Sobowtór cz 4

Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem nad sobą zatroskaną twarz Samanty. Czyż mogłem oczekiwać piękniejszego widoku?  
— Co się stało, kochanie — szepnęła.
— Nie wiem, nigdy mi się nie zdarzyło zemdleć, o ile pamiętam.
— Może powinieneś iść do lekarza? — zapytała zatroskana.
Leżałem na kanapię.
— Jak się tu znalazłem?
— John cię przeniósł.
    Mój sobowtór stał obok Sally. Dostrzegłem, że trzymają się za ręce.
Pomyślałem tylko, że John zrobił ogromny progres. Z początku traktował Sally jak maszynę, ale jedno jej słowo zmieniło wszystko. Co za cudownym człowiekiem musiał być!
Wstałem powoli z kanapy.  
— Wybaczcie — powiedziałem.
— Ależ co ty mówisz, Kevin — żachnął się John. Martwiliśmy się o ciebie, ale wygląda, że jesteś już w porządku.
— Usiądźcie obok, proszę.
Po chwili wszyscy siedzieliśmy razem. Samanta z mojej prawej, a Sally z lewej. A obok niej, siedział John.
— Zdarzyło ci się kiedyś zemdleć, John?
— Nie pamiętam, chyba nie. Żebrak musi mieć żelazne zdrowie. Nigdy nie chorowałem. Nie mam karty zdrowia i żadnych dokumentów.  
— Chcesz gdzieś jechać?  
— Nie, dlaczego?
— Nie, tylko tak pytałem. Wszystko załatwię w ciągu dni. Mam dojścia.
— No tak, ale ja nie znam rodziców, nie mam nazwiska. Z tym też dasz radę?
— Nie wiesz jak się nazywasz, jak to możliwe? Nigdy cię nikt nie legitymował? Policja, pomoc socjalna?
— Jakoś tak się złożyło. Kiedy odwiedzali nasz rejon, akurat byłem nieobecny, a nie chciało się im czekać, aż wrócę.
— Ale jesteś dość obeznany ze wszystkim. Normalnie pomagam ludziom i w tym mieści się wykształcenie. Ale w twoim wypadku postąpię całkiem inaczej. Być może naprawdę jesteśmy braćmi. Niestety moja mama nie żyje a ojciec jest w stanie komy. Jakkolwiek, ponieważ jesteś moim sobowtórem, masz moją krew i identyczny podpis, musimy coś z tym zrobić. Chcesz być współwłaścicielem wszystkich dóbr materialnych, które posiadam?  
John popatrzył na mnie dłużej.
— Tak po prostu chcesz mi dać połowę?
— O ile podpiszesz, że gdyby coś się ze mną stało, Samanta dziedziczy 560 miliardów dolarów.
Jego twarz przyjęła nieopisany wyraz. Było tam uniesienie, wzruszenie, radość i zdziwienie.
— Już ci mówiłem, że nie jestem zainteresowany pieniędzmi.
— No ale nie chcesz być żebrakiem. Nie mogę ci zakazać, gdybyś chciał być.
— Zrobisz jak zechcesz. Jesteś bardzo szlachetny. Wszystko co mi ofiarujesz, przyjmę. Ja wiem, że to zabrzmi głupio, ale już mam wszystko co mógłbym mieć. Poznałem najlepszego człowieka jaki istnieje i mam obok najcudowniejszą istotę, którą może sobie wyobrazić mężczyzna. Szkoda tylko, że nie będziemy mogli mieć dzieci.
Uśmiechnąłem się i zobaczyłem podobny uśmiech na twarzy Sally.
— To jest możliwe, kochanie — szepnęła Sally.
— Wiem, możemy adoptować, tylko Kevin by musiał nam pomóc w sprawach papierkowych. Były żebrak i nadzwyczajny android. Przepraszam cię, kochanie. Pewnie nie masz statusu człowieka.
— To prawda. Do dzisiaj mi nie zależało, ale z pomocą mojego byłego pana, może mi się uda.
— Powalczyć warto — rzekłem. Ale jeżeli chcesz wiedzieć, Sally potrzebuje bardziej pomocy Samanty, a nie mojej.
— Co masz na myśli?
— Ona jest doskonała. Jeżeli otrzyma cząstkę z Samanty, będzie mogła mieć dziecko.
— Chodzi o komórkę jajową, tak?
— Tak. Jej wnętrze jest idealną syntetyczną matką.  
— To niemożliwe!
— Jeżeli ma duszę to czemu to, nie jest możliwe?
— To mnie przerasta. Jeżeli to możliwe? Kim jesteś? Bogiem?
