
On publikuje swoją wersję, ja swoją...
Moja jest pisana z mojej perspektywy i nieco "ulizana". Dlatego gorąco polecam wersję Romka - jest i pełniejsza treściowo i jeśli chodzi o głębię.
.............................................................................
***
1985 rok zapadł mi w pamięci, jak żaden inny.
***
Szłam korytarzem liceum, a stukot moich obcasów o lastryko brzmiał jak odliczanie przed egzekucją. Poprawiłam mankiet jedwabnej bluzki, by ukryć drżenie dłoni.
Przez ostatnie miesiące uczyłam klasę humanistyczną. Tam historia była jak poezja; płynęła miękko. Ale teraz stałam przed drzwiami sali numer 24. Klasa III C. Profil matematyczno-fizyczny. Elita logicznego myślenia, przyszli budowniczowie mostów i konstruktorzy maszyn, którzy przez ostatnie pół roku – dzięki chronicznym zwolnieniom mojej poprzedniczki – traktowali historię jak zbędną zmienną w równaniu, którą można po prostu wykreślić.
Nacisnęłam klamkę.
W sali panował gwar, który natychmiast zamienił się w gęstą, wyczekującą ciszę. Uderzył we mnie zapach tytoniu przemyconego na ubraniach i potu po lekcji WF-u. Siedzieli tam – zwarta, męska banda w rozciągniętych swetrach i dżinsach Odra, patrząc na mnie z mieszanką rozbawienia i jawnego lekceważenia. Byli zgrani jak szwajcarski mechanizm.
Na środku pierwszej ławki leżał gruby zbiór zadań z fizyki, a obok niego, jakby na urągowisko, rzucony niedbale, zakurzony podręcznik do historii.
– Dzień dobry – powiedziałam, kładąc skórzaną teczkę na katedrze. Mój głos był suchy i czysty. – Przez najbliższy rok będę uczyć was, że czas to nie tylko jednostka w układzie SI...
Jeden z chłopców w trzeciej ławce, o spojrzeniu zbyt bystrym, by wróżyło mi to spokój, powoli zamknął zeszyt w kratkę. – Pani profesor – zaczął z lekkim uśmiechem, który nie dotarł do oczu. – My operujemy na faktach i liczbach. Historia to tylko... opinie o zmarłych ludziach. Po co marnować na to moc obliczeniową?
Cała klasa zamarła, czekając na moją reakcję.
Wygładziłam dłońmi wełnianą spódnicę, pilnując, by szew biegł idealnie prosto wzdłuż uda. Przez moment poczułam ukłucie niepokoju – była odrobinę za krótka. Może zbyt odważna jak na standardy gomułkowskich jeszcze gmachów, w których przyszło mi pracować? Ale przecież byłam młoda. Choć w głębi duszy czułam się jak płocha dziewczyna, która ledwo co odebrała dyplom i teraz, rzucona na głęboką wodę, sama prosi się o kłopoty.
Wszystkie moje staranne przygotowania, te godziny spędzone na układaniu narracji o powstaniach i traktatach, a nawet te żałosne próby przed lustrem, gdzie ćwiczyłam barwę głosu i stanowcze gesty – wszystko to rozbijało się o jeden obraz. O niego.
To był wysoki blondyn z długimi włosami, typowo „mat-fizyczna” uroda zmieszana z czymś niepokojąco dojrzałym. Siedział tam, w tej trzeciej ławce, spokojny i tak pewny siebie, że aż budziło to we mnie dreszcz. Próbowałam go przyłapać. Chciałam mieć ten dowód, tę przewagę, jaką daje złapanie ucznia na gapieniu się na moją pupę czy dekolt. Ile razy odwracałam się gwałtownie od tablicy, gotowa skarcić go wzrokiem?
I za każdym razem przegrywałam.
Jego oczy były zawsze podniesione, ale – co za bezczelność – wcale nie patrzył mi w oczy. Rozpoznałam tę sztuczkę natychmiast; socjologia na studiach nie poszła w las. Patrzył odrobinę wyżej, w punkt na moim czole. Ta technika dawała mu absolutny komfort. Panował nad kontaktem wzrokowym, trzymał mnie na dystans, a jednocześnie nie pozwalał mi się oskarżyć o nic konkretnego. To była czysta, inżynierska strategia dominacji.
Nawet, stojąc przed lustrem w sypialni i obserwując, jak materiał spódnicy opina moje biodra, poczułam pieczenie na policzkach. Wyobraziłam sobie, jak on śledzi ten ruch w klasie. Jak analizuje moje kroki między ławkami, jakby wyliczał trajektorię jakiegoś pocisku.
— Kurczę... Marta, opamiętaj się — szepnęłam do swojego odbicia, zaciskając dłonie na krawędzi toaletki. — Ten gnojek cię zaczarował, czy co? To tylko uczeń.
Ale wiedziałam, że kłamię. W sali numer 24, przy nim, wcale nie czułam się jak pani profesor. Czułam się jak obiekt poddany wnikliwej obserwacji, którego wytrzymałość materiału właśnie była testowana.
Poczułam lekkie ukłucie satysfakcji, gdy punktualnie o siódmej rano przekroczyłam próg sali. Wywalczyłam tę „zerówkę” u dyrektora z uporem godnym lepszej sprawy. Musiałam nadrobić te pół roku pustki, którą zostawiła po sobie moja poprzedniczka, choć wiedziałam, że dla III C jestem w tej chwili wrogiem numer jeden. Dla nich historia była tylko szumem informacyjnym.
Ułożyłam starannie dziennik na biurku, delektując się ciszą pustej jeszcze pracowni. Moja garsonka była dziś wyjątkowo dopasowana – granatowa, z rozcięciem, które przy każdym kroku zdradzało może odrobinę za dużo, ale dodawało mi pewności siebie.
Kiedy zaczęli się schodzić, udawałam, że wertuję notatki. Słyszałam ich stłumione głosy, szuranie trampek i ten specyficzny, poranny zaduch młodych mężczyzn, którzy niechętnie zwlekli się z łóżek. Kątem oka wyłapałam moment, w którym do sali wpadł on. Romek.
