Słowo cz 2

Brunetka weszła do swojego pokoiku, który Samuel przeznaczył na jej prywatną garderobę, oczywiście kiedy miała występ. Wzięła kurtkę, narzuciła ją na swoją wrzosową kreację i wyszła, nie zważajając na deszcz.  
  Od kilku miesięcy śpiewała już w barze Qsandu. Jak tu trafiła?
  Cóż, to jest warte opowiedzenia.  
  Urodziła się w Kanadzie, w północnej Albercie. Niewiele pamiętała z bardzo wczesnego dzieciństwa. Szkoła podstawowa równiż nie pozostawiła wielu wspomnień. Jej ojciec pracował w kopalni, a potem przy wydobyciu ropy. Tygodniami nie było go w domu.                                                                                                                  Morgan miała trójkę rodzeństwa. Dwóch dużo starszych braci i nieco tylko starszą siostrę. Od małego, raczej stroniła od ludzi i nawet z rodzeństwem nie umiała znaleźć głębszej więzi. Kiedy miała dwanaście lat stała się rzecz straszna. Ojciec miał wypadek, co niestety często się zdarza na polach naftowych. Został sparaliżowany. Kiedy doszedł do siebie po wypadku, pozostała mu perspektywa spędzenia reszty życia na wózku. Prawdopodobnie się załamał i zaczął dużo pić. Mimo kalectwa potrafił być brutalny dla żony. Cóż jej matka zawiniła, że spadł z metalowej platformy? Na szczęście nie przejawiał agresji wobec dzieci. Być może wypadek spowodował inne niedodkryte zmiany w jego organizmie, ponieważ trzy lata później dostał zawału serca i dwa miesiące potem zmarł. W tym czasie Morgan miała już prawie szesnaście lat. Dwóch starszych braci znalazło pracę daleko od domu, więc matki już nic nie trzymało w tym zimnym i pełnym wiatru miejscu. Wyjechały do stolicy Alberty, Calgary. Tu rok później matka poznała amerykanina z Północnej Dakoty i po pół roku przenieśli się w czwórkę do Stanów.  Wkrótce George i Margaret się pobrali, wobec tego Morgan uzyskała obywatelstwo. Mieszkała z nimi do dwudziestego roku życia.  
  Już w szkole średniej nauczycielka muzyki, jako pierwsza odkryła w niej talent. Dziewczyna uczyła się poprzednio gry na pianinie i szło jej to całkiem nieźle. Kiedyś coś zaśpiewała i pani Remmy Clark orzekła, że Morgan posiada dar i kiedyś będzie sławna. Oczywiście Morgan nie za bardzo wierzyła, że to się stanie. Jednak teraz, pierwszy raz spróbowała pójść za ciosem. Postanowiła pojechać na zachodnie wybrzeże by szukać tam szczęścia.
