To ja już sam zacznę płakać cz. 58

Cz. 58
Marzena
- Och dziecko- westchnęłam, gdy tylko obie z Angel usiadłyśmy na fotelu.- Moje życie od samego początku było jedną wielką niewiadomą. Nie będę ci streszczać szczegółów, ale życie miałam niełatwe. Matka wciąż mnie wykorzystywała na wszelkie sposoby, ale nie chcę o tym opowiadać. W życiu niczego nie możesz być pewna, bo przeważnie to, na co liczyłaś, może okazać się czymś zupełnie innym.  
- Powiedz mi ciociu, czy ktoś cię skrzywdził?- Zapytała mała ślicznotka, niczym prawdziwy Aniołek.
- Chyba mogę powiedzieć, że nie było jeszcze na świecie osoby, która by mnie nie skrzywdziła. Oprócz ciebie, oczywiście i po części twojej matki Alicji. W każdym razie, kiedyś, gdy byłam jeszcze niepełnoletnia zaszłam w ciążę. Niestety mój wymarzony chłopiec nie tyle mnie zostawił, co zepchnął ze schodów, w wyniku, czego straciłam moje maleństwo.
- To straszne!- Prawie krzyknęła Angel zakrywając rękami swoje usta.
- Ano straszne. Potem, gdy doszłam do siebie znajomi pozwolili mi załatwić nową tożsamość, bo o tamtej nie chciałam już pamiętać.
- Więc nazywałaś się inaczej? A powiesz mi jak?
Gdyby nie fakt, że kocham tą dziewczynę, jak własną córkę, nigdy bym jej tego nie zdradziła.
- Alicja. Miałam na imię Alicja. Niestety nazwiska nigdy nie poznałam, bo Antony nosił mój dowód ze sobą. Nie pytałam go nigdy, dlaczego, ale teraz już wiem, że wcale nie nadał mi żadnego nowego imienia, bo choć matka kiedyś zwracała się do mnie jak do chłopca, to ja zawsze byłam Alicją. Alicją Paja.
Angel nagle zamrugała gwałtownie oczami.
- Nazywałaś się tak samo jak ta kobieta, pani Gertruda Paja?
Odetchnęłam może zbyt mocno, bo nagle zakuło mnie w piersi na samo wspomnienie swojego życia.
- Tak, bo to ona była moją matką.
Zdziwiona Angel niczego nie rozumiała. Ja sama niczego nie rozumiałam, ale odkąd znalazłam jej pamiętnik, wszystko poskładało się do kupy.
- Tak kochanie. Moja własna matka oddała mnie w ręce swojej siostry Teresy Perz. Matka nigdy mi o tym nie wspominała, ale pamiętałam, że była kiedyś żonata, więc Perz było nazwiskiem jej męża, a mojego wuja, nie ojca. Moja matka, a raczej osoba, która podawała się za moją matkę nigdy nie mogła mieć dzieci. Nie wiem, dlaczego, bo Gerdi tego nie wyjaśniła, ale z jakiegoś powodu oddala mnie jej, aby nie była samotna. Potem, gdy jednak, Gerdi się rozmyśliła, bo doszły ją słuchy, że chce mnie odebrać, bo Teresa się mną źle zajmowała, ona uciekła ze mną i nikt nie potrafił powiedzieć gdzie się podziała. Nawet zaczęła się do mnie zwracać jak do chłopca, żeby nikt nie nabrał podejrzeń. Mnie samej wmówiła, że jestem chłopcem, tyle, że jakimś dziwnym, kalekim.
- Ale jak tak można było postąpić?- Zapytała, a jej oczka zwiększały się wraz z każdą nową informacją.
- Nie wiem. Gertrudzie było żal swojej siostry i uważała, że dając jej mnie sprawi, że sama zajdzie w ciążę, ale potem doszły do niej pogłoski, że się nade mną znęca. Ja wiem, że ciężko to pojąc. Sama ledwo to pojmuję, choć rozum mój jest w całkiem niezłej formie.
- No, ale kiedy się o tym dowiedziałaś?
- Z jej pamiętnika. Nie wiem, jakim cudem udało mi się trafić do własnej matki, ale widocznie los tak chciał. A ona sama nie zdradzała się, choć nie raz zauważałam jak się mnie przygląda. I wypytywała mnie o wszystko, jakby nigdy nie straciła nadziei, że kiedyś mnie odnajdzie. I samo to, że bez problemu przekazała dom tylko mnie. Nie znała mnie, a mimo to oddała mi wszystko, co posiadała. I nawet pozostawiła mi taką śmieszna klauzulę, jeśli chodziło o jej polisę.
