Sztorm serca cz 5

Wiatr znowu pocałowała ją w usta. A blondynka patrzyła na nią.
— Jesteś cholernie ładna, wiesz.
— Tak brzydka nie jestem. I zgrabna i nie głupia. Ale prawda jest taka, że ty we wszystkim jesteś lepsza, tylko w tej sprawie jakoś masz zaległości. Przecież zwykle wszystko łapiesz szybciej.
Ale Fala była czymś zaintrygowana.
— Poważnie myślisz, że jestem od ciebie ładniejsza?
— Tak, chociaż mi nic nie brakuję. Ale wiesz co, przestańmy. Bo w końcu się nakręcimy, będzie to i obawiam się, że wszystko by się popsuło między nami.
— Sądzisz, że jakbyśmy miały sex, to by to zniszczyo naszą relację?
— Wiem, że by było inaczej. A ponieważ tak jak jest, jest doskonale, to tak. Popsułoby. To co mamy teraz, jest piękne.
Fala długo patrzyła w jej twarz.
— Masz rację. Miłość to bardzo dziwna rzecz. Piękna, ale dziwna. Czemu jedziemy tam?
— Snopku coś z tobą nie tak? Mamy wypróbować te nasze motorki.  
— A jak nas złapią?
— To dziadek będzie zły. Zapłacą dużą kaucje i zabiorą nam nasze stalowe rumaki. Nie mogą nas złapać. Chcę wyciągnąć trzy setki. Tam jest takie miejsce, trzeba się zarejestrować i takie tam, a my to zrobimy na dziko.
— Jestem z tobą.  
Zrobiło się chłodniej. Zanim wróciły do namiotu, załatwiły swoje potrzeby.  
— Nie zaszkodzi kwiatkom?
— Nie wiem, mam nadzieję, że nie.
Po chwli zasunęły namiot.  
— Czy tu są niedźwiedzie?
— Snopku, kochanie. Pewnie że są. W każdym większym lesie są. Mam guna. Jak sobie nie pójdzie, to ubiję misia. Ale wolałabym nie.
— Masz pistolet? Nie masz pozwolenia, to nie legalne.
— Robiłyśmy już parę rzeczy nie legalnie. Mamy jechać 300 kilometrówna godzinę. To też nie jest legalne.
— No tak. Może nie przyjdzie. W razie czego będziesz mnie bronić, tak?  
— Snopku?
— Co?  
— Zdejmuj wszystko, zrobimy to.
— Nie Smołko, nie teraz. Nie tutaj.
— To się zmknij i przestań marudzić, a jak nie, to ci stłukę dupsko.  
— Ok, już się zamykam. O której wstajemy?
— Piąta. Śpij już. Kocham cię.
Fala cmoknęła jej policzek i wtuliła się w jej plecy. Miały dwa śpiwory, ale postanowiły bez słownie spać w jednym. Wiatr odczuwała wielką radość. Czuła się taka szczęśliwa.  

Wyruszyły kilka minut po piątej. Przepłukały się w strumyku. Ruszyły.  
W mieście Słonego jeziora, wzięły hotel. Umyły się i zjadły dobry obiad. Jeszcze tego samego dnia spełniły swoje zamierzenie. Na jednej czwartej mili Fala wyprzedziła ją o całą długość motoru. Osiągnęły, wierząc wskaźnikowi szybkości, 310 km/g. Ale to odbyło się na dłuższym dystansie. Dokonały tego w Toolele County, blisko Wendover. Pobyły w okolicy jeszcze jeden dzień i zdecydowały się wrócić do LA.  
                                                    *  
Tracy czuła, że nie może poradzić sobie ze zmartwieniem. Ostatnio Jackson wciąż wyjeżdżał, a teraz doszła ta wycieczka dziewczyn. Kiedy dowiedziała się o ich przygodzie za skakaniem, dziewięć lat temy, mało nie zemdlała. Potem wszystkie ich wyczyny bardzo przeżywała.  
Miały wrócić za trzy dni. Spodziewała się chociaż wiadomości. Jakson zadzwonił, że wróci również dopiero za dwa dni. A Tracy nie chciała być sama. Rodzice męża pojechali na Alaskę, a jej rodzice zwiedzali Europę. Nie miała wyboru i zadzwoniła do Jane. Ostatnio nie odwiedzali się. Wyczuła, że Jane i Scott również przeżywają mały dołek. Wystukała numer. Odebrał Scott.
— Hej. Jest Jane? Takie babskie sprawy.
— Nie ma. Mieliśmy małą sprzeczkę i postanowiła polecieć na kilka dni do rodziców.
— Dalej mieszkają w Tacoma?
— Tak, ale planują przenieść się do Portland.
— Rozumiem. Fala dzwoniła?
— Nie, a Wiatr?
— Też nie. Nawet nie dostałam sms-a. Troszkę mam zły czas, ale nie będę przeszkadzać. Daj znać jak wróci, Jane.