   Niestey, szybko zrozumiała, że los znowu z niej zakpił. Próbowała śpiewać w kilku miejscach, ale  bez specjalnego efektu. Musiała za coś żyć wobec czego zaczęła pracować jako kelnerka, pomoc do dziecka, szyła również odzież w jednej z fabryk.  
   Nie przeszkadzało jej, że nie ma nikogo. Raczej bała się związku. A już uciekała, jak najszybciej mogła jeżeli wyczuła, że chłopak czy mężczyzna próbuje ją uwieść. Pogodziła się z losem, że pewnie tak już zostanie i będzie sama. Przez kilka lat jedynym jej towarzyszem był Spark, czarny kot z białym krawacikiem. Zabrała go z przytułku dla zwierząt. Prawdopodobnie wówczas miał już osiem lat. Kiedy Morgan skończyła dwadzieścia siedem, Spark miał już siedemnaście. Mógł jeszcze pożyć, ale znowu los okazał się niezbyt łaskawy dla dziewczyny. Stwierdzono u niego daleko posuniętą cukrzyce i jej jedyny towarzysz, zmarł. Bardzo to przeżyła. Została teraz naprawdę sama. Ostatnia restauracja, w której pracowała, splajtowała, a fabrykę ubrań zamknięto, w związku z tym została chwilowo na lodzie. Miała trochę pieniędzy, więc nie obawiała się, że zostanie na ulicy. Zaczęła chodzić po kawiarniach i barach. Ponieważ miała dobrą figurę i miłą aparycję, szybko dostała prace. Mimo to nadal szukała dalej w nadzieji, że znajdzie coś lepszego. I tak trafiła do Qsandu.
- Dzień dobry, szukam pracy jako kelnerka - powiedziała wyraźnie, do czterdziestolatka, stojącego za barem.  
  Dziewczyna sprzątająca salę powiedziała jej, że to on jest właścicielem. Samuel postawił szklankę, którą właśnie pieczołowicie wycierał i spojrzał na dziewczynę.
- Niestety do mojej knajpy ludzie przychodzą się głównie napić. Mam dobrego kucharza i jedną dobrą kelnerkę. Żeby ciebie przyjąć musiałbym ją zwolnić. Co ty na to?
  To była prawda, lecz Morgan wydała mu się wyjątkowa i tym pytaniem chciał ją przetestować.
- Och, czułabym się okropnie. Trudno, dziekuję panu za chwilę pańskiego czasu.
  Zamierzała odejść. Zrobiła już trzy kroki w kierunku wyjścia. Sam właśnie chciał coś powiedzieć, by ją zatrzymać, ale dziewczyna sama stanęła w miejscu.
- Piękne pianino. Wygląda na dobrej klasy. To Mason & Hamil?
   Samuel nie mógł wyjść z podziwu.
- Skąd wiedziałaś?
Uśmiechnęła się subtelnie i powiedziała lekko speszona.
- Trochę gram i znam się na pianinach, tak troszkę.
- W takim razie może coś zagrasz?
- A nie sprawię tym kłopotu?
- Żadnego.  
  Po pięciu minutach miała pracę. Sam płacił jej bardzo dobrze. Wygladało, że w końcu los się do niej uśmiechnął, ale sama Morgan nie wiedziała, że tym razem koło fortuny dopiero się rozkręcało.  