Wyglądał na zdyszanego, jakby biegł co sił w nogach, żeby tylko zdążyć przed dzwonkiem. Przyniósł ze sobą powiew chłodnego, porannego powietrza wymieszany z ostrą nutą Warsa. Usiadł w swojej trzeciej ławce, a ja czułam na sobie jego wzrok, gdy tylko odwróciłam się, by zapisać datę na tablicy. Wiedziałam, co widzi. Widział linię moich bioder, widział materiał spódnicy, który opinał się przy każdym ruchu ręką z kredą.
Czułam się podglądana, niemal obnażona przez tę jego inżynierską analizę mojego wyglądu. On na pewno myślał, że przejrzał mnie na wylot – że widzi we mnie tylko młodą „damulkę”, która pindrzy się przed lustrem. I miał rację, do diabła, miał rację! Ale nigdy nie dałabym mu tej satysfakcji, by to zauważył.
Odłożyłam kredę i odwróciłam się gwałtownie, licząc na to, że tym razem go ustrzelę. Że zobaczę to pożądliwe spojrzenie wbite w moje uda. Ale on znów był szybszy. Jego oczy, choć utkwione w mojej twarzy, celowały w ten przeklęty punkt nad brwiami. Był irytująco spokojny.
– Skoro wszyscy już są, nawet ci najbardziej zabiegani... – rzuciłam, zawieszając głos na Romku, a on tylko lekko uniósł kącik ust. – Zaczniemy od sprawdzenia, czy wasza pamięć jest równie sprawna jak wasze kalkulatory.
Poczułam, jak skacze mi ciśnienie. On patrzył na mnie jak na estetyczny dodatek do nudnego poniedziałku, jak na wredną, ale ładną przeszkodę. A ja, zamiast skupić się na lekcji, zastanawiałam się, czy on czuje zapach moich perfum tak wyraźnie, jak ja czuję jego wodę po goleniu.
To była wojna podjazdowa. On pilnował swojego wzroku, a ja swojej godności, choć oboje wiedzieliśmy, że ta krótka spódnica jest dzisiaj moją najsłabszą i jednocześnie najmocniejszą stroną.
Uśmiechałam się. To była moja pierwsza linia obrony – szeroki, niemal przyklejony do twarzy uśmiech, który miał być maską dla mojego braku pewności. Myślałam naiwnie, że jeśli będę wyglądać na życzliwą i pogodną, nikt nie zauważy, jak bardzo trzęsą mi się ręce, gdy staję oko w oko z tymi wyrostkami. Szczególnie z nim, z Romkiem.
Żeby nie stać w miejscu jak skamieniały posąg, zaczęłam krążyć po sali. To był mój rytuał. Stukot moich szpilek o szkolne lastryko wybijał rytm – suchy, twardy dźwięk, który wypełniał ciszę klasy. Kochałam te moje wysokie obcasy; dodawały mi tych kilku centymetrów, których tak bardzo potrzebowałam, by patrzeć na nich z góry, choćby tylko fizycznie.
Czułam na sobie ich spojrzenia. Dziewczyny, te nieliczne w klasie mat-fizu, mierzyły mnie wzrokiem od stóp do głów z tą specyficzną, młodzieńczą złośliwością. Wiedziałam, co o mnie mówią w łazienkach: „największa elegantka”, „odstawiona jak na dancing”. Nie dbałam o to. Gorzej było z chłopcami. Ich głupawe uśmieszki i szeptane między ławkami komentarze docierały do mnie jak echo. Wiedziałam, jaką łatkę mi przypięli. „Największa cycatka w budzie”.
Czy byłam prowokująca? Może. Zakładając te wszystkie obcisłe bluzki, które podkreślały mój biust, czułam, że odzyskuję cząstkę kontroli. Jeśli i tak mieli się gapić, niech gapią się... Chciałam być dla nich kimś, kogo nie da się zignorować, nawet jeśli ceną była ich prymitywna fascynacja.
Przeszłam obok ławki Romka. Zapach mydła i Warsa uderzył we mnie ponownie, a ja, zamiast przyspieszyć, zwolniłam. Moja spódnica niemal otarła się o brzeg jego blatu. Czułam, jak serce wali mi w piersiach, a obcisły materiał bluzki zdradziecko unosi się i opada przy każdym głębszym oddechu.
Chciałam, żeby na mnie patrzyli. Chciałam, żeby czuli mój autorytet wymieszany z kobiecością. Ale gdy tylko zerknęłam na Romka, on znów to zrobił. Uniósł wzrok na wysokość mojego czoła, ignorując dekolt, który miał niemal przed nosem. Ten jego spokój był jak policzek wymierzony w moją wyreżyserowaną pewność siebie.
– Czy wszystko jasne, panie Romku? – zapytałam, przystając tuż przy nim. Moje perfumy musiały wypełniać teraz całą jego przestrzeń.
Poczułam satysfakcję, gdy wpadł do klasy sekundy przed dzwonkiem, rozgrzany biegiem, z tą swoją młodzieńczą energią, której nie potrafił do końca ukryć pod maską obojętności. Kiedy weszłam, poderwał się jako pierwszy. Ten jego domowy savoir-vivre, ta niemal instynktowna reakcja na wejście kobiety, zawsze zbijały mnie z tropu. Wyglądało to na szacunek, ale wiedziałam, że pod tą warstwą kryje się coś znacznie bardziej drapieżnego.
Ruszyłam w stronę katedry, pozwalając szpilkom wygrywać na lastryku ten mój nerwowy rytm. Czułam, jak obcisła spódnica krępuje mi ruchy, ale to było miłe więzienie – wiedziałam, że każdy mój krok jest analizowany przez trzydzieści par oczu, z których te najważniejsze należały do niego. Odczekałam te trzy sekundy, które dawały mu czas na „nacieszenie oka”, po czym gwałtownie odwróciłam się do klasy.
Znowu nic. Romek z nabożnym skupieniem studiował godło nad tablicą. Ten gnojek był niesamowity w swojej dyscyplinie.
— Dzień dobry, siadajcie — rzuciłam, starając się, by mój głos brzmiał profesjonalnie, choć w środku wciąż czułam to dziwne drżenie.
