W objęciach światła – rozdział 27

W objęciach światła – rozdział 27To przedostatni rozdział. Powoli powoli... żegnamy się z #Nayley 🥺



Nicholas

*rok później*


Wracaliśmy z restauracji, w której spędziliśmy parę ładnych godzin, świętując w ten sposób pierwszy rok bycia razem. Tak naprawdę to był ponad rok, jeśli liczyliśmy też te parę miesięcy sprzed zerwania, ale te ostatnie dwanaście miesięcy w końcu było prawie bezproblemowe i nie tak burzliwe. Odkąd Hayley wyszła ze szpitala, cała i zdrowa, bałem się, że historia się powtórzy, ale na razie nic na to nie wskazywało. Czas pędził jak szalony, zaraz spędzaliśmy razem Święta, Sylwestra, później już były wakacje — po raz pierwszy w pełni wspólne. Polecieliśmy też do dziadków Hayley i Willa. Stresowałem się tym, jak wypadnę w ich oczach, ale przyjęli mnie bardzo ciepło, zwłaszcza babcia. Na szczęście kredyt został już spłacony i Hayley nie musiała się dłużej martwić o pieniądze. Poprzedni zabieg pokryło ubezpieczenie, ponieważ była to sytuacja nagła, zagrażająca życiu. Nie lubiłem tego określenia, ale ostatecznie wszystko okazało się być w porządku.  
I teraz byliśmy tutaj — nadal razem, nadal zakochani, jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie wisiały nad nami żadne niedokończone sprawy, żadne ciemne chmury. Oczywiście, czasami nadal się kłóciliśmy, ale to były błahostki. Na nasze życie seksualne też nie mogłem narzekać, choć nie było idealnie. Po operacji ból zniknął na jakiś czas, ale później znowu się pojawił, a my musieliśmy jakoś to przetrawić i nauczyć się z tym radzić. Nie mogliśmy przecież za każdym razem się kłócić, obwiniać; nie zamierzałem pozwolić na to, żeby Hayley płakała, a ona nie chciała, bym wracał do palenia. W końcu stało się to dla nas niewygodną normą, ale jakoś sobie z nią radziliśmy — czasem winem, czasem ciastkami, a czasami po prostu snem. Zaakceptowaliśmy to i już nie było tak ciężko jak wcześniej. Nadal zdarzało mi się palić, ale zdecydowanie rzadziej. Czasem też pozwalałem sobie na alkohol, ale już nie przekraczałem niepisanej granicy. Nie zamierzałem więcej tego robić. Chodziłem od czasu do czasu do Elli, która jak nikt inny potrafiła poprzestawiać mi wszystko w głowie i skierować moje myślenie na odpowiednie tory. Czułem się… zdrowy. A przynajmniej nieco naprawiony w porównaniu do tego, co było wcześniej. Ella namówiła mnie do próby naprawienia relacji z mamą. Zajęło jej to parę ładnych tygodni, a ja w końcu uległem, gdy mama zadzwoniła do mnie w urodziny. Zaczęliśmy rozmawiać. Nie oczekiwałem, że stanie się jakiś cud i oczywiście takowego nie dostałem. Nadal odnosiliśmy się do siebie raczej chłodno, ale chyba i ona zauważyła, że byłem inny i w końcu doczekałem się tego jednego, upragnionego słowa — “przepraszam”. Tylko o to mi chodziło przez te wszystkie lata. Nie stała się magicznie troskliwą mamą i nie zmieniła do mnie nastawienia, ale zaakceptowała Hayley i czasem zapraszała nas do domu na obiad. To w zupełności mi wystarczało.
Utrzymywałem też kontakt z Sabriną, bo Charlie nadal uwielbiała wujka Nicka, a teraz także ciocię Hayley. Już nie czułem takiego bólu, gdy na nią patrzyłem. Pogodziłem się z tym, że nie będziemy mieć biologicznych dzieci — i może to wcale nie było takie złe? Może po komplikacjach lub poronieniach już byśmy się z tego nie podnieśli. Decydując się na ewentualną adopcję, unikaliśmy takiego rodzaju bólu; co najważniejsze, taka decyzja pasowała nam obojgu.
