Wyścig ze śmiercią cz 10

Czyli miałem rację. Dostaliśmy to o czym pomyślałem. Tym razem jednak nie musiałem tak bardzo się tym przejmować, że to wiedziałem. W końcu domyśliłem się tylko odnośnie deseru. No i oczywiście wiedziałem co nie  spodobało się porucznikowi Kraftowi, kiedy zobaczył wiadomość. Prawdopodobnie dostał informację o znalezieniu ciała byłego chłopaka Gabrieli, Kenetha Prica.
  Pie był bardzo smaczny, a co dziwne, nie wyglądał mi i nie smakował jak kupny. Czyli musiał być pieczony w domu. Tylko przez kogo? Lu? A czy upiekła go specjalnie dla Willa? Na to wyglądało.
- Bardzo smaczny - rzekłem.
- Tak - odrzekl krótko Will.
- Lu musi pana lubić.
  Odłożył widelec i posłał mi długie spojrzenie.
- Jak pan to dostrzegł? Nie spojrzała, nie zachowała się inaczej niż pozwalają normy...
- Pie - odpowiedziałem.
- Co ma do tego ciasto?
  Uśmiechnąłem się szeroko.
- Przecież nie jest kupny. W zwiazku z tym upiekła go specjalnie dla pana, poruczniku.  
  Tym razem spojrzał krótko i nacisnął guzik.
- Tak? - usłyszeliśmy śpiewny głos Lu.
- Bardzo dziękujęmy za ciasto. Jest takie pyszne. Pan Aron sugeruje, że sama go piekłaś.
  Nastąpiła chwila ciszy.
- Wyglada na to, że ktoś ma lepsze rozeznanie niż ty, Will.
  Spojrzał na mnie inaczej.
- Bardzo ci dziękuję. Naprawdę.
- Cieszę się - odrzekła ciszej.  
  Kraft bawil się widelcem.
- Sprzedaje pan urządzenia domowe, może czas by zmienić zawód.
- Co pan ma na myśli - powiedziałem to, ale dokładnie wiedziałem co miał.
- Tak tylko mi coś przyszło do głowy. Nasze miasto uchodzi za bardzo bezpieczne, a dzisiaj popełniono dwa poważne przestępstwa.  
   Popatrzyłem na niego wyczekująco. Pewnie rozważał czy może mi zaufać.
- To zostanie miedzy nami - zaakcentował.
   Nadal czekałem.  
- Dziś rano został zdmuchnięty cały dom. Prawdopodobnie bardzo silny ładunek synteksu. A przed chwilą znaleziono zwłoki młodego chłopaka. Niedobrze.
- To rzeczywiście źle - próbowałem brzmieć wiarygodnie.  
- No tak. Mam nadzieję, że te sprawy się z sobą nie wiążą.
- Nie wiem co powiedzieć - powiedziałem cicho, ale zdecydowanie.
- A gdyby pan musiał zgadnąć?
- W policji się nie zgaduje - odrzekłem szybko.
- Jest pan sprzedawcą - uciął, chociaż jego słowa zabrzmiały bez negatywnego nastawienia.
- Mogą się łączyć - powiedziałem cicho.
- Tak właśnie mi coś podszeptuje mój zmysł dedektywa.
- Jak zginął ten chłopak?
- Dostał nożem. W serce i wątrobę. Profesjonalne ciosy.  
  Popatrzyłem na porucznika. Robił wrażenie bardzo uczciwego. Ale czy na tyle, że mogłem mu zdradzić swoja najgłębszą tajemnicę? Nie mogłem tego zrobić już teraz, ale postanowiłem go przetestować. Ale jak!?
- Z tego co wiem oba ciosy są śmiertelne. Więc dlaczego zabójca uderzył dwa razy?
- Dla pewności.  
- Czyli to nie był zwykły napad.
- Z całą pewnością. Ale dla dobra śledztwa taka wersja bedzie w jutrzejszej prasie.
- Czy będę mógł zobaczyć żonę? - zapytałem, żeby zmienić temat.
  Skończyłem herbatę i pyszny placek. William kończył ostatni kęs.
- To chyba da się zrobić. I pojedziemy razem. Moim służbowym samochodem.
- To bardzo miłe z pana strony - uśmiechnąłem się.
  Wstał, więc zrobiłem to samo.  
- Żeby nie stracił pan dniówki, załatwię pokrycie kosztów.
- Och to nie jest konieczne - odrzekłem.
- Ale parę dolarów piechotą nie chodzi. Pana samochód może spokojnie stać na parkingu. Ruszamy za chwilkę.
- Bardzo panu dziękuję - powtórzyłem.
  
Po pięciu minutach siedzieliśmy w jego służbowym Tahoe. Czarny z lampami w środku.
- Duch* - rzekłem.
- Rzadko kiedy mi się przydaje. Nie zatrzymuję ludzi za przekraczanie szybkości. Kiedyś, kilka lat temu, pracowałem w trenie, ale nie jako glina co wlepia mandaty. A teraz siedzę za biurkiem.
- Jest przynajmniej bardziej bezpiecznie - rzekłem.
- Fakt, ale raczej nie jestem z tych bojących.
  Ruszył łagodnie, a ja rozwazałem jego słowa. Czyli musieli być tacy co się jednak boją. W sumie strach jest czymś naturalnym, w niektórych przypadkach.
- Pańska żona jest zatrzymana. Prawdopodobnie będzie poddana badaniom na poczytalność.
- Carry jest normalna, tylko bardzo zazdrosna. To paranoja.
  Spojrzał krótko.
- Paranoja nie jest symptomem normalności. Niestety.
- Czy będzie mogła odmówić i nie będę mógł jej zobaczyć?
- Teoretycznie tak. Wówczas nie będzie mógł pan z nią rozmawiać. Przypuszcza pan...
- Aron, tak będzie wygodniej.
- Dobrze, w takim razie jestem Will - wyciągnął dłoń.
  Po wymianie uścisku dłoni skupił się nad drogą.
- Wszyscy policianci są tacy mili? - zapytałem.
- Nie wszyscy. Niektórzy to dupki - uśmiechnął się szczerze.
- Zabiłeś kogoś, Will?
- A jak sądzisz? - odrzekł, nie odwracając wzroku od drogi.
- Nikogo. Na szczęście.
- Prawda. To niezbyt miłe doświadczenie. Niektórym pozostaje uraz do końca życia.  
- Tak właśnie pomyślałem.
- To jakieś dwadzieścia minut drogi. Szpital policyjny. Coś jak więzienie, ale o łagodniejszym rygorze.
- Carry nie ucieknie.
- Mam nadzieję.
  Resztę drogi jechaliśmy w milczeniu. Dojechaliśmy do bramy. Kiedy się otworzyła, porucznik pokazał dokumenty i strażnik nas wpuścił.  
  Budynek stał w odległosci stu pięćdziesieciu metrów. Kiedy dojechaliśmy bliżej, dostrzegłem kraty na parterze i pierwszym piętrze. Willi chyba znał moje myśli, bo powiedział.
- Z trzeciego nikt nie skacze, poza tym szyby są mocne. Bardzo ciężko je stłuc, a okna nie otwieraja się szeroko, więc raczej nikt nie ma szans zwiać...
- Rozumiem.  
  Dostrzegłem, że czytał wiadomość na ekranie.
- Znamy tożsamość denata, tego chłopaka. Co do eksplosji jeszcze nie wiemy kto zginął i dlaczego.
  Spojrzałem na niego.  
  Moje powiązanie ze sprawą jeszcze się nie zaczęło. Jednak biorąc pod uwagę bystrość umysłu Krafta, to było kwestią godzin.  
  Ten facet miał naprawdę szósty zmysł. Nie podejrzewałem go o zdolność czytania myśli, jaką sam miałem i straciłem.  
- Chłopak nazywa się Keneth Price. Ma dwadzieścia lat. Coś mówi panu to nazwisko?
- Nie znałem go. Jedyny młody mężczyzna, który mnie interesuje ma lat osiemnaście i nazywa się Jackson. O ile dobrze pamiętam Jackson Landfort.  
- A kto to taki?
- Chłopak Sary.
- A Sara to...
- Moja jedynaczka.  
- Rozumiem. Daddy-girl.
- Chyba każda córka powinna być. Szczególnie jeżeli jest jedynaczką.
- Prawda, powinna. Niestety tak nie jest. Teraz sobie przypomniałem, zerknąłem na akta sprawy. Policja rozmawiała z Sarą, zaraz po tym jak ustaliliśmy tożsamość pańskiej żony. Córka nie wiedziała gdzie pan był. Robiła wrażenie zrównoważonej i opanowanej. A gdzie pan był wówczas, Aronie?
- W samochodzie. Nie mogłem słuchać jej kolejnych oskarżeń. Niestey, tak miałem każdego dnia przez ostatnie dwa lata. Codziennie, może pan to zrozumieć?
- Rozumiem. Nie mam nikogo. Aż tak cięzko jest w związkach?
  Popatrzyłem na niego. Kpił czy co? Co miało znaczyć to pytanie? W końcu nie byłdzieckiem i musiał wiedzieć to i tamto. Ale dostałem olśnienia. Lu!
- Przez pierwsze szesnaście, czy nawet siedemnaście lat, było super. Czasem jest tak do końca. Mój zmysł i serce mi podszeptuje, że z Lu będziesz miał życie usłane różami.
  Tym razem spojrzął krótko, ale odczułem zdziwienie. Wyszliśmy z wozu i weszliśmy do budynku.
   Kraft szybko dowiedział się gdzie trzymają Carry.  
- Chcesz Aronie bym ci towarzyszył?
- Chyba lepiej nie. Jeżeli zechcesz, porozmawiaj z nią później. Czy już ją zbadali?