Usiadłam za biurkiem, poprawiając mankiet bluzki, która niebezpiecznie opinała mi się na piersiach przy każdym głębszym wdechu. Wiedziałam, że siedząc, wystawiam się na jeszcze bardziej bezkarne spojrzenia. Otworzyłam dziennik, wodząc palcem po liście nazwisk. W sali zapadła ta ciężka, duszna cisza, którą tak dobrze znałam z czasów moich własnych studiów. Cisza przed egzekucją.
— Czy są ochotnicy? — zapytałam, uśmiechnięta, choć w moich oczach czaiło się wyzwanie.
Nikt nie drgnął. Mój wzrok powędrował w stronę Romka. Zauważyłam, że jest nienaturalnie spięty. Jego twarz, wciąż czerwona po porannym sprincie, teraz wydawała się niemal płonąć. Zamarł w tej swojej ławce, jakby chciał stać się niewidzialny, co przy jego wzroście i tych blond włosach było niemożliwe. Coś było nie tak – ta jego nagła sztywność, to unikanie jakiegokolwiek ruchu... Czyżby mój „inżynier” tracił panowanie nad sytuacją?
Poczułam nagły przypływ bezlitosnej, pedagogicznej siły. Chciałam go mieć blisko. Chciałam, żeby stanął tu, przy moim biurku, gdzie zapach moich perfum i bliskość moich ud ostatecznie zburzą jego matematyczny spokój.
— Lasciate ogni speranza... — pomyślałam z przekąsem, zatrzymując wzrok na jego nazwisku.
— Panie Romualdzie — powiedziałam głośno. — Zapraszam do mnie. Może pan nam opowie o zmianie myślenia politycznego i gospodarczego na ziemiach polskich w drugiej połowie dziewiętnastego wieku? Proszę podejść bliżej, nie gryzę.
Widziałam, jak bierze głęboki wdech, jakby przygotowywał się do skoku do lodowatej wody. Musiał wstać. Musiał wyjść zza tej bezpiecznej ławki i przejść przez całą klasę, niosąc ze sobą tę swoją czerwoną twarz i – jak podejrzewałam po jego rozpaczliwym spięciu – coś jeszcze, czego żaden uczeń nie chce pokazywać swojej nauczycielce.
Czekałam, splatając dłonie na blacie i patrząc mu prosto w czoło.
Poczułam, jak krew uderza mi do policzków, choć starałam się zachować maskę chłodnej profesjonalistki. Wywołanie go do tablicy kosztowało mnie więcej sił, niż mogłoby się wydawać – krępowałam się, bo w głębi duszy, ten chłopak po prostu mi się podobał.
Ale ta trema miała w sobie coś uzależniającego. Chciałam, żeby tu podszedł. Pragnęłam, by stanął nade mną, gdy siedziałam przy biurku, i by z tej swojej wysokiej perspektywy mógł bezkarnie zaglądać w mój dekolt. Miałam dziś na sobie czarną, koronkową bieliznę i doskonale wiedziałam, że przy głębszym oddechu rąbek miseczki nieśmiało wyłania się spod bluzki. To było zawstydzające, a jednocześnie upajające. Walczyły we mnie dwie Marty: jedna chciała być szanowanym pedagogiem, druga – tą kusicielką, która karmiła się męskim zachwytem, choćby tylko w sferze domysłów i fantazji.
Bo wyobraźnię miałam wybujałą, może aż nadto.
Gdy czasem mijałam go na korytarzu, moje serce zawsze przyspieszało, a skóra cierpła w dziwnym wyczekiwaniu. Teraz, patrząc jak powoli zbiera się do wstania, moja myśl pognała w rejony, w których nauczycielka historii nigdy nie powinna się znaleźć. „Ciekawe, chłoptasiu, co tam ukrywasz w tym swoim mat-fizycznym świecie?” – pomyślałam przekornie. Wyobrażałam sobie, jak tam, pod blatem ławki, jego męskość reaguje na moją bliskość, jak staje się twarda. To była moja mała, prywatna gra.
Lubiłam słuchać jego głosu. Miał głęboką, męską barwę, która wibrowała w powietrzu inaczej niż piskliwe odpowiedzi niektórych jego kolegów. Chciałam tej wibracji blisko siebie.
– Zapraszam pod tablicę – powtórzyłam z uśmiechem, który musiał wydać mu się zagadkowy.
Złożyłam dłonie na blacie dziennika, prostując plecy, co nieuchronnie uniosło mój biust i sprawiło, że dekolt bluzki napiął się jeszcze mocniej. Czekałam, aż pokona te kilka metrów dzielących go od katedry, delektując się każdą sekundą. Wiedziałam, że to nie jest zwykła odpowiedź z historii.
Poczułam w sali gęstniejące napięcie. Wiedzieli, że ofiara jest tylko jedna, a ja trzymam ją na muszce. Romek próbował jeszcze walczyć, stosując te swoje techniczne uniki. Wstał, opierając dłonie na postawionym pionowo podręczniku, jakby chciał zbudować barykadę między moją ciekawością a tym, co działo się w jego spodniach. Widziałam tę hardość w jego oczach, ten błysk inteligencji, gdy chwycił książkę koleżanki i ruszył w stronę mapy.
Był sprytny. Operował jedną ręką na mapie, drugą trzymał książkę jako tarczę, zasłaniając krocze. Zaczął mówić – i robił to dobrze. Jego głos, ten niski, męski ton, wypełniał salę, a ja delektowałam się każdym słowem o pracy u podstaw i pozytywizmie. Ale nie mogłam mu pozwolić na ten komfort.
Wstałam. Podeszłam do pierwszej ławki, niemal czując na sobie nienawistne spojrzenia dziewcząt, i wzięłam kolejny podręcznik. Zamiast wrócić za bezpieczną katedrę, usiadłam na samym brzegu biurka, tuż przed nim. Usiadłam bokiem, pozwalając, by spódnica podjechała jeszcze wyżej, obnażając linię moich ud w cienkich pończochach.
Widziałam to. Jego wzrok, dotąd tak zdyscyplinowany, zaczął bezwiednie ślizgać się po moich nogach. Mówił dalej, ale w jego głosie pojawiła się chrypka, a logika wywodu zaczęła pękać pod naciskiem hormonów. To była ta chwila. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, że pod tą osłoną z papieru jego męskość pulsuje już w pełnym wzwodzie.
— Otwórz, proszę, podręcznik na stronie... — zawiesiłam głos, patrząc mu prosto w czoło, a potem niżej, w same oczy. — I przeczytaj nam drugi akapit.
To był cios poniżej pasa. Dosłownie. Musiał unieść książkę do czytania. Musiał odsłonić się. Uznać swoją kapitulację.
Romek, o dziwo, nie spuścił wzroku. W przypływie jakiegoś szalonego, męskiego ekshibicjonizmu, uniósł ten podręcznik i zaczął czytać, prezentując mi z bliska to, co tak bardzo chciałam zobaczyć – wyraźne, twarde wybrzuszenie w jego dżinsach, którego nie dało się już z niczym pomylić. Nie wstydził się. Patrzył na mnie, jakby rzucał mi rękawicę.
Poczułam, jak w dole brzucha wzbiera mi fala gorąca. Podciągnęłam nogi odrobinę wyżej, czując, jak biurko chłodzi moją skórę, i posłałam mu najbardziej dwuznaczny uśmiech, na jaki było mnie stać.
— Gdybyś od razu tak zaczął, to już byś miał ocenę — powiedziałam cicho, tak by słowa te dotarły do niego z całym swoim ciężarem. — A ja nie byłabym... mokra... od tego wodolejstwa.
W sali zapadła cisza tak absolutna, że słyszałam bicie własnego serca. Widziałam twarze dziewczyn – ich niewinne dotąd spojrzenia zmieniły się w czystą, lodowatą nienawiść. Zrozumiały. Zrozumiały, że właśnie na ich oczach, w świetle dnia, w szkole im. Romualda Traugutta, odbywa się brutalne siłowanie pary alfa. Ich młode i niewinne serduszka szczerze znienawidziły aspirującą do ich samca konkurentkę.
Poczułam, jak pod moimi palcami poci się skórzana teczka, którą bezwiednie ścisnęłam. W mojej głowie trwała gorączkowa licytacja. Czy oni to widzą? Czy ta cała klasa, ta zgrana banda, dostrzega, że to moje „siłowanie się” z nim to tylko desperacka zasłona dymna? Moja trema, ten paraliżujący brak pewności siebie, który tak starannie maskowałam obcisłą bluzką i stukotem obcasów, teraz wyciekał ze mnie każdą porą skóry.
Prawda była o wiele bardziej upokarzająca i podniecająca zarazem: ja wcale nie chciałam wygrać. Ja to siłowanie z Romkiem absolutnie pragnęłam przegrać. Chciałam, żeby to on – ten chłopak ze wzrokiem wbitym w moje czoło i twardniejącą pod dżinsem męskością – przejął nade mną kontrolę. Chciałam być tą pokonaną.
– Romualdzie... – zaczęłam, a jego pełne imię zabrzmiało w moich ustach jak wyznanie, niemal zbyt uroczyście. – Muszę cię przy całej klasie pochwalić za umiejętność wyciągania niezwykle analitycznych wniosków. Wielu studentów nie potrafiłoby ująć tego tak trafnie jak ty.
Mówiąc to, nie wróciłam za bezpieczne biurko. Siedziałam nadal na jego krawędzi, czując, jak twardy blat wbija mi się w uda. Zaczęłam się lekko wiercić, rzekomo poprawiając pozycję, a to sprawiło, że moja kusa spódniczka podjechała jeszcze o te decydujące dwa centymetry. To był ruch niemal bezwiedny.
„Czy on to dostrzeże?” – biło mi w skroniach. „Czy zauważy koronkowy brzeg pończoch?”
Patrzyłam na niego, czując, jak duszna atmosfera sali 24 staje się niemal lepka. Czekałam na jego reakcję, czując, że pończochy napinają się na mojej skórze przy każdym ruchu, a cisza w klasie staje się tak ciężka, jakby zaraz miał pęknąć w niej jakiś niewidzialny bezpiecznik.
Te pończochy były moim najcenniejszym trofeum. Zdobyte po znajomościach, wyczekane, wyszarpane wręcz przez koleżankę, która miała dojścia do zagranicznych towarów. Były beżowe, o idealnym odcieniu mgły, a przez całą długość nogi biegł ten hipnotyzujący szew – nawiązanie do lat pięćdziesiątych, do “ery prawdziwych kobiet”. W całym liceum żadna nauczycielka, nawet ta najbardziej „odstawiona” polonistka Paulina, nie miała nic podobnego.
Czułam się w nich niezwykle kobieco, niemal grzesznie. Czasem, nakładając je rano, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że nie idę do zakurzonej szkoły, by wykładać o polityce germanizacyjnej Hakaty, ale że idę na randkę. Że te pończochy to wstęp do wieczora, który wcale nie kończy się sprawdzaniem zeszytów.
Teraz, siedząc na biurku, miałam wrażenie że czuję jak koronki pończoch odciskają mi się na udach. Ten szew z tyłu musiał teraz kusić Romka z każdym moim najmniejszym poruszeniem.
— Widzę, że zaciekawił cię ten fragment, Romku — powiedziałam, zniżając głos o pół tonu, podczas gdy moje palce niemal mimowolnie przejechały po gładkim materiale spódnicy, tam, gdzie pod spodem kończyła się manszeta pończochy. — Skupienie jest kluczowe, by dobrze zrozumieć... strukturę tematu.
Czułam, jak moje policzki płoną.
Wierciłam się na tym fotelu z premedytacją, każdą zmianę pozycji celebrując tak, by moja spódniczka stawała się coraz łaskawsza dla jego wzroku. Czułam, jak krawędź materiału przesuwa się po udach, odsłaniając centymetr po centymetrze to, co dotąd było tylko sferą jego domysłów. Ten beżowy nylon musiał w jego oczach lśnić w tym porannym słońcu jak zakazany owoc.
Patrzyłam na niego i wiedziałam. Widziałam to wyraźne, nieustępliwe wybrzuszenie, które sprawiało, że jego dżinsy stały się nagle zbyt ciasne. Chłopak ewidentnie miał wzwód. Był wystawiony na widok publiczny, obnażony w swojej fizjologii przez moją perfidną grę. Oczywiście, że zamierzałam udawać, iż tego nie widzę – to była podstawowa zasada tej perwersyjnej etykiety, którą właśnie między nami tworzyłam.
„Marta, co ty wyrabiasz?” – odezwał się we mnie głos rozsądku, ale był słaby i odległy. „Nie powinnam tak miłego i sympatycznego chłopca narażać na takie konfuzje... To niemoralne, to niepedagogiczne...”
Ale ten głos natychmiast utonął w fali gorąca, która rozlała się po moim ciele. To „ale” było silniejsze niż jakikolwiek kodeks nauczyciela. Patrzyłam na niego i czułam dreszcz na myśl o tym, że ten przyszły inżynier, ten chłodny analityk, właśnie teraz traci grunt pod nogami z mojego powodu.
Ciekawe, jak zachowa się klasa? Czy chłopcy zaczną wymieniać się znaczącymi spojrzeniami? Czy dziewczyny, z ich wyostrzonym instynktem, zaczną szeptać o tym, że ich kolega został właśnie „rozbrojony”?
— Romualdzie — mruknęłam, niemal mrużąc oczy, a moje kolana rozeszły się o milimetr szerzej, napinając pończochy mocno. — Wydaje mi się, że tracisz oddech. Czy to zagadnienie gospodarcze jest aż tak... wyczerpujące?
Czekałam, aż coś powie, aż pęknie ta napięta do granic możliwości struna. Chciałam usłyszeć jego głos, teraz może zachrypnięty…
Poczułam na sobie falę gorąca, gdy kilku klasowych wesołków parsknęło śmiechem na widok podręcznika uniesionego w geście rozpaczliwej obrony. Ale ich rechot zgasł szybciej, niż się zaczął, zduszony przez spojrzenia Muszkieterów – jak ich roboczo nazwałam. Ta trójka liderów trzymała resztę za twarz, choć tym razem ich uwaga nie była skupiona na kolegach. Żeńska część klasy siedziała jak na szpilkach, ich wzrok krążył między napiętym materiałem spodni Romka a moją spódniczką, która przy każdym moim poruszeniu zdradzała coraz więcej.
Romek stał jak zamurowany. Widziałam, jak mruży oczy, jakby analizował dane, których nie było w podręczniku. W końcu to dostrzegł. Ten inny odcień beżu, ten delikatny błysk nylonu tuż nad linią kolan. Przez chwilę widziałam w jego oczach czyste niedowierzanie, a potem nagłe olśnienie. Tak, Romualdzie, to pończochy. W tych szarych czasach kryzysu i kartek na mięso, beżowy szew na moich nogach musiał wyglądać jak przybysz z innego układu planetarnego.
Dzwonek rozdarł tę gęstą atmosferę jak brzytwa.
— To wszystko na teraz, Romualdzie — powiedziałam, siląc się na spokój, choć moje dłonie wciąż były wilgotne. — Przypominam, że dzisiaj widzimy się jeszcze raz, na ostatniej godzinie.
Salę wypełnił rytualny jęk zawodu, ale ja wiedziałam, że to tylko fasada. Romek nie jęczał. Wymienił szybkie, znaczące spojrzenia z Piotrkiem i Darkiem, wskazując głową drzwi. Muszkieterowie zadziałali z wojskową precyzją – podczas gdy on ociągał się przy tablicy, jakby jego nogi nagle odmówiły posłuszeństwa (albo jakby czekał, aż to, co w spodniach, nieco odpuści), oni błyskawicznie zagarnęli resztę klasy w stronę wyjścia.
Zostałam w sali niemal sama z nim, czując, jak echo dzwonka wciąż wibruje w powietrzu. Wiedziałam, że to nie koniec. To była tylko przerwa w spektaklu, który zaplanowałam na dzisiejsze popołudnie.
— Panie Romualdzie? — rzuciłam, gdy w drzwiach zniknął ostatni uczeń, a on wciąż stał przy mapie, nerwowo wygładzając dżinsy. — Proszę nie zapomnieć o tym akapicie. Będzie nam potrzebny na siódmej lekcji.
Poczułam, jak całe powietrze ucieka z moich płuc. Cisza, która zapadła po wyjściu klasy, nie była kojąca – była duszna i naładowana jakby elektrycznością. Odruchowo chwyciłam teczkę, chcąc uciec w stronę korytarza, ale on był szybszy. Jeden jego krok, jeden zdecydowany ruch i wyrósł przede mną jak ściana.
— Pani profesor pozwoli, że to ja zamknę drzwi na zamek? — zapytał, a w jego głosie nie było już ani śladu uczniowskiej pokory. To była czysta, męska bezczelność, która sprawiła, że nogi ugięły się pode mną.
Zgrzyt klucza w starym zamku brzmiał w moich uszach jak wyrok. Moje policzki płonęły, a serce waliło tak mocno, że bałam się, iż on to usłyszy.
— Spóźnisz się na lekcję... — szepnęłam, ale mój własny głos zdradził mnie całkowicie. Był cichy, drżący, pozbawiony jakiegokolwiek autorytetu. To nie mówiła nauczycielka historii. To mówiła kobieta, która właśnie została osaczona.
— To co? Mamy czas — odparł krótko, a w jego spojrzeniu nie było już punktu na moim czole. Patrzył mi prosto w oczy, dając do zrozumienia, że gra w dystans właśnie dobiegła końca.
Zanim zdążyłam pomyśleć o jakiejkolwiek ripoście, poczułam jego usta na swoich. To nie był nieśmiały pocałunek chłopca; był zaborczy i pewny siebie. A potem poczułam jego dłoń. Wsunęła się pod moją spódnicę, pewnie i bez wahania, odnajdując drogę wzdłuż moich nóg.
Gdy jego palce dotknęły delikatnego nylonu moich pończoch, tam, gdzie zaczynała się gładka skóra uda, wydałam z siebie stłumiony dźwięk. Moje fantazje o byciu „pokonaną” właśnie stawały się rzeczywistością między zakurzonymi ławkami a mapą Europy.
Poczułam się, jakby uderzył we mnie piorun, a echo zgrzytu klucza w zamku wciąż wibrowało w moich kościach. W najśmielszym scenariuszu, który pisałam w głowie przed lustrem, nie spodziewałam się takiej reakcji. Myślałam o spojrzeniach, o szeptach, może o jakimś bezczelnym liściku... ale to? Ten chłopak właśnie zburzył cały mój porządek świata, kładąc dłoń tam, gdzie nie powinien.
Zaniemówiłam. Stałam tam, oszołomiona, czując, jak jego palce bezlitośnie wędrują w górę mojego uda, po tym nieszczęsnym, drogim nylonie. Wiedziałam, co powinnam zrobić. Moja rola, moja godność nauczycielki – krzyczały, bym wymierzyła mu siarczysty policzek.
Ale nie miałam na to ani odwagi, ani siły... ani, o Boże, najmniejszej chęci.
Zamiast tego poczułam znajome, duszne uderzenie gorąca. Od dawna wiedziałam o sobie coś, czego się wstydziłam: że taka stanowczość, wręcz brutalność, obezwładnia mnie i podnieca bardziej niż najpiękniejsze wiersze romantyków. Przypomniałam sobie dłoń tego wujka na weselu koleżanki – obrzydliwe, a jednak budzące we mnie ten sam paraliżujący dreszcz.
— Ależ... co ty robisz... — wykrztusiłam, a mój głos nie brzmiał przekonująco. — Nie... nie... tak nie można...
Mój protest był żałosny, bo w głowie huczała mi myśl: „Sama jesteś sobie winna, Marto”. Przecież to ja przyszłam w tej spódnicy – obcisłej na pupie, by przyciągać wzrok, i rozkloszowanej na dole, jakby specjalnie zaprojektowanej, by ułatwić drogę swawolnym dłoniom. To ja prowokowałam go każdym milimetrem pończoch, każdym wypięciem dekoltu. Zaprosiłam tego ancymonka do tańca, a on właśnie przejął prowadzenie.
Jego ręka była taka ciepła... Stałam między katedrą a mapą, w zamkniętej sali numer 24, i modliłam się, by nikt nie szarpnął za klamkę, podczas gdy serce waliło mi z siłą młota pneumatycznego.
— Romku... — powtórzyłam ciszej, czując, że zaraz stracę równowagę, jeśli nie oprę się o biurko. — Nie...
Cofałam się, a stukot moich obcasów o lastryko stawał się coraz szybszy, bardziej paniczny. Przesuwałam dłonią po krawędziach ławek, jakbym budowała między nami wątłą barykadę z drewna i metalu, ale Romek parł naprzód z przerażającą, inżynierską precyzją. Każdy mój krok w tył był częścią jego planu.
Dobiłam plecami do katedry. Chciałam, żeby to ciężkie, dębowe biurko stało się moim szańcem, ale ono stało się pułapką. Zacisnęłam dłonie na blacie tak mocno, że aż poczułam ból. Czułam się jak zwierzyna zapędzona w róg, a jednocześnie... Boże, jak bardzo tego pragnęłam.
Nie zdążyłam nawet krzyknąć. Jednym gwałtownym ruchem zadarł moją rozkloszowaną spódnicę – tę, która teraz stała się zaproszeniem do ataku. Poczułam chłód powietrza na moich udach, a potem siłę jego ramion. Uniósł mnie bez najmniejszego wysiłku, jakbym nic nie ważyła, i posadził na blacie katedry.
Drżałam. Moje ciało zdradzało mnie w każdej sekundzie. Gdy jego dłonie przesuwały się w górę, gniotąc delikatny nylon moich pończoch, czułam, jak wszystko ze mnie wyparowuje, zostawiając tylko pierwotny, pulsujący instynkt. Próbowałam złączyć kolana, to był ten ostatni, odruchowy opór, ale on rozchylił moje uda z taką pewnością, jakby otwierał drzwi do własnego domu.
Słyszałam chrobot rozpinanego zamka w jego dżinsach. Ten dźwięk wydał mi się głośniejszy niż dzwonek na lekcję. Nie patrzyłam w dół. Bałam się, że jeśli to zrobię, ostatecznie spłonę ze wstydu. Wbiłam wzrok w portret jakiegoś historycznego brodacza na ścianie.
Byłam nauczycielką historii, siedzącą z zadartą spódnicą na własnej katedrze, w zamkniętej sali numer 24, poddając się uczniowi, którego jeszcze godzinę temu próbowałam onieśmielić. Moje „siłowanie się” dobiegło końca. Zostałam pokonana na własnym terytorium.
— Romku... — mój szept był tak cichy, że niemal zginął w ciszy pustej klasy. — Co ty... co my...
Wiedziałam, że to ostatnia chwila, by zeskoczyć, by krzyczeć, by ratować karierę. Ale zamiast uciekać, moje dłonie jeszcze mocniej zacisnęły się na krawędzi blatu.
Poczułam palący wstyd i dziką ulgę, gdy stanął wprost między moimi rozchylonymi nogami. Odruchowo, niemal bezmyślnie, zacisnęłam dłonie na koronkach moich majtek, próbując chronić tę ostatnią, wątłą barierę, ale on nie miał zamiaru bawić się w zdejmowanie bielizny. Był zbyt napalony, zbyt zdeterminowany. Poczułam, jak jego palce brutalnie odsuwają materiał na bok, jak bez ceregieli odsłaniają moją wilgotną skórę.
Kiedy poczułam twardy dotyk jego prącia, cała zesztywniałam. Manewrował chwilę, szukając wejścia, a potem, chwytając mnie jedną ręką w pasie, pchnął mocno i zdecydowanie.
Z moich ust wyrwał się krótki, stłumiony okrzyk – mieszanka bólu i nagłego oszołomienia. Nie spodziewałam się takiej siły. Chciał mnie przyciągnąć do siebie, pewnie chciał mnie objąć, ale ja odruchowo odchyliłam się w tył, opierając dłonie jeszcze mocniej o blat katedry. Moje plecy wygięły się w łuk, a pończochy naprężyły na udach. Wtedy położył mi dłoń na ustach, tłumiąc mój oddech i każde słowo, które mogłoby paść.
Patrzył na mnie z góry, a w jego oczach widziałam wszystko to, co pewnie kłębiło się w jego głowie: „I co teraz, pani profesor? Dobrze się bawiłaś na lekcji? Podobała ci się ta twoja gra wstępna przed tablicą?”
Wiedziałam, że o tym myśli. Że ta cała moja elegancja, te starannie dobrane słowa i prowokacyjne spojrzenia sprowadziły nas właśnie tutaj – na twardy blat biurka, pod portretami królów, w kompletnej ciszy sali numer 24. Nic jednak nie mówił. Może bał się, że jeśli otworzy usta, to podniecenie wyrzuci z niego słowa zbyt ordynarne, których potem oboje byśmy żałowali.
Został tylko rytmiczny ruch, zapach jego wody po goleniu i chłód dębowego drewna pod moimi pośladkami. Byłam pokonana, obnażona i wzięta siłą przez chłopca, który jeszcze rano wydawał mi się tylko zwykłym uczniem.
Czułam każde jego uderzenie jak wstrząs sejsmiczny, który kruszył resztki mojego oporu. To nie był miłosny akt; to była egzekucja na mojej dumie. Romek uderzał we mnie z furią, jakby każde pchnięcie miało być karą za te wszystkie godziny moich prowokacji, za każdy centymetr zbyt krótkiej spódnicy. W jego oczach widziałam dziką mieszankę pożądania i niemal nienawistnej determinacji.
Gdy zabrał dłoń z moich ust, nie krzyknęłam. Moje ciało, choć obolałe od siły tego ataku, odczuwało specyficzny rodzaj przyjemności. Oddychałam chrapliwie, wbijając paznokcie w krawędź biurka.
Wtedy jego ręce powędrowały pod moją jedwabną bluzkę. Słyszałam nerwowe kliknięcie rozpinanego stanika, a potem szybki, niemal brutalny taniec palców na guzikach. Czułam, że jest o krok od ich zerwania, że jego cierpliwość wyczerpała się wraz z ostatnim dzwonkiem. Kiedy bluzka się rozchyliła i moje piersi, z których byłam tak dumna, ukazały mu się w całej okazałości, poczułam na skórze chłodne powietrze sali, które natychmiast zostało zastąpione żarem jego ust.
Zaczął je całować i głaskać z taką łapczywością, jakby chciał mnie całą pochłonąć, jakby chciał zostawić na mnie ślad, którego nie zmyje żadna kąpiel. Był w amoku. Widziałam, że stracił panowanie nad tym, co się działo – nie było już kalkulacji, nie było chłodnej analizy. Został tylko czysty, zwierzęcy pęd do finału.
Poczułam, jak jego ruchy stają się coraz szybsze, bardziej chaotyczne. Pierwsze fale orgazmu zaczęły nim wstrząsać, a ja, patrząc na jego zaciśnięte powieki i spoconą twarz, czułam, jak ulatuje z niego cała ta nagromadzona złość, lęk i nienawiść do „pani profesor”. W tamtej chwili, na tym dębowym blacie, nie było już dystansu nauczycielki i ucznia…
Gdy w końcu znieruchomiał, ciężko dysząc na mojej piersi, w sali zapadła cisza tak dotkliwa, że słyszałam tykanie zegara nad drzwiami.
Leżałam na blacie katedry, czując pod plecami chłód drewna, który tak kontrastował z żarem ciała Romka. Moje serce biło w rytm opadającej adrenaliny, a w głowie wciąż huczało niedowierzanie. To działo się naprawdę. Ten chłopak, mój uczeń, właśnie wziął mnie tutaj, w świetle dnia, na moim własnym biurku.
Kiedy wcześniej cofałam się w jego stronę, czułam się dokładnie tak – jak osaczona zwierzyna, która nie ma już dokąd uciec. Ale to, co powinno być paraliżującym strachem, było dla mnie najbardziej gęstym, najbardziej obezwładniającym podnieceniem, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. Ekscytowało mnie to, że byłam bezbronna. Że on, rozochocony moją prowokacją, napierał na mnie z tą swoją brutalną, młodzieńczą pewnością siebie, mając tylko jeden cel: posiąść mnie bez pytania o zgodę.
To było to samo uczucie, które nawiedziło mnie na tamtym weselu. Ten sam dreszcz, który przeszył mnie, gdy poczułam ciężką, nieproszoną dłoń tamtego wujka pod sukienką. Wtedy, tak jak teraz, czułam wstyd za to, że to... że to mi się podoba. Że ta stanowczość mężczyzny, ta siła sprawia, że krew pulsuje w moich żyłach jak oszalała.
Spojrzałam na Romka. Leżał ciężko na mnie, jego oddech powoli się uspokajał, a ja czułam na swojej skórze wilgoć jego potu. Moje piersi wciąż były uwięzione w jego dłoniach, a bluzka, którą tak starannie prasowałam rano, leżała rozpięta i zmięta pod moimi ramionami. Byłam jakby w rozsypce. Byłam nauczycielką, która właśnie pozwoliła uczniowi zburzyć swój świat.
Poczułam, jak drgnął. Czy on też czuł to, co ja?
To było dokładnie to, czego pragnęła moja ciemna, głęboko skrywana natura.
Moment, w którym poczułam, jak gwałtownie zadziera moją spódnicę, był jak uderzenie obuchem. W ułamku sekundy poczułam się całkowicie obnażona, wystawiona na jego drapieżny wzrok w tej pustej, słonecznej klasie. Fala wstydu, gęsta i paląca, zalała moje ciało, ale zaraz za nią – albo wręcz w tym samym momencie – uderzyło podniecenie tak silne, że niemal odebrało mi dech. Każdy jego ruch: rozchylanie moich ud, chrobot rozpinanego zamka w dżinsach, był jak kolejny stopień wtajemniczenia w tę moją zakazaną fantazję.
Czułam specyficzny, niemal metafizyczny rodzaj uniesienia, gdy kurczowo trzymałam się koronek moich majteczek. To był gest żałosny i symboliczny zarazem – jakbym chciała uchronić resztki swojej niewieściej czci, choć każda komórka mojego ciała wiedziała, że ten krok jest z góry skazany na porażkę. Chciałam tej porażki. Chciałam, żeby on zignorował mój słaby opór, żeby był silniejszy, żeby ostatecznie udowodnił mi, że moje pończochy i dekolty nie były tylko niewinną zabawą modą.
Teraz, gdy leżałam pod nim, czując jego ciężar i słysząc jego urywany oddech przy moim uchu, wiedziałam, że karta się odwróciła.
On powoli uniósł się na ramionach, a ja poczułam, jak jego dłoń puszcza moje usta. Patrzył na mnie teraz inaczej. Nie był już tylko bezczelnym uczniem z trzeciej ławki. Był mężczyzną, który właśnie naznaczył moje życie w sposób nieodwracalny.
W sali numer 24 czas przestał płynąć liniowo, jak na osiach czasu, które tak skrupulatnie rysowałam na tablicy. Liczyło się tylko to brutalne, pierwotne „teraz”. Pragnęłam go tak bardzo, że ten głód palił mnie od środka bardziej niż wstyd. Chciałam czuć w sobie tę jego młodzieńczą, twardą bezczelność.
Moje usta, wciąż zaprogramowane na rolę „pani profesor”, powtarzały szeptem to żałosne, kłamliwe „nie”, ale moje ciało krzyczało coś zupełnie innego. Gdy w końcu we mnie wtargnął, wypełniając tę ciasną, spragnioną przestrzeń, nie mogłam powstrzymać jęku, który wyrwał się z samego dna moich płuc. To było to – jego władztwo, jego rewanż za każdą minutę stresu pod tablicą, za każde podchwytliwe pytanie o XIX-wieczne reformy.
Czułam, jak działa w amoku, a każde jego pchnięcie było jak pieczęć stawiana na mojej uległości. A moje piersi... Boże, ten gówniarz rzeczywiście musiał mieć instynkt. Zrazu traktował je niemal z nabożnym szacunkiem, by po chwili, pod wpływem narastającego rytmu, zacząć je bezlitośnie miętosić i ściskać. Czułam, jak ich ciężar i wrażliwość stają się jego zabawką. Wiedziałam, co o nich mówili na przerwach – te wszystkie „bimbały”, o których szeptali po kątach – teraz te „bimbały” były w jego dłoniach, obnażone, pulsujące od pożądania.
— Aaaa... aaaaaa... aaaaaachhhh... — moje jęki stawały się coraz głośniejsze, synchroniczne z jego ruchem posuwisto-zwrotnym.
W tym obłędzie zupełnie zapomniałam o świecie zewnętrznym. Nie myślałam o tym, że za drzwiami mogą czuwać Muszkieterowie, że te dźwięki, ten zwierzęcy rytm, mogą nieść się po szkolnym korytarzu. W mojej głowie, między jedną falą rozkoszy a drugą, kołatała się tylko jedna, natrętna myśl: „Co on teraz o mnie myśli? Czy czuje, jak bardzo jestem dla niego ciasna? Czy widzi, jak ta dystyngowana historyczka mięknie pod jego ciężarem?”
Chciałam, żeby czuł mój opór – ten fizyczny, anatomiczny, który stawiał mu mój organizm, mimo że moja psychika już dawno złożyła broń. Chciałam być dla niego wyzwaniem, które pokonuje z każdym uderzeniem bioder o moje pośladki oparte na twardym biurku.
W końcu poczułam, że on dociera do granicy. Jego oddech stał się rzężeniem, a uścisk na moich piersiach niemal bolesny.
Poczułam, jak krew pulsuje mi w skroniach, gdy każdy kolejny centymetr mojego ciała stawał się polem jego bezwzględnej eksploracji. Moja wilgoć była już teraz nie do ukrycia.
Kiedy zsunął się niżej i niemal wgryzł w moją pierś, wydobywając ze mnie stłumiony, bolesny krzyk, dotarło do mnie, w jakiej pułapce się znalazłam.
Wiedziałam, czułam to instynktownie, że za drzwiami stoją Muszkieterowie. Wyobrażałam sobie ich ucha przyciśnięte do zimnego drewna, ich szepty i podniecenie, gdy słyszeli jęki swojej „profesorki”. Ta myśl – że jestem słuchana, że moje upokorzenie jest publiczne, choć ukryte za zamkiem – sprawiała, że moja krew wrzała.
— Ach... nie tak mocno... — jęknęłam, gdy jego palce wdarły się pod koronkę majtek, badając mnie z brutalną ciekawością.
Zanim zdążyłam złapać oddech, poczułam, jak obraca mnie na brzuch. Moja twarz przywarła do zimnego, zakurzonego blatu katedry. Czułam zapach starego papieru i kredy. Spódnica, rozłożona teraz bezładnie na moich plecach, odsłaniała wszystko – moje pończochy, moje uda i moją całkowitą kapitulację.
Kiedy wszedł we mnie od tyłu, jednym, potężnym pchnięciem, z moich płuc wyrwał się krzyk, którego nie zdołałam zdusić. To było uderzenie władzy, pieczęć postawiona na mojej skórze. Każdy kolejny ruch był jak lekcja pokory, której nie zapomnę do końca życia. Jęczałam cichutko, wtulona w biurko, czując, jak jego młodzieńcza siła wypełnia mnie do granic możliwości.
Finał był gwałtowny i bezlitosny. Czułam, jak wlewa we mnie swój triumf, jak jego orgazm wyrzuca z niego całe to napięcie poranka.
Leżałam nieruchomo, pozwalając, by ciężar jego ciała przygniatał mnie do dębowego blatu. Przez chwilę panowała absolutna cisza, przerywana tylko naszymi urywanymi oddechami.
Byłam pełna jego nasienia, rozchełstana i pokonana na oczach niewidocznej widowni za drzwiami.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
3 komentarze
Historyczka
Czy ktoś wychwycił tu jeszcze jakieś smaczki? Bo przez jednego z panów zostałam wcale miło zaskoczona...
Maciek12
Miało być na święta a jest w sylwestra nowe opowiadanie...super
RomeT
Pani Profesor. Miło, że mnie Pani pamięta.
Historyczka
@RomeT

Czy taki rok jak 1985 można w ogóle spróbować zapomnieć...?