Sobowtór cz 2

Przyjechaliśmy do jednego z moich magazynów. Budynek jak każdy z innych. O dwóch piętrach. Tynk niedawno został odnowiony. W słoneczny dzień miał jasno beżowy kolor. Lecz w tej chwili była noc, więc nie prezentował się tak świeżo i zachęcająco. Rzuciłem przelotne spojrzenie na Johna. Jego twarz nie okazywała żadnego entuzjazmu. Oczywiście nie odbiegało to od zachowania innych wybranych.  
— Za chwilę wejdziemy do budynku. Jest tam kilka osób, pracujących dla mnie. W razie czego, pomogą ci w czym będziesz chciał. Kiedy odświeżysz się i przebierzesz, prosiłbym cię abyś mnie zobaczył. Ustalimy tylko pewne sprawy, a potem postanowimy co dalej.
— Kiedy już stanę na nogi i zacznę sam zarabiać na siebie, ile będziesz chciał z tego mieć?
    Poczułem się dziwnie. Nikt jeszcze nie zapytała mnie o podobną sprawę. Odczułem delikatną obrazę. Czyżby ten człowiek nie rozumiał, że robię to całkowicie bezinteresownie?
Musiałem mu to powiedzieć, tym bardziej, że zdawał się czekać na odpowiedź. Dosłownie przeszywał mnie swoim wzrokiem.
— John, ja robię to całkowicie z dobrego serca. Nie potrzebuję twoich pieniędzy. Mam swoich dość.
Jego odpowiedź była natychmiastowa.
— Nie czuj się urażony. Jesteś człowiekiem interesu.  
— Nie czuję się obrażony, tylko ci wyjaśniam.
— Czujesz się, chociaż niezbyt mocno.
    Poczułem się dziwnie. Ten człowiek rozmawiał ze mną jak równy z równym, a dodatkowo, dokładnie odczuwał co dzieje się w moim wnętrzu. Poczułem lekkie zaniepokojenie. Moja twarz musiała coś zasygnalizować, bo John uśmiechnął się, klepnął mnie po ramieniu i rzekł.
— Nawet żebrak czasem żartuje.
Poczułem prawdziwe zdziwienie. Ten człowiek mnie zaskakiwał.  
Przeszliśmy oświetlonym korytarzem w kierunku pomieszczeń z ubraniami.  
Miałem tam kilkanaście rodzajów ubrań. Pomagałem ludziom, ale przecież pozostawiałem im wybór. Na półkach leżały ubiory sportowe, przystosowane do pracy i luksusowe.  
John rzucił spojrzeniem po sali o wielkości małego sklepu. Podszedł od razu do najlepszych ubrań. Stał tam chwilę i odwrócił się w moim kierunku.
— Nie ma tu niczego odpowiedniego dla mnie.
Poczułem się po raz kolejny zaskoczony.
— Czego chcesz?
Kiedy to powiedziałem, przypomniałem sobie, że dokładnie on zapytał mnie tak samo w swojej kabinie. Ale znowu, po raz kolejny, mnie zaskoczył. Spodziewałem się, że w takim razie opisze mi dokładnie czego potrzebuje.
— Wiesz co będzie dla mnie odpowiednie.  
    W pierwszej sekundzie chciałem zaprzeczyć, ale... wiedziałem co ma na myśli. To było irracjonalne.
— Dobrze, masz rację. Przepraszam.  
    Boże, co się dzieje? Najbogatszy człowiek świata, przeprasza zwykłego żebraka! Ale czy na pewno zwykłego? Nie mogłem się ciągle oszukiwać. To nie był zwykły żebrak. Od chwili kiedy mój wóz zatrzymał się koło jego baraku, nie opuszczało mnie to samo odczucie, że coś mnie z nim łączy.
Poszliśmy razem do mojego pokoju.  
W każdym z takich ośrodków miałem takie pomieszczenie. Zawsze wyglądało identycznie. Pomalowane na bardzo jasny róż, udekorowane dobrymi meblami i identycznym wyposażeniem jak w mojej posiadłości za miastem. Nie zauważyłem żadnej reakcji na jego twarzy. Otworzyłem szafę. W niej znajdowało się siedem identycznych ubrań jakie miałem na sobie.  
— A gdzie dodatki? — zapytał.
I znowu wiedziałem czego chce. Otworzyłem biurko. Na delikatnych atłasowych poduszkach leżało siedem zegarków za dwieście tysięcy, identyczne, siedem par spinek z szafirem osadzonym w złocie i siedem złotych sygnetów z pięcio karatowymi diamentami.  
