Słowo cz 5 finał

Obudziła się ponownie. Zobaczyła zapłakane, dobre oczy hrabiny. A mówią, że błękitnokrwiści nie mają serca. Emanuelle dostrzegła jej otwarte oczy. Delikatnie ujęła dłoń piosenkarki .  
- Wszystko będzie dobrze, wyjdziesz z tego...
  W drzwiach pojawił się doktor Paul Hertz. Przesunięcie głowy sprawiło u Morgan lekki ból.  
- Co mi jest? - szepnęła.
  Czterdziestopięcio letni mężczyzna podszedł blisko. Jego twarz nie wróżyła dobrych wieści.  
- Nie rozumiem jak to możliwe, że nie miała pani żadnych ostrych obiawów, poprzednio. To glejak wielopostaciowy w czwartym stadium. Glioblastoma multiforme. Niestety.
- Będzie dobrze - szepnęła Emm.
- Umrę, prawda? - powiedziała cicho brunetka, jakby wiedziała, że Hrabina nie mówi prawdy.
- Każdy kiedyś umrze - odrzekł Hertz.  
- Ile mi zostało? - powtórzyła Morgan.
- Proszę mi wybaczyć... To może nastąpić w każdej chwili.  
   Morgan tego nie słyszała. Popadła znowu w śpiączkę.

                                                                      Teraz
Hrabina bez złości spojrzała na Dona.
- Co jej jest? Dlaczego ma tyle przewodów i rurek? - czuł, że ma łzy w oczach.  
- Nie domyśliłabym się, że to ty, ale Morgan kilka razy powiedziała ,,hard”. Sądziłam, że jest jej ciężko. Dopiero kiedy zadzwoniłeś pojawiła się informacja z kontaktów.  
- Co jej jest?
- Umiera. Ma guza mózgu. Czwarty stopień. Najgorszy rodzaj.  
- Jak... jak to? Dlaczego ona. Jest dobra, kochana, cudowna. Ja...
- Zostań z nią. Wiem, że pragnęłaby być z tobę w tamtej chwili. Nie wiem czy w coś wierzysz, ale jeżeli tak to módl się by otworzyła oczy zanim odejdzie. Pomyliłam się co do ciebie. Nie jesteś złym człowiekiem.
  Hrabina Cavendish dotknęła delikatnie ramienia szatyna.
- Żegnaj, Don.  
   Po kwadransie do pokoju wszedł doktor.
- Witam pana. Jest pan rodziną?
- Nie. Morgan jest dla mnie... ważna. Ja... Czy jest nadzieja?
- Przykro mi. Zwykle są poprzednio objawy. Większość je odczuwa już w drugim stopniu. Ale to jest czwarty. Nienawidzę ich. Zawsze wracają i są bardziej złośliwe niż poprzednio. Ona nie wiele czuje. Daliśmy jej środki... To nie potrwa długo...
  Wyszedł. Don patrzył na spokojną twarz Morgan.
- Nie powiedziałem ci. Zmieniłaś mnie. Wiem dlaczego przyszedłem na ten świat. Wybacz mi, że wówczas wyszedłem. Bałem się. Dlaczego ja? A teraz? Dlaczego ty? To ja powinienem umrzeć. Co mogę dla ciebie zrobić? Zrobię co tylko chcesz. Nie odchodź, potrzebuję cię. Świat nie ma dla mnie znaczenia. Nic nie ma dla mnie znaczenia. Nic, tylko ty. Słyszysz?  
  Łzy ciekły z jego oczu, a przecież nigdy nie płakał, jak długo pamiętał. Ostatni raz kiedy miał dwanaście lat, wówczas ojciec go pobił. Potem bił go jeszcze kilkakrotnie, ale Don nie dał mu tej satysfakcji, żeby więcej zobaczył jego łzy. Nie poczuł się lepiej dwa lata później kiedy po powrocie do domu zobaczył jego sztywne ciało na dywanie, a obok rozbitą butelkę taniego wina.  

