę,prosze o odpowiedz
Historyczka
@rotmistrz

Ojej... jakże obrazowa jest ta kawaleryjska perspektywa... Panna ma wówczas do czynienia z wojskowymi insygniami... i zdaje się nie tylko... A do tego przy militarnych melodiach... Ach... Bosko...
jacek795
Mhymmmmm, to było naprawdę dobre
Historyczka
@jacek795

Jakże miło autorce otrzymywać tak sympatyczne opinie...
A co się najbardziej podobało?