— Będę gotowy za godzinę — rzekł John.
— Poczekać na ciebie tutaj?  
— Byłoby mimiło. Możesz przygotować drinka, w końcu to wielki dzień dla nas obu.
    Chciałem coś odpowiedzieć, ale zniknął już w mojej prywatnej łazience. W zasadzie nie piłem alkoholu, ale w barku czekała butelka blisko stuletniego koniaku Remi Martini Louis XIII, za 3500 $.  
Moje myśli stały się klarowne. Czy po to pomagałem ludziom, żeby w końcu go spotkać?  
Godzina minęła jak kilka minut. Wyszedł ogolony w samym szlafroku. Nie miałem wątpliwości. Tak naprawdę nie miałem ich już od pierwszej chwili, a może stało się to w momencie gdy zatrzymałem samochód obok miejsca, w którym mieszkał. John nie czuł się wcale skrępowany. Zdjął okrycie i zaczął się ubierać. Po chwili stanął przede mną. Miał identyczne ubranie i dodatki, jakie ja miałem na sobie.
— Czas na koniak, prawda Kevin?
    Nie musiałem mówić, że wyglądał identycznie. Znalazłem swojego sobowtóra.
Zwyczajnie po kilku dniach informowałem moich nowych podopiecznych o prawach, których nie było zbyt wiele. Nigdy nie musiałem informować ich o ostatnim i najważniejszym. Bo było tak oczywiste, że nie widziałem sensu o tym wspominać, ale teraz zamiast wymieniać mu całą listę, postanowiłem przekazać mu właśnie to jedno.
— Masz prawo do wszystkiego. Nie możesz tylko spać z moją żoną.
Zabrzmiało to głupio, jednakże dość przekonywająco. I w sumie mogłem się spodziewać odpowiedzi. W końcu już kilkakrotnie mnie zaszokował dzisiejszego wieczoru.
— To będzie zależało od niej. Przecież jej nie kochasz, a ja prawdopodobnie będę.
    Tego miałem za wiele. Chyba puściły mi zawory. Miałem wybuchnąć, ale to minęło szybciej niż narosło. I dlatego powiedziałem coś zupełnie innego niż pierwotnie zamierzałem.
— Dałem ci wszystko, masz na sobie rzeczy warte pół miliona dolarów, dlaczego chcesz mi zabrać coś najbardziej osobistego?
    Jego odpowiedź nastąpiła natychmiast, a właściwie chyba zaczął mówić, zanim ostatnia wypowiedziana przeze mnie samogłoska rozeszła się po pokoju.
— Niczego nie pragnę ci zabierać, ani nie zamierzam z tobą rywalizować. To co się stanie będzie zależeć całkowicie od niej. Pragniesz jej szczęścia, tylko nie mogłeś się zmusić do tego, czego nie można kupić nawet za twoje pieniądze. To będzie jej decyzja. Wiedz tylko jedno. Nigdy nie miałem kobiety w swoim życiu, ale nie dotknę jej, zanim mnie nie pokocha.
— Chcesz ją zobaczyć teraz?
Uśmiechnął się moim uśmiechem.
— Wypijmy najpierw koniak. Bukiet już rozkwitł, ale potrzebuję jeszcze troszkę ciepła od naszych dłoni, przyjacielu.
Wziąłem kryształowy kieliszek. John usiadł i założył nogę na nogę. Oczywiście zrobił to identycznie jak ja zwykle o czyniłem.
— Poczekaj chwilę — rzekłem.
Wstałem i wyjąłem z szuflady kartkę papieru i pióro. Oczywiście to było Caran d'Ache Caelograph Zenith za ponad 130 tysięcy dolarów.
— Podpisz się — poprosiłem.
    Nawet nie spojrzał na mnie. Postawił kropkę zanim zaczął i po dwóch sekundach zostawił autograf. Nie musiałem sprawdzać. Podpis miał również identyczny. Poczułem spokój, jakbym zrobił coś na co czekałem całe życie. Spokojnie dopiliśmy koniak.
— Wobec tego może poprowadzisz? — zaproponowałem.
— Nie prowadziłem nigdy samochodu, ale spróbuję — powiedział cicho.  
    Poczułem małą satysfakcję. Taki mały diabełek rozkwitł w moim wnętrzu.