- Jaką polisę?
- Ubezpieczeniową. Nabazgrała na niej kilka listów i miałam wykonać kilka zadań, co tak naprawdę było niezłym wyzwaniem. Lecz dopiero, kiedy dotarłam do matki, czyli do ciotki Teresy, która tylko udawała moją matkę wszystko powróciło. Odkryłam pamiętnik, który znajdował się, na jednym z regałów z książkami. A pamiętam, że Gerdi zawsze mi powtarzała, że te książki mają bardzo wielką wartość. Ale dopiero, kiedy odkryłam ten pamiętnik zrozumiałam jej znaczenie.
- Boże, ale to nieprawdopodobne!
- No, ale nie wiesz jeszcze wszystkiego. Przez tą polisę i jej głupie wymagania nigdy nie spotkałabym tak biednych emocjonalnie, fizycznie i psychicznie ludzi. To dzięki Gerdi mogłam nawet tym osobom pomóc oddając im część z tych polis, tak jak chciała Gerdi. Żonie pana Janusza Kieleckiego dałam dziesięć tysięcy złotych. Feliksowi Krach zapłaciłam dwadzieścia tysięcy złotych za obraz jego i jego niewidzącego syna. A potem na koniec miałam odwiedzić Dom Starców i pójść do Teresy Perz, a następnie przekazać trzydzieści tysięcy złotych osobie, która ich potrzebowała.  
- I komu je dałaś?
Zastanowiłam się chwilę, bo głupia kołysanka znów zakłóciła mi wspomnienia.
Zielony las, świeżutki las, a ty żeś chłopcze do niego wlazł.
Nie zimno ci, nie ciepło ci, a ty żeś chłopcze walił w me drzwi.
Mówiłam ci, kazałam ci, ty nie słuchałeś, waliłeś w drzwi.
I teraz wiesz, coś zrobił źle, więc teraz słuchasz już tylko mnie…

Odegnałam ją najszybciej jak potrafiłam.
- Tamtego dnia pamiętam, że wybiegłam z Domu Starców i nigdy już tam nie wróciłam. Nie chciałam jej widzieć, kobiety, przez którą tak się w życiu nacierpiałam. Wiem, że przepłakałam jeszcze kilka nocy, zanim uświadomiłam sobie, że przecież najbardziej potrzebującą osobą byłam właśnie ja. Nie miałam przecież pracy, bo do Salonu twojego ojca nie potrafiłam wrócić, a i nic do jedzenia. Poszłam, więc po kilku dniach znów do pierwszej osoby, która miała zajmować się polisą Gerdi i wcale się nie zdziwiłam, kiedy ta kobieta, bodajże Julia Kielecka oczekiwała mnie. Serdecznie podziękowała mi za tamte pieniądze, które jej dałam i zatwierdziła mi, że faktycznie te trzydzieści tysięcy powinno trafić właśnie do mnie. A potem zaskoczyła mnie, bo okazało się, że gdy spełnię wszystkie wymogi Gerdi, a tak przecież się stało, dała mi numer konta i nazwę placówki, gdzie miałam się zgłosić. I gdy tam pojechałam okazało się, że Gerdi na moje nazwisko otworzyła rachunek w banku i przelała mi sumę stu tysięcy złotych!
- Naprawdę?! Przecież to okropnie dużo pieniędzy!- Niemal wykrzyknęła Angel.
- Oj tak. Dzięki nim właśnie żyję.
Angel zamyśliła się na moment.
- Szkoda, że mama o tym nie wie. Bardzo mi jej brakuje.
- Nie martw się słonko. Twoja matka była dobrą kobietą i też nieco przeszła w swoim życiu. Jednak bardzo jestem jej wdzięczna, że mogłam opiekować się tobą Angel.
Przytuliliśmy się.
- Kocham się ciociu Marzeno. I wiesz, co? To imię pasuje do ciebie dużo bardziej, niż tamto. Oznacza twoją twardość na ukłucia życia.
Uśmiechnęłam się na to stwierdzenie.
-Nie zawsze byłam twarda. Bywały chwile, że to twój tata musiał mnie ratować z opresji.
I nagle zrobiła na mnie wielkie oczy.
- Ja już wiem- powiedziała i spojrzała na mnie z politowaniem.
- Co wiesz skarbie?