Kilka tygodni później, przyszła pierwsza do Qsandu. Miała klucze i mogła ćwiczyć. Zaczęła grać i śpiewać. Nie wiedziała, że Sam właśnie wszedł. Kiedy skończyła utwór, wyszedł ze swojego pokoiku, znajdującego się na końcu korytarza. Prawdopodobnie, gdyby wyszedł z niego wcześniej, usłyszałaby go i przerwała.
- Witaj Morgan - rzekł tylko.
- Dzień dobry, nie wiedziałam, że pan już przyszedł.
- Ile razy mam ci mówić, że jestem dla ciebie Sam. Ale do rzeczy, nie byłaś ze mną szczera. Grasz bardzo dobrze na fortepianie, ale nigdy nie mówiłaś, że śpiewasz. I to jak!
  Poczuła uderzenie gorąca
- Dobrze wypadłam, proszę pana...Sam?
- Super. Zaraz zadzwonię do sklepu i zamówię nagłośnienie i mikrofon. Masz talent.
  
Uwierzyła mu. Zakupił sprzęt. Dziwił się kiedy mu opowiedziała o niepowodzeniach w kilku małych wytwórniach. Samuel przyjął bardzo dobrego pianistę. Zarobki Morgan wzrosły do dwóch tysiecy dolarów na miesiąc. Właściciel baru oczywiści dokładał do interesu, ale stać go było na to. Miał nadzieję, a właściwie wierzył, że któregoś dnia, ktoś ją usłyszy. I to zmieni wszystko w jej życiu.  
  I to stało się waśnie tego deszczowego wieczoru. Emanuelle Cavendish popchnęła wszystkie znajomości i użyła wszystkich swoich wpływów.  
Ale kiedy Don wyszedł w deszczową noc, Morgan jeszcze nie wiedziała, że wszystko w jej życiu się zmieni. Po kilku dniach Samul wiedział, że jego oczekiwanie się spełnia. Emm otwierała przed utalentowaną wokalistką wszystkie możliwe drzwi. W ciagu jednego tygodnia miasto upadłych aniołów o niej usłyszało. Po dwóch, pokazano ją w kiku stacjach telewizyjnych w całych Stanach. Wszyscy z jej najbliższego otoczenia wiedzieli, że hrabina Cavendish zmieniła jej życie. Tylko ona sama, delikatna i nieco zagubiona Morgan Dearcat miała inne odczucie. Cały czas słyszła w swoim środku głos szatyna o szarych oczach : ,,Całkiem nieźle śpiewasz, ale nie jest to twoim głównym powołaniem”.  
Hrabina Cavendish chciała jej wynająć luksusowy apartament, ale dziewczyna odmówiła, za to resztę pomocy od niej, przyjmowała z wdzięcznością.
- Coś cię gryzie, skarbie? - zapytała kiedyś Emanuelle.
- Nie, wszystko w porządku. Tylko nie daje mi spokoju co powiedział ten mężczyzna.
- Och, nawet o tym nie myśl. To zwykły prostak. Jak mógł tak powiedzieć!
- Emannuelle, on nie powiedział nic złego. Był tylko szczery.
  Odpowiedź brunetki zamurowała hrabinę. Delikatnie próbowała zrozumieć co Morgan ma na myśli. W końcu po krótkiej konwersacji uznała, że widocznie Morgan ma z jakiegoś powodu, inne zdanie na temat szatyna niż ona i Samuel. Umiała się jednak znaleźć i nie wracała już nigdy do tego tematu.  
  Wkrótce już nie musiała dłużej pomagać, bo sława ciemnowłosej wokalistki rosła już bez niczyjej pomocy. Jakkolwiek hrabina była z nią nadal. Wiecej, polubiła ją, a może nawet poczuła do niej uczucie, jak do córki, której nigdy nie miała. Znała ten świat i niejako w cieni, chroniła Morgan przed złą stroną sukcesu muzycznej branży. Szybko jednak odkryła, że dziewczyna robi to co kocha, a pieniądze i sława nie są dla niej najważniejsze. Zaczęła się od tej chwili zastanawiać czym jest to, co jest najważniejsze dla dziewczyny. Ale nigdy o to nie zapytała.  
   Tego pamiętnego wieczoru, dziewczyna wyszła w deszcz zanim Don opuścił lokal. Szła kilkaset metrów i w końcu zamówiła taksówkę. Następnego dnia hrabina Emanuelle zadzwoniła do Qsandu i dostała od Samuela numer do brunetki. I tak otworzyła przed Morgan drzwi do sławy. Morgan  czuła się dobrze. Do spełnienia brakowało jej tylko jednego. Chciała by w jej życiu pojawił się jeszcze raz ten mężczyzna. Miała świadomość, że on może ją znaleźć jeśli zechce.Tylko przecież pamiętała jego słowa ,, kim jesteś dla mnie bym miał cię zranić lub nie”. W związku z tym nie bardzo liczyła na to, że on będzie jej szukać. Co zatem pozostawało, to cud, że ich drogi jeszcze raz się przetną w tym prawie pięciomilionowym mieście.
  