Któregoś razu spotkałem nawet Angelikę. Nie rozmawialiśmy od wielu miesięcy, ale głupio było przejść obok siebie obojętnie. Okazało się, że była w związku z tym muzykiem, który tak jej się podobał. Patrzyłem na nią i widziałem, że była szczęśliwa. Miałem nadzieję, że to, co do mnie czuła, już minęło. Wątpiłem, że wrócimy do bycia przyjaciółmi, bo zbyt wiele się między nami wydarzyło, ale dobrze było wiedzieć, że jednak ułożyła sobie życie. Tak jak ja. Z moją różowowłosą wariatką.
Will był dzisiaj z Emmą, dlatego Hayley nocowała u mnie. Patrzyłem, jak zdejmuje z siebie sukienkę i zostaje w samej bieliźnie. Wtedy wyrwało mi się:
— Zamieszkajmy razem.
Odwróciła się do mnie, zaskoczona.
— Naprawdę? — zapytała, jakby nie wierzyła.
— Czemu jesteś zaskoczona? Już razem mieszkaliśmy. — Uśmiechnąłem się szeroko.
— Ale nie jako para. Nie tak na poważnie. Naprawdę tego chcesz? Widziałeś, ile mam ciuchów? — zaśmiała się po ostatnim pytaniu.
— Oczywiście, że tego chcę. Chyba już czas, nie uważasz? Poza tym… — Objąłem ją w talii i przyciągnąłem do siebie. — Chcę cię mieć cały czas obok. Spotkania po pracy i nocowanie to za mało. Znudziło mi się spanie samemu.  
— Mnie też znudziło się spanie w pustym łóżku. — Objęła rękami moją szyję. — I tęsknię, gdy nie ma cię obok, więc tak. Zamieszkajmy razem.
Pocałowałem ją mocno, w duchu ciesząc się jak wariat. Nie sądziłem, że kiedykolwiek taka propozycja wyjdzie z moich ust i zostanie zaakceptowana — a ja będę przy tym tak szczęśliwy.
— Tutaj? Czy chcesz szukać czegoś nowego?
— Kochanie, do tej szafy nie zmieści się nawet moja bielizna, a co dopiero reszta. I chociaż podoba mi się to mieszkanie, to… — Rozejrzała się. — Nie zmieścimy się. A przecież jest jeszcze Milo.
— Miałem powiedzieć, że szafę można kupić większą, a płytki z łazienki za nami nie pójdą, ale… Masz rację. W porządku, poszukamy czegoś większego. Jak się z tym czujesz, współlokatorko?
— Jak w domu, współlokatorze — zamruczała, wplatając palce w moje włosy.
Po raz pierwszy od dawna nic nie zakłócało mojego szczęścia. Wszystko było dobrze — i tym razem miałem pewność, że tak już zostanie.  
A nawet jeśli nie — damy sobie z tym radę.


Hayley

*trzy lata później*


Ledwo wprowadzaliśmy się do tego mieszkania, a już minęły trzy lata. Wielkościowo było takie jak to, w którym mieszkaliśmy z Willem — dwa pokoje, kuchnia otwarta na salon i łazienka. Mieściło się w naszym budżecie i było naprawdę ładne, a moje rzeczy w końcu opuściły wszystkie pudła. Na początku dziwnie było znowu mieszkać razem i śmialiśmy się, że jak będziemy mieć siebie dość, to któreś z nas pójdzie spać do drugiego pokoju. Byłoby tak jak kiedyś, kiedy się jeszcze nie znaliśmy tak dobrze. Jednak taka sytuacja nie miała nigdy miejsca. Byliśmy razem już cztery lata i nadal nie mieliśmy siebie dość. Wręcz przeciwnie. Kochaliśmy się jeszcze bardziej.
Z Andreą i Kevinem nadal byłam blisko. Czasami spotykałam się z nimi sama, a czasami z Nickiem, żeby mogli się lepiej poznać. Gabrielle odezwała się do mnie w końcu niedługo po pęknięciu torbieli i operacji. Zaszła w ciążę i rzekomo zjadały ją wyrzuty sumienia. Pogodziłyśmy się, ale to nie było to samo. Ona była zajęta, a kiedy urodziła, całkiem się odcięła. Nie ubolewałam nad tym jakoś bardzo. Widocznie tak miało być, a prawdziwi przyjaciele przy mnie zostali.
Dziadkowie uwielbiali Nicka i traktowali go jak kolejnego wnuka. Zwłaszcza babcia go rozpieszczała bardziej niż mnie i Willa, i zawsze o niego pytała, gdy rozmawiałyśmy przez telefon. Proponowaliśmy, żeby przenieśli się do Bostonu, bo byli coraz starsi i potrzebowali opieki, ale odmówili. O naszej przeprowadzce na Alaskę też nie chcieli słyszeć. Dziadek zapierał się, że nigdy nie czuł się lepiej, a babcia, że nie wybiera się na tamten świat, dopóki nie zobaczy i nie wychowa prawnuków — dlatego staraliśmy się latać do nich częściej niż kiedyś.
