Wyścig ze śmiercią cz 8

- I tylko dlatego zlecił komuś porwanie naszej córki?
- Na to wygląda.
- A dlaczego nie możemy zawiadomić policji?
- Bo ma tam kogoś. I to nie byle kogo, tylko zastępce szefa policji.
   Przystojny ojciec Gabrieli siedział obok mnie, a kobiety siedziały z tyłu. Torby ledwo się zmieściły w bagażniku. Dostrzegłem jego zdziwioną twarz.
- Aronie. O ile wiem, sprzedajesz urządzenia domowe, a masz wiadomości jak tajna policja. Skąd to wszystko wiesz?
- Wiem, że będzie wam ciężko w to wszystko uwierzyć. Fakt, muszę komuś zaufać, a na razie nie wiem komu. Na domiar złego, straciłem cenny atut.
- Dalej nic nie rozumiem, ale chyba musi mi to na razie wystarczyć. Jestem tylko super szczęśliwy z faktu, że moja córka jest wolna. Ale rozumiesz, że mam pytania...
- Angelo, proszę. Gabriela ci wszystko wyjaśni. Wierz mi. Czy to przyjmiesz, nie wiem. Ale chyba będziesz musiał. Ponieważ straciłem swój dar, teraz będę mógł liczyć tylko na innych i trochę na siebie.
- Skręć w lewo - rzekł nagle ojciec Gabri.
   Kiedy skręciłem, zapytałem o adres. Podał mi. Po chwii przypomnienia, skojarzyłem okolicę. Na szczęście miałem dobrą pamięć do adresów. Właściwie w jednym wypadku, wolałbym nie pamiętać tego jednego adresu. Oczywiście chodziło mi o adres Elle Larsen. Nie miałem pewności, czy chcę o tym teraz mówić. Uznałem, że zamilczę całą tę sprawę. Pewnie i tak Sara im powie. Może nawet zanim dojadą na miejsce.  
  Zapanowało milczenie. Po dziesięciu minutach dojechaliśmy do ciotki. Jej zielony van stał blisko garażu.  
- Jest. Mam nadzieję, że się zgodzi. Oczywiście nie mamy czasu, by z nią długo rozmawiać, prawda? - te pytanie, ojciec brunetki, skierował do mnie.
- Już jest w porządku. Mam nadzieję, że Alamando nie dowie się wszystkiego w tak szybkim czasie. Być może, a nawet z pewnością wyśle kogoś do twojego domu, ale o adresie ciotki nic nie wie. Przynajmniej na razie...
- To jest ciotka ze strony żony, mojego ojca. Nie byliśmy zbyt blisko - Angelo zaczął mi przybliżać ich powiązania rodzinne.
- Ale nie byliście wrogami? - zapytałem, lekko zaniepokojony.
- Nie! Co to, to nie. Dzieliły nas nieco, sprawy religijne. Ona nie jest katoliczką, jak my.  
- No tak, rozumiem. A jakim jest człowiekiem? - zapytałem.
- Mnie bardzo lubi, chociaż nie tak często się widywaliśmy. Rozumiesz, Aron...Może lepiej ja ją poproszę. Mi nie odmówi - rzekła brunetka, wyprzedziła odpowiedź ojca.
- Wciąż jestem w szoku - szepnęła Loreta.
- Chyba wszyscy jesteśmy - odrzekł Angelo.
- Aron... mam pytanie. Jako matka, ale bardziej jako kobieta. Nie znałeś dobrze naszej Gabrieli. Moje serce mi coś mówi i tego nie rozumiem...
  Nie obawiała się pytać przy córce. Musiałem coś odpowiedzieć. Nie mogłem kłamać, lecz również nie chciałem jej informować o tym, czego nawet jakaś moja część w środku, nie chciała. Chodziło pewnie o tę część mnie, która kochała Carry.
- To jest dla mnie trudne. Chcę cię zapewnić, że zrobię wszystko, by do tego nie doszło. Kocham moją żonę.
- Och, nie to miałam na myśli. Raczej chodziło mi o sposób zachowania mojej córki w stosunku do ciebie. Wiem, że ją uratowałeś, chcociaż nie wiem w jaki sposób to się stało. Coś odczuwam i chciałbym się mylić.
- Pani Loreto. Mój tata jest wspaniałym człowiekiem. I pani pytania są dla niego trudne. Być może Gabriela pani wszystko wyjaśni później, oczywiście jeśli zechce.
- Tak, Saro. Z pewnością masz rację. A tak, pozostawiając sprawy istotne na boku, zapomniałaś pewnie, że od jakiegoś czasu, mówimy sobie na ty.
- Nie zapomniałam. Tylko przy tacie jest mi ciężko.  
  Dalszą dyskusję przerwaliśmy bo ciotka wyszła na zewnątrz. Widocznie dostrzegła nieznajomy samochód na swoim wjeździe do garażu.  
  Kobieta mogła mieć koło sześćdziesiątki, może trochę mniej. Dobrze utrzymana. Nie wyglądała na włoszkę i nawet nie wiem czy miała jakiąś część włoskiej krwi w swoich żyłach.  
  Czasem serce wybierało inaczej i mimo nacisków rodziny ludzie brali sobie za partnera kogoś innego niż tego, którego od nich oczekiwano. I pewnie tak się stało z bratem ojca Angela, a męża ciotki. We włoskich rodzinach dbano o ciągłość narodową, ale nie w takim stopniu, jak u przedstawicieli pewnego rejonu Indii. Pewnie jemu to wybaczono. A jej?
  Gabriela szybko wyskoczyła z wozu i po chwili rozmawiały już z ciotką. Krótko. Widocznie kobieta nie zamierzała dyskutować, bo z pewnością Gabriela ją przekonała. A może bardziej miały na to wpływ uczucia jakie miała do wnuczki.
- Robię to tylko dla Gabrieli - rzekła sucho, kiedy podeszła z wnuczką, bliżej wozu.
  Widocznie stosunki między nią, a rodziną Galetti, nie były zbyt kryształowe.
- Dziękuję. Nigdy ci tego nie zapomnę - rzekł Angelo, dość szczerze.
  Kobieta popatrzyła na niego inaczej.
- Aż tak?! Wobec tego, byłoby miło.
- Obiecuję i dziękuję za szansę - odrzekł.
  Zobaczyłem coś na twarzy Felicji i to mi wystarczyło, by odczuć, że cokolwiek jej powiedzieli poprzedni, zostało w tej chwili wybaczone.  
Angelo niezwłocznie zaczął przepakowywać torby do jej vana. Kiedy byli już gotowi, Angelo, Loreta i Gabriela, przytulili Felicję. Sara podała jej tylko rękę.  
- Podaj mi adres - poprosiłem Angela.
  Szybko zapisał go na kawałku papieru. Zapamiętałem i wsunąłem kartkę do kieszeni spodni. Wówczas szybko mnie przytulił.
- Dziękuję. Jestem twoim dozgonnym dłużnikiem.
  Potem podeszła jego żona i szepnęła również słowa podzięki. Przytuliła mnie i pocałowała w policzek. Sara czekała. Kiedy już Loreta usiadła obok męża, przytuliła mnie mocno.
- Uważaj na siebie, tataku. Jak się to wszystko skończy, przyjedź do nas. Powiem co wiem, Angeli i Lorecie. Oczywiście w rozsądny sposób. Tylko nie wiem co mam powiedzieć o mamie?
- Prawdę, ale zrób to w sposób mądry.  
  Pocałowała mnie również w policzek. Usiadła na tylnie siedzenie vana. Felicja stała blisko wejściowych drzwi swojego domu i tylko patrzyła. Rodzice patrzyli na swoją córkę, a ta nadal stała kilka kroków ode mnie.
- Jesteś pewny, że tak jest najlepiej? - zapytała.
- Tak, Gabri. Spróbuję odnaleźć Kenetha. Rozumiesz dlaczego...
- Tak. Jesteś dobrym człowiekiem. Ale to... nie dlatego. Mimo to... chciałbym, żeby Carry wyzdrowiała.
  Zobaczyłem łzy w jej oczach.
- Nie płacz, Gabri.
  Spojrzała na mnie inaczej niż do tej pory.
- Czy można kochać dwie osoby?
- Gabri, proszę...
- Okej. Przepraszam. Nie chcę tego przedłużać. Obiecaj mi tylko, że cię zobaczę.
- Zrobię wszystko...
- Obiecaj!
- Dobrze. Obiecuję. Zobaczysz mnie.
  Podeszła powoli.  
Cóż, czułem co chce zrobić. Ale nie miałem siły jej zabronić. Czułem to w ten normalny, ludzki sposób.  
  Zatrzymała się blisko. Przytuliła się, ale jakże inaczej niż jej rodzice, czy nawet Sara. Czyżbym się pomylił w swoich odczuciach? Wobec tego wszystko szło w dobrym kierunku. To było coś innego niż ona myślała, a ja się obawiałem.  
  Ale za chwilę rozwiała wszystkie moje obecne przypuszczenie.  
  