                                                          *

   Niby wszystko szło ustalonym torem, a jednak... Mężczyzna za wszelką cenę starał się myśleć, że tak jest, ale wiedział, że tak nie jest. Tylko co się zmieniło? Nie widział tego. A może nie chciał dostrzec? Czego najpierw? Więcej uśmiechu na twarzach pracowników.  
  W końcu szef wezwał go do siebie. Don bardzo rzadko go widział, a jeżeli już to rozmawiali krótko. Szatyn miał przekonanie, że dobrze wykonuje swoją pracę.
Właściciel, Philip Cassadey, zaczął bez zbędnych słów.
- Do tej pory byłem z ciebie zadowolony, Don. I nadal jestem, bo statystyka nie kłamie. Obawiam się jednak, czy nadal będziesz mógł być menagerem jeśli pracownicy zamiast się ciebie obawiać, zechcą się z tobą zaprzyjaźnić.
- Nie rozumiem o czym pan mówi, panie Casadey.
- No tak, tego się obawiałem. Powiem prosto i po męsku. Umiem słuchać i wyciągać wnioski, bo jak wiesz nie jestem tu często, wiec nie obserwuję. Z nieustępliwego twardziela stałeś się ludzki. Na razie wszystko działa bardzo dobrze. Wiem, że można władać przez strach lub pozytywne uczucie. Do tej pory robiłeś to pierwsze, teraz skłaniasz się w tym drugim kierunku. Dla mnie najważniejsze są wyniki. Jeżeli będziesz je osiągał, nie mam nic przeciwko jeżeli załoga zacznie cię kochać. Lecz miej się na baczności. Ludzie potrafią wykorzystywać miękie serce. Wówczas ja stracę. Wiesz co mam na myśli i wiesz co wówczas będę musiał zrobić.  
  Don nie chciał się powtarzać i nigdy w zasadzie tego nie robił.  
- Zapewniam pana, że wszystko jest w najlepszym porządku.  
  Casadey tylko się uśmiechnął i pozwolił mu odejść z gabinetu.  
  Dopiero w domu Don znalazł chwilę, żeby przemyśleć na spokojnie i na zimno, słowa właściciela. Czyżby naprawdę zaszła w nim zmiana? A jeżeli, to co ją spowodowało?  
  Tak na prawdę Don niczego nie zauważył. Czas płynął. Pierwsze co powino zaabsorbować jego uwagę to fakt, że od miesiąca nie wypił jednej szklanki whisky. Ani innego rodzju alkoholu. Nie dostrzegł, że zaczął gotować w domu i tylko okazjonalnie odwiedzał restauracje.  
  Tego dnia miał wolne i spędzał czas słuchając muzyki. Poczuł ochotę na dobrą kawę. Miał oczywiście ekspreso w domu, ale zamierzał odwiedzić najbliższą kawiarnię.  
  Odświeżył się, przebrał i pojechał do pobliskiej kafejki. Usiadł przy stoliku. Zamówił średnią cappuccino i francuskie ciastko z żółtym kremem. Mimowolnie obserwował ekran dużego telewizora. Po wiadomościach z zakresu polityki, pokazano urywki z wydarzeń sportowych. W końcu pojawiły się informacje z dziedziny kultury. Chciał już oderwać wzrok od plazmowego telewizora, kiedy zobaczył na sporym, pewnie pięćdziesięciocalowym ekranie, znajomą twarz. Uśmiechnięta prezenterka oznajmiła.
- Wygląda na to, że w świecie muzyki zaczyna wschodzić nowa gwiazda. Oto migawki z ostatniego koncertu Morgan Dearcat.  
  Don obserwował falujący tłum fanów i słyszał czysty i niemal doskonały głos piosenkarki.  
  Zaraz po zakończeniu relacji z koncertu, pierwsza myśl przyszła mu do głowy. Czyżby się pomylił? Ale nie czekał długo na odpowiedź. Nie, powiedział jej prawdę. Urodziła się w innym celu.  
- Jestem dupkiem, ale mam racje - powiedział cicho do siebie.
  Dopił dobrą kawę i zaczął się zbierać do wyjścia, ale nie dane mu było wyjść. Rzucił okiem na młodą osobę, która właśnie weszła. Poczuł się dziwnie, szczególnie, że dziewczyna, a raczej młoda kobieta spojrzała na niego. Po chwili usiadła obok i zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Co dziwne, tego dnia niebo zasłaniały ciężkie, sine chmury z nad oceanu.
- Co za zbieg okoliczności, Don.
- Witaj Morgan. Nie posłuchałaś mojej rady.
  Uśmiechnęła się krótko i pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Ta kobieta, może pamiętasz... Bardzo mi pomogła. Ma ogromne wpływy w rynku muzycznym. Jednak wszyscy twierdzą, że mam głos i jak widać mam już swoich fanów.