- Z tego co wiem, to jeszcze nie. Dobrze, będę czekał tutaj. Powodzenia.
- A gdzie jest moja żona? Ty wiesz, ale nie powiedziałeś mi tego jeszcze.
- Trzysta dwadzieścia, skrzydło C.
- To dobrze, że C?
- Średnio. Do A i B by cię samego nie wpuścili. Będę czekał.
  Poszedłem do windy, chociaż na trzecie piętro zupełnie spokojnie mógłbym wejść schodami. Miałem chwilę więc pomyślałem o Sarze, Gabrieli i o całej rodzinie Galettich. Kiedy wyszedłem z windy znalazłem się naprzeciw recepcji. Zauważyłem, że obie strony korytarza są zamkniete i dodatkowo chronione po dwóch policiantów, na stronę. Podszedłem do lady.
- Jestem Aron White. Chciałbym zobczyć moją zonę, Carry White. Jest w pokoju trzysta dwadzieścia.
Kobieta sprawdziła coś na ekranie komputera.
- Ma pan pozwolenie. Przyjechał pan z porucznikiem Kraftem, to bardzo szanowany policiant.  
- Tak, porządny gość.
  Policiantka zmierzyła mnie zwrokiem.
- Ma pan pół godziny. Maksymalnie.
- Prawdopodobnie tak długo to nie potrwa.
- W lewo. Szóste drzwi po prawej.
- Dziękuję.
  Skierowałem kroki we wskazanym kierunku. Policiant, który pilnował wejścia, skinął głową i otworzył drzwi. Po minucie stanąłem przed miejscem gdzie trzymali Carry. Zastanowiłem się sekundę. Drzwi nie mogły być otwarte. Ale po chwili usłyszałem szelest otwieranego zamka. Prawdopodobnie otwierał się magnetycznie. Wszedłem. Carry leżałała na łóżku. Miała na sobie szpitany fartuch. Spojrzała na mnie. Nie dostrzegłem złości w jej oczach, ale również brak tam było radości.
- Widzisz do czego doprowadziły twoje zdrady. Ale koniec z tym. Ta dziwka już chyba wie, że nie warto flirtować z żonatym. Tylko nie wiem czy nie zrobiłam tego nadarmo. Jak cię znam, znajdziesz sobie inną.
- Carry, co ty pleciasz! Mam nadzieję, że ci pomogą. Nie spodziewałem się, że jesteś zdona do tego, co zrobiłaś.
- Nie jesteś dumny? Nie każda kobieta załatwia tak sporawy jak ja.
  Pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- Mogłaś ją zabić!
- Wcale nie chciałam jej zabić. Gdybym chciała, już by nie żyła.
  Zastanawiałem się czy dobrze zrobiłem, że tu przyjechałem.
- Opiekuj się Sarą. Powiedz, że ją kocham - powiedziała, jakby przeczuwała, że będę chciał iść.
  Wytarła łzę. Zrobiło mi się bardzo przykro. Czy to tylko ten guz? Jak to możliwe?
- Carry, przykro mi, że tak wyszło. Nigdy cię nie zdradziłem i nigdy nie miałem takiego zamiaru. Jesteś chora, to dlatego.
  Spojrzała na mnie ze złością.
- A więc sądzisz, że jestem niepoczytalna, tak? I pewnie ucieszysz się kiedy mnie zamkną z czubkami. I to jest twoje podziękowanie za osiemnaście lat dobrego małżeństwa. Pięknie!
- Szesnaście lat. Dwa ostanie nie nazwałbym dobrymi. Nie było dnia bez niedorzecznych zarzutów. Czemu wymieniłem jej imię i adres? Czemu!
- Gdybyś był niewinny, nie podałbyś - skwitowała.
- Carry. Ja wiem czego ty nie wiesz. I sam nawet nie wiem czy to zmieni cokolwiek w tobie, kiedy się dowiesz. Jednak będę walczył o ciebie.
  Spojrzała na mnie i poczułem chłód. Jej spojrzenie pozbyło mnie wszelkich nadzieji. I nawet gdyby tego nie powiedziała, i tak mógłbym wiedzieć, bo miała to wypisane w oczach.
- Nie kocham cię. Nie wiem dlaczego przestałam. I wątpię czy znowu będę. Ale jeżeli stąd wyjdę, w co wątpię, weźniemy rozwód. Jeżeli nie, następna nie bedzie miała tyle szczęścia co Elle Larsen.
  Powiedziła to bez żadnego uczucia, przynajmniej nic nie dostrzegłem na jej twarzy. Nie mogłem tu zostać. Nie mogłem.
- Do zobaczenia, Carry. Mam nadzieję, że to wszystko nie jest prawdą, co powiedziałaś. Będę dbał o Sarę. O to możesz być spokojna

* Duch, samochód policyjny bez oznak zewnętrznych. Najczęściej używany do zatrzymywania pojazdów przekraczających dozwoloną prędkość. W Kanadzie i USA nazywa się takie wozy, Ghost.

157 czyt.
100%2
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2119 słów i 11584 znaków.

Dodaj komentarz