To ja już sam zacznę płakać cz. 56

Cz. 56
Marzena
Ala zmarła nieświadomie. Zazdrościłam jej tego, bo mnie nie było dane odejść z dzieckiem. A chciałam i to nie raz…
Teraz to nawet nie wiem, co miałabym powiedzieć Adamowi, nawet gdyby się tu zjawił. Zwykłe cześć, ani witaj, nie wchodziłoby w grę, bo nie byłabym ucieszona jego widokiem. Zbyt wiele bólu mi przysporzył, choć być może nie był nawet tego świadomy.
Jeśli kiedykolwiek ktoś powie, że nie ma szczęścia, to wpierw niech się zastanowi, czy rozumie jego znaczenie. Bo nie wygranie w lotka, czy też zmoknięcie, zanim się dotarło do domu, nie jest niczym w porównaniu z prawdziwym nieszczęściem, czyli śmiercią dziecka. To ono wywołuje w nas eksplozję bólu i nieustającego potoku łez. To przez śmierć dziecka już na zawsze nasza dusza jest upośledzona, a ciało nazbyt wrażliwe. Stajemy się wtedy bardziej zombie, aniżeli człowiekiem.
Wciąż nie potrafię zrozumieć, jak to się mogło stać, że nie przeżyło żadne z dzieci Ali. Pierwsze zmarło jeszcze przed porodem, drugie w trzeciej dobie, choć nie wykazywało żadnych nieprawidłowości, a trzecie… Trzecie chyba z żalu, że nie ma nikogo na świecie, kto mógłby je pokochać. Bo była to dziewczynka, piękna dziewczynka, którą, jako jedyną udało mi się zobaczyć. Uzyskała całe dziesięć punktów, a jednak w tydzień po przebywaniu w inkubatorze z wagą tysiąc dwieście gram odeszła…
Chyba nigdy nie zapomnę płaczu Angel, kiedy obudziła się w nocy z tak przeraźliwym krzykiem, że sama nie widziałam, co jej jest. Płakała i płakała wciąż wzywając matkę, która już nigdy do niej nie przyjdzie.
- Cii kochanie, uspokój się maleńka- mówiłam do niej scałowując każdą jej maleńką łezkę. Nic to jednak nie dawało. Dopiero, gdy dostałam telefon ze szpitala, że i trzecie dziecko odeszło, już wiedziałam, że Agatka, bo tak dałam jej na imię zmarła o trzeciej piętnaście w nocy. Bo to wtedy Angel zaniosła się takim zawodzeniem, jakiego jeszcze nigdy w życiu u dziecka nie widziałam i nie słyszałam.
Od tamtej pory jesteśmy ze sobą razem. Trochę utrwało, zanim udało mi się przekonać kilku osobistości, że Angel powinna zostać ze mną. Jednak było warto, bo teraz uważam ją niemal za własną córkę, której nigdy nie dane mi było mieć.






Adam
Kilkakrotnie starałem się zrobić coś w swoim życiu, ale za każdym razem dawałem ciała. Robiłem to, co uważałem za prostsze, choć nie zawsze może i było słuszne.
Barcelona nauczyła mnie, że tutaj wszystko kosztuje nie tylko za sprawą pieniędzy, ale i znajomości. Jeśli byłeś ceniony, dostawałeś wszystko, co było trzeba. Panienki, dobre hotele, dobre jedzenie i wszystko inne, co było ci potrzebne do przeżycia. Zaś, gdy tych pieniędzy i znajomości nie miałeś, to nie było, czego szukać, bo na każdym kroku spotykałeś kogoś, kto ci o tym przypominał.
Żyjąc w niemal ciągłej ucieczce przed kłopotami poznawałem różnych ludzi. Jedni chcieli mi pomóc i robili to, a drudzy chcieli mi zaszkodzić i też robili wszystko w tym kierunku. Nie raz musiałem dostać w mordę, bo przysiadłem się do niewłaściwego stolika. I nie raz wyrzucano mnie za drzwi, gdy dowiadywano się, że jestem Polakiem. Dla ludzi z Barcelony byłem nikim innym, jak tylko białym murzynem, który musi się podporządkowywać, jeżeli chce przeżyć. Najlepszym dowodem na to była moja odsiadka w kiciu, do którego wsadzili mnie za używanie fałszywej tożsamości.