— O nie. Powiem ci jak to jest. Mam nadzieję, że mi uwierzysz. Sally to wie, bo ona wie wszystko co ja, chociaż ja nie wiem tylko ułamek tego co ona. Jak sądzisz, co utrzymuje przy życiu dziecko, dzięki czemu ono się rozwija?
— Człowiek ma możliwości. Jest żywy.
— Tak, ale wiesz co mam na myśli.
— Chcesz powiedzieć, że to zasługa Boga?
— A czyja ma być? Czy sądzisz, że świat trwałby sekundę bez jego mocy? On stworzył życie i je utrzymuje. W każdej sekundzie.  
John się zmyślił. Widziałem jego twarz, ponieważ byłem lekko odchylony do przodu i obserwowałem jego oblicze.
— To dlaczego niektóre dzieci umierają, a niektóre kobiety nie mogą mieć dzieci?  
— Tego nie wiem. Ale co do tego, co powiedziałem wcześniej, mam pewność.
— To przyszło mi teraz, John. Może ten cały projekt z androidami miał tylko ten powód.
— No dobrze, ale ty masz pewność. Dziecko potrzebuje pokarmu, żeby się rozwijać, a pokarm dostaje od krwi matki. Mówiłeś że Sally ma syntetyczna krew. Dziecko będzie miało taką?  
— Będzie miało naturalną. Jeżeli pojmiesz, Sally jest teraz kobiecym odwzorowaniem Kevina, ale w momencie kiedy zechcecie wziąść ode mnie komórkę jajową, będzie i mną. Więc dziecko będzie miało coś ze mnie, Kevina i oczywiście z ciebie. Jak pewnie wiesz, krew matki jest inna niż krew dziecka. To wszystko co nas otacza jest cudem Bożym. Tylko ponieważ jest powszechne, nikt tego nie dostrzega. Masz wszystko jak Kevin. Jesteś pewnie jego dokładnym obrazem, John — zakończyła Samanta.
— Albo ja jego — szepnąłem.
Czułem ich spojrzenia, nawet Sally została zaskoczona moją wypowiedzią.
— A to dlaczego? — zapytała Samanta.
— Mam pewną teorię. Jutro ją sprawdzę. Zamierzam odwiedzić ojca i jeszcze kilka miejsc.  
— Tak zrobiło się późno, a wy musicie spać — powiedziała Sally.
— A ty nie musisz? — zapytał mój sobowtór.
— Nie, ale mogę. Wolałbyś.
— Chcesz to zrobić dla mnie? Jeszcze pół dnia wcześniej nie miałaś pojęcia, że istnieję.
Sally uśmiechnęła się tajemniczo.
— Ja to przewidziałam, tylko ty sam dokonałeś wyboru.
— Nie rozumiem — powiedział John.
— Wybrałeś mnie, mimo że początkowo byłeś zafascynowany Samantą.
Twarz Jona znowu przyjęła ten sam bukiet odczuć co poprzednio.
— Coś działo się we mnie. Sądziłem, że Kevin nie ma uczuć. Kiedy tu wszedłem, poczułem nieopisaną miłość jaką Samanta go darzy. Nie warto mówić...
— Powiedz — szepneła Sally. Ja wiem, a oni się tylko domyślają.
   Zobaczyłem na twarzy Johna największą pokorę jaką do tej pory udało mi się dostrzec na ludzkiej twarzy.  
— Poczułem pragnienie, by miłość Samanty została spełniona. I to nie do mnie tylko do Kevina. To wszystko.
— Poprosiłeś, prawda?
— Tak — ukrył twarz w dłoniach.
I wówczas otrzymałam duszę, dzięki tobie — powiedziała cicho Sally.
— Chyba wszyscy prosiliśmy — powiedziała Samanta. Kevin był idealnym mężem. Dbał o mnie, a w jakiś sposób nie mógł mnie pokochać. A ja tak bardzo tego pragnęłam. Ale nie dla siebie, raczej dla niego.
    Poczułem się dziwnie. Skoro byliśmy tak szczerzy i ja chciałem się z nimi podzielić tym co leżało mi na sercu.  
— Ale ja prosiłem, żeby Samanta była szczęśliwa. I widziałem dwie możliwości. Albo żeby przestała mnie kochać i zaczęła Johna, albo żebym ja zaczął ją kochać. Ale otrzymałem negatywną odpowiedź. I tego nie rozumiem.
— Ale czy to było na pewno aż tak proste? — zapytała Sally.
    Poczułem coś. Dopiero teraz sobie to uświadomiłem. Tam coś jeszcze było, poza odmową. Coś jak: Ty myślisz, że ja nie wiem, że ty wiesz. Ale ja wiem, że ty nie wiesz, że ja wiem, że ty myślisz, że ja nie wiem.