Nagle nastąpiła cisza. Przez pierwszą chwilę nie zrozumiał. Po chwili usłyszał jednostajny dzwięk z maszyny stojącej obok. Prosta, zielona linnia pojawiła się na ekranie. Nadal trzymał ją za rękę.  
  Nie wiedział po jakim czasie wrócił Hertz w otoczeniu pielęgniarza i siostry.  
- Przykro mi panie Hard. Już nie cierpi. To koniec.
- Czy mogę zostać jeszcze? Widzi pan, nie zdąrzyłem jej powiedzieć najważniejszego słowa.  
- Dobrze, proszę zostać. Ale nie tak długo. I proszę jej powiedzieć. Być może jeszcze tu jest w tym pokoju.
  Nie miał już łez. Całe jego jestestwo, to duchowe i fizyczne wypełniało jedno słowo.  
- Morgan. Moja umiłowana. Wybacz mi. Mam nadzieję, że wiedziałaś. To nie stało się podczas kiedy tuliłaś się do mnie. To stało się dużo wcześniej. Kiedy śpiewałaś tam w Qsandu, a nawet zanim zaczęłaś. Kocham cię. Kocham. Po to przyszedłem na świat, żeby cię pokochać. Miałaś rację, nie urodziłem się by mówić ludziom co mają robić. A ty? Też to wiem. Masz talent. Piękny głos. Ale nie to jest twoim powołaniem. Urodziłaś się by być kochana przeze mnie. Urodziłaś się by dać mi miłość. Powinienem ci to powiedzieć u ciebie w domu. Przecież oboje czuliśmy, że jesteśmy w miłości.
  Donald nachylił się i pocałował ja delikatnie w czoło. Wyprostował się i patrzył na jej martwą twarz...

Ile czasu minęło? Minuta, dwie, a może pięć. Poczuł to. Jego stara natura jeszcze raz odezwała się. Wydaje ci się...  
Ale nie, odczuł to znowu. Delikatny uscisk. Tak! Otworzyła oczy. Maszyna zaczęła miarowo pikać. Uśmiechnęła się.
- Kochanie.
- Nie odchodź, bardzo cię potrzebuję. Kocham cię. Wiem po co przyszedłem na świat i jestem pewny, że i ty wiesz co jest twoim powołaniem.
- Tak, wiem. Widzisz, to jest bardzo dziwne. Jestem wierząca, ale nie modliłam się o życie, kiedy odzyskałam pierwszy raz przytomność. Prosiłam tylko bym mogła usłyszeć to słowo. I moja modlitwa została wysłuchana. Wiem, że jesteś delikatny. Wrażliwy. Wówczas w barze... Ja pokochałam cię zanim skończyłam śpiewać. Głupia... chciałam wówczas już usłyszeć te słowo od ciebie.  
- Nie umrzesz, prawda?
  Uśmiechnęła się.
- Chcesz być ze mną? Chcesz mnie kochać?
- Najdroższa! Wiesz, że tak.
   Do pokoju wszedł doktor Hertz.
- To niemożliwe! Co czujesz, Morgan?
   Spojrzała na doktora i ponownie skierowała wzrok na Dona.
- Właśnie chciałam powiedzieć to mojej miłości. Wszystko było typowe. Nie pamiętam ciemności. Od razu było jasno. Zapach, coś cudownego. Ale nie cieszyło mnie to aż tak bardzo. Pragnęłam tylko jednego. Usłyszeć to słowo. I usłyszałam. Kocham. Wierzycie mi? A potem inny głos mi powiedział, że musze wracać. I jestem.
- Jesteś bardzo słaba - rzekł Hertz.
- O nie. Myli się pan, doktorze. Czuję się dobrze. To zniknęło.  
  Morgan wstała. Pielęgniarka chciała ją powstrzymać, ale Hertz dał znak by tego nie robiła.  
- Nie umrzesz, kochanie? - zapytał Don.
- Nie mogę. Kochasz mnie, jakbym mogła ci to zrobić. Zabierz mnie do siebie.  
  Spojrzała na Hertza.
- Miałem raz taki przypadek. Nie wiem jak to możliwe. Tylko tamta mała była w szpitalu bardzo długo. Robiliśmy wszytsko, a choroba z nas drwiła. Dziewczynka słabła. Aż było przykro patrzeć. Terapie upadały jedna po drugiej. Jej organizm odrzucał transfuzję, witaminy i mikroelementy. Miała zniszczoną wątrobę i nerki. W końcu nie mogła nawet dobrze oddychać. To trwało miesiącami. Rodzice zaczęli myśleć, a w końcu rozmawiać ze sobą o pogrzebie. I nagle, bez żadnego realnego powodu ta dziesięciolatka otworzyła oczy i powiedziała, że ma tyle do przeżycia. W ciagu trzech miesięcy wszystkie organy zaczęły pracować jakby była najzdrowszym człowiekiem na ziemi. Ale ty? Tak nagle? Jako lekarz nie mogę wierzyć w cuda. Jako człowiek, muszę.  
Don słuchał doktora, ale nie odrywał wzroku od ukochanej.
- Nie wiem co powiedzieć, poza tym, że cię kocham. Pragnę całować twoje usta. Pragnę oddychać twoim powietrzem. Kocham cię, mój miły kotku. Wyjdziesz za mnie. Ja wtedy bardzo chciałem... Rozumiesz.
  Morgan uśmiechnęła się.  
- Nie mów nic. Miłość jest nade mną. Miłość jest nad nami. Zabierz mnie.
  Zostali sami. Morgan odłączyła pozostałe przewody i rurki. Don okrył ją swoim płaszczem. Wyszli z pokoju.  
  
                                                         Godzine później.

Don znalazł na swoim komputerze ,,Monaco - Dwadzieścia osiem stopni w cieniu”. Morgan siedziała na jego kolanach i gładziła jego brązowe włosy. On, co jakiś czas całował jej policzki i oczy. Piosenka szła w kółko od pół godziny.
- Chcę - szepnęła.
- Ale...
- Nic, nie mów. Miłość jest nade mną.  
  
                                                              Po kilku minutach  
Wstała z jego kolan.  
  Jak tylko przyjechali zrzuciła szpialny fartuch, w drugim pokoju. Sama poszła do jego garderoby. Wzieła śnieżną koszulę i dół piżamy, w której spała poprzednim razem. W tym czasie on siedział w salonie, bo chciał jej zostawić prywatność.

- Chyba wystarczy rozkoszy dla duszy, zdejmij to ze mnie - szepnęła, kiedy podniosła się z jego kolan.
- Jesteś może słaba...
- Nigdy nie czułam się mocniejsza.  
  Zrobił to jak najdelikatniej potrafił. Ujrzał ósmy cud świata. Nie, miał co do tego pewność... poprzednie siedem mogło nie istnieć. Miłość wypełniała pokój... Nie, to zapach jej włosów, jej skóry...  
Patrzyła, tylko patrzyła, lecz w końcu zapytała.
- Czujesz?
- Tak, to miłość, to ty.
   Uśmiechnęła się przekornie.
- Ja myślę, że częściowo masz rację. Ale mamy jeszcze zmysł smaku. Spróbuj mnie.
  Zdziwił się nieco.
- Twoje usta smakują jak świeża malina...
- Usta, usta... spróbuj mnie wszędzie. Wszędzie...

264 czyt.
100%21
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użył 1597 słów i 8744 znaków, zaktualizował 3 lis o 19:27.

1 komentarz

 
  • Iga21

    Iga21 · 27 paź 6:54

    Czyżby powiedzenie "Prawdziwa miłość przetrwa wszystko" się tu taj sprawdziło? Chyba tak
    Mam jeden powód, żeby się przyczepić
    Masz tam jedną literówkę, która razi "Wyprostowała się i patrzył na jej martwą twarz..." chyba powinno być "Wyprostował się i patrzył na jej martwą twarz..."
    Po za tym piękne