Nie raz dostałem po mordzie za nic, więc moja twarz nie przypominała już tej, którą była kiedyś. Moje dłuższe blond włosy musiałem ogolić, kiedy Irina zaprowadziła mnie do lekarza, do którego trafiłem w skutek pobicie. Jeden ze zbirów nie dosyć, że skopał mnie całego, to jeszcze nożem rozciął mi połowę głowy.
- To na pamiątkę, abyś o mnie nie zapomniał, gdy zechcesz rozmawiać z moją laską- powiedział i poharatał mi głowę.
Na szczęście rana na głowie się zrosła, choć tam, gdzie było rozcięte żaden włos już nie wyrósł. I oczy moje niegdyś niebieskie, jakoś tak poszarzały, być może przypominając mi, o kilku mocnych sierpowych, albo o oznace starości. Miałem w końcu już przeszło pięćdziesiąt lat.
I żadnych perspektyw na przyszłość.
Zresztą, czy miałem kiedykolwiek jakąkolwiek przyszłość?




    


Siedzę przy stole w jakiejś knajpie o nazwie Balustrada i wcinam rogalika z dżemem. Herbata już dawno ostygła, bo zupełnie o niej zapomniałam przeglądając ogłoszenia o sprzedaży domu. Kelnerka niepostrzeżenie podchodzi do mnie i pyta, czy jeszcze sobie czegoś życzę, ale tylko zbywam ją machnięciem reki. Ona nie wie, że nie mam zbyt wiele pieniędzy przy sobie, bo oszczędzam na kupno domu, ale wcale to nie znaczy, że musi o tym wiedzieć. Wypijam, więc zimną herbatę zaczytując się w ogłoszeniach, gdy nagle to dostrzegam.
Jest dość duży dom na sprzedaż, ale nie ma na nim ceny. Dom ten wygląda jak z marzeń cały ogrodzony nie tylko płotem, ale i żywopłotem. Tuż przed wejściem wiedzie dróżka z wysypanych kamieni szerokości równej szerokości wjeżdżającego samochodu. W oddali widać porastające drzewa i kilka domów całkiem blisko siebie osadzonych. Jestem zachwycona i prawie natychmiast podchodzę do automatu i wykręcam numer podany w gazecie. Umawiam się na spotkanie wstępne nie pytając o cenę, bo gdzieś tam czuję, że nawet, jeśli bym go nie kupiła muszę, choć go obejrzeć. Przeżycia dawnych dni wciąż trwają w mojej głowie, ale ten dom… on je zagłusza. Niemal wydaje mi się, że woła mnie do siebie, co bardzo rozpromieniowuje mnie od środka i w pospiechu wracam do stolika i płacę nawet nie tknąwszy pozostawionej herbaty. Jakoś tak wydaje mi się, że skoro jakiś czas stała tam i każdy mógł jej dotknąć, nie ufam temu płynowi.
Płacąc wychodzę i pierwszego przechodnia pytam o zapisany przeze mnie adres. Mężczyzna dokładnie opisuje mi jak mam tam dojechać, po czym sam proponuje mi podwózkę, gdyż akurat będzie tam przejeżdżał. Waham się, ale starszy mężczyzna wydaje się być w porządku, więc wsiadamy do jego mercedesa sto dziewięćdziesiątki białego niczym śnieg i po chwili jedziemy już jakoś tak oboje milcząc. Ja nie wiem jak mam zacząć rozmowę, bo go nie znam, a odważyłam się wsiąść, a on, co rusz zerka w lusterko wsteczne, jakby chciał mi pokazać, że jest tak zaabsorbowany jazdą, że nie ma czasu się do mnie odezwać.
- To tutaj- mówi mi zatrzymując się na wjeździe, a ja dziękuję mu za podwózkę i kładę na jego siedzeniu całe sto złotych.
- Proszę zabrać te pieniądze- mówi zakłopotany, lecz ja już wychodzę i przyglądam się bramie wjazdowej.
Metalowa, zerdzewiała czerń mieni mi się przed nosem, lecz nie przejmuję się wyglądem bramy. Dom wprawdzie nie jest jeszcze mój, ale już wyobrażam sobie, że kiedyś pomalowałabym go na kolor zielony. Tak, aby kojarzył się z nadzieją. Nadzieję na lepsze życie i lepszą przyszłość.
Wchodzę popychając furtkę, która, o dziwo nie skrzypi. Do drzwi wejściowych prowadzi mnie wysypany żwirem podjazd, a obok rośnie przystrzyżona zielona trawa. Ktoś najwyraźniej niedawno ją skosił, być może, aby sprzedaż była bardziej wyprocentowana, co daje mi sygnał, że tym bardziej nie będzie mnie na niego stać, ale i tak wchodzę. Życie wystarczająco mnie nauczyło, że trzeba dążyć do spełnienia swoich marzeń i robić cokolwiek, a nie tylko siedzieć i czekać, na księcia z bajki, który nigdy się nie ukaże, bo jest to życie prawdziwe, a nie takie, jakie wiedzie się w bajce. Pukam do drzwi, które wyglądają na nowe, bo widnieje jeszcze na nich folia, której nikt nie zdążył zdjąć i sama mam ochotę ją zerwać, ale nie mogę, gdyż jeszcze nie jest to mój dom. Wciąż jestem na obcym terenie, z którego w każdej chwili mogę zostać przepędzona.
Otwiera mi starsza kobieta. Ma siwe włosy zaczesane w koka, siwą sukienkę bardzo prostą, bez dekoltu. Na nogach ma takie śmieszne papcie w postaci piesków, co daje mi do myślenia. Pewnie ma dzieci, a te dzieci wnuków, więc domyślam się że nie będzie łatwo.
- Pani z ogłoszenia?- Pyta staruszka ochrypłym głosem, który wskazuje, że albo jest chora, albo za dużo pali.
- Tak. Przyszłam obejrzeć ten dom. W gazecie wydawał mi się nieco smutny, ale teraz mam zupełnie odmienne odczucie- mówię, uświadamiając sobie, że chyba gadam za dużo.
- Proszę- zachęca mnie do wejścia i zaczyna kaszleć.- Nic się nie przejmuj, to tylko rak- mówi.- Na szczęście nie jest zaraźliwy, więc spokojnie możesz oddychać tym samym powietrzem, co ja.
Nie odpowiadam jej nic, bo niby, co można na coś takiego powiedzieć? To, że kobieta umiera sprawia mi pewną przykrość i podchodzę do tego domu bardziej jak do trofeum odkrytego w szafie, a niżeli jak do kupna. Starsza kobieta oprowadza mnie po wnętrzu, w którym nie pachnie mydłem, ani lekarstwami, a tylko wanilią i świeżym pieczywem. Aż zaczynam robić się głodna, a w brzuchu grają mi pierwsze skrzypce, ale powstrzymuję je wciągając brzuch. To zawsze działa.
- A to moje kolekcja książkowa. Znajdziesz tu takich pisarzy jak Mickiewicz, Sienkiewicz i wielka pisarka, jaką była Virginia C. Andrews. Uwielbiam ich książki, a w dodatku na jednych z ich książek mam ich podpisy ze specjalnymi dedykacjami dla mojej matki i babki. Są bezcenne i warte więcej niż ten dom.
- A nie boi się pani, że ktoś by je ukradł?
To pierwsze pytanie, jakie przychodzi mi na myśl, choć nie wiem, czy jest na miejscy, gdyż jedyną obcą osobą, jaka tu jest, jestem właśnie ja.
- Nie- odpowiada i patrzy ma mnie jakby oceniając, czy przyszłam tu tylko popatrzeć, czy kupić dom bez negocjacji.