Endometrioza nie pozwalała o sobie zapomnieć i ataki bólu nadal się zdarzały w najmniej odpowiednich momentach. Torbiel w piersi w końcu się wchłonęła i chociaż tym nie musieliśmy się martwić. Nadal brałam tabletki antykoncepcyjne i ćwiczyłam jogę, przez co czułam się lepiej.
Chociaż mama Nicka mnie zaakceptowała, stresowałam się za każdym razem, kiedy jechaliśmy do jego rodziców. Bałam się, że zrobię coś nie tak i teściowa spojrzy na mnie wzrokiem bazyliszka, porówna do Kim albo wygłosi wykład, co z całą pewnością doprowadziłoby do kłótni — jednak ten stres okazywał się niepotrzebny. Choć przy stole nie panowała atmosfera jak u mnie w domu, gdy rodzice żyli, nie śmiałam narzekać. Nikt nikogo nie obrażał, ani nie wypominał czegoś z przeszłości. Wszyscy się starali, a to już było coś.  
Mój brat nadal był w związku z Emmą. W dodatku wykonał poważny krok i oświadczył się. Właśnie wracaliśmy z przyjęcia zaręczynowego, które urządzili. Will kupił pierścionek równowartości swojej miesięcznej wypłaty, a Emma była zachwycona. Był ładny, ale nie widziałam sensu w wydawaniu tylu pieniędzy na głupi pierścionek. Bałabym się nosić coś tak drogiego.  
Wracaliśmy na nogach, bo ostatni tydzień był wyjątkowo ciepły jak na koniec września. Nawet wieczorami temperatura nie spadała aż tak bardzo. Przyjemnie się szło w świetle latarni. Czułam się lepiej na świeżym powietrzu, zwłaszcza po takiej ilości wypitego wina, ale nie byłam pijana. Jedynie lekko wstawiona. Zanim dotrzemy do domu, całkiem wytrzeźwieję.
— Jeśli chcesz wziąć przykład z Willa, to wybij to sobie z głowy — powiedziałam nagle, bo wizja pierścionka z brylantem na moim palcu nie dawała mi spokoju. — Nie chcę takiego drogiego pierścionka. Właściwie wcale go nie chcę.
Nick aż przystanął i spojrzał na mnie speszony.
— Dlaczego?  
— Po co wydawać tyle pieniędzy na coś, co będę bała się nosić, żeby nie zgubić? Nie lepiej odłożyć te pieniądze i wyjechać na urlop gdzieś dalej? Albo wykorzystać w inny sposób.
— Mogę kupić jakiś tani, jeśli to cię przekona.
— Przekona do czego?
— Do noszenia, kiedy ci go dam. Czemu go nie chcesz? Chcesz mi coś powiedzieć? Zrywasz ze mną? — rzucił żartobliwym tonem.
— Nie potrzebuję pierścionka jako dowodu, że jesteśmy ze sobą na poważnie. — Uśmiechnęłam się. — Chcesz mnie zaobrączkować, żebym ci nie uciekła?
— I tak nie uciekniesz, z obrączką czy bez. — Uśmiechnął się szeroko. — Może masz rację. Po co komu ten szajs i wydawanie pieniędzy. Poza tym, określenie “żona” do ciebie nie pasuje. — Parsknął śmiechem.
— Ty też nie wyglądasz na “męża” — zaśmiałam się. — Ale jeśli chcesz…
— Nie mam szczególnego parcia na ślub. Gdybyś ty chciała wystawnego wesela, pewnie bym się zgodził, choć raczej niechętnie… a skoro nie chcesz, to chyba mamy jasność w tej kwestii.
— Myślę, że Will będzie miał wystawne wesele za nas oboje — powiedziałam z uśmiechem. — Cieszę się, że się ze sobą zgadzamy. — Wspięłam się na palce i go pocałowałam.
— To wracajmy do domu zgadzać się ze sobą jeszcze bardziej — mruknął, całując mnie w kącik ust.