- No chyba już wszystko. Przecież tyle mi naopowiadałaś o swoim życiu i nigdy nie powiązywałam tych faktów ze sobą, ale teraz już wiem.
- Co wiesz?
Zamrugałam gwałtownie oczami, bo nie miałam pojęcie, o co jej chodziło.
- Wiem ciociu i jestem bardzo ci wdzięczna, że nigdy nie przeszkodziłaś w uczuciach mojej matki i ojca.
O czym ona mówiła?
- Nie rozumiem kotku.
- Ale ja rozumiem. I kocham cię za to jeszcze bardziej.
Zaczęła mnie przytulać i głaskać po plecach, jakbym miała niebawem odejść. I choć cieszyłam się, że po tylu przejściach mogłam przeżyć te chwile z Angel, to jednak wciąż mi kogoś przez te lata brakowało.
- Ty przez cale życie kochałaś mojego ojca, tak? To o nim wypowiadałaś się z szacunkiem i nawet przyjaźniłaś się z moją matką. Wzięłaś mnie, choć mogłaś pozostawić na pastwę obcych ludzi, czyż nie tak? Zrobiłaś to wszystko, bo wciąż kochałaś mojego ojca.
A gdy nie odpowiedziałam, to dodała:
- I kochasz nadal. A ten świnia jest Bóg wie gdzie.
















Adam
Znajome drogi, sklepy, ludzie. Jeszcze tylko kilka minut i będę na miejscu. W domu. W domu, z którego nigdy nie powinienem był uciekać.
Nie wiem jak wytłumaczę Alicji, że mnie nie było przez tak wielki okres czasu, ale mam nadzieje, że zrozumie wszystko i mi wybaczy. Przecież nie zrobiłem jej niczego złego. Nawet nie zdradziłem jej, z nikim, choć nie raz miałem taką okazję. Choćby z Nataszą, która wciąż przyczepiała się do mnie w barze. Albo Iriną, tą Rosjanką, która przez trzy miesiące ukrywała mnie w swoim domu przed tymi chłoptasiami. Praktycznie nie musiałbym o nic prosić i same skakały mi do łóżek, ale nie. Może i byłem daleko, może i uciekłem od odpowiedzialności, ale to wcale nie znaczyło, że przestałem ją kochać.
Autobus się zatrzymał i wysiadłem ze swoją malutką walizką, w której miałem wszystko i jednocześnie nic. Przyszłość i przeszłość. Przemoc i dom w jednym. Przemoc będzie tutaj najbardziej znacząca, ponieważ wciąż nie mam jednego przedniego zęba. I nie wprawiłem go, dlatego, że chciałem pokazać jak tam ucierpiałem, ale dlatego, że gdybym, choć na trochę pokazał się w mieści tamci ludzie natychmiast zadbaliby, abym nie miał ich więcej. A teraz, to nawet nie wiem czy się opłaca cokolwiek wstawiać. Starość ma swoje prawa, a ten brak, może lepiej niech będzie pieczęcią mojej głupoty.
Upał, środek dnia i zero cienia. Plecy strasznie mnie bolą, choć powinno to być najmniejsze z moich zmartwień. Jednak nie potrafię ignorować myśli, że nic już nie będzie takie samo. W końcu piętnaście lat, to kawał czasu. Nie jestem już młody, a raczej podstarzały. Połowa stulecia już za mną, a mnie się wydaje, jakby nie było mnie tu od wczoraj. Sąsiedzi nadal stoją na balkonach, gdzie wieszają swoje pranie. Psy, wciąż szczekają na obcych, a samochody wciąż roznoszą ten sam zapach spalin. Nawet drzewa jakby nic się nie postarzały, choć kiedyś wydawały mi się mniejsze. Może urosły? A może to ja się zmniejszyłem?
Idę prosto i zdaję sobie sprawę, że moja walizeczka jest moim jedynym atutem. Niosę w niej prezent naprawdę bardzo drogi, na który zarabiałem bardzo długo, lecz nie wiem jak ona go przyjmie. Nie wiem jak mnie przyjmie. I czy wciąż mnie chce.
Nie wiem.
Tuż przed wjazdem do domu wpierw wpatruję się w dom Marzeny. W oknach stoją firany, kwiatów nie widać, żeby uschły, choć może i ktoś inny już zajmuje jej miejsce. Nie, nie mogę tak myśleć. Nie mogę myśleć, że jej już nie ma. Marzena na pewno tam jest. I czeka na mnie.  