Czułem się miło. Uratowałem ją. Uważałem, że każdy by tak postąpił, mimo że ona nie zgadzała się z tym i sądziła, że mój czyn jest wyjątkowy. Wiedziałem, że jest mi wdzięczna i nie mogłem jej zabronić, by to okazała.  
  Poczułem jak delikatnie się odsuwa i sądziłem, że już chce odejść.  
Czy gdybym wiedział, zrobiłbym coś? Powinienem. Może jednak zostawiła mi chwilę, a ja nie wykorzystałem właściwie tego czasu? Czy powinienem ją zatem był powstrzymać?  

Z całą pewnością tego co się teraz stało, nie pragnąłem. Kochałem Carry. Więc nie chciałem tego i powinienem ją powstrzymać. Ale nie zrobiłem tego. Poczułem jej dłonie na policzku, a chwilę potem jej usta na swoich.  
  Słodki nektar pocałunku zatrzymał rozum i poraził całe moje jestestwo. Wiedziałem z pewnością, że kocham Carry, więc dlaczego jej pozwoliłem?
  To trwało to krótko. Odsunąłem ją delikatnie, bo czułem że chce iść dalej...
- Nie powinnaś - szepnąłem.
- Wybacz, Aron. Więcej tego nie zrobię.
  Jakoś nie miałem pewności, czy jest szczera.
  Nie patrzyłem, ale czułem spojrzenia. Rodziców i ciotki. I oczywiście Sary. Nie chciałem się tłumaczyć. Podszedłem do vana i powiedziałem krótko.  
- Jedźcie ostrożnie.
  Ostatnie co dostrzegłem, to oczy Gabrieli.  
Niestety, to nie była tylko chęć podzięki za uratowanie życia. Musiałem sobie dać z tym radę. Nie miałem pewności czy brunetkę czeka wykład ze strony mojej córki. Raczej spodziewałem się tego ze strony jej rodziców.  
Odjechali. Felicja stała nadal. Chciałem wejść od razu do swojego forda, ale dostrzegłem, że podchodzi do mnie, więc nie mogłem tak po prostu, odjechać. Ciotka nie zamierzała owijać w bawełnę.
- Kocha cię i ja to rozumiem.
- Mam nadzieję, że jej to przejdzie.  
- Mylisz się. Prawdziwa miłość jest na życie.
  Zamierzałem się bronić.
- Mam żonę i ją kocham...
- Nie wątpię. Nie mówię o twoich uczuciach. Wierzę, że nie zrobiłeś nic ku temu. To nie ma nic wspólnego z tym, że ją uratowałeś. Zakończ to, Aron. Wiem, że możesz.  
  Nie zdołałem nic powiedzieć. Odwróciła się i poszła w kierunku domu. Otworzyła, weszła do środka i zamknęła drzwi.

Nie miałem czasu nad rozważaniem czynu Gabrieli i słów Felicji, które zdawały się być oczywiste. Miałem coś ważniejszego do zrobienia. Bo czy może być coś ważniejszego niż chęć uratowanie czyjegoś życia? Tylko miałem problem. Jak go odnajdę. Otworzyłem drzwi swojego wozu i wsunąłem dłoń do kieszeki kurtki by wyjąć klucze. Poczułem papier. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że kiedy mnie całowała, wsunęła mi coś do kieszeni. Zapaliłem silnik i wyjąłem kartkę.
Musiała napisać to w domu, podczas krótkiego pakowania, bo chyba nie zrobiła tego w czasie jazdy do ciotki. Poza numerem komórki dopisała zdanie. ,,Zadzwoń jeśli sądzisz, że jest tego wart”.
  Nie musiałem się zastanawiać. Pomyślałem tylko, że Gabriela jest bardzo dobrym i rozsądnym człowiekiem.  
Zanim ruszyłem, włączyłem ponownie moją komórkę. Miałem kilka nieodebranych połączeń. Od Sary i kilka innych, nieznanych. Sądziłem, że z policji. Jednak nie zamierzałem tam dzwonić. Zadzwoniłem najpierw pod zapisany przez Gabrielę, numer. Po chwili usłyszałem męski głos.
- Halo. Kto mówi?
  I w tym momencie zrozumiałem, że zrobiłem błąd. Lecz ponieważ było już za późno, by to naprawić, postanowiłem kontynuować.
- Keneth. Spotkajmy się. Tam gdzie ostatni raz widziałeś Gabri.
- Nadal nie wiem z kim rozmawiam.
- To nie jest istotne, kim jestem.
- Och, co z nią? - widać zmienił nagle zdanie i udał zaniepokojonego.
- Nie musisz udawać. Wiem wszystko. Jeżeli chcesz żyć, bądź tam za pół godziny. Oczywiście to nie ja chcę cię zabić.  
  Trwała chwila ciszy.
- Dobrze. Kim pan jest? - powtórzył poprzednie pytanie.
- To nie jest ważne, już ci mówiłem. Powiedz tylko jedno. Żałujesz?
- Nie wiem.
  Poczułem się dziwnie.  
  Czyżbym liczył, że zrobił to pomyłkowo. Ktoś go zastraszył czy zmusił? Jego odpowiedź świadczyła tylko o jednym. Miłałem następną osobę, którą pochłonęła zemsta. Oczywiście nie miałem najmniejszego pojęcia, czego nie mógł darować jej Keneth. A może nie jej tylko całej rodzinie Galettich. Pożałowałem, że mu pomogłem, ale mimo to, chciałem dokończyć co zacząłem.

100%2
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2157 słów i 11635 znaków.

Dodaj komentarz