***
Byliśmy u Sabriny na kawie i jak zawsze nie mogłam się nadziwić, jak ten czas szybko zleciał. Przez ostatnie cztery lata odwiedzaliśmy się regularnie, a Charlie nagle miała siedem lat. Nie była już taka mała i słodka. Teraz była przemądrzała, oszukiwała przy graniu w gry planszowe i nie chciała już tulić wujka Nicka. Nadal rysowała ślimaki, chociaż ostatnio przerzuciła się na motyle i jednorożce. Sabrina oznajmiła nam, że jest w ciąży, a Charlie nie była zbyt zadowolona. Z jednej strony cieszyła się, że będzie mieć z kim się bawić, ale z drugiej wcale nie chciała dzielić się mamą i swoimi zabawkami.  
Wróciliśmy do domu, gdzie przywitał nas Milo, merdając ogonem, jakby nie było nas przynajmniej z tydzień, a nie kilka godzin. Nick był dziwnie zamyślony i obserwowałam go przez kilka minut.  
— Nad czym tak myślisz? — zapytałam w końcu.
— Nad tym, jak bardzo wymęczyła mnie rozmowa z Charlie. Jest tak przemądrzała, że czasem ciężko znaleźć dobrą ripostę.
— Ale miło patrzeć, jak zagina cię raz za razem — zaśmiałam się. — Szkoda, że już nie jest taka malutka i słodziutka jak kiedyś.
— Wcale mnie nie zagina — obruszył się. — Ale tak, też chciałem to powiedzieć. Chyba wolałem ją, jak była młodsza.
— Ja chyba też, ale skoro Sabrina jest w ciąży, to będzie nowy maluszek w rodzinie.
— To prawda. A może… — Spojrzał na mnie poważnie. — Może my też sobie takiego sprawimy?
Patrzyłam na niego przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. To chyba był odpowiedni czas.
— Myślisz, że jesteśmy już gotowi?
— Myślę, że tak. Nie jesteśmy już razem od paru miesięcy, tylko od paru lat. Wszystko sobie wyjaśniliśmy i jest dobrze. Lepiej niż dobrze. — Podszedł bliżej i chwycił mnie za ręce. — A ja mimo wszystko mam już trzydziestkę na karku. — Udał, że się wzdryga.
— Tak, już jakiś czas masz ją na karku — zaśmiałam się. — Więc umawiamy się na wizytę w ośrodku adopcyjnym?
— Tak. Choćby zaraz. — Uśmiechnął się szeroko. — Jeśli tylko jesteś gotowa…  
— Jestem. — Ścisnęłam mocniej jego dłonie.
Jego oczy niemalże się świeciły. Pochylił się, opierając czoło na moim.
— Będziemy mieć dzidziusia — powiedział cicho.
— Będziemy mieć dzidziusia — powtórzyłam jego słowa.
Usta same rozciągały mi się w uśmiechu. Byłam szczęśliwa, ale gdzieś w środku bałam się, bo wkraczaliśmy na nieznane terytorium, chociaż wiedziałam, że sobie poradzimy. Razem stawimy czoła wszystkiemu.
Kilka dni później siedzieliśmy już w agencji adopcyjnej i rozmawialiśmy z pracownikiem. Okazało się, że to nie było takie proste jak sądziliśmy. Cały proces adopcyjny był długi, musieliśmy spełnić odpowiednie wymagania, więc czekały nas wizyty domowe i rozmowy z psychologiem, by upewnić się, że jesteśmy gotowi finansowo, psychicznie i emocjonalnie. Nie musieliśmy być małżeństwem, ale gdybyśmy byli, byłoby zdecydowanie prościej. Mniej papierologii, a co ważniejsze — lepiej wyglądalibyśmy na liście rodziców adopcyjnych, przez co nasze szanse byłyby trochę większe. Chcieliśmy adoptować noworodka, więc czas oczekiwania był o wiele dłuższy niż normalnie.  
Wracając do domu, wstąpiliśmy do naszej ulubionej burgerowni, żeby coś zjeść i przetrawić to, czego się dowiedzieliśmy. Kiedy zapytałam Nicka, co sądzi o ślubie, on tylko się wyszczerzył i powiedział: “to dla dziecka, kochanie”. I chociaż niedawno mówiliśmy, że nie potrzebowaliśmy ślubu, to właśnie zdecydowaliśmy, że go weźmiemy. Dla dziecka. Data właściwie nie miała znaczenia i mogliśmy iść do urzędu kiedykolwiek, więc poszliśmy następnego dnia. Najbliższy wolny termin był dopiero za dwa tygodnie i właściwie bez zastanowienia go zarezerwowaliśmy, wypełniając wszelkie potrzebne papiery. Później wstąpiliśmy do jubilera, bo nie wiedzieliśmy, ile trzeba będzie czekać na obrączki, a woleliśmy załatwić to od razu. Wybraliśmy zwykłe, srebrne, bez graweru. W końcu ślub był tylko formalnością.
