Słowo cz 4

Może tego nie znacie. To był przebój lata. I następnego. Przepisałem przetłumaczoną treść. Jeżeli macie drugą maszynę, włączcie i słuchajcie. Trochę ciepłego lata w te chłodne jesienne dni nie zaszkodzi. A jeżeli jesteście zakochani i obok jest z wami ta druga osoba, to więcej nie muszę tłumaczyć. Kiedy napisałem ,,gorąco”, miałem na myśli właśnie to...
                                                                        *

- Ostatnio nie piłem. Właściwie od czasu kiedy cię poznałem, wcale. Tak, to od tamtej pory wszystko się zmieniło. Zacząłem gotować, ponoć stałem się bardziej ludzki dla pracowników.  
  W ostatniej chwili ugryzł się w język, bo chciał jeszcze dodać, że również nie spotykał się z innymi kobietami.  
- Chciałbyś zatańczyć.
  Spojrzał jej w oczy.  
- Bardzo.  
  Ona podeszła do wieży i zmieniła muzykę. Usłyszał bardzo stary utwór w wykonaniu francuskiego piosenkarza Jeana Francoisa Maurice, ,,Monako, dwadzieścia osiem stopni w cieniu”. Po chwili czuł ją w swoich ramionach. I znowu nie rozumiał jak się to stało. Miał pewność, że ujął tylko jej dłoń.  

On:  Monaco. Jest dwadzieścia osiem stopni w cieniu. To jest szalone, jest tego zbyt wiele, jesteśmy sami na świecie. Wszystko jest błękitne, wszystko jest piękne. Przymykasz nieco oczy, słońce jest tak wysoko. Głaszczę twoją łydkę. Moje dłonie przypalają twoją skórę.
Ona: Nic nie mów. Pocałuj mnie kiedy tylko zechcesz. Miłość jest obok ciebie.
On: Jest nam dobrze. Monaco, dwadzieścia osiem stopni w cieniu. Nie wypowiadasz ani jednego słowa. Gaszę swojego papierosa, staje się jeszcze bardziej gorąco. Twoje usta mają smak dzikiego owocu. No i proszę... Jak blond fala zabierasz mnie już.
Ona: Nic już nie mów. Miłość jest nade mną.
  
Nie miał całkowitej pewności, ale to chyba ona go zaczęła całować.
Don rozumiał po francusku i miał pewność, że Morgan też rozumie ten język. Oboje mieli pewność, że ich usta smakują jak dzikie owoce, a co najważniejsze, poza nimi, w pokoju gdzie tańczyli przytuleni, królowała miłość.  
  Czuł jej gorące ciało przez grubą wełnianą sukienkę. Jego męska i fizyczna część chciała jak najszybciej zedrzeć ten szorstki materiał, ale tym razem, po raz pierwszy w życiu, nie ta natura rządziła. Czyżby ktoś inny mieszkał w nim? Ten drugi był nawet zaskoczony pocałunkiem. Płonął miłością, lecz jednocześnie powstrzymywał ten wulkan,  żeby nie wybuchł.  
  Morgan ze swojej strony chciała jak najszybciej połączenia. Nie miała żadnej wątpliwości i to od chwili kiedy zobaczyła go w barze, że to ten. Jedyny, na całe życie. Czuła to każdą komórką swojego ciała i całą swoją duszą.  Dlatego jego pozornie szorstkie słowa wypowiedziane w barze, nie zrobiły na niej wrażenia. Ten stan trwał u niej od wielu tygodni, a teraz w końcu miała go. Tuliła się do niego. Niczego innego nie pragnęła jak tylko by był z nią, był obok, był w niej. Jednak nie naciskała, chociaż mogła.  
  Kiedy jego wilgotne usta dawały jej rozkosz, uświadomiła sobie, że nie musi dojść do niczego. A nawet nie musi być tego pocałunku. Poczuła i miała pewność. Trwała w miłości. Tej pierwotnej, całkowitej i spełnionej. Pragnęła tylko jednego. Usłyszeć to słowo.  
  Piosenka dawno się skończyła. Ona nadal trwała w jego ramionach, a jego dłonie ciągle trzymały jej plecy. Delikatnie przyciskał jej delikatne ciało do swojego atletycznego torsu. Trzymała głowę na jego barku. Zdjął jedną dłoń z jej łopatki i przesunął na jej głowę. Zaczął gładzić jej krucze włosy. Czekała, jednak nadaremnie. To słowo nie padło z jego ust.
  W końcu szepnęła, chociaż wiedział, że on wie.
- Chcę.
- Ja też, ale nie mogę. Wybacz.
  Musiała to przyjąć. Nie chciała naciskać. Wiedziała, że to nic nie zmieni. O! miała pewność, że jest dla niego spełnieniem. Nie tylko, że satysfakcjonuje jego oczekiwania i wymagania. Kobiecość nie była zadowolona, ale podobnie jak u niego i ona odczuła jakby kogoś innego w sobie. Wyższe ja? Ducha? Duszę?  