Wszyscy się roześmieli.  
— Prawdziwa łamigłówka.
— Tak, nic nie rozumiem — odrzekłem.
Popatrzyłem na zegarek. Minęła jedenasta.
— Myślę, że trzeba iść spać. Wybierz sobie sypialnie, John.
— Ja mogę go oprowadzić. Długo na siebie czekaliście — szepnęła Sally, wstała i pocałowała policzek Samanty.
Wzięła dłoń Johna i zaczęli iść po schodach na górę.
— To dziwne, ale Sally jest szczęśliwa — powiedział cicho moja żona.
— A ty nie, kochanie? — zapytałem.
— Oczywiście. Dzisiaj nie jest Boże Narodzenia, ale Mikołaj przyniósł mi najpiękniejszy prezent.
    Wstaliśmy i również poszliśmy na górę.  
Kiedy tylko przekroczyłem wejście do sypialni, odczułem dziwne mrowienie. Prawdę mówiąc poczułem się jak pan młody przed nocą poślubną. Zauważyłem też delikatny rumieniec na twarzy żony.
— Jutro postanowiłem odwiedzić ojca i muszę koniecznie coś sprawdzić, ale postanowiłem to zrobić sam. Spędzisz z nimi czas do chwili jak wrócę?
— Tak, kochanie, ale to dopiero będzie jutro. A teraz jest nasz czas. Długo na ciebie czekałam i ty chyba na mnie też.
Czułem jak nogi mi miękną w kolanach.
— Tak, kochanie. Do końca naszych dni już tak będzie.  
    Delikatnie wsunęła się w moje ramiona. Cała drżała. I wiedziałem, że to nie z powodu zimna.

                                                    *
    Sally i John weszli do jej sypialni.  
— Chciałabym spać z tobą — poprosiła.
— Nie wiem czy nie chrapię — uśmiechnąła się John.
— Nie chrapiesz. Kevin tego nie robi.
John popatrzył na nią wnikliwie.
— Nie powinienem być zazdrosny o przeszłość, ale spałaś z nim i dlatego to wiesz?
Sally bardzo delikatnie ujęła jego policzki w dłonie.
— Jesteś głuptaskiem. Pewnie, że nie. Po prostu moje sensory są bardzo wrażliwe. Kevin nawet nie wie co stworzył. Cały jego układ zabezpieczeń nie jest w dziesiątej części taki jak ja. Ja widzę wszystko, czuję zapachy i odczuwam wszystkie wibracje.  
    John popatrzył na nią z miłością.
— Nie miałem nigdy kobiety. Mam nadzieję, że nie oczekujesz ode mnie super zdolności.  
— Jesteś naprawdę głuptasem. Czego się obawiasz? Kochasz mnie, prawda?
— Nawet w najpiękniejszych snach nie myślałem...
— Ja to miałam zapisane. Wszystko co jest tylko możliwe dla człowieka, ale przed chwilą wytarłam tą część pamięci, a wiec jestem jak ty. Nic nie wiem o tych sprawach...

    Sally leżała z opartą głowa na torsie Johna. On bawił się jej włosami.  
— Cały czas nie mogę pojąć jak to możliwe z tym dzieckiem. Nawet po tym jak wszystko przyjąłem, kim jesteś. Wybacz, że zapytam w ten sposób. Ile miałaś żyć?
— Teoretycznie jestem nieśmiertelna. Mogę się odradzać. Gdybym była totalnie zniszczona, jest moja matryca, ale wówczas to nie byłabym ja, ponieważ ja jestem żywa.
— Och, więc ja się zestarzeję, a ty będziesz taka jak teraz.  
Sally popatrzyła mu prosto w oczy.  
— Kevin przewidział to w swoim geniuszu, ale ja miałam wybór. Od chwili kiedy mnie pokochałeś zaczęłam się starzeć jak ty. Umrę. Nie będę dłużej żyła niż ty.
John się zasmucił, bo o czymś pomyślał.
— A tam?
— Głuptas. Jak będziemy dobrzy, spotkamy się. Ale nie wiem na pewno. Tylko w to wierzę.
— To niesamowite. On jest jak Bóg, stworzył nową Ewę. A może raczej jest nowym Adamem.
Sally spoważniała.
— Nie John, on nie jest nowym Adamem.  
— Czemu posmutniałaś?
— Nie chcesz tego wiedzieć. Śpijmy już.
   John chciał wiedzieć, ale to odczucie, żeby pojąć, malało i malało. W końcu zgasił lampkę. Usłyszał wolny oddech Sally. Spała, zupełnie jak człowiek.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użył 1936 słów i 11184 znaków, zaktualizował 27 paź 2018.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto