To ja już sam zacznę płakać cz. 37

Cz. 37
        Marzena
Kiedyś zastanawiałam się jak to jest mieszkać w mieście. Tam pewnie, co rusz jeżdżą jakieś samochody z wymyślnymi markami, na które nigdy nie zwracałam uwagi. Samochód nie był nigdy dla mnie czymś ważnym, choć nie wykluczam, że bardzo ułatwiłby mi podróże. Z drugiej jednak strony, gdzie miałabym pojechać takim samochodem? Do wcześniejszej pracy miałam kilkanaście metrów, więc nawet rowerem nie było sensu się poruszać. A teraz pewnie by mi się przydał. Już nawet wyobrażam sobie, jak siadam na rowerze, a on zamiast jechać do przodu nagle staje i pękają opony, od mojego ciężaru.
Przerwałam swoje myśli, bo dojechaliśmy do końca trasy.
- Pięćdziesiąt trzy złote- powiedział facet z taxi.
- Już daję.
Wyjęłam z torebki sześćdziesiąt złotych i podałam mu. Grzecznie podziękował i odjechał! Najwyraźniej przekonany był, że to napiwek. Stłumiłam w ustach przekleństwo i rozejrzałam się dookoła. Wypatrzyłam na budynku tabliczkę z nazwą Ulica Browarna 14 i przeszłam kilka kroków dalej do następnego budynku. Nie było na nim numerku, ale pozwoliłam sobie wejść przez furtkę, na której nie pisało żadne ostrzeżenie odnośnie wściekłych psów i wchodząc po schodach zapukałam do drzwi. Chwila ciszy, podczas której zapierała mi dech w piersiach, była nie do zniesienia. A mój powód wizyty sprawił, że zaczęłam się strasznie pocić.
Oby tylko pan Janusz był w domu.
Drzwi zaczęły się uchylać i w wejściu ujrzałam młodą kobietę. Brunetkę w mniej więcej moim wzroście z mocno umalowaną twarzą i na czarno podkreślonymi brązowymi oczami.
- Co pani chce?- Zapytała zawiązując ręce.
- Ja szukam pana Janusza Kieleckiego- wydukałam starając się nie pomijać i nie przekręcać jego nazwiska.
- A pani to, kto?- Zapytała podejrzliwie.
- Nazywam się Marzena Raśko. Kiedyś pani dziadek- nie byłam pewna czy trafnie oceniłam jej wygląd- znał pewną kobietę Gertrudę Paję i przechowywał jej polisę na życie. Przyszłam ją odebrać.
- Więc ma pani problem- odparła bezceremonialnie nic więcej nie dodając.
- Jak to?
Zawiał taki wiatr, że aż się skuliłam. Po chwili wiatr porwał kilka ziarenek piasku, które wpadły wprost do oka mojej rozmówczyni.
- Ała- powiedziała i zaczęła przecierać swoje oczy rozmazując swój tusz pod oczami.- Niech pani wejdzie, bo obie nas zawieje- mruknęła i gestem zaprosiła mnie do środka.
Dom, jak dom. Skromnie urządzony ze zwykłym segmentem i kilkoma obrazami martwej natury. Parkiet wybladł nieco przyniszczony i gdy po nim szłam, co jakiś czas zapiszczał sugerując, że najwyższy czas na wymianę.
- Proszę- wskazała na aksamitną bordową sofę, na której po obu stronach leżały tego samego koloru poduszki.- Czego się pani napije?
- Dziękuję, ale nie trzeba. Nie ukrywam, że bardzo mi się spieszy- zaczęłam, aby jak najszybciej przeszła do rzeczy.
- Jak pani sobie życzy.
Usiadła naprzeciwko mnie i założyła nogę na nogę.
- Słucham- powiedziała, a ja poczułam się nieswojo.
- Czyli, że nie ma tu pana Janusza?