Stali tak prawie godzinę. Mogła mu przecież powiedzieć. Chociaż wiedziała, że on wie. Ale ten jeden raz, ten pierwszy raz, chciała usłyszeć od niego. Mimo, że wiedziała, że teraz tego nie usłyszy.
- Muszę już iść - przerwał ciszę.
- Dobrze, rozumiem.
  Zobaczył na jej policzkach łzy.  

Och, jak bardzo się teraz nienawidził. Dlaczego to robi? Dlaczego jej nie powie? Dlaczego nie zdejmie z niej wszystkiego i razem nie odejdą w krainę rozkoszy! Przecież miał pewność, że Morgan znaczy dla niego więcej niż wszystko razem... niż cały świat, który znał...

Kiedy wyszedł zaczęła cicho płakać. Przez ten moment w jej duszy grano marsz żałobny z opery Wagnera ,,Zmierzch bogów”. Ale niezbyt długo. Ta druga, szepnęła jej coś. Kiedy Morgan to pojęła, wytarła łzy.
- Czy aby na pewno? - zapytała cicho.
   Ale nikt nie odpowiedział.

Don jechał swoim A8 do domu. Nie czuł nic. A właściwie jedno. Wiedział.
  
Kiedy przyjechał do domu usiadł na skórzanej kanapie. I tak, nie wliczając chwil kiedy musiał iść do łazienki, przesiedział dwa dni. Nic nie pił, nic nie jadł. W końcu zmorzył go sen.  
  Obudził się. Nie miał pojęcia ile spał. Wziął prysznic i zgolił trzydniowy zarost. Ubrał się w inne, równie eleganckie ubranie. Jego komórka była całkowicie rozładowana. Musiał chwilę odczekać, żeby móc wykonać pierwsze połączenie. Niestety, nie odbierała. Wówczas poczuł strach niewiadomego pochodzenia. W końcu przy trzeciej próbie usłyszał głos, ale nie był to głos Morgan.
- Kto mówi? - usłyszał.
- Kim jesteś? Chciałem rozmawiać z Morgan.
- Och to ty. Nie wiem czy będziesz mógł. Zanim zapadła w śpiączkę wypowiedziała kilka razy twoje imię.
- Co ty mówisz, jaką śpiączkę. Już wiem, poznałem cię po głosie. Ty jesteś tą kobietą z baru. Morgan mówiła mi, że jej pomogłaś. Co się stało?
- Słuchaj, Don. Ona umiera. Przyjedź do szpitala. Za chwilę wyślę ci adres i numer pokoju. Pospiesz się.
  Bał się. Pierwszy raz. To nie może być prawda. Widział ją zdrową. Wypadek? Zrobiła sobie coś, bo wyszedł? Och, jak bardzo się nienawidził. Jeszcze bardziej niż wówczas, kiedy ją zostawił.  
  Na ekranie odczytał adres. Wiedział gdzie jest ten szpital. Po pięciu minutach już jechał bardzo szybko, jednak na tyle ostrożnie, że zwracał uwagę na światła i przechodniów...
  Postawił wóz na szpitalnym parkingu. Nie miał czasu żeby znaleźć parkometr i zapłacić. Cały świat który dla niego obecnie istniał, miał na imię Morgan.  
  Wpadł do środka budynku i momentalnie podjął decyzję, że szybciej dobiegnie po schodach na trzecie piętro niż dojedzie tam windą...

                                                     Dwa dni wcześniej.

Kiedy wytarła łzy, poczuła ciepło w całym ciele. To ten głos sprawił. Nie zastanawiała się czy to Bóg, wyższe ja czy po prostu dobra myśl. Tyle tylko, że miała pewność, że słyszała głos. Już wiedziała wszystko. Bo w takiej chwili, wie się wszystko. I biada temu kto to zignoruje.  
  Nie zdołała się jednak tym nacieszyć, bo przeszywający ból w głowie uderzył jak taran. Odczuła go jakby ktoś przeciągnął po najdelikatniejszym miejscu jej ciała ostrym drutem kolczastym. Ostatnia myśl, zanim upadła, miała na imię Don...
  Otworzyła oczy. Czuła jak energia życia z niej uchodzi. Czyżby głos się mylił? Oszukał ją? Wyczuła dłońmi komórkę w kieszeni sukienki. Czuła, że nie ma zbyt wiele czasu. Dzwonić do niego? Wiedziała, że nie może. Pogotowie? Nie chciała być sama. Pozostała druga dusza, która była jej bliska. Miała nadzieje, że Samuel nie będzie miał żalu, że spadł na trzecie miejsce. Emm pomogła jej i nie tylko z powodu, że brunetka miała głos i słuch. Wtedy w barze nie była zupełnie z nimi wszystkimi szczera. Przecież słyszała co powiedział Don do Samuela.  
Włączyła komórkę i znalazła łatwo Emanuelle Cavendish, w końcu miała z nią przedostatnie połączenie.  
- Co tam u ciebie, kochanie? - usłyszała głos Emm.
- Przyjedź ... proszę.
- Morgan, skarbie. Co tobie!
  
Brunetka znowu zemdlała.  

Emmanuele rzadko musiała robić coś sama. Do tej pory nie pojmowała dlaczego wówczas pojechała do Qsandu. Ale ani sekundy tego nie żałowała. W końcu Morgan była warta wszystkiego. Szybko wzięła kurtkę z lisim kołnierzem i zbiegła do garażu.
- Gdzieś jedziemy, pani? - zapytał jej służący.
  Nie traktowała ludzi pracujących w jej wielkim domu, jako osoby niższego stanu. Wręcz przeciwnie. Płaciła im bardzo dobrze i traktowała ich jak rodzinę, nawet jej mąż nie rozumiał tego w pełni, ale nigdy się nie wtrącał. Szczególnie, że mieszkał z nią tylko dwa razy w tygodniu.  
- Ludwiku, jadę sama. Może mnie nie być kilka dni. Gdyby mąż dzwonił, przekaż tę wiadomość. Moja Morgan... coś bardzo złego się stało.
- Może jednak poprowadzę...
- Dziękuję. Wiesz, że nikt nie jeździ tak szybko jak ja.
  Jedną z jej nielicznych hobby była jazda w wyścigach NASCAR. A w tych wyścigach pieniądze czy znajomości nic nie mogą pomóc, tam trzeba naprawdę umieć jeździć. Wzięła Bentley Bentayga W12 b-turbo ze specjalnymi dopalaczami. Oczywiście nie był to najszybszy wóz z jej garażu, ale z uwagi na wygodę i wielkość  siedzeń z tyłu, wybrała ten suv. Śpieszyła się. Co pomagało, to pora dnia i okres przedświąteczny. Zajęło jej tylko osiem minut by dojechać do domu jej ulubienicy. Kiedy po pierwszym dzwonku drzwi nie zostały otwarte, szybko wyjęła klucze, które dostała od brunetki. Otworzyła drzwi... zobaczyła ją leżącą na podłodze. Nie zastanawiała się sekundy. Wzięła dziewczynę na ręce i zaniosła do wozu. Ułożyła półprzytomną Morgan z tyłu i bezzwłocznie ruszyła do najbliższego szpitala. Nawet wyciszony silnik, młodszego brata Rolls Royce, wył kiedy wskaźnik obrotów dochodził ośmiu tysięcy. Tylko nieliczni w LA mieli prawo używać niebieskiej migającej lampy i pierwszy raz w swoim życiu Emanuelle jej użyła. Czuła, że czas ma znaczenie, chociaż z drugiej strony może nie musiała się aż tak spieszyć. W tym szpitalu miała kilku dobrych znajomych, więc kiedy dojechała, po następnych dwunastu minutach, zaraz przy głównym wejściu na emergency, czekały już nosze.  
Dopiero po kwadransie, dowiedziała się co jest jej bliskiej przyjaciółce. Wiadomość ją powaliła.  
- To pomyłka...Na nic się nie skarżyła.
- Też się dziwię - odrzekł doktor Corman - taki wielki guz nie mógł nie dawać znaku. Podejrzewam czwarty stopień. Najlepszy specjalista jest na urlopie.
- Kto to?
- Doktor Herz.  
- Gdzie pojechał.  
- Do Montany, do siostry. Wróci po Nowym Roku.
- Czy mogę dostać jego numer komórki, prywatny.
- Nie wiem czy mogę...
- Rozumiem.
  Szatynka sama wystukała numer dyrektora tej placówki. Znali się siedemnaście lat. Za pięć minut rozmawiała z Herzem.
- Proszę przesłać niezwłocznie MRI na moją komórkę.
  Zrobiła to natychmiast. Paul nie przerywał rozmowy i obserwował zdjęcia.
- Nie będę mógł wiele pomóc, to czwarty stopień. Podejrzewam najgorszy z najgorszych, niestety.
- Czy będzie mógł pan przybyć, wyślę helikopter i szybki jet. Zapłacę ile pan zechce, proszą ją ratować...
- Zrobię to dla pani. Słyszałem dużo dobrych słów. Nie często duże pieniądze idą w parze z wielkim sercem. Ale proszę nie oczekiwać cudów. W tym stanie, pani Dearcat może odejść w każdej chwili.
- Dziękuję panu, Paul. Wyślę wszystkie informację, proszę tylko przesłać dokładny adres gdzie ma być helikopter.  
- Dziękuję i do zobaczenia wkrótce.
  Emanuelle czuła łzy.