— Jeżeli uda ci się zapalić, wóz jest twój.
Riposta nastąpiła natychmiast.
— Zdajesz sobie sprawę, że nie jestem zainteresowany twoimi pieniędzmi?
— Oczywiście, John.
Wstał i odsunął krzesło, identycznie jak ja to czyniłem. Wyszliśmy z pokoju i wróciliśmy tą sama drogą do wyjścia. Przed Rolls Roycem wyciągnął dłoń. Podałem mu mądre klucze.  
— Na co reaguje?
Jak na biedaka, nieźle się orientował.
— Na oddech.
Czułem satysfakcję. Wiedziałem, że maszyny nie oszuka. Oczywiście ani przez chwilę nie podejrzewałem go, że udaje. Nie myślałem o jego odciskach palców ani o krwi. Otworzył mi drzwi po drugiej stronie kierownicy, przeszedł i dopiero wówczas otworzył swoje. Jak wiedział gdzie ma chuchnąć, nie miałem pojęcia. Bo sensor wcale nie znajdował się przy guziku i stacyjce, a ta znajdowała się tu na wypadek awaryjny, w zwykłym miejscu. Czujnik znajdował się w środku kierownicy. John przycisnął przycisk i chuchnął. Nic. Poczułem satysfakcję.
— Mogę spróbować jeszcze raz, to prawdopodobnie przez alkohol.
— Tak, John. Oczywiście, że możesz.
Tym razem usłyszałem, że silnik zaczął pracować. Ale nie to mnie zaskoczyło, tylko głos z komputera.
— Witaj John.
Nie wytrzymałem.
— Rozumiem, że wyglądasz jak ja, masz identyczny podpis, ale skąd ta maszyna wie, że jesteś John?
— I ty jesteś geniuszem, który zaprojektował androidy? Przecież powiedziałeś moje imię.  
Poczułem się rozbrojony.
— Masz rację, przyjacielu. Jedź, prawdopodobnie wiesz gdzie mieszkam.
Popatrzył na mnie chwilę.
— Nie mam pojęcia. Poprowadzisz mnie czy mam włączyć GPS?
— Żartujesz, prawda?
— Ty nigdy nie żartujesz, to czemu ja bym miał. No może od dzisiaj obaj zaczniemy, ale teraz mówiłem poważnie.
    Przetarłem twarz dłońmi i rzekłem.
— Włącz automatycznego pilota. Te cacko samo cię zawiezie. Nie ma trafiku, reaguje na światła, samochody z tyłu i z przodu.  
— To nie będzie konieczne, powinienem dać radę. Może kiedyś już prowadziłem, tak przynajmniej teraz czuję.  
Po chwili ruszyliśmy. Wyjąłem komórkę i połączyłem się z Samantą. Odebrała po chwili jakby czekała na telefon.
— Kochanie?
— Miło, że dzwonisz. Przygotować coś do jedzenia?
— Tak, zrób co lubimy. Mam niespodziankę.
— O. W takim razie mi nie powiesz, bo inaczej by nie była niespodzianką.
— Nie, Samanto, muszę ci powiedzieć. Przyjadę z kimś kto jest podobny do mnie. Nie, źle mówię, jest identyczny. To nie jest android, lecz mój sobowtór.  
— Żartujesz, Kevin. Tylko ty nigdy nie żartujesz.
— Przyjedziemy za pół godziny, może za czterdzieści minut. Na razie.
Wyłączyłem telefon. Doznałem olśnienia. Przecież to oczywiste.TO JEST ANDROID. Tylko jak wiedziałem gdzie go znajdę. I w sumie jak to się stało? Pozostało zrobić test krwi.  
— John, możesz na chwilę zatrzymać samochód?
— Oczywiście, chcesz poprowadzić?
— Nie, chcę ci zrobić test krwi.
John uśmiechnął się i powiedział.
— Sądzisz, że jestem twoim produktem? Możliwe. Czy twoje roboty mają potrzeby fizjologiczne?
— Oczywiście, jeżeli jedzą. Ale analiza przerobionego posiłku, dałaby natychmiastowy rezultat.  
Miałem potrzebne instrumenty w samochodzie.  
— Zgadzasz się? — zapytałem.
— Jesteś miły. Też jestem ciekawy. Oczywiście, że nie mam nic przeciwko temu.
— To nie będzie bolało. Proste pobranie krwi z opuszka palca. Podobnie jak u cukrzyków.
— Raczej nie mam cukrzycy.
