Przeciwieństwa się przyciągają, czyli do trzech randek sztuka (część 9)

Przeciwieństwa się przyciągają, czyli do trzech randek sztuka (część 9)Zapraszam na epizod dziewiąty i ostatni!

***

ROZDZIAŁ 9/9

*

     Pierwszy dotyk faktycznie był niezwykle delikatny, podobnie zresztą jak i wszystkie kolejne. Ana właściwie nie tyle mnie całowała, co ledwie muskała ustami, krążąc po wzgórku i wewnętrznej stronie ud. Docierała pod samą krawędź kobiecości, po czym w ostatnim momencie się oddalała, by za chwilę znów powrócić. W pewnym momencie byłam właściwie pewna, że celowo się tak ze mną drażni, więc leciutko podniosłam biodra.
     Nad wyraz skutecznie. Zwinny język rozchylił mnie i wniknął tak głęboko, aż zadrżałam. Tak długo nie doświadczałam w sobie niczego poza własnymi palcami, względnie jakąś silikonową zabawką, że niemal zapomniałam, jak piękne potrafią być takie pieszczoty. Niezwykle subtelne, czułe, wręcz na granicy łaskotek. Bez żadnego pośpiechu. Tyle że z każdą chwilą pragnęłam więcej. Jakby całe pożądanie, które zebrało się we mnie przez ostatni rok, nagle zaczęło szukać ujścia. Wprost w usta Any.
     Niesiona żądzą, wbiłam palce w nastroszone włosy i przyciągnęłam ją do siebie. Tak mocno, że ledwo mogła złapać oddech, z twarzą wciśniętą w… a i owszem, piczę! I to na dodatek nieogoloną! Jednak mimo tego – a może właśnie dzięki temu? – Ana pojękiwała, wpychając we mnie nie tylko język, ale i palce. A ja postanowiłam czerpać z tego tyle satysfakcji, ile tylko byłam w stanie. Nie miałam zamiaru już się powstrzymywać i nawet jeśli daleko było mi do nazwania siebie w jakikolwiek sposób dominującą, nagle nabrałam ochoty na coś bardziej… odważnego? Perwersyjnego? A może całkowicie zwyczajnego, do czego jak zwykle musiałam dorabiać nikomu niepotrzebne teorie?
     Odsunęłam zaskoczoną Anę od siebie, odwróciłam się i wypięłam. I tym razem już bez cienia zakłopotania nakazałam:
     – Zrób mi tak dobrze!
     Celowo nie powiedziałam, co dokładnie miałam na myśli. Chciałam sprawdzić, w jaki sposób Ana zareaguje na tę cokolwiek dwuznaczną propozycję, i przekonałam się o tym bardzo szybko. Choć w głębi wyjątkowo mokrej duszy miałam nadzieję na więcej, ona i tym razem postępowała ze mną nadto zachowawczo. Owszem, klepnęła mnie parokrotnie po krągłościach, rozchyliła uda dłońmi i znów objęła ustami kobiecość, jednak tylko i wyłącznie ją. Tak, jakby czekała na moje przyzwolenie, by posunąć się choćby centymetr dalej. I choć kusiło mnie, by już teraz pójść na całość, chwycić Anę za kark i kazać sobie – mówiąc wprost – wylizać dupę, stwierdziłam, że tym razem to ja potrzymam ją w niepewności. A przede wszystkim skupię się wreszcie na własnych doznaniach, a nie jakichś do wspomnianej dupy niepodobnych rozkminach.
     Poprawiłam się nieco, opuściłam swobodnie głowę i zamknęłam oczy. Teraz już nie obchodziło mnie to, że przecież widziałyśmy się dopiero trzeci raz, a już pozwoliłam na minetkę. I to od tyłu. Mało tego – mimo przygaszonego światła, gorsetu i pończoch Ana musiała przecież doskonale widzieć, jaka jestem. Jaki mam cellulit, rozstępy, zmarszczki, fałdy, fałdki, fałdeczki oraz całą resztę niedoskonałości. Jak mocno opadają mi piersi, że o brzuchu nie wspomnę. W jaki sposób smakuję i pachnę z tej najbardziej wstydliwej strony.
     Choć miałam pewne obawy, czy nie przesadziłam, Anie najwyraźniej odpowiadała moja bezkompromisowa naturalność. A jeśli tak, nie miałam najmniejszego zamiaru powstrzymywać ani jej zdecydowanego języka, ani pełnych pasji palców, ani nawet noska, łaskoczącego mnie w…
Dość! Za dużo myślałam. Dużo za dużo! Ana chciała mnie, ja chciałam ją, obie byłyśmy mocno roznegliżowane, wystarczy!
  