Wyłączyła się. Dopiero po chwili pomyślała, że właściwie mogłaby porozmawiać z Scottem dłużej. Chciała zadzwonić, ale on ją uprzedził.
— Wiesz Tracy, może się spotkamy.
— Właśnie miałam zadzwonić. Nie bardzo chce mi się ruszać. Może wpadniesz do mnie. Zrobię coś lekkiego i wypijemy po lampce wina.
— Dobry pomysł. Będę za godzinę.
Rozłączył się. A chciała jeszcze chwilę porozmawiać. Ale pomyślała, że porozmawiają jak wpadnie.
Zaczęła przygotowywać jedzenie. Coś przemknęło przez jej głowę i to ją z elektryzowało. Przyszła jej głupia myśl, że chciałaby przypomnieć sobie jak smakują jego usta. Poprawiła sukienkę, zastanowiła się czy powinna się podmalować. Ale przecież nigdy tego nie robiła.  
    Przyjechał po pięćdziesięciu minutach. Pocałował jej policzek i dał tuzin róż.
— Jackson się zapyta, skąd.
— Powiesz, że ode mnie. To nie przestępstwo.  
— Żartowałam, powoli zaczyna kochać więcej miliony niż mnie.
— Nie przesadzaj. To pewnie mały kryzys, każde małżeństwo to ma.
— Może masz i rację. Siadaj, zaraz podaję. Nastaw coś do słuchania.  
Scott poszukał jakiejś miłej muzyki. Usiadł. Tracy podała ziemniaki, łososia i surówkę. Postawiła dobre francuskie wino. Rozmawiali o jego pracy, Jacksona, a potemo dzieciach.
— Mogłaby napisać, co by ja to kosztowało.
Scott patrzył na nią.
— Pamiętasz nas? Też nie dawaliśmy znaku starym. Teraz to do nas wraca.
— Nas. Miło to zabrzmiało.
— Też masz sentyment?
— Jasne.
Tracy przygryzła usta, a Scott to dostrzegł.
— Coś mi chcesz powiedzieć?
— To głupie. I nie wiem co sobie pomyślisz.
— Co mam pomyśleć? Znamy się osiemnaście lat. Mów.
— Jak przygotowywałam obiad, zaraz po twoim telefonie pomyślałam sobie o naszych pocałunkach. Pomyślałam jak po tylu latach smakowałyby twoje usta.
Szatyn popatrzył na byłą dziewczynę.  
— Szczerość za szczerość. Też coś takiego pomyślałem, wczoraj.  
Tracy poczuła dziwne uczucie. Zastanowiła się czy dobrze się stało, że to powiedziała. Ale w oczach Scotta nie zauważyła niczego innego.To był wciąż ten sam chłopak.  
— Przez jeden pocałunek chyba się nie zawali świat, nie sądzisz?
— Chyba nie. Tylko pytanie, czy ma to być tajemnica.  
— Może lepiej nich będzie — odrzekł.  
— Miła muzyka, potańczymy?  
— Mam wielką ochotę, Tracy.
Podszedł i wziął jej rękę. Po chwili tańczyli. Najpierw w lekkim oddaleniu, w końcu nie była pewna czy to on ją przyciągnął, czy sama się wtuliła w jego ramiona.  
— Jest dobry nastrój, żeby spróbować — szepnęła.
Poczuła jego usta. Odebrała to jako uroczy pocałunek.
— Miło, prawda?
— Tak Tracy. Powtórzymy?
— Tak, możemy.
Teraz już wiedziała, że na tym się nie skończy. On wyczuł, że jest podniecona. Zaczęli się całować.  
  Pocałunek był bardzo namiętny, jednak oboje wiedzieli, że mogą to zatrzymać na tym. Tylko, że obydwoje tego nie chcieli. Widział to w jej oczach, a ona w jego.  
Zaczął rozpinać jej sukienkę. Tym razem zdjął z niej wszysko. Widocznie coś się zmieniło. A ona wiedziała, że chce tego z nim. Teraz. Nie przyszło jej do głowy, że właśnie zdradza Jacksona. Wręcz czuła się dobrze. Lekka i wolna.  

Kiedy skończyli wcale nie czuła się inaczej. Nie pomyślała nawet, że to złe co się stało. Nawet uznała, że w sumie, to powinno się stać osiemnaście lat temu.  
— I co teraz? — zapytał Scoot.
— Nie rozumiem, co masz na myśli?
— No, zdradziliśmy naszych partnerów.
— Och, tak to odebrałeś?
— A ty nie?
— Nie.
Scott zaczał gorączkowo myśleć.
— To znaczy nie miałabyś nic przeciwko, jakby Jackson to zrobił z Jane?
— Nie. Jakby chciał i ona. Czemu miałabym mieć? Myślałam, że chciałeś mnie. Nie chodziło mi o sex, ani o przyjemność. Taką miałam zawsze z nim.  
Scott zaczął rozważac jej słowa.