   Podczas rozmowy nie spuszczała wzroku z młodej kobiety, lecz co jakiś czas spoglądała rownież na Cormana. Miała podzielność uwagi. Poza tym doskonale umiała liczyć. Nie wszystko można było kupić za pieniądze. W jej życiu bywało różnie. Kilkanaście lat temu stanęła twarzą w twarz ze śmiercią, w Afryce. Gdyby nie pomogła wcześniej małej dziewczynce, prawdopodobnie by wtedy zginęła. Okazuje się, że czasem nawet terroryści mają serce. Hertz od razu znalazł się u niej na liście dziękczynnej. Pieniędzy nie chciał, ale zyskał coś większego. Jej dozgonną przyjaźń. A tę sumę, którą chciała przeznaczyć dla niego, nie mogła zostawić dla sobie. Spojrzała chwilkę prosto w oczy młodszego od niej, o dobre piętnaście lat lekarza.  
- Czasami ktoś potrzebuje pomocy, a go nie stać. Nie możemy pomóc wszystkim, ale możemy pomóc komuś.  
  Nie objaśniała mu więcej, ale w kilka minut później, dokonała przelewu 75 tysięcy na pomoc dla takich ludzi.  
  Badania zakończono, podano chorej środki przeciwbólowe i Morgan zawieziono do małego pokoju. Emm nie opuszczała jej na chwilkę z wyjątkiem potrzeb fizjologicznych. Przez pierwsze godziny nie mogła skupić się na niczym. Zrobiła co mogła. Czekała.
  Przeżyła nie jedno, lecz wciąż niesprawiedliwość losu ją zaskakiwała, mimo że w jej osobistym wypadku, miała prawie zawsze szczęście. Jej życie było dobre i spełnione. Nie licząc pierwszej miłości... ale i Roger, obecny jej mąż, dawał jej spokój i trochę ciepła, co jej wystarczało.  
   Po niespełna trzech godzinach i kilku minutach zjawił się Hertz. Okazało się, że jego siostra mieszkała kilkadziesiąt mil od Bozeman. Potrzebowano śmigłowca, jeta i drugiego helikoptera, tym razem z samego szpitala do lotniska Westchester. Mimo, że znajduje się ono tylko trzydzieści kilometrów od centrum, to helikopter był najszybszym środkiem transportu.  
   Paul zabrał się do pracy. Jednak jego bezpośrednie oględziny nie zmieniły niczego.  
- Jest to na pewno ten rodzaj guza. Dziwne jest to, że nie dawał znaków, w postaci bardzo silnych dolegliwości, które są już dość dokuczliwe, w drugim stadium. Najdziwniejsze jest jednak coś innego. Krew jest czysta. Jakby coś oddzielało intruza od reszty ciała. Prawdę mówiąc widzę pierwszy raz tak wielkiego guza. Mimo całej wiedzy nie wiemy widać wszystkiego. Czasem nawet w takim stadium można usunąć, chociaż zwykle się odnawia. W tej lokacji, nie jestem w mocy go ruszyć.  
- Czyli nie ma szans?
- Jako lekarz nie widzę takich. Przykro mi. Pani Dearcat ma piękny głos. Słyszałem ją kilka razy. Lubię jazz, folk-pop i blues.  
- Ja będę miała nadzieję do końca. To dobra dziewczyna. Nie miała łatwo... pokochałam ją, jak córkę. Dziękuje, doktorze.
- Jeżeli zechce pani spać, znajdziemy miejsce.
- Na razie wytrzymuję. Dziękuję.
  Następne godziny nie przyniosły zmian. Nagle ekrany coś pokazały, a Morgan otworzyła oczy.
- Gdzie jestem, Emm?
- W szpitalu...
- Dziękuję, jest... ciężko (hard)...
  Straciła przytomność. W ciągu kilkunastu godzin otwierała oczy dosłownie na kilka sekund, ale wówczas mówiła tylko jedno słowo ,,hard”.  
Hrabina przysypiała na kilka minut, ale budziła się zaraz, całkiem przytomna. Rozmawiała z mężem. Z producentem jej płyty i oczywiście z Samuelem, który przyjechał zaraz po rozmowie. Pobył godzinę. Również i jego policzki zrobiły się mokre od łez. Bo tak naprawdę, ten kto znał młodą piosenkarkę, mógł mieć do niej tylko jedno uczucie.


To co przeczytacie w następnym odcinku, zdarzyło się naprawdę. Tylko nie w LA i nikomu znanemu... Dotychczasowa historia jest pełna wątków z życia.

217 czyt.
100%2
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użył 2826 słów i 15550 znaków.

Dodaj komentarz