To ja już sam zacznę płakać cz. 24


Cz. 24
Mam czternaście lat i wiem, że codziennie jestem gwałcona. Mama wmusza we mnie jakieś tabletki, które niechętnie połykam, lecz muszę, jeśli nie chcę zostać szybko matką.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi, że jestem dziewczynką?- Zapytałam pewnego dnia, gdy musiałam poprosić ją o podpaski.
Wymierzyła mi takiego kopniaka, że zatoczyłam się do tyłu i uderzyłam głową w ścianę.
- Masz swoją odpowiedź- usłyszałam, gdy wychodziła z pokoju, a ja nie mogłam za nią pójść, bo łańcuch na stopach mi nie pozwalał.
Temat dobiegał końca. Matka potrafiła nawet nie dać mi jeść przez cały dzień, jeśli ją czymś zdenerwowałam. Nie prosiłam ją o nic, bo gdy to robiłam ona jeszcze bardziej stawała się nie do zniesienia. Potrafiła rzucać we mnie garnkami, lub szklankami śmiejąc się przy tym, jakbym była zabawką, w którą próbowała utrafić.
- Za dwa dni przychodzi do ciebie klient, więc się odśwież!
Nie myłam się od kilku dni, bo mi na to nie pozwalała. Miałam swoje wiadro obok łóżka, które przybiła do ściany. Nie pozwalała mi jego opróżniać, póki nie nachodził wieczór, a w domu śmierdziało tylko uryną i kałem. Obiecałam sobie, że kiedyś z tego wyjdę. Być może nawet uda mi się przekonać jakiegoś klienta, aby mnie uwolnił, lub też rozkocham go w sobie tak, żeby zechciał do mnie przychodzić częściej. Będę go kusiła różnymi rzeczami i pokazywała, że nie jest mi obojętny. Będę robiła wszystko tak jak chce i kiedy chce, aż może pewnego dnia los się do mnie uśmiechnie i…
- Masz żarcie!- Krzyknęła matka rzucając w moją stronę jeden kawałek suchego chleba.
- Dziękuję matko- odpowiadałam, bo tylko wtedy mogłam liczyć na jej wyrozumiałość, aby mi go nie odebrała, bo tak też potrafiła robić. Najpierw rzucała mi chleb, ale gdy nie dziękowałam, zabierała go zanim zdążyłam dosięgnąć.
- Czy wiesz, że jesteś prawdziwą szmatą?- Pytała, gdy chleb upadał zbyt daleko, abym mogła dosięgnąć.
- Tak matko- odpowiadałam ze skruszoną miną zauważając, że chce mnie tylko zwymyślać.
- No, więc wiesz, że szmaty robią wszystko, co chcą ich goście.
Siadywała przy stoliku, co oznaczało, że nadszedł dzień matczynych rozmów.
- Tak matko. Jestem twoją szmatą i zrobię wszystko, co tylko zapragnie klient.
- Przyzwyczaiłaś się już do tego, co? W końcu to nic takiego pieprzyć się, z kim popadnie.
W takich chwilach nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przyznanie jej racji byłoby grzechem, bo to by oznaczało, że nie ma już nade mną takiej władzy. W końcu lubiła sprawiać mi ból, a gdy nie cierpiałam, robiła wszystko, abym cierpiała. Nieprzyznanie jej racji było sprzeczne z jej zasadami, bo wymagała, abym zawsze ją popierała. Milczałam, więc, albo wymyślałam dla niej jakiś komplement.
- Masz dzisiaj piękne kolczyki matko. Czasami śnię, że też takie mam.
- Śnij, śnij szmato. Musi minąć jeszcze wiele dni, zanim będzie cię na nie stać.
W takich chwilach czasami wyobrażałam sobie, że podchodzi do mnie niczego nie świadoma, a ja owijam jej szyję łańcuchem zaciskając go z całych sił, aby już nigdy mnie nie obraziła. Wiem, że takie myśli były grzeszne, ale tylko one sprawiały, że wciąż chciało mi się żyć…



Marzena
Gdy Adam przyszedł do mnie i zaproponował mi pracę u siebie, najpierw byłam zaskoczona, a potem zastanawiałam się, czy podołałabym takiemu zadaniu.
- Ależ Adamie, wiesz przecież, że ja nie znam się na samochodach. Jak mogę sprzedawać coś, co nawet nie potrafię nazwać.
- Oj spokojnie, przecież nikt ci nie będzie kazał od razu sprzedawać samochodów. A poza tym jeszcze nawet nie wiesz, jakie oferuję ci stanowisko.
Zapeszyłam się. Fakt, jeszcze mi nic takiego nie powiedział, a ja już marudziłam. Szukałam zresztą pracy na innych posadach, ale oczywiście nikt mnie nie potrzebował. Potrafili mnie tylko zmierzyć wzrokiem i wymyśleć jakąś wymówkę, że niby nie miałam kwalifikacji, lub miałam je zbyt małe. Zawsze było coś, choć w głębi duszy wiedziałam, że wciąż byłam dla nich za gruba.
- Marzena, potrzebujesz tej pracy, sama wiesz. A poza tym przyda ci się trochę towarzystwa.
Ach, praca u Adama oznaczała częstsze jego widywanie, co cieszyło mnie niezmiernie, ale i częstsze rozmyślenia o mojej niespełnionej miłości. Marzyłam, aby kiedyś poczochrać te jego blond włosy i wycałować błękitne oczy obiecując mu dozgonną miłość.
- A co miałabym robić?
- Odbierać telefony i umawiać mnie na wizyty. Klienci nieraz wolą mieć pewność, że będę, gdy trzeba będzie podpisać umowę sprzedaży, więc będziesz sprawdzała w kalendarzu, czy mam wtedy wolne i zapiszesz ich. To chyba nie takie trudne, co?
Po namyśle zgodziłam się.  
- No a Wojtek? Przecież do tej pory to on się tym zajmował po części.  
Adam przybrał najpierw strudzoną minę, ale po chwili się uśmiechnął.
- Nic się nie przejmuj. Adam pracuje na razie u Henryka, naszego konkurenta.
Ze jak? Przecież Wojtek był wierny Adamowi, jak rzadko, który pies swojemu właścicielowi. Jakim cudem przeszedł do konkurencji, skoro przyjaźnili się i na dodatek był chrzestnym Angel?
I wtedy mnie olśniło. Suma mojego zadłużenia na jego koncie rosła z każdym dniem. Przecież nie mogłam do końca życia brać od nich pieniędzy, bo sami mieli dziecko, a na dodatek Ala była w kolejnej ciąży. Potrzebowali pieniędzy, a ja byłam dla nich dodatkowym ciężarem. Nigdy mi o tym nie powiedział, ale nie trzeba było być idiotą, żeby tego nie zauważyć.
- Zrobiłeś to dla mnie?
Teraz to on wyglądał, jakbym go na czymś przyłapała. Boże, on na prawdę musiał zwolnić Wojtka, żeby przyjąć mnie na jego stanowisko. I co ja miałam teraz zrobić?
- Potrzebujesz tej pracy. A Wojtkiem się nie przejmuj. Załatwiłem to tak, że dostaje teraz dwukrotną sumę wynagrodzenia, które płaciłem mu ja. Lubię was obojga, ale ostatnio dało się zauważyć, jak przeglądał gazety z dziećmi. Nie wiem czy ta jego dziewczyna jest w ciąży, czy tylko o tym myślą, ale nie zmieniało to faktu, że ja niezbyt mogłem mu podnieść jego płacę. Ty natomiast również potrzebujesz pracy, więc tak sobie tylko pomyślałem, że zrobię coś dobrego dla was obojga.
- Ale ja nie pojmuję tego, co skłoniło Henryka do tak wielkiej sumy. To musiały być jakieś czary, że ten oszust od tak go przyjął.
- Nie zupełnie czary, ale coś w tym było. Henryk od dawna namawiał Wojtka, aby przeszedł do jego zespołu. Proponował mu nawet dwójkę, z przodu, jak to się wyraził Wojtek. Przedyskutowałem to z nim i sprytem załatwiłem mu umowę na czas nieokreślony i prawie trójkę z przodu.
Dumnie opowiedział mi o swoim niecnym planie, aż popłakałam się ze szczęścia i śmiechu, że stary krętacz dał się nabrać na coś takiego.
- Chyba nie jest do końca taki cwany, co?
- No chyba nie.
Zaśmialiśmy się oboje. Zadziwiające, jak łatwo się zawsze nam ze sobą rozmawiało. Nie było między nami chwil, w których nie wiedzieliśmy, co powiedzieć, bo jedno czytało w myślach drugiemu. Bylibyśmy tak bardzo dobraną parą.
- Nie mogę uwierzyć, że zrobiłeś to dla mnie- powiedziałam i jakoś tak odruchowo przytuliłam go.
- To zamknij oczy i znów je otwórz- powiedział, a ja głupia tak zrobiłam. Zamknęłam oczy, lecz nie miałam zamiaru ich otwierać. Przez chwilę byłam w ramionach Adama i pragnęłam, aby ta chwila trwała wiecznie. Napawałam się jego zapachem bzu i jaśminu z domieszką nasturcji i wyobraziłam sobie, że oto będzie tak już zawsze. Wyobraziłam sobie, że to mnie całuje rano i ta ja jestem z nim w ciąży.  
Cholera, tak bardzo go kochałam!
- Muszę już iść- szepnął mi do ucha, niczym kochanek powracający do swojej żony. Odsunęłam się od niego raptownie i chyba po raz pierwszy nie wiedziałam, co mam zrobić.
- Ach, idę się przygotować na jutro- dodałam od niechcenia i w pośpiechu wyszłam z korytarza, w którym staliśmy i skierowałam się do swojego pokoju.
- Ok.- odpowiedział.- Być jutro przed ósmą, to wszystko ci wyjaśnię- powiedział i zaraz usłyszałam brzdęk klamki i trzask zamykanych drzwi.
Wyszedł.
A ja rozpłakałam się jak głupia rzucając na swoje łóżko, wylewając łzy rozpaczy i bólu.
Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe?

388 czyt.
100%31
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1580 słów i 8482 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 12 mar 2019

    Bilans musi wyjść na zero. Skoro jedni mają dobrze inni muszą mieć źle.