Wyciągnął dłoń. Po chwili mniej niż kropelka krwi trafiła do testera. Wynik otrzymałem po trzydziestu sekundach.  
— A jeden, beta Rh + — odczytałem. To moja grupa krwi. Identyczna. Zobaczymy co Gerlis powie?
— Kto to jest Gerlis?
— Mój pies. Tylko on odróżnia Samantę od Sally.  
— A kim jest Sally?
— To android. Identyczny jak moja żona. Pracuję nad krwią i innymi wydzielinami. Ja odczuwam, która jest którą, poza mną tylko nasz stary pies się nie myli. Nawet dedektory zapachy robią pomyłki.
    Ruszyliśmy. Zastanawiałem się jak zareaguje Gerlis. I wówczas poczułem coś, czego nie odczuwałem nigdy. Czyżbym był zazdrosny? Nigdy mi nie zależało, w ten właściwy sposób na Samancie. Kiedy przychodziłem do domu zawsze mnie całowała delikatnie w policzek. Nigdy nie całowała mnie pierwsza w usta. Cóż za istota! Miała do tego całkowite prawo, jednak nigdy z niego nie korzystała. Oczywiście kiedy się kochaliśmy robiła to, jak i wszystko inne, co zakochana kobieta robi w czasie intymnego zbliżenia.  
    Opuściliśmy granice miasta i po kilku minutach pojawił się na horyzoncie mój pałacyk.
Dojechaliśmy do bramy. Nie byłem obsesyjny. Brama otwierała się na dziewięciocyfrowy kod.  
    A może jednak odrobinę byłem. Po wyciśnięciu kodu, należało podać kod wyjścia. Każdy kto opuszczał posesję, otrzymywał kolejny dwunastocyfrowy kod. Nie zwykły ciąg liczb. Dostosowany do grupy krwi, analizy widmowej aury. Androidy miały inne zabezpieczenia. Możliwość, że ktoś obcy wiedzie, równała się zeru. Podałem swoje dane i brama się otworzyła.  
— Zdenerwowany? — zapytałem.
John spojrzał na mnie krótko.
— A podobno nie masz poczucia humoru. Czemu miałbym być?  
— Myślę jak Gerlis zareaguje.
— A nie jesteś ciekawy, jak żona?
— Zazwyczaj całuje mnie w policzek.  
— A co zrobisz, jeżeli mnie pocałuje pierwszego?
— Co mogę zrobić? Nic.
— Nie martw się, pocałuje ciebie.
— Skąd wiesz?
— Kocha cię, to proste.
— Nie mówiłem ci tego, skąd wiesz?
— Wyczułem kiedy z tobą rozmawiała.
— Zobaczymy.
Spojrzał na mnie poważnie.
— Ja jestem człowiekiem. Pytanie, kim ty jesteś?
— Jestem człowiekiem, mam ludzka krew. Nie rozumiem twojego pytania.  
— Krew nie jest najważniejsza. Człowieka charakteryzują bardziej subtelne sprawy. Powiedziałeś ,,zobaczymy". Dla ciebie to zwykły test? Ona cię kocha, a ty ją traktujesz jak swoje maszyny. Dlaczego jesteś taki okrutny?
   Nie czułem, że jestem. Zarzuty Johna odebrałem jako niesprawiedliwe. Normalnie nie próbowałbym nawet odpowiadać. Poza tym nikt by nie śmiał zadawać mi takich pytań. Ale mój sobowtór miał do tego prawo.
— Chciałbym ją pokochać. Jednak, nie mogę się do tego zmusić. Dbam o nią i daje jej wszystko inne, co tylko mogę dać.
— Ona by wolała wszystko oddać w zamian za twoją miłość, rozumiesz.
— Aż taki głupi nie jestem, wiem to.
Wjechaliśmy do garażu. Stały tam moje inne samochody. Srebry cień, drugi Swep tail i kilka mercedesów. Samanta lubiła Lexus 460 LS.  
Po chwili razem szliśmy do wejścia do domu. Poczułem dłoń Johna na ramieniu.
— To nie będzie problem czy ja ją pokocham, tylko czy ona przestanie ciebie.
Tym razem moja odpowiedź pojawiła się na moich wargach, zanim zdołałem pomyśleć.  
— Ona mnie nigdy nie przestanie kochać.
John wziął mnie za ramiona i patrzył prawie pół minuty prosto w moje oczy.  
— To co zrobimy? — zapytał.