Dalej pokazuje mi pokoje, starsze meble, które wysłużyły już swoje i gdybym miała szczęście tu zamieszkać muszą pozostać wymienione, jeżeli nie chcę, aby pewnego dnia naczynia same pospadały i się potłukły.
- Ma pani piękny dom. Aż nie potrafię uwierzyć, że chce go pani sprzedać- mówię patrząc z zachwytem na regały z książkami, które wywarły na mnie nie lada wrażenie.
- Ach- machnęła ręką.- Co mi po tym, wszystkim, skoro skorupiak miał na mnie chrapkę- zaśmiała się znowu zanosząc kaszlem.-  Resztę obejrzyj sama. Ja tu zaczekam i zrobię nam kawy, dobrze?
- Pani wybaczy, ale ja nie piję kawy. Przepraszam, że marudzę, ale…
- Spokojnie dziecko- znów macha ręką.- Jeszcze nikogo nie zabili za picie kawy. O, chyba, że to ona sama wymierzyła komuś wyrok. Więc niech będzie herbata. Mnie tam nic nie pozostało do stracenia, więc jedna kawa więcej też nic nie odbierze.
Powędrowała do kuchni, którą było widać z korytarza, gdzie obecnie stałam. Zastanowiłam się, czy aby nie za bardzo mi ufa, bo przecież mogłabym być jakąś przestępczynią, albo tez mordercą tylko ukrywającą się za swoim ciałem. Mogłabym ja powalić jednym ciosem, gdybym chciała. Nie zrobię tego jednak, bo nie taka jestem. Może i inaczej wychowała mnie matka, ale teraz, gdy w końcu się od niej uwolniłam mogłam być sobą. Odruchowo spojrzałam na nadgarstek, gdzie wciąż tkwiły blizny, o których wolałam nie pamiętać. Zakryłam je bardziej rękawem i wróciłam do oglądania reszty pokoi.
Wchodząc do łazienki najpierw przetarłam oczy ze zdziwienia, bo nie sądziłam, że takie rzeczy na prawdę istnieją, a dopiero potem podeszłam i bez powstrzymywania się dotknęłam lustra. Nie było ono zwykłe, bo rama okazała się być sylwetką łabędzia. Całe lustro było jakby jednym wielkim łabędziem, zaczynającym się od moich stóp, aż do głowy. Umywalka stała obok, a po drugiej stronie kibelek już zwykły, ale i tak widząc to białe, choć już nieco wytarte lustro pomyślałam, że mogłabym przez takie przejść i znaleźć się w magicznej krainie, gdzie wszyscy są dla siebie dobrzy i nikt nikogo nie bije.
Nie było wątpliwości, że ponad wszystko bardzo chciałam mieć ten dom. Wróciłem jednak nieco przygnębiona, bo skoro staruszka posiadała aż tak przecudne rzeczy, to i cena będzie wygórowana.  
- Słodzisz?- Zapytała, gdy przysiadłam się do zwykłego dębowego stołu dla sześciu gości.
- Nie koniecznie. Mama nie pozwalała mi słodzić…- zaczęłam i urwałam, bo znów powiedziałam coś niewłaściwego. Na dodatek rękaw bluzki mi się podwinął i przez moment rana była widoczna, ale zaraz bezpiecznie pod stołem ją zakryłam.
- Mam nadzieję, że lubisz owoce granatu i malin, bo o takim smaku jest ta herbatka- pomruknęła i zaciągnęła się głośnym łykiem kawy. Miała mocny aromat i dużo lepszy niż ten, który wydobywał się z filiżanki mamy, ale nie powiedziałam tego głośno.
- Jeszcze takiej nie piłam, ale z pewnością będzie mi smakowała- dodałam z uśmiechem i pociągnęłam jej łyk. Był gorący i czułam jak parzy mi przełyk, ale po chwili zrobiło mi się tak dobrze, że zapragnęłam, aby nigdy się nie skończyła. Nawet wyobraziłam sobie, że właśnie połknęłam prawdziwą malinkę i miałam nadzieję, że ten granat nie rozsadzi mi żołądka, bo pierwsze słyszałam o takim owocu, o ile w ogóle nim był.