     Także i tym razem nie mogłam powiedzieć, że opętał mnie demon żądzy, który wypełnił mą duszę oraz ciało nieprzebraną niebiańską rozkoszą, niemniej jak najbardziej przeżyłam orgazm. I to całkiem udany. Na tyle, że chcąc nie chcąc musiałam obrócić się na plecy i chwilę odsapnąć przed dalszym ciągiem. A przynajmniej taki miałam plan, bo Ana znienacka podniosła się i kucnęła nade mną.
     Cóż, widocznie tyle pozostało z jej obietnic, że zda się całkowicie na moje wybory i decyzje, ale czy faktycznie mi to jakoś szczególnie przeszkadzało? Po prawdzie niespecjalnie. Nawet biorąc pod uwagę nasze niełatwe początki, wciąż bardziej odpowiadało mi, by to Ana była tą bardziej dominującą stroną – oczywiście dopóki będzie nie przekraczała pewnych granic i nie starała się zrobić ze mnie kogoś, kim nie byłam i nie będę. Poza tym najzwyczajniej nie mogłam się doczekać, by jej skosztować. Objąć ustami. Wsunąć język w wyraźnie oczekującą więcej, ociekającą wilgocią intymność.
     Co prawda daleko było mi do wysublimowanej koneserki, a ilość wylizanych w życiu cipek mogłam policzyć na ledwie dwóch palcach, lecz gdybym miała określić swój ideał, bez cienia zawahania postawiłabym na Anę. Owszem, miałam świadomość, że będzie się zmieniała zależnie od fazy cyklu, płynu do higieny intymnej, diety oraz stu różnych innych czynników, jednak już teraz czułam, że będzie mi odpowiadała jak żadna inna wcześniej. Intensywna i jakże delikatna jednocześnie. Słodka, lecz niepozbawiona namiętnego pazura. Od razu zaczęłam sobie wyobrażać, co będzie, jak otworzymy się przed sobą bardziej i kiedyś, w przypływie perwersyjnie naturalistycznej odwagi, wycałujemy się po całym dniu. Albo jeszcze lepiej – nocy. I to absolutnie wszędzie.
     Zapewne znów zatraciłabym się w kolejnych marzeniach, gdyby nie sama Ana. A konkretnie jej dłonie, które zaczęły nieoczekiwanie krążyć po moim ciele. Piersiach, udach, wzgórku… Nie wiedziałam za bardzo, w jaki sposób na to zareagować, bo z jednej strony chciałam skupić się jedynie na dawaniu przyjemności, natomiast z drugiej owo „dawanie” było cudowne także i dla mnie. Tak bardzo, że gdyby teraz Ana zaczęła mnie dopieszczać, najpewniej nie dałabym rady powstrzymać kolejnego orgazmu. Oczywiście gdybym chciała to zrobić, bo kusiło mnie coś absolutnie odwrotnego. Dlatego rozchyliłam uda i na tyle, ile byłam w stanie, podciągnęłam kolana.
     Może tak wiele nas dzieliło, obie byłyśmy wyraźnie spięte i przecież dopiero uczyłyśmy się siebie, a już potrafiłyśmy porozumieć się bez słów. Ja strzelałam Anie minetę. Ona mi równocześnie palcówkę. Ona przyspieszała, ja zwalniałam, to znów ona nieco odpuszczała, podczas gdy ja intensyfikowałam starania, aż w końcu znalazłyśmy się na samej krawędzi rozkoszy. A wtedy wystarczyło tylko wyjęczane przez Anę „zaraz dojdę”, byśmy obie ją przekroczyły. W tym samym momencie.