    I wówczas powiedziałem coś czego się nie spodziewałem po sobie. To siedziało gdzieś głęboko w mojej duszy. Nigdy o tym nie rozmawiałem. Większość tych, którzy mnie znali, sądzili że jestem ateistą. Ale to mijało się z prawdą. Ja wiedziałem, że Bóg istnieje. I to miało dla mnie wielkie znaczenie. Szanowałem Go tak mocno, że nigdy o nim nie mówiłem ani nawet nie myślałem i dlatego co powiedziałem teraz, było nawet dla mnie zaskoczeniem.
— Tylko Bóg może to zmienić.  
Ale i tym razem John powiedział to, co znowu mnie poruszyło, tym razem do samej głębi mojego jestestwa.
— Nawet On tego nie zrobi, jeżeli Samanta tego nie będzie pragnąć. On jest wszechmocny, ale nigdy nikogo do niczego nie zmusza. On szanuje każdego człowieka, jak siebie. Problem jest tylko taki, że prawie nikt tego nie rozumie.
To było mocne co powiedział. Moje wnętrze zaakceptowało to natychmiast jako prawdę. I poczułem pragnienie poznania jak on do tego doszedł.
— Skąd to wiesz, John. Też tak poczułem, ale dopiero w tej chwili kiedy mi to powiedziałeś.
— Mogę ci powiedzieć. Jesteś mi najbliższą istotą, więc nie mam przed tobą tajemnic. Powiedział mi.
— Powiedział ci? Bóg?
— Dziwisz się?
— A nie powinienem?
— Ty to wiesz. A może i ty nie wiesz. Chodźmy.
    Otworzyłem drzwi. Musiała wiedzieć. To nie było zbyt trudne. Kamery musiały zarejestrować. Jakże była piękna. Czarne włosy spadały na jej odkryte ramiona o kolorze brązu. Włosy, ostro kontrastowały z bielą jedwabnej kreacji. Prosta suknia do ziemi, miała rozcięcie prawie do końca uda. Od góry zawieszona na jednym ramiączku. Jej kształtne i jędrne piersi utrzymywały suknię, żeby się nie zsunęła. Jedyną dekoracją stanowił złoty łańcuch z rubinowym sercem, które otrzymała ode mnie w dniu zaręczyn. Patrzyła to na mnie to na Johna swoimi wielkimi, brązowymi oczami, otoczonymi długim wachlarzem czarnych rzęs i równie czarnymi brwiami, uniesionymi lekko do góry. Oczywiście, że czuła się zdziwiona. Jej nozdrze unosiły się lekko, a jej usta o kolorze dojrzałej maliny, lekko rozchylone, chciały zapytać, który z nas jest jej Kevinem. Gerlis też patrzył to na mnie to na Johna. W końcu podszedł do Johna i otarł łbem o jego udo. W końcu i Samanta zrobiła krok do przodu i podeszła...

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i inne, użył 2837 słów i 16689 znaków, zaktualizował 26 paź 2018.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • ja1709niezalogowana

    Zakończenie jest masakryczne, jeśli już chcesz uciąć, to proponuję: "W końcu i Samanta zrobiła krok do przodu...", lub inne zdanie, które Ci pasuje.  No i to :"czyniłem", "uczyniłem"... bla, bla, bla - tragedia, to nie jest opowiadanie o królach, szlachtach, czy innych rycerzach, :D: poza tym to całkiem przyzwoicie. p.s. To, ze bedzie sobowtorem wiadome bylo  juz od samego wejscia typa do kanciapy bezdomnego, za malo nieprzewidywalnosci. I tym razem, mimo drobnych niedociagnięć, łapka sie nalezy

  • AlexAthame

    @ja1709niezalogowana  Nie wiem czy Ci poprzednio odpowiedziałem, bo miewałaś okresy niezadowolenia . Sobowtórem był sam główny bohater. Chodziło mi o relację Kain-Abel. Według biblii byli bliźniakami. We właściwym tłumaczeniu oni byli z dwóch ojców. Nie wiem czy takie ewenementy się zdarzają w normalnym życiu. Niestety nie mam informacji że wyglądali jednakowo z wyglądu. Pewnie nie. Tak więc wcale nie chodziło o bliźniaka żebraka. Az taki prosty to nie jestem.

  • AlexAthame

    @ja1709niezalogowana  Poza tym napisałem to w pierwszym zdaniu Agnes :nerw: