To ja już sam zacznę płakać cz. 21

Cz. 21
Marzena
Dwa dni mijają, zanim dociera do mnie sens słów Adama. Staram się uporządkować sama siebie, po czasie płaczu i bólu, podpuchniętych oczu i wymiotów spowodowanych przejedzeniem.  
Otwieram w końcu drzwi z klucza i nie ukrywam, że oczekuję, iż Adam, niczym szlachetny rycerz w lśniącej zbroi się w nich pojawi.
Jednak tego dnia nikt nie próbuje mnie odwiedzić. Nikt do mnie nie dzwoni, a lodówka w kuchni stała się tylko pustym sprzętem AGD. Nie mam wyjścia. Jeśli chcę żyć, muszę wyjść swoim problemom naprzeciw. Tak jak w dzieciństwie.
To, że matka miała mnie za nieudacznika, wcale nie oznacza, że mówiła mi prawdę. Równie dobrze, to ona mogła być pomylona psychicznie.
Biorę szybki, chciałoby się powiedzieć prysznic, który jednak w moim wykonaniu zajmuje mi dwie godziny. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio myłam swoje włosy. Nie dość, że są długie, bo sięgają mi pośladków, to jeszcze całe poskręcane i chyba zarobaczone. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że widzę na swoich włosach kilka, a może nawet kilkanaście wesz spacerujących niczym dzieci po lunaparku. Fakt, nigdy nie miałam wszy, więc moja głowa może być dla nich nawet placem zabaw, albo MC Donaldem, w którym znajduje się sporo z tego, co wcześniej jadłam.
Sama sobie na to zasłużyłam.
Namydlam je szamponem kilkanaście razy, ale nie spadają. Daję za wygraną i tylko spłukuję resztki jedzenia, które zaschły na moich niegdyś zdrowych, pięknych i lśniących włosach. Zawijam je ręcznikiem i postanawiam, że wizyta u fryzjera jest nie tyle konieczna, co musowa. Miałam już swoje pięć minut, podczas których stoczyłam się, jak wtedy, gdy matka wmawiała mi, że nigdy nie wyjdę na ludzi i teraz trzeba było wrócić do normalności.  
Do życia.
Mam już czterdzieści pięć lat i niedługo będę znów o rok starsza. Dom mój wygląda jak ruina. Wszędzie walają się napoje i puste paczki po batonikach, ciastkach, pizzach i wszystkim innym, co tylko wpadło w moje ręce i nadawało się do zjedzenia. Nie jestem w stanie sama tego ogarnąć i nie, dlatego, że mi się nie chce, tylko ze względu na moją tuszę. Dopiero teraz widzę, że zamiast ciała mam wielką beczkę, w której cała się schowałam. Patrząc w dół, ledwo dostrzegam końcówki swoich stóp i jedyne manewry, których się dopuszczam, to siedzenie, krótkie powłóczenie nogami i znowu siedzenie. W moich fałdach udowych , brzusznych, czy pośladkowych, mogłyby schować się piloty od telewizora, a ja nawet bym tego nie zauważyła.
Zdesperowana, uświadamiając sobie, że nie czytałam żadnej poczty siadam przed komputerem i odbieram tysiące meili od mojego szefa. Ostatni nie jest zbyt miły. Przyszedł dwa tygodnie temu.
Zostałam zwolniona w trybie natychmiastowym.  







Adam
Właśnie zamierzaliśmy wyjść z Alą na wizytę kontrolną do ginekologa, gdy nagle zadzwoniła moja komórka.
- Odbierz ją kochanie!- Krzyknąłem do Ali, bo wiązałem sobie buty, a telefon był w kuchni na stole. Ala sprawdzała, czy ma książeczkę, więc mogła odebrać.
- To Marzena?- Powiedziała mi pytającym głosem i podała telefon do ucha.
- Tak?- Spytałem, bo ciężko było domyśleć się, co teraz działo się z naszą przyjaciółką. Odkąd przestała mi otwierać drzwi i zamknęła się na klucz, słuch po niej zaginął.
- Witaj Adamie- powiedziała trochę ochrypłym głosem.
- Witaj- zawtórowałem i wziąłem telefon do ręki. Ala odeszła do kuchni.
- Mam problem. Pomóż mi. Wiem, że ostatnio nie byłam zbyt miła, ani nie otwierałam ci drzwi, ale zrozum, że …
- Rozumiem- przerwałem jej, bo wspominanie tego nie było teraz wskazane.- Co mogę dla ciebie zrobić?
- Adam, ja bardzo cię przepraszam. Odepchnęłam od siebie wszystkich tych, których…- coś chciała dodać, ale się zawahała.- Których tak bardzo lubię. Wybaczcie mi…- rozpłakała się cichutko.
- Marzena, daj spokój. Nie musisz nas przepraszać. Było minęło. Powiedz raczej, co możemy dla ciebie zrobić?
Chwila ciszy. Już sądziłem, że się rozmyśliła, gdy nagle powrócił jej głos.
- Zawieziesz mnie do fryzjera?
- Teraz?
Doszła do mnie Ala.
- No idź do niej. Sama sobie poradzę. Ona też ci pomagała, prawda? Pora, żebyś się odwdzięczył.
Pochyliła się i szepnęła mi na ucho:
- Doprowadź ją do porządku, a potem poszukamy jej jakiegoś faceta- mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
- Adam?
Tak się wsłuchałem w szept Ali, że zapomniałem o połączeniu z Marzeną.
- Jestem, jestem. Cóż, teraz chcesz, abym przyszedł?
- Jeśli możesz…
Nie płakała już. Ala, co rusz szturchała mnie w ramię, abym się zgodził, więc nie miałem innego wyjścia. Powiedziałem jej, że przyjdę, a raczej podjadę samochodem za pięć minut i się rozłączyłem.
- No- powiedziała dumnie Ala.- A teraz idź i zrób z tego kartonu na buty porządne opakowanie, ok.? Może, kiedy kogoś pozna, będzie można uniknąć jej humorów.
- Tak jest kochanie!- Zasalutowałem jej, choć nie byłem w takiej euforii, co moja żona. Znałem dobrze Marzenę i trzeba było przyznać, że miała dość obcesowy charakter. Rozumiałem jej zachowania, bo sam kiedyś byłem tak głupi, że chciałem popełnić samobójstwo. To właśnie Marzena upilnowała mnie i teraz byłem szczęśliwym mężem, po raz drugi. I na dodatek spodziewaliśmy się dziecka. Nadeszła pora, aby się odwdzięczyć.
Może i nie spodziewałem się wiele, ale to, co zobaczyłem, przeszło moje najgorsze wyobrażenia. Marzena miała twarz całą nie tylko czerwoną, ale i spuchniętą. Oczy, czy raczej mur obronny pod nimi sugerowały, że był już najwyższy czas na zrobienie z siebie człowieka.
A włosy…
Jeśli ktoś kiedyś widział dwuletnie, nigdy niepoprawiane dredy, ani nie umyte, to już miał wyobrażenie o Marzenie. Nie wiedziałem tylko, dlaczego obwiązała się prześcieradłem?
- Marzena…, to po to mnie tu ściągnęłaś?
- Daruj sobie. Podwieź mnie do najbliższego sklepu dla osób mojego pokroju i błagam, powiedz mi, że zasponsorujesz mi ten zakup.
- Że co? Jak to, zasponsorujesz?
Stałem oniemiały nie wiedząc, dlaczego chciała ode mnie pożyczyć pieniądze.
- No, bo…- spuściła głowę na dół.- Zwolnili mnie z pracy w trybie natychmiastowym.
No tak. Stało się to, czego wcześniej się obawiałem.
- No dobrze- podrapałem się po głowie uświadamiając sobie, że moja firma ostatnio nie najlepiej się prowadzi.- Wskakuj.
Poczłapała do samochodu, a ja szybciej odsunąłem fotel do tyłu. Nie, dlatego, że był mocno dosunięty, bo Ala też zawsze siedziała przy odsuniętym, ale dlatego, że Marzena była, jak dwie Ale.
Starając się nie zauważyć, że pasy nie są tak długie, pozwoliłem jej je trzymać na brzuchu, bo tylko dotąd sięgały. Podjechaliśmy do ,, Mody dla ciążowych panien’’, lecz zanim zaproponowałem jej wyjście z mojego auta, sam pobiegłem zapytać o największy rozmiar. Bałem się, że żadna kobieta w ciąży nie może wyglądać podobnie, nawet z bliźniętami, ale na całe szczęście było coś na ,,wielkoludów’’. Zadowolony pobiegłem do Marzeny i pozwoliłem jej wyjść z auta. Potem widząc jej minę przy otwartych drzwiach, pomogłem jej wysiąść.
- Skąd znałeś mój rozmiar?- Zapytała, gdy sukienka dziesięć razy x okazała się być w sam raz.
- Znam cię- odparłem, bo była to prawda. Wcześniej nosiła ubrania cztery razy x, a teraz, skoro widziałem ile jej przybyło, wzięcie największego rozmiaru było jedynym posunięciem, jaki był wskazany.
Wychodząc zapłaciłem za nią sto dwadzieścia złotych, z czego suma ta wystarczyłaby nam na rożek i pieluchy dla dziecka, ale zachowałem to dla siebie. Obiecałem jej pomóc i tak też zrobiłem, gdy fryzjerka z przerażeniem patrzyła na jej włosy.
- Trzeba je ściąć!- Krzyknęła, gdy zauważyła, co po nich chodziło.
- Ale, tylko do połowy- wtrąciłem się.- Resztę zrobi apteka.
Mina fryzjerki była wymowna. Poprosiłem ją na bok i zaproponowałem, aby zrobiła, co w jej mocy z jej włosami. Nie chciałem, aby musiała je ścinać na krótko, bo to było wszystko, co ją najlepszego spotkała. Z bólem serca i uściślonym portfelem o całe sto pięćdziesiąt złotych wyszliśmy z salonu.
- Wybacz, że masz ze mną taki problem- mówiła, gdy dojeżdżaliśmy do mojego znajomego doktora.
- Czasem trzeba sobie pomagać.
Znajomości, to jedno, a pieniądze za znajomości, to drugie. Nieraz lepiej udać się do nieznajomego lekarza i zapłacić sto złotych za porady, co do stosowania diet cud, niż zawitać u kolegi, który zrobi to samo, ale po znajomości i weźmie za to całe dwie stówy.
- A teraz niech zgadnę. Pewnie nie masz nic do jedzenia?
Pokiwała głową.
- Ale, ty sam je zrób, błagam. Boje się, że zamiast warzyw zatrzymam się przy stoisku ze słodyczami i zjem je, zanim zdążę zapłacić.
Mordercza walka trwała trzy miesiące, dwa tygodnie i jeden dzień. Zacząłem tak liczyć, odkąd moja żona, co dzień przypominała mi o tym.
Dwie kobiety i można by powiedzieć dwie ciężarne. Jedna z powodu swojej wagi stu dwudziestu kilo i druga, moja żona z wagą o sześćdziesiąt mniejszą.
Oj działo się.




310 czyt.
100%2
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1770 słów i 9317 znaków.

Dodaj komentarz