     Nie miałam najmniejszego zamiaru oddawać się kolejnym w gruncie rzeczy bezsensownym rozważaniom, co wydarzy się choćby jutro. Czy mimo wszelkich przeciwności losu uda się nam zbudować trwały, wypełniony wspólnymi radościami, namiętnością i przede wszystkim szacunkiem związek, czy rozejdziemy się po ledwie paru spotkaniach w atmosferze wzajemnych żali oraz pretensji. Nie chciałam myśleć, w jaki sposób będą wyglądały moje relacje z mężem i dziećmi Any, których przecież będę musiała prędzej czy później poznać. No i co zrobimy z tak z pozoru prozaiczną, a przecież jakże istotną kwestią w postaci różnicy w grubościach naszych portfeli, bo co jak co, ale nie miałam zamiaru być na niczyjej łasce!
     Musiałam też wreszcie przestać porównywać Anę i do Joasi, i tym bardziej Kamy. Zarówno moja pierwsza, jak i druga kobieta miały szansę napisać własne, definitywnie już zamknięte historie, teraz natomiast tworzyłam od nowa trzecią. Nie opartą o dawno przebrzmiałe wspomnienia, nie puste nadzieje lub pobożne życzenia, lecz jedynie słuszną w bieżącym momencie. Najaktualniejszą i najprawdziwszą. A to, że kiedyś coś z kimś się wydarzyło… skoro w ciągu mniej więcej roku znajomości z Joasią posunęłyśmy się jedynie do niewinnych w gruncie rzeczy pocałunków oraz wybitnie wstydliwych macanek przez ubranie, to widocznie tak miało być. Koniec. Kropka. Podobnie jak trwające mniej więcej tyle samo przejście z Kamą od etapu pierwszej w życiu, jakże niezręcznej, cichutkiej minetki, do ordynarnego ryczenia na pół bloku podczas jebania straponem w dupę. To się już stało i nie odstanie, nie wróci i nie ma sensu dłużej zaprzątać sobie tym głowy. O, nie!
     W tym momencie zupełnie mnie to nie obchodziło! Liczyło się jedynie, że byłyśmy razem. Ja i Ana. Obie umęczone, rozczochrane i dosłownie całe mokre, lecz jakże spełnione. Wtulone w siebie głaskałyśmy się wzajemnie po włosach, obsypywałyśmy czułymi całuskami dłonie, ramiona i dekolty, szeptałyśmy czułe słówka. A gdy brakło nam weny na dalsze wymyślanie komplementów, a wszystkie co bardziej interesujące miejsca zostały już wyprzytulane, wydotykane i wycałowane, po prostu patrzyłyśmy na siebie.
  
     I te właśnie drobne rzeczy sprawiały mi najwięcej przyjemności. Owszem, seks był istotny, nawet bardzo, jednak zdążyłam się już w życiu przekonać, że nie mogę uzależniać wszystkiego jedynie od niego. Kto wie, jak potoczyłaby się znajomość z Joasią, gdyby nie moje zdecydowanie nieprzemyślane oraz zbyt szybko wprowadzone w życie pragnienie zaciągnięcia jej do łóżka i zrobienia z nas regularnej lesbijskiej pary? Z kolei z Kamą ostatnim, na co mogłam narzekać, były właśnie wspomniane wspólne erotyczne szaleństwa. Tylko co z tego, skoro finalnie nawet owo wzajemne pożądanie nie uchroniło naszego, wydawałoby się zgodnego i poukładanego związku, przed całkowitą dezintegracją?
     Pozostawało pytanie, czy będę potrafiła wyciągnąć z tego wszystkiego odpowiednie wnioski i na jakich zasadach ułożę może niekoniecznie od razu całe życie, ale przynajmniej intymną relację z Aną. Czy powinnam już teraz rzucić się bezprzytomnie w szaleństwo namiętności, zaangażować w pełni, oddać całą siebie do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę i liczyć na rewanż? A może zachować daleko idący dystans oraz ostrożność, traktując wspólne spotkania jako niezwykle przyjemny, lecz z założenia jedynie okazjonalny dodatek do codziennej szarej harówki?
  
     Dlatego właśnie postanowiłam nie snuć żadnych odklejonych od rzeczywistości planów, które i tak najpewniej nigdy by się nie spełniły, tylko cieszyć bieżącą chwilą. Wiedziałam, że choćbym nie wiadomo jak się starała, Ana może za godzinę, a może ledwie kwadrans powie: „muszę wracać”. Do męża, córek, domu, pracy. Do poukładanego i jakże ustabilizowanego życia. A ja znów zostanę sama aż do następnego razu, gdy znajdzie dla mnie tych kilka wyrwanych z całego tygodnia pojedynczych godzin.
     Zanim to jednak nastąpi, wstanę z łóżka i poproszę, by poszła ze mną do łazienki. Weźmiemy wspólny prysznic, ja umyję jej plecy, ona pomoże mi rozczesać jeszcze wilgotne włosy. Usiądziemy na sofie ubrane w ubrane jedynie w szlafroki lub nawet same ręczniki. Przytulimy. Pocałujemy. Może nawet znów chwilę popieścimy. Zastanowimy, jak zaplanować kolejne spotkanie w taki sposób, żeby poza herbatą i ciasteczkami mieć czas także na kolację. A najlepiej także śniadanie w zestawie. Bym zasnęła przy Anie, a ona obudziła się przy mnie. Byśmy mogły być razem.
  
     We dwie. Tylko ona i ja. Tak różne, a przecież jakże wspólnie szczęśliwe.

*

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja na okładce na podstawie: chloecamilla.wordpress.com

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 09.07.2022. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!

Dodaj komentarz