— Chyba rozumiem. To było przyjacielskie. Teraz to czuję. Nie sądzę bym mógł to zrobić z kimkolwiek innym, do czasu jak Jane żyje.
— O, więc należysz do ludzi, że rozwód nie wystarczy?
— Nie widzę powodów, żebym miał się z nią rozwieść.
Tracy popatrzyła na niego wsparwszy się na łokciu.
— Mogę cię prosić o jedno?
— Tak.
— Powiedz jej o tym, a ja powiem Jacksonowi jak wróci. No może nie zaraz w drzwiach.
— Dlaczego tego chcesz?  
— Bo nie czuję się winna. Poza tym, jeżeli coś w nich takiego jest, to też to zrobią.
— Dla rewanżu?
— To byłby bardzo niski powód. Ja chciałam być z tobą. Może ta sytuacja w domu temu pomogła. I myślałam, że ty też tego chciałeś.
— Chciałem. Nie poleciałem na ciało. Tak jak i ty. Jane mnie całkiem satysfakcjonuje. Kocham ją nadal. Nic się nie zmieniło. Przynajmniej teraz tak czuję.
— To dobrze, bo zaczęłam się martwić. Zostaniesz na noc?
— A chciałbyś?
— Tak.  
— A co będzie rano?
— Na razie jest wieczór.  
Zadzwoniła jej komórka
— To Wiatr — szepnęła.
Ułożyła ciało w pozycji siedzacej.
— Hej kochanie. Dobrze, że dzwonisz.
— Jesteśmy w Salt Lake Cite, wcześniej był słaby zasięg. Spałyśmy w namiocie i Fala bała sie, że przyjdą niedźwiedzie.
— Wszystko dobrze, jechałyście uważnie?
— Tak, jutro mamy zamiar się pościgać. Pewnie Snopek wygra. Chcemy pojechać jak najszybciej się da, ponad 300.
— Boże!
— Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Jesteś z kimś?
Trace poczuła jak krew odpływa z jej twarzy.
— Taty nie ma.
— Wiem, bo wysłał mi sms-a. Powiedz.
Tracy miała chwilę by podjąć decyzję.
— Jest ze mną Scott.
— Tak właśnie czułam.
Brunetka się wystraszyła.
— Jak to czułaś? Co czułaś?
— Jesteś pewna mamo, że chcesz to usłyszeć?
— Nie rozumiem co masz na myśli?
— Mówiłaś, że jesteś ze mną szczera, a teraz pogrywasz sobie. Dlaczego?
Tracy miała kłopot, ale miłość matki zwyciężyła.
— Byłam z nim blisko...
— O teraz lepiej. Rozumiem. Powiedz tacie, zrozumie.
— Tak, kochanie. Jestem zaszokowana.  
— Jest w porzadku, pozdrów go, albo lepiej poczekaj, bo Snopek mi wyrywa telefon.
— Scott patrzył na Tracy.
— Fala chce z tobą rozmawiać.
Mężczyzna również poprawił się na łózku i przełknął ślinę.
— Hej, kochanie.
— Jesteśmy całe. Jechałyśmy przepisowo, a jutro wyciśniemy z maszyn wszystko. Smołka pewnie wygra, ale postaram się.  
Ojciec Fali nie mógł pojąć, że córka w ogóle z nim rozmawia, a jeżeli już, to nie robi mu awantury. Miał powiedzieć coś innego.
— Kocham mamę, jeżeli o to chodzi.  
Usłyszał szczery śmiech z drugiej strony.
— To komiczne, nie sądzisz, dady? Kochasz mamę i leżysz w łóżku z Tracy. Mam nadzieję, że nie zaczniecie tego we czwórkę.
— Zakazuję ci tak mówić! — podniósł głos.
— Zakazujesz mi? Nie mogłeś mi nic zakazać jak miałam siedem lat, więc nie próbuj jak mam szesnaście. Kocham cię jak ojca. I kocham mamę. Myślę, że mieliście powody, żeby być z sobą teraz, w takiej sytuacji. Ale żeby cię nie martwić, odnośnie tego co powiedziałam wcześniej. Nikt kto się urodził nie może mi nic zakazać, poza jedną osobą.
Scott wszedł na temat, na którym nie czuł się zbyt pewnie.
— Nie boisz się Boga?
— Powiedziałam, kto się urodził. On Jest. A nie chcesz wiedzieć kto jest tą osobą?  
— Domyślam się, że to Wiatr.
— Dobrze się domyślasz. Dobra, będę kończyć. Pozdrów Trace.
Wyłączyła się.  
Patrzyli na siebie.
— Mamy niesamowite dzieci, nie sądzisz? — zapytała kobieta.
— Tak. Myślisz, że one...
— Moja kobieca intuicja mówi mi, że to coś wiekszego. To miłość, przyjaźń i coś jeszcze, czego nie mogę pojąć. Tak jakby jedna żyła w drugiej. I dla drugiej. To jest niesamowite.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat, użył 2062 słów i 11726 znaków, zaktualizował 7 sty 2018.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto