Słowo cz 1

Słowo

Wszystko ma sens, tym bardziej to czemu istniejemy...
                                                            
Światła ulicznych latarni odbijały się na mokrej jezdni. Zawsze o tej porze roku padało. Jednak on nie zwracał na to uwagi. Siedział za kierownicą swojego audi i patrzył w bezkresną dal. Patrzył, a właściwie niczego nie chciał zobaczyć.  
  Pierwszy raz w swoim trzydziestoletnim życiu poczuł, że mu czegoś brakuje. Tylko nie wiedział czym to coś jest. Nie myślał o niczym. Nie mógł wiedzieć, że to niezwykle trudne, o niczym nie myśleć.  
  Jednak ten stan umysłu nie trwał długo. Po chwili otworzył drzwi wozu i wyszedł. Zamknął je pilotem i ruszył chodnikiem. Z powodu pogody, ulica pozostawała prawie opustoszała.  
  Latem panował tu ruch, ponieważ co dwadzieścia metrów kolorowe neony zapraszały do kawiarni, restauracji czy barów. Do tych ostatnich często zachodził. Dlaczego? To proste, nie chciał pić do lustra.
  O nie, nie należał do grupy alkoholików. Po prostu czasem lubił posmakować czegoś mocniejszego. Przeważnie pił whisky, rzadziej kieliszek dobrego koniaku. Klasy co najmniej VSOP, lub XO. Ale do tego potrzebował naprawdę solidnej okazji.  
  Co do szkockiej. Nigdy nie pił z czerwonym paskiem. Przeważnie z czarnym, okazjonalnie z zielonym. W domu miał, do połowy pełną z niebieskim. Zanim wybrał bar, sprawdzał czy mają tam przynajmniej z czarnym.
  W zasadzie miał wszystko co potrzebował. A czego potrzebował? Nigdy o tym nie myślał. Miał to co wszyscy. Apartament na siedemnastym piętrze z widokiem na LA, szafę pełną dobrych ubrań. Lodówkę zazwyczaj pustą, bo jadał na mieście. Meble dobrej klasy. Wszystko dobrej klasy. Tyle, że mieszkał sam. Nie chciał się wiązać. Tego nie potrzebował. Kobiety? Zwykle jego romanse, o ile można było tak nazwać krótkie, przeważnie natury fizycznej zależności, trwały od  tygodnia do kilku miesięcy. Nie zastanawiał się nigdy dlaczego przedstawicielki przeciwnej płci lgnęły do niego jak pszczoły do kwiatu. Przecież kobiety nie miały dla niego większego znaczenia. I nigdy nie próbował udawać, że jest inaczej. W chwilach szczerości uświadamiał sobie, że jest typem zimnego drania. Ale taki stan mu chyba odpowiadał.  
   Piastował stanowisko menagera w dużej firmie. A jak wiadomo menager nie może mieć serca. Szefostwo robiło wrażenie, że jest z niego zadowolone. Widział to szczególnie w okresie poprzedzającym święta. Te zimowe. Wówczas porządne firmy dawały swoim wybranym pracownikom prezenty. Właściciela firmy widział zaledwie kilka razy. Dodatkowy wyraz zadowolenia, wybierał zarząd, a jedna z osób tej grupy, dawała prezenty.  
  W jego biurku w salonie leżało kilka zegarków: marki Rolex,  Breitling, złote pióro. Butelka naprawdę drogiego koniaku, za ponad dwa tysiące, nadal od pięciu lat pozostawała w dziewiczym stanie i patrzyła dumnie na pokój z za lekko przyciemnionej szyby regału.            

Ostatnie dwa razy otrzymłał czeki. Pierwszy na sumę sześciu tysięcy, a drugi ośmiu. Przeliczył, że mimo inflacji za drugim razem dano mu więcej niż poprzednio. Dlatego głównie miał przekonanie, że jest doceniany w firmie.  
   Dbał o sylwetkę. W zwiazku z tym odwiedzał co najmniej dwa razy w tygodniu siłownię i trzy razy pływalnię.  
   Dzisiejszego wieczoru pojechał na miasto właściwie bez celu. Chociaż jego analityczny umysł nie znał słowa ,,bez powodu”. Bo przecież wszystko ma jakiś cel. Tylko nie zawsze wiemy jaki.  
   Nie martwił się specjalnie faktem, że zmoknie.  
   Krople szybko spływały po czarnej skórzanej kurtce i rozbijały się o płyty chodnika lub trafiały na równie dobrej klasy włoskie buty, ciemne jak noc, która otaczała wszystko w koło.
  
  Wszedł do lokalu o nazwie Qsandu. Zaraz za drzwiami wyrosła przed nim sylwetka młodej dziewczyny. W takich lokalach rzadko witał gości ktoś inny. Zazwyczaj dziewczyna musiała mieć długie nogi i zero nadwagi.
- Witamy w Qsandu - odezwała się miło - poprowadzę pana do stolika, chyba że woli pan miejsce przy barze.
- Bar będzie bardziej odpowiednim miejscem - wysilił się na uśmiech.
- Oczywiście, proszę pana.  
   Rutynowo i zgodnie z przepisami miała na sobie czarną, obcisłą, krótką sukienkę. Don wiedział oczywiście dlaczego dziewczyny muszą być tak ubrane. Czarne wyszczupla. A młodość i zgrabne ciało ma przyciągać. Osoba z lekką nadwagą może być kelnerką, ale nigdy jeszcze nie widział takiej osoby przy wejściu. Dziewczyna nie narzucała się i z miejsca chciała wrócić na swoje miejsce pracy.
- Laura - powiedział.
  Dostrzegł oczywiście jej imię, wyszyte na czarnej bluzce.
Odwróciła się, a na jej twarzy nadal tkwił ten sam rodzaj uśmiechu.
- Proszę - wręczył jej banknot dwudziesto dolarowy.
- Och, dziękuję - teraz dopiero dostrzegł jej naturalny, a dodatkowo na jej policzkach ukazały się dwa dołeczki...
  Ale Don nie patrzył na jej twarz dłużej niż sekundę, bo przeniósł wzrok na butelki. Wiedział, że zobaczy tam Johny Walkera z czarnym paskiem i nie mylił się w tym.  
  Za barem pracował mężczyzna o rysach i urodzie hiszpana. Pewnie miał kilka lat więcej niż Don.
- Co dla pana? - zapytał, ale tylko ze szczątkowym uśmiechem.
- Whisky z dwiema kostkami lodu.
- Oczywiście - odrzekł Sam.
  Facet musiał być spostrzegawczy. Nawet nie spojrzał na zwykłą szkocką, tylko od razu sięgnął dwunastoletnią.
  Dwa stołki z lewej były wolne. Na trzecim siedział gość koło pięćdziesiatki i obracał w palcach, do połowy pustą szklankę jakiegoś drinka o kolorze bladoczerwonym. Po prawej stronie, znowu dwa miejsca były puste, a na trzecim siedziała kobieta, około czterdziestki. Rzuciła dłuższe spojrzenie w jego kierunku. Dostrzegł to kątem oka. Sądząc po wielkości diamentu na palcu prawej dłoni, mogła być właścicielem podobnej firmy w jakiej pracował. Tylko co tu robiła? Oczywiście Don nawet nie zastanawiał się nad tym dłużej niż pół sekundy. Dopiero teraz zobaczył parkiet.  
  Dziwne, zawsze uważał, że jest spostrzegawczy. Lekko oświetlona posadzka raczej nie stanowiła miejsca do tańca. Sam postawił przed nim szklankę. Z dwoma kostkami.  
  Raz się mu zadarzyło, że w szklance tkwiły trzy. Wówczas z trudem powstrzymał się od uwagi o braku umiejętności liczenia, u człowieka za barem i tylko oschle stwierdził, że miały być dwie i przesunął szkło w kierunku barmana. Zgodnie ze swoimi zasadami nigdy już tam nie zawitał.
- Pada nadal? - zapytał brunet.
- Tak i wyglada, że nie tak szybko przestanie.
- Podawali w wiadomościach, że po północy ma przestać.
- Tak - uciął tylko, trzydziestolatek
  Zatrzymał dla siebie uwagę, że skoro wie, to czemu pyta. Don tylko w pracy nie tolerował pomyłek.
  Dotknął chłodnego szkła. Szklanka nie miała najmniejszej skazy. Przyjrzał się jej dokładniej. I to go lekko zdziwiło. Nie dostrzegł nawet odcisków palców Sama. Ponieważ raczej rzadko się dziwił, spojrzał na dłonie barmana. Na tyle dyskretnie, żeby ten tego nie odkrył. Ale widocznie nie uczynił tego zbyt dobrze, ponieważ czterdziestolatek nie tylko to odkrył, ale również poszedł dalej i zrozumiał sedno lustracji.
- To dlatego, że mam taki mam styl - odrzekł całkiem miło Sam i pokazał wewnętrzną stronę swojej dłoni.  
  Na końcach wszystkich palców miał nasunięte prawie przezroczyste, pewnie gumowe, ochraniacze.  
- Nowy wynalazek, nawet kiedy szklanka jest mokra, co zresztą nie jest możliwe w moim barze, nigdy się nie ślizga.
- Twoim?
  Hiszpan miał duże brązowe oczy. Tym razem uśmiechnął się szeroko.
- Jestem właścicielem Qsandu.
- Rozumiem - odrzekł tylko Don.  
  Czterdziestolatek odczekał krótką chwilkę, ale kiedy zrozumiał, że szatyn nie zamierza prowadzić dalszej konwersacji, odwrócił się i przesunął kilka butelek, aby stały dokładnie w tej samej odległości od siebie.  
   Don uniósł wolno szklankę i kiedy jego usta spotkały się z zimnym trunkiem, prawie w tym samym momencie do jego uszu dotarł dzwięk pianina. Dobrej klasy. Prawdopodobnie Steinway & Son ewentualnie Bechstein lub Mason & Hamil. Pewnie to ostatnie, bo Steinway brzmiał nieco inaczej. Donald nie mógł wiedzieć, że tylko dyrygent światowej klasy mógł rozpoznać taką subtelną różnicę. Pianista był tak samo dobry jak sprzęt na którym grał.  
  Szatyn bezwiednie próbował sobie przypomnieć gdzie słyszał ten utwór, ale zanim to się stało, na parkiet wyszła dziewczyna. Raczej młoda kobieta. Prawdopodobnie dwa lub trzy lata młodsza niż on. Miała na sobie długą suknię w kolorze wrzosu, przynajmniej taki kolor widział w świetle małego reflektora. Teraz już miał pewność co do nazwy utworu.  
  Piosenkarka miała ciemnobrązowe włosy sięgające do połowy pleców. Don nie patrzył dłużej. Przeniósł wzrok na trunki, ale kiedy młoda kobieta zaczęła piosenkę, która była szlagierem końca lat trzydziestych dwudziestego wieku, ,,Ponad tęczą”, mimowolnie spojrzał w jej kierunku jeszcze raz. No cóż, teraz przeważnie śpiewano utwory Maddony, Kathy Perry lub Rihanny, niestety.
  Kiedy skończyła, została nagrodzona oklaskami prawie dwóch tuzinów gości  lokalu. Drugiego utwou Don nie znał.  