- Więc pilnie potrzebujesz domu, tak?- Zapytała wciąż mnie obserwując.
- Tak. Niedawno tu przyjechałam i nikogo tu nie znam. Nie wiem nawet ile może kosztować tak piękny dom.
- Nie jest wcale taki piękny- beknęła i znów zaczęła siorbać kawę.
- Niech pani tak nie mówi. Może i meble są stare i trzeba je będzie wymienić, ale za to ma pani piękne lustro, łabędzie lustro, które choć stare, jest wprost doskonałe. I te książki…, wydają się takie ukryte, choć ma je pani na wierzchu. To znaczy chodzi mi o to, że pałają tajemnicą. Czuć od nich, że niewiele razy były przeczytane, choć może i nawet nie wszystkie były czytane w ogóle.
Staruszka pomlaskała trochę wychylając się na tyle, aby widzieć rąbek końca regału i pokiwała z uznaniem.
- A ty czytasz?     
Pochyliłam głowę na dół, bo prawda była taka, że moja matka z ojcem nigdy mi żadnej książki nie dali. Nigdy też nie przeczytałam ani jednej, choć gdy je widziałam, czułam, że mnie wołają.
- Nie. Można by powiedzieć, że w dzieciństwie, nie miałam takich możliwości.
- A co sądzisz o książkach?
Dziwne pytanie, ale jeszcze dziwniejsze było to, że chciałam na nie szczerze odpowiedzieć.
- Książki są tajemnicze. Gdy się na nie patrzy ukrywają swoją treść i zdawać się może, że przywołują nas, abyśmy je otworzyli i aby słowa wyszły z nich, a nie tylko były tam napisane. Pani książki też przywołują. I w dodatku pachną tak, jakby chciały do kogoś należeć. Zupełnie, jakby kochanek przywoływał swoją ukochaną, pozostawiając po sobie swój zapach, który wciąż ją kusi i chce za nim biec. W książkach jest magia, która pozwala nam znaleźć się gdzieś indziej i przeżywać problemy innych ludzi. Możemy śmiać się tak jak oni, bądź płakać, gdy dzieje im się krzywda. Możemy uciec do ich wnętrza i zagłębić się tak, aby nie myśleć o naszych kłopotach. Książki pozwalają nam przeżyć, kiedy sądzimy, że już nic nie jest w stanie nam pomóc.
Otrząsnęłam się z marzeń, bo przez moment wyobraziłam sobie, że mieszkam tutaj z dala od przeszłości i że czeka na mnie gdzieś ten mężczyzna, który nie pozwoli mnie nigdy skrzywdzić. Który wyciągnie swą dłoń, gdy ja będę się staczać, albo przyniesie mi chusteczkę, gdy łzy będą wychodziły z moich oczu, niczym pisklę ze skorupki jajka. Marzę, aby mieć kogoś, kto nie odwróci się ode mnie, gdy będzie mi źle, ale poda swą dłoń i przytuli, jak matka własne dziecko, które kocha.
- To zadziwiające, że nigdy żadnej nie przeczytałaś, skoro wiesz, po co są na świecie książki. Nie każdy autor by się tak wypowiedział w ten sposób, choć napisałby nie jedną. No chyba, że mnie okłamujesz…
Zwróciłam się w jej stronę prawie ze łzami w oczach.
- Nie kłamię pani. Może i nie raz kłamałam w życiu, ale Bóg mi świadkiem, że w koniecznych sprawach. Nie chcę dłużej tak żyć i dlatego…
Prawie się wydałam!
- Dlatego?- Powtórzyła po mnie starsza kobieta.
- Dlatego uciekłam- dokończyłam sądząc, że i tak już po moich marzeniach. Właśnie straciłam ten dom. Cóż mi więc pozostało z życzliwości i udawania, że moje życie było bajką. Powiedziałam jej ,więc prawdę upijając łyk za łykiem tej niebiańskiej herbaty z myślą, że przegrałam swoje marzenia.- Uciekłam, bo mnie krzywdzono. Byłam bita, poniewierana i gwałcona. Traktowano mnie jak szczura podającemu tylko pomyje, aby nie zdechł, bo był potrzebny do zarabiania pieniędzy. Potrzebuję domu, bo nigdy w dzieciństwie go nie miałam. Wiem, że mnie na ten dom nie stać, ale musiałam go zobaczyć, bo przywołał na mojej twarzy uśmiech, którego nie miałam odkąd pamiętam. A być może nigdy go nie miałam- zamyśliłam się.- Przepraszam, że zmarnowałam pani czas. Nie stać mnie na ten dom- dodałam i wstałam od stołu niepewna, co teraz usłyszę.
- Zostań- powiedziała kobieta. – Wierzę ci. I podziwiam cię za odwagę, że byłaś zdolna wyznać tak straszne rzeczy.
- Ale nie stać mnie na ten dom. To, co mam może starczy na wykupienie jednego pokoju, a nie całego domu. Przepraszam, że zabrałam pani czas.
Kobieta też wstała i zaczęła się mnie przyglądać.
- Dajesz za wygraną? Znów schowasz się w piasek i będziesz udawać, że nic się nie dzieje?
- Nie rozumie pani? Ja nie mam tyle pieniędzy, ile pani sobie życzy. I nie jestem tchórzem, bo gdybym była, wciąż siedziałabym przywiązana do łóżka!
Krzyknęłam, bo niesprawiedliwie mnie oceniała. Już wystarczająco wiele w życiu przeszłam, aby ktoś mną poniewierał. Nie po to uciekałam, aby wysłuchiwać słów, że jestem słaba.
- Więc walcz, a nie uciekaj, gdy nie znasz jeszcze ceny idiotko! Chcesz mieć ten dom?
- Chcę- odparłam ze łzami w oczach, nie wiedząc, dlaczego jeszcze z nią rozmawiam. Ta kobieta obrażała mnie i podnosiła głos, przed którym broniłam się przez tyle lat. Nie pozwolę, aby teraz ktoś taki mnie poniżał!
- Chcę! Ale nie pozwolę się obrażać!
- Więc siadaj jak ci gadam, bo durna będziesz, gdy teraz z niego wyjdziesz! Pokaz mi, że ci zależy, a nie tylko gadaj. Znów się pytam, chcesz mieć ten dom?
- Chcę.
- To siadaj i przestań tak marudzić- powiedziała już spokojniej.- Mnie jest on nie potrzebny. Umieram i tyle będę z tego miała. Przez całe życie starałam się jak głupia, żeby moim dzieciakom niczego nie zabrakło i żeby miały gdzie spać. Chyrałam w dwóch robotach po dziesięć godzin dziennie, aby mogły mieć wszystko. Ubierałam ich modnie, bo tak chciały. Dawałam im kieszonkowe, bo tak chciały. Zapoznałam ich z bogatymi facetami, bo tego chciały i co? Już dwadzieścia jeden lat mija, od kiedy żadna z nich mnie nie odwiedza. Raz tylko Felicja zadzwoniła, aby zapytać, czy choroba postępuje, więc sama się rozłączyłam. Nie pytała o moje zdrowie, tylko bardziej o to, kiedy chata będzie wolna, to wezmą ją, tak jak wzięły wszystko, na co tak ciężko pracowałam. Nie chcę, aby żadna z nich odziedziczyła tego domu, bo nie są tego warte. A teraz pytanie, czy ty jesteś tego warta?
Jak poparzona odpowiedziałam jej, że tak. Jestem warta tego domu, bo sama go nigdy nie miałam. Chcę go, bo o niego zadbam.
- Jestem go warta- odparłam już płacząc i sama nie wiedziałam czy to ze szczęścia, czy z rozpaczy, że przypomniały mi się wszystkie krzywdy z dzieciństwa.
- Więc zamieszkaj ze mną do końca moich dni, a ja zapiszę go tobie.

377 czyt.
100%21
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 3799 słów i 19981 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 31 maj 2019

    Ale to już było . Zestaw na tak