Will nie uwierzył, kiedy oznajmiliśmy, że się pobieramy i to tak szybko. Myślał, że żartujemy i zaczął się śmiać, a potem zamarł, widząc nasze miny. Nie wspominaliśmy nic o adopcji, bo tak naprawdę nie było jeszcze o czym. Przed nami była jeszcze długa droga.  


Nicholas

— Na dobre i na złe…  
— W zdrowiu i w chorobie… — Uśmiechałem się tak, że aż bolały mnie policzki. Mrugnąłem do Hayley porozumiewawczo, a ona zaśmiała się cicho. Urzędnik oznajmił, że możemy się pocałować, więc przechyliłem ją do tyłu, całując mocno, a gdzieś z tyłu Emma wydała z siebie pisk radości.
— A więc na mocy praw udzielonych mi przez stan Massachusetts ogłaszam was mężem i żoną. Proszę podpisać tu i tu.
I już — w parę minut było po wszystkim. Złożyliśmy dwa podpisy, które od teraz mówiły, że byliśmy małżeństwem. Nadal mi nie pasowało do nas to określenie, ale i tak cieszyłem się jak wariat. Zerknąłem na srebrną obrączkę na swoim palcu i wręcz nie mogłem uwierzyć, że dotarłem do tego momentu w swoim życiu.
— W najgorszych koszmarach nie wyobrażałem sobie, że moja siostra będzie żoną mojego najlepszego kumpla — powiedział Will, kręcąc dramatycznie głową. — Ale proszę, oto jesteście. I to wcale nie jest takie straszne jak sądziłem. Chodź tu, zołzo. — Zagarnął Hayley w objęcia, a potem poklepał mnie po plecach. — Ale nie przyjmuję zwrotów — zaśmiał się.
— Nie martw się, nie będziesz musiał. — Spojrzałem na swoją świeżo upieczoną żonę. — Ale też nie sądziłem, że tu wylądujemy, zwłaszcza jeśli naszym pierwszym świadomym spotkaniem było zobaczenie cię w majtkach w gwiazdki.
— Co? Jakie majtki? — wtrącił się Will. — Zaraz, zaraz, kiedy widziałeś ją…
— Nie twoja sprawa — przerwała mu Hayley. — Nie musisz wszystkiego wiedzieć. — Spojrzała na mnie z uśmiechem. — Ja też nie sądziłam, że tu wylądujemy, ale nie żałuję.
— Tylko byś spróbowała — rzuciłem. — Dobra, jedźmy w końcu coś zjeść. — Zrobiłem rezerwację w jednej z lepszych restauracji, bo w końcu nie co dzień brało się ślub. Właściwie czułem ulgę, że nie musieliśmy wyprawiać wielkiego wesela, że Hayley nie czuła takiej potrzeby. Taki ślub i takie świętowanie w zupełności mi wystarczało. Formalności zostały dopełnione i naprawdę miałem nadzieję, że pomogą nam w końcu stać się rodzicami.
***
Oficjalnie złożyliśmy wniosek w agencji i przesłaliśmy dokumenty potwierdzające zawarcie związku małżeńskiego, ale nawet mimo rozmów z psychologiem, musieliśmy pójść jeszcze na szkolenie dla rodziców adopcyjnych. Momentami bywało długie i żmudne, zwłaszcza że tak naprawdę jeszcze nie wiedzieliśmy, czy dostaniemy jakieś dziecko i czy ta wiedza przyda nam się w praktyce. Czasem śmieszyła mnie ta sytuacja, bo z pozoru nic się nie zmieniło. Byliśmy razem już tyle czasu, że małżeństwo było po prostu odrobinę wyższym etapem związku, ale nie celebrowaliśmy go jakoś bardzo. Nie mieliśmy nawet miesiąca miodowego, jedynie wyjechaliśmy na weekend, ale nie było to nic nowego. Większość pieniędzy staraliśmy się odkładać. Wkrótce zbliżał się koniec szkolenia, a wraz z nim wizyta domowa, która stresowała nas jak cholera — zwłaszcza po tym, jak dowiedzieliśmy się, że jedna z matek nas wybrała. Byliśmy przeszczęśliwi. Zaczęliśmy czytać jak szaleni poradniki dla rodziców i porządkować pokój, który do tej pory stał pusty; ewentualnie lądowały w nim niepotrzebne rzeczy, jakieś kartony czy ubrania, które nie były na obecny sezon. W końcu jednak musieliśmy to wszystko sprzątnąć i zacząć myśleć o tym pokoju w kategorii pokoju dla dziecka. Ciężko było go urządzać, gdy nie wiedzieliśmy, jakiej płci dziecko nam się trafi, więc próbowaliśmy wybierać neutralne kolory. Najpierw pomalowaliśmy ściany na miętowo-szare kolory, a później zaczęliśmy szukać mebli. Wybraliśmy białe, ale staraliśmy się nie kupować od razu wszystkich, bo nadal nie mieliśmy stuprocentowej pewności, że w ogóle dostaniemy dziecko. Gdy przypadł dzień wizyty, od samego rana byliśmy poddenerwowani, a Hayley wysprzątała wszystkie pomieszczenia trzykrotnie. Wykąpała też Milo, żeby był czysty i pachnący jak reszta mieszkania. Przygotowaliśmy nawet jakiś skromny poczęstunek, za wszelką cenę starając się wyglądać na dojrzałych i gotowych do rodzicielstwa ludzi. Kobieta, która do nas przyszła, miała dość nieprzeniknioną twarz i ciężko było stwierdzić, co myślała, gdy po kolei oglądała każdy pokój. Widziałem, jak Hayley się denerwowała, ale ostatecznie okazało się, że niepotrzebnie. Mimo że kobieta dość dziwnie patrzyła się na jej różowe włosy, na koniec oświadczyła, że wizyta przebiegła pomyślnie. Parę dni później dostaliśmy telefon z agencji — matka, która nas wybrała, zaczęła rodzić. To uruchomiło całą serię emocji, o których dotychczas nie miałem pojęcia. Siedzieliśmy na kanapie, niezdolni się poruszyć. Wciąż to do mnie nie docierało. Raz za razem zerkałem na nosidełko, które kupiliśmy parę dni temu i które stało w salonie. Już niedługo mieliśmy je wykorzystać. Już niedługo miało w nim wrócić z nami do domu nasze dziecko.
A później dostaliśmy drugi telefon — matka się rozmyśliła. Zdecydowała, że jednak zatrzyma dziecko. Poczułem się, jakbym dostał pięścią w brzuch. To ja odebrałem ten telefon i nie miałem pojęcia, jak powiedzieć to Hayley. Nienawidziłem siebie za to, że musiałem jej to przekazać, że musiałem zniszczyć ten uśmiech pełen szczęścia. Jednak nie udało nam się całkiem uniknąć bólu.  
— Rozmyśliła się — wykrztusiłem, odkładając telefon, próbując nie patrzeć na Hayley, ale nie mogłem oderwać od niej wzroku.  
Jej uśmiech zniknął, a do oczu napłynęły łzy. Wpatrywała się we mnie jeszcze przez chwilę, a potem opuściła głowę.
— Rozumiem — powiedziała cicho.
— Kochanie, tak mi przykro… — Chciałem ją objąć, ale nie wiedziałem, czy mnie nie odepchnie.
Siedziała nieruchomo kilka minut, aż w końcu wtuliła się we mnie i rozpłakała. Zacząłem głaskać ją po głowie, choć sam ledwo powstrzymywałem łzy.
— Nie poddamy się. Będziemy czekać dalej. W końcu nam się uda.
— Nie sądziłam, że to będzie aż tak boleć — jęknęła. — A przecież wiedzieliśmy, że… to możliwe…
— Nadzieja to nic złego — powiedziałem cicho. Nie mogłem patrzeć na jej łzy. W duchu dziękowałem sobie, Elli i samej Hayley, że jednak nie poszliśmy drogą, która prowadziła do biologicznej ciąży poprzez in vitro. Jeśli Hayley by poroniła i stracilibyśmy dziecko w ten sposób… Chyba byśmy się z tego nie pozbierali. Bo niby jak, skoro nawet taka strata bolała? — Będzie dobrze, zobaczysz. — Pocałowałem ją w czubek głowy. — Chodźmy już spać.
Tego wieczora, przechodząc obok niedokończonego, na wpół pustego dziecięcego pokoju, serce miałem roztrzaskane na pół.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 4041 słów i 22541 znaków.

Dodaj komentarz