  Kiedy później, już w domu sprawdził, okazał się to być znany przebój Kathy Melua, ,,Ja tam będę”. Piosenkarce chyba odpowiadał repertuar tej artystki, bo trzeci utwór pochodził również z jej repertuaru i nosił nazwę ,,W sieci pająka”. Tego nie musiał sprawdzać, bo wokalistka sama to ogłosiła. Sam na chwilę opuścił swoje stanowisko i ogłosił gościom, że dla nich śpiewała Morgan Dearcat.  
  Don krótko uśmiechnął się w duchu. Miły kot, czy takie nazwisko nie jest ciepłe? Może odwzorowuje jej charakter? Z całą pewnością, jego to czyniło. Donald Hard. Nie za bardzo lubił swoje imię, ale nazwisko całkiem go satysfakcjonowało.  
  Dopijał końcówkę złotego napoju kiedy odczuł wzrok Samuela. Spojrzał w jego kierunku.
- I co powiesz?
  Widać barman miał pozytywne nastawienie i liczył, że Don stanie się w końcu bardziej rozmowny.
- Dość ładnie śpiewała.
  Twarz czterdziestolatka zmieniła się nieco.
- Dość ładnie? Chyba żartujesz!
  Szatyn posłał mu dłuższe spojrzenie.
- Posłuchaj przyjacielu. Przyszedłam się napić. Masz nienagannie czyste szklanki i ze szwajcarską dokładnością poukładane butelki, ale nie próbuj wymuszać na mnie pochlebstw. Być może nie mam słuchu, ale dla mnie brzmiała dość ładnie. Uważasz, że nie?  
- Jest znakomita, to miałem na myśli - odrzekł wyraźnie niezadowolony barman.
  Robił wrażenie lub bardziej oczekiwał, że szatyn skoryguje swoją poprzednią wypowiedź, ale niestety jego oczekiwanie nie zostało spełnione.  
   Wszystko pewnie zostałoby zapomniane, ale na nieszczęście Morgan podeszła do baru. Niepewność i lekkie zakłopotanie panowało na jej licu, kiedy zapytała. A swoje pytanie prawdopodobnie skierowała do właściciela. Chociaż krótko spojrzała na szatyna i właścicielkę pięciokaratowego diamentu.
- Jak wypadłam?
- Znakomicie, skarbie.
  O ! Drugi raz tego wieczoru Don został zaskoczony. Samuel nie tylko, że potrafi się uśmiechnąć, to jeszcze umiał być miły.  
- Masz talent dziewczyno - odezwała się kobieta.
  No tak, brunetka chyba przyszła, żeby usłyszeć opinnie wszystkich przy barze, ponieważ zatrzymała wzrok na Donie. Pięćdziesięciolatek opuścił Qandu w połowie ostatniego utworu.
  Powinna chyba odpuścić, ale może też jak Sam miała pozytywne nastwienie, bo zapytała.
- A co pan myśli?
  Niestety nie mógł jej zignorować. Uparcie oczekiwała odpowiedzi.  
  Don nie miał nigdy problemu z wyrażaniem swojego zdania. Świadomy, że odpowiedź może nie być dla niej zbyt miła, milczał. Widocznie udzieliła mu się na chwilę pozytywna energia właściciela baru, bo miał nadzieję, że kiedy nic nie odpowie, dziewczyna zrezygnuje. Chyba jednak miał trochę serca. Przynajmniej odczuł coś na jedną chwilę.
- Nie za bardzo znam się na muzyce - odrzekł, nie zupełnie szczerze, zamiast powtórzyć to co powiedział chwilę wcześniej Samuelowi.
  Morgan czekała jednak na konkretną odpowiedź.  
- Bardzo proszę powiedzieć, zależy mi na pana opinni.
   Szatyn wiedział z doświadczenia, że jego zdanie czasem sprawia przykrość rozmówcą, ale dziewczyna widocznie sama tego chciała.
- Dość ładnie zaśpiewałaś.
  Gdyby wzrok mógł uśmiercać, z pewnością to byłoby ostatnie zdanie jakie wypowiedział. Wzrok Samuela nadal rzucał gromy.  
   Czy Don spodziewał się takiej reakcji? Czemu właśnie jego opinnia miała dla niej takie znaczenie i osądy właściciela lokalu i prawdopodobnie bogatej kobiety, jej nie wystarczyły?  
  Czuł jej wzrok. Bo nadal patrzył teraz, już w pustą szklankę.  
  Widocznie dobrze zrozumiała, że więcej niczego nie usłyszy z jego ust, bo w końcu zwróciła twarz w kierunku Sama.
- Wiedziałam, że jestem do niczego!  
  Czy oczekiwała litości? Raczej nie. Niestety weszła na niewłaściwe terytorium. Co prawda o tej porze nigdy nie pracował, ale to nie znaczyło, że ktoś miał prawo zmieniać jego zdanie kiedykolwiek i gdziekolwiek.
- Poproszę jeszcze jedną whisky i dwie kostki lodu - zwrócił się do bruneta, po czym skierował swoje spojrzenie na Morgan.
- Posłuchaj, moja droga. Powiedziałem, że całkiem ładnie śpiewałaś, więc nie próbuj zmieniać tego co mówiłem. Bo zdanie ,,Jestem do niczego” znaczy coś zupełnie innego.
- Prawdopodobnie tak pan uważa, tylko nie chciał mnie pan zranić.
  Chyba pierwszy raz w życiu, przynajmniej w tym dojrzałym, Don powiedział coś, zanim pomyślał.
- A kim jesteś dla mnie, żebym miał cię zranić lub nie? Jednak tym razem masz rację. Tak, lepiej będzie jeżeli zajmiesz się czymś innym. Śpiew nie jest twoim powołaniem.  
  Na jej dość ładnej buzi nie dostrzegł żadnej reakcji. Zatem miał całkowitą pewność, że Morgan mówiła autentycznie. I całkiem szczerze. Nie po to by usłyszeć wymuszone pochlebstwo. Natomiast jego zdanie spowodowało, że na twarzy czterdziestoletniej kobiety pojawił się gniew.
- Dupek - rzuciła tylko. Nie słuchaj go. Jesteś świetna i masz talent. Oto moja wizytówka. Znam ludzi, pomogę ci.
  Don nie robił wrażenia, ani z pewnością nie czuł się urażony. Spokojnie popatrzył bez najmniejszego gniewu na Samuela.
- Prosiłem o whisky z dwiema kostkami lodu. To twój lokal, ale jesteś barmanem i powinieneś wywiązywać się z tego co robisz.
  Twarz bruneta przyjęła lodową maskę. Nalał alkohol i wrzucił zgrabnie dwie kostki lodu. Druga szklanka podobnie jak pierwsza nie posiadała najmniejszej skazy.
- Naprawdę uważasz, że powinnam zostawić śpiew?
  Czy ona się uwzięła? Przyszedł tutaj tylko w jednym celu. Chciał się napić. Dwie szklanki. Nie jedną ani nie trzy. Tylko dwie. Z dwiema kostkami lodu.
- Czego chcesz ode mnie? Mam się powtarzać? Zostałaś powołana do czegoś innego niż śpiew. Jest coś ważniejsze co powinnaś zrobić, to raczej miałem na myśli.
  Zaczęła go intrygować. Znał się na kobietach lecz widocznie jego wiedza na ich temat nie była kompletna. Brał od nich to co potrzebował i raczej pozostawiał je zadowolone. Dostawały prezenty. Co prawda odczuwał, że oczekiwały jeszcze czegoś, ale nie wiedział czego. Reagowały różnie kiedy nie chciał już się z nimi nadal spotykać. Niektóre próbowały to zmienić, oczywiście bezskutecznie. Ta brunetka zachowywała się nieco inaczej. Nie robiła wrażenia załamanej. Nie była na niego zła. Czegoś oczekiwała, ale czego?  