Wzrok jej powędrował do najbliższego zdjęcia, na którym stała ona z jakimś starszym siwym staruszkiem. To pewnie był ten Janusz, jednak ze zdjęcia trudno było sprecyzować, kim dla siebie są.
- Mój mąż zmarł niecały rok temu- zaczęła dość poważnie.
- O!- Wyszło ze mnie tylko to jedno słowo. Miało oznaczać, że ,,O!’’ nie sądziłam, że był twoim mężem, albo ,,O!’’, Dlaczego, on nie żył? Przecież był mi potrzebny!
- Tak. Dla mnie też było to niewiarygodne. Janusz był dla mnie kimś więcej niż tylko mężem. Był moim przyjacielem i najlepszym powiernikiem, jakiego można sobie tylko wyobrazić. Może i miał dziewięćdziesiąt dwa lata, ale to był tylko wiek. Nic, co by przeczyło jego zasadom i miłości, jak mnie darzył.
Co prawda nie przyszłam tutaj pytać o jego życie prywatne, ale nieco zdziwił mnie fakt, że kobieta, a właściwie dziewczyna, na około dwudziestoletnia, wyszła za mąż za prawie stu latka i jeszcze twierdzi, że to z miłości. Moim zdaniem chodziło tu o kasę, jednak jak by tak się przyjrzeć temu, gdzie mieszkała, kasa, była tu raczej potrzebna, aniżeli zbyteczna. Jednak jeśli by przypomnieć sobie słowa Gertrudy,, Był niezły w te klocki’’, to może i nie pieniądze były tutaj górą.
- O kurcze- wydusiłam tylko z siebie.
Dziewczyna zaśmiała się na to stwierdzenie.
- No może i kurczę, ale niech mi pani powie, po co do niego przyszła. Tylko błagam, jeśli miała pani z nim dziecko, to proszę zapomnieć o alimentach, bo same nie mamy z czego żyć.
Czy mnie słuch nie zawodził, czy ona powiedziała ,,same”?
- Nie w żadnym wypadku. Ja tylko przyszłam po polisę ubezpieczeniową, którą przechowywał dla mnie pani mąż, pan Janusz.
Musiałam dodać jego imię, bo wciąż trudno mi było sobie wyobrazić ją, jako jego małżonkę.
- Dobrze, proszę zaczekać. A jakie jest hasło?
- Cały regał książek- wypowiedziałam słowa napisane na kartce.
- Chwileczkę- dodała kobieta i wyszła z pokoju.
Oby tylko wszystko było dobrze ułożone w tej polisie, bo tylko ona może mnie uchronić od całkowitego bankructwa. Na wszelki wypadek zmówiłam modlitwę dziękczynną za pamięć o panu Januszu i za pamięć o mojej przyjaciółce Gertrudzie, bez której moje nadzieje ległyby w gruzach.
Kobieta przyszła za chwilę z małym dzieckiem na ręku.
- Pani wybaczy, że to tak długo trwało, ale Mili właśnie się obudziła.
- Nic nie szkodzi- powiedziałam i nie potrafiłam oderwać wzroku od tego maleństwa.- Ile ona ma?- Zapytałam patrząc na cudowne małe niebieskie ślepka zakończone naprawdę długimi czarnymi rzęsami.
- Osiem miesięcy. Janusz zmarł na miesiąc przed jej przyjściem na świat- dodała ze smutkiem.
- Bardzo mi przykro- powiedziałam, bo żadne dziecko nie chciałoby się wychowywać bez ojca, czy też matki. Mnie samą wychowywała tylko matka, bo ojciec od nas odszedł i wiem, że nikt nie chciałby przeżyć tego, co przeżyłam ja będąc dzieckiem.
- Przywitaj się z panią Marzenką Mili- powiedziała, a mała spojrzała na mnie i zamrugała oczkami. Potem posłała mi taki uśmiech, że serce mi się ścisnęło, kiedy moim oczom ukazał się na środku uzębienia mały biały ząbek.
- Jest śliczna. Pewnie już raczkujesz, co Mili?- Zapytałam malutkiej, a mina tej dziewczyny nieco zbladła.