Z gardła wydobywa mi się coś ciężkiego. Środek brzucha ściska mi niewidzialna siła, która otacza mnie, odkąd tutaj wróciłem. Mój dom, nie pachnie już moim domem i nawet drzwi nie są takie same, jak były, kiedy stąd wyjechałem.
Pukam. Głupi odruch, bo przecież powinien był wejść bez takich ceregieli. W końcu to wciąż mój dom. Mój, mojej żony i moich dzieci. Jednak niepokój wita mnie w progu, kiedy ponawiam pukanie, a nikt mi nie otwiera. Naciskam klamkę, lecz drzwi są zamknięte. Spoglądam na zegarek. Jest pięć po trzeciej. Dzieci powinny już być w domu, a Alicja z nimi. Dlaczego więc ich jeszcze nie ma?
Odruchowo sięgam nad drzwi i wyszukuję w nich klucza, który zawsze tam z Alicją chowaliśmy, w razie gdybyśmy jeden zgubili. Jednak tam też niczego nie ma. Zrezygnowany i zaniepokojony odwracam się i nie ma wyjścia, jednak najpierw muszę przywitać się z Marzeną. Idę, więc do niej, uspokojony faktem, że tutaj nic nie uległo zmianie. Jest ten sam płot, ta sama ścieżka i to samo wiaderko, z którego spadłem tamtego wieczora. Nadzieja na zobaczenie Marzeny poprawia mi humor i teraz pewniej kroczę, na przód. Pukam i czekam. Dzwonię dzwonkiem i za chwilę słyszę, jak ktoś krzyczy:
- Chwileczkę!
A jednak! Alicja jest tutaj! Poznaję jej głos! Niepotrzebnie się martwię, bo przecież faktycznie mogłem wcześniej wpaść na pomysł, że mogą przebywać u siebie. Przecież się przyjaźniły.
- Już idę!- Dobiega mnie coraz bliżej i słyszę znajomy chrzęst zamka, kiedy przekręca go kluczem.
Nic się jednak nie zmieniło.



               Z Adamem świat nabiera barw. Nawet, gdy się śmieje mój ciemny świat ulega destrukcji i pojawiają się błękitne chmury zapowiadające rozpogodzenie. Jestem taka szczęśliwa, że nawet zapominam o Antonym i jego okropnym zachowaniu. Zapominam nawet o…, nie. O nim nigdy nie zapomnę. Mój syn zawsze będzie najważniejszym dzieckiem i człowiekiem zarazem, którego nigdy nie przestanę kochać. Jestem jednak wdzięczna Adamowi, że ukazuje mi wspaniałe aspekty życia, które nadają mi jakiś sens.
Od kiedy go ujrzałam nie czuję się zbrukana. Jestem jakby nową ja. Tamta stara ja odeszła na zawsze i teraz wkraczam w nowe życie, pełne szczęścia. I nie będzie to życie takie jak z Antonym, bo Adam nie płaci mi za seks. Zresztą w ogóle z nim nie spałam i nie wiem czy bym potrafiła. Kocham go, ale nie mogę jeszcze do siebie dopuścić. Nie chcę się angażować, bo w przeszłości nic dobrego z takich rzeczy nie przychodziło. Przeważnie każdy tylko umiał brać, a nic dawać w zamian.
Przestań!  
Zapomnij o tamtym świecie, bo go już nie ma. Teraz jestem z Gerdi szczęśliwa, bo podarowała mi wspaniały dom. Daje mi miłość, choć jestem dla niej obca. Choć czasami widzę, jak się mi przygląda. I niby mówi o jakiś swoich dzieciach, ale jakoś żadne z nich jej nie odwiedza. Raz tylko jedno z nich zadzwoniło, chyba córka, ale szybko skończyły rozmowę. Widziałam, że potem była smutna, ale nie chciała o tym rozmawiać. Uszanowałam jej decyzję.
Nie wiem, czy jestem dla Adama atrakcyjna. Obawiam się, że mój brzuch może go trochę odpychać. A nawet, gdyby się przyjrzeć bliżej, to cała moja figura jest niekształtna. Piersi wciąż mam wielkie, choć już nie takie lejące, jak kiedyś. Brzuch też został nabrzmiały, a z nóg nie schodzą mi rozstępy. Może więc nie jest to problem emocjonalny, a fizyczny. Pewnie go nie pociągam.
A niech to Antony!
Czy musiałeś spaprać mi całe życie?!

205 czyt.
100%3
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2725 słów i 14514 znaków.

Dodaj komentarz