  Lubił proste sytuacje. A ta nie wyglądała na taką. Na szczęście Morgan uprościła wszystko, co nawet sprawiło mu małą ulgę. Zapytała, a jej pytanie mocno zdziwiło zarówno kobietę jak i Samuela. Natomiast on jakby oczekiwał tego właśnie pytania.
- A do czego jestem powołana?
  Don wiedział od razu co ma powiedzieć. Nigdy niczego nie utrudniał.  
- Tego nie wiem.
  Tak, ta dziewczyna miała coś w sobie, czego nawet w ułamku nie zobaczył u innych kobiet spotkanych na swojej drodze.  
- W takim razie skąd wiesz, że coś innego jest moim powołaniem. Może nie mam żadnego powołania. Co jest twoim powołaniem, może chociaż to wiesz?
  Nie musiała długo czekać na odpowiedź. Miał właśnie wziąść sporego łyka, ale szklanka zawisła w bezruchu między blatem lśniącego, marmurowego blatu, a jego ustami. Po chwili postawił ją na jasnym, prawie białym marmurze i spojrzał na nią.
- Jestem urodzonym menagerem. Mówię ludziom co i jak to mają robić. Ale teraz nie jestem w pracy.  
  Morgan spojrzała na niego tak, że poczuł coś w samym środku. Ale większe wrażenie wywarło na nim to co powiedziała.
- Jesteś tu po coś innego niż aby ustawiać podwładnych. Do czegoś innego jesteś powołany.
  Odwróciła się i po chwili zniknęła. Nawet nie wzięła wizytówki od zamożnej kobiety.  
  Samuel wrócił do poprawiania ustawienia i tak ideanej pozycji butelek. Kobieta zostawiła solidny napiwek i wstała, a po chwili zniknęła w wyjściowych drzwiach.                                                                                                                                        Nareszcie uspokojony Don mógł dokończyć drugą szklankę. Zamierzał zrobić to wolniej, ale odczuł, że potrzebuje odpocząć. Wymiana zdań wyraźnie go zmęczyła. Tak przynajmniej sądził. Wziął dużego łyka i postawił pustą szklankę, nie licząc tylko nieco mniejszych kawałków lodowych kostek, które tuliły się do siebie w nadziei, że szybciej zamienią się w wodę niż znikną w stalowym zlewie baru.
Donald Hard zapłacił i prawdopodobnie przebił napiwkiem czterdziestoletnią damę, a wcale nie zrobił tego, by Samuel mu wybaczył. Minął szczupłą dziewczynę przy drzwiach, a ta posłała mu jeszcze raz szczery uśmiech. Wyszedł. Nadal padało.

375 czyt.
100%64
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użył 3064 słów i 17903 znaków, zaktualizował 17 paź o 8:22.

4 komentarze

 
  • kaszmir

    kaszmir · 28 paź 22:30

    Bardzo monotonne życie bogatego faceta. Ma wszystko i nie ma nic. Bardzo ciekawe rozpracowujesz i pokazujesz świat z perspektywy zamożnych ludzi. Ciekawe dialogi. Co dalej z bohaterem?
    Pozdrawiam

  • kaszmir

    kaszmir · 26 paź 9:07

    Witam.
    Wieczorem poczytam. Pozdrawiam i do miłego

  • Iga21

    Iga21 · 17 października

    Całkiem całkiem dobrze
    Czekam na ciąg dalszy

  • Speker

    Speker · 17 października

    Zapowiada się ciekawie. Drobna rada, ten napój pochodzący ze Szkocji to Whisky. Natomiast napój, o którym piszesz z lekkim błędem, bo wiskey pisze się whiskey. Pochodzi z USA. Nie można napisać, że pochodzi ze Szkocji, bo to policzek dla Szkota. Cały wywód ma na celu pokazanie braku litery "h" w słowie "wiskey".  
    Pozdrawiam.