- Powiedz, że się staramy- odezwała się matka odkrywając kocyk, którym wcześniej była przykryta dziewczynka.
Widok, jaki mi zaserwowała wywołał we mnie strach i ból, którego nigdy ja sam nie doświadczyłam. Żal, jaki przepełnił moje serce niemal wylał się ze mnie, kiedy uzmysłowiłam sobie, że ta mała dziewczynka nie ma jednej nóżki.
- O matko, co jej się stało?- Zapytałam zapominając, że nie powinnam się wtrącać w sprawy innych.
- Już taka się urodziła. Wiedziałam, że Mili nie będzie miała jednej nóżki już na początku, gdy wykształtowały się jej kończyny, a mimo to nadal chcieliśmy, aby się urodziła. Janusz pokochał to maleństwo już, gdy tylko się okazało, że jestem w ciąży. Nasza Mili jest moim oczkiem w głowie i zawsze będzie, prawda Mili?- Zapytała małą, a ta tylko wtuliła się w ramiona matki szukając czegoś pod jej bluzką.
- Chyba jest głodna- zauważyłam.
- O tak- powiedziała kobieta i nie zawstydziła się tego, że za chwilę mała sama wyjęła jej pierś. Objęła ją mocno jedną rączką i ślicznymi ustkami poszukała sutka matki.- Nie potrafię przestać jej karmić- powiedziała niemal ze łzami w oczach.- Wiem, że powinnam, bo potem będzie miała brzydkie ząbki, wie pani, będą jej się psuły, ale tak bardzo się cieszę, gdy jest obok mnie, że zwyczajnie nie potrafię.
A ile ja bym dała za chwilę z własnym dzieckiem…
- Niech pije. Najważniejsze, że jest przy pani bezpieczna.
- A pani ma dzieci?
- Nie. Niestety…
- Przykro mi.
- Niepotrzebnie. Tak właściwie, to gdybym chciała, mogłabym je mieć, tyle tylko, że mój wybranek był już zajęty.
Nie wiem, czemu odważyłam się na taki wysyp pragnień. Być może, dlatego, że ta kobieta była mi całkiem obca i nie przejmowała się kimś takim jak ja, bo zwyczajnie mnie nie znała. Kobieta zaczęła się nieco niecierpliwić, bo chyba powinnam coś dodać, ale jakoś tak serce zwalniało, gdy widziałam takie malutkie szczęście z takim nieszczęściem.
- Ja przynajmniej mam ją. I proszę sobie źle o mnie nie myśleć. Nie wyszłam za Janusza tylko, dlatego, że miał pieniądze. Wyszłam za niego, bo naprawdę go kochałam. Ja sama wychowałam się bez ojca, więc jakoś tak w życiu szukałam starszych mężczyzn, którzy mogliby się jeszcze mną zaopiekować, a nie tylko ja bym nad nimi chodziła. Dzisiejsza młodzież tylko patrzy, aby sobie ulżyć i szukać wciąż to nowych wrażeń. Ja nigdy taka nie byłam. Janusz był moim pierwszym. A teraz to nawet chwilami żyć mi się nie chce, gdy pomyślę, że go już nie ma. Umarł we śnie. Gdy się obudziłam obróciłam się powoli w jego stronę i pierwsze, co mnie zastanowiło, to to, dlaczego on nie chrapie. Bo Janusz to zawsze chrapał. Uspakajał mnie tym chrapaniem. Wie pani, czułam, że ktoś przy mnie jest i że nie jestem sama. Tamtego dnia zbudziłam się coś po piątej nad ranem. W nocy spałam jak zabita, choć rzadko mi się to zdarzało, bo mała bardzo się wierciła w brzuszku. I gdy dotknęłam jego policzka…- zamyśliła się na moment.- W pierwszej chwili też chciałam umrzeć. Potem jednak oprzytomniałam i zadzwoniłam po karetkę mówiąc im, że mój mąż zmarł podczas snu. Przyjechali i tylko stwierdzili to, co już ja sama wiedziałam. Zmarł piątego stycznia 2014 roku.
- I jak pani sobie teraz radzi?
- Ach! Jakoś muszę dla mojej ślicznej Mili.
Zrobiło się tak niezręcznie, że zapragnęłam wyjść i nigdy tu nie wrócić. Po co ja tu przyszłam? Ach tak. Polisa Gerdi.
- Przepraszam, że pani przeszkadzam. Wezmę tylko polisę i już mnie nie ma.
- Och, oczywiście- dodała i wyciągnęła w moim kierunku skrawek papieru. Dopiero po rozłożeniu okazało się, że była to koperta, na której napisane było moje hasło.
- Dziękuję. Pozwoli pani, że tu sobie to przeczytam?
- Oczywiście. Ja tylko przebiorę małą, bo coś tak czuję, że ma dla mnie niespodziankę w pieluszce.
Wyszła z pokoju, a ja powędrowałam wzrokiem za małym szkrabem, który się do mnie uśmiechał. Pomachałam małej, a ona się uśmiechnęła mocniej i schowała swoją buźkę za twarzą matki, zanim całkiem zniknęli mi z oczu. Potem rozerwałam kopertę i ujrzałam pismo mojej przyjaciółki Gerdi.
Marzenko!
Widzę, że już dotarłaś do pana Janusza, więc brawo dla ciebie! Pozdrów go ode mnie i powiedz mu na ucho, że tamtego dnia, gdy kelnerka przyłapała nas przy śmietniku za kuchnią, nigdy nie zapomnę. Mrugnij mu przy tym oczkiem, aby wiedział, że to ode mnie, bo ja zawsze tak robiłam, gdy mu coś powtarzałam nie raz, ani nie dwa.
Nie martw się, bo moja, a teraz twoja polisa jest wciąż bezpieczna. Mam tylko dla ciebie małe pytanie. Jeśli byś odziedziczyła po mnie sto tysięcy złotych, to, czy:
a) Dałabyś dziesięć tysięcy złotych komuś, kto by tych pieniędzy potrzebował? Jeśli tak, to pojedź do Zdrojek Lewych do domu o numerze 12 i zapytaj o Feliksa Kracha. To taki uroczy dżentelmen, który wciąż jest wolny, o ile ty sama nie jesteś już mężatką i powtórz mu to samo, co powiedziałaś Januszowi o polisie. Hasło się nie zmienia.
b) Jeśli byś nie dała potrzebującemu tych dziesięciu tysięcy złotych, to pojedź do Zdrojek Prawych i zapytaj o Aleksandra Maksymowicza pod piętnastkę. On też jest wolny, choć może mniej urodziwy. Jemu też opowiedz o polisie, to pokieruje cię do określonej sumy.
Jeśli zdecydowałaś się na któryś z wariantów, to idź dalszą instrukcją. I pamiętaj, że osoba potrzebująca może być kimkolwiek. To od ciebie zależy, czy je oddasz. Jeśli tak, to napisz na kartce tą kwotę i zostaw danej osobie. Jeśli nie, idź do Aleksandra. On powie ci resztę.
I byłabym zapomniała! Feliksowi podziękuj za wspaniały wieczór, kiedy to uświadomił mi, czym jest miłość, a Aleksandrowi powiedz, że wciąż pamiętam, kiedy obronił mnie przed Obsikusem. On będzie wiedział, o co chodzi. W zależności od tego, gdzie będziesz, to tak powiedz.
Do zobaczenia wkrótce!
Twoja Gerdi.

Jeśli kiedykolwiek ktoś by mi powiedział, że Gertruda nie miała poczucia humoru, to niech przeczyta te listy i dopiero teraz sobie na to pytanie odpowie.

336 czyt.
100%31
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2413 słów i 12787 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 9 kwi 2019

    Ty też masz poczucie humoru. Autorko