  Mężczyzna popatrzył na nią w miarę łagodnie. Do tej pory nie pamiętał by kiedykolwiek się zawahał. Teraz to odczuł, że ma opory by to powiedzieć co zamierzał.
- Zanim weszłaś, oglądałem urywek z twojego ostatniego koncertu. Nigdy nie powiedziałem, że nie masz talentu i głosu. Nadal jednak twierdzę, że twoim powołaniem jest coś innego niż śpiew.
  Normalnie, każdy na świecie poczułby się urażony, na miejscu Morgan, ale nie można było dostrzec niczego na ładnej buzi brunetki.  
- Z pewnością nadal nie wiesz co jest moim powołaniem, albo raczej po co się urodziłam, prawda?
  Don popatrzył na nią inaczej, może nieco cieplej.
- To prawda, nie wiem.
- Tak myślałam - odrzekła, wcale nie zaskoczona.  
   Do stolika podeszła nastolatka.
- Morgan Dearcat, prawda? Mogę prosić autograf? Uwielbiam cię. Twój głos, twoje teksty i to jak grasz.
  Brunetka podpisała podaną kartkę.
- Cena skcesu - szepnęła.
  Spojrzała na niego.
- Chciałabym już iść. Zabierzesz mnie gdzieś w spokojne miejsce?
  Don przyjął propozycję najzwyczajniej w świecie. I podobnie odpowiedział, nie myśląc wcale, co na to powie dziewczyna.
- Jedyne spokojne miejsce jakie przychodzi mi do głowy, to moje kondo. Chyba, że chcesz bym cię odwiózł do twojego domu.
  Brunetka nieznacznie się uśmiechnęła.
- Nie planowałam jeszcze wracać do swojego domu.  
- Nie mam u siebie nic do jedzenia. Nie jesteś głodna?
- Nie. Pół godziny temu jadłam.  
  Po pięciu minutach siedzieli już w jego aucie. Dopiero wówczas coś go uderzyło mentalnie. Zastanawiał się chwilkę czy o to zapytać, ale w końcu to zrobił.
- Nie byłaś na mnie zła?
   Oczywiście wiedział, że ona rozumie o jaki czas mu chodzi. Poczuł, że spojrzała na niego i dopiero po chwili odrzekła.
- Pewnie powinnam, ale nie. Prawdę mówiąc nie spotkałam kogoś takiego jak ty. Musisz być twardzielem.
  Teraz Don się uśmiechnął.
- Mam na nazwisko Hard. Może to dlatego.
  Następne dziesięć minut jechali w milczeniu.  
- To tutaj - powiedział.
  Młoda kobieta spojrzała na niego i rzekła cicho.
- Chodziło mi bardziej o moje przedostatnie zdanie. To, że jesteś twardy, to również nie jest zupełnie prawdą.
   Wóz wjechał do podziemnego garażu. Poszli do windy i po niespełna dwóch minutach dojechali na miejsce. Donald zastanawiał się czy podjąć dyskusję odnośnie jej ostatniej wypowiedzi, ale zrezygnował. Kiedy otworzył drzwi, Morgan bez pytania weszła do salonu i spojrzała przez wielkie okno na panoramę miasta.
- Ładny widok. Ale czułabym się lepiej na górze otoczonej lasem.
- Rozumiem - rzekł tylko.
  Dziewczyna zachowywała się całkiem inaczej niż mógłby się spodziewać. Nie czuł u niej zakłopotania. Podeszła do jego regału i zaczęła przegladać płyty. Teraz w dobie elektroniki rzadko kto miał kolekcję czarnych dysków.  
- Nie spodziwałam się, że lubisz klasykę. Skoro masz kolekcję płyt to prawdopodobnie posiadasz dobry sprzęt.
- Nie taki zły. Chcesz czegoś posłuchać?
- Może Telemana. Lubisz muzykę barokową.
- Chyba tak.
- Chyba? - uśmiechnęła się.
  A kiedy właczył, zapytała.
- Doskonała jakość dzwięku. Nazywasz to ,,nie taki zły”. Chyba w końcu rozumiem.
  Don uśmiechnął się. Powiedział to, ale wcale nie po to by się usprawiedliwić.
- Powinienem wówczas powiedzieć, że masz świetny głos. Tylko, że w mojej klasyfikacj, słowo  ,,całkiem niezły” jest na najwyższym miejscu.
- Czyli to był komplement - uśmiechnęła się jeszcze bardziej rozluźniona.  
  W chwilę potem poczuł delikatny pocałunek na swoim policzku.

227 czyt.
100%31
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użył 3026 słów i 16932 znaków.

1 komentarz

 
  • Speker

    Speker · 18 października

    Kurcze, to jest naprawde dobre i ciekawe
    Jedno zapytanie odnośnie tej kawy, chodziło o to, że ma w domu ekspres, czy o kawe espresso? Tak, poza tym dobre to jest.