Siedmioramienna gwiazda cz 2

Eugenia wytarła ciało recznikiem i ubrała spodnie od dresów i białą koszulkę. Miała ponad godzinę do przyjścia rodziców, więc wzięła się za obiad. Czuła się w domu bardzo szczęśliwa. Dostała od rodziców wiele miłości. Mimo, że była jedynaczką, nie była rozpieszczana. Ale wiedziala, że może liczyć na ich wsparcie. Dzieliła się z mamą wszystkim. Poza tym co było jej problemem. Nigdy nie rozmawiała o tym, że natura obdarzyła ją małymi piersiami. Wiedziała do czego służą, ale też zdawała sobie sprawę co współczesny, zachodni świat zrobił z tej części kobiecego ciała. Do dwunastego roku życia nie miała kompleksu, ale potem to narastało. Czekała kiedy jej piersi zaczną rosnąć, ale nadaremnie. Rok temu usłyszała od Karo, właśnie najgorsze słowo jakie mogła usłyszeć.    
— Jak bym miała taki pryszcz zamiast cycków, to bym się zabiła.  
To stało się po zajeciach wf. Eugenia płakała ponad godzinę i naprawdę była bliska się zabić. Siedziała skulona w szatni. Wcześniej uciekła na ostatnie pietro i siedziala w pustej klasie. Jednak woźny zamykał klasy na klucz i musiała wyjść. Potem zeszła na dół i siedziała po ciemku w szatni. Zastanawiała się czy się powiesić, czy lepiej podciąć sobie żyły. Do dziwne, że w tej chwili zapomniała o Bogu, w którego mocno wierzyła i o rodzicach, którzy nigdy nie zostawili jej w potrzebie. Wyjęła nożyk, który nosiła zawsze przy sobie. Przystawiła do nadgarstka. W jej głowie panowała pustka a w sercu rozciągała się czarna mgła.  
— Co chcesz zrobić — usłyszała głos z bardzo bliska.  
Bardzo się wystraszyła, aż nożyk wypadł jej na kamienną posadzkę.  
W chwile później pojawiła się Monika.  
— Słyszałam co ta głupia cipa ci powiedziała. Nawet nie myśl o tym. Gdybyś wiedziała co ja przeszłam. Jesteś piękną dziewczyną, a to ze masz małe piersi, nic nie znaczy. Chcesz, obije jej pysk?  
— Nic jej nie rób. Ona nie wie co czyni. Tak samo jak ci co zabili Jezusa.  
— Mimo zmroku zobaczyła coś złego na twarzy koleżanki.  
— Jesteś głupia. Nie wyjeżdzaj mi tu z kazaniami. Gdzie był Bóg kiedy ojciec mnie gwałcił jak miałam jedenaście lat! I to przez dobre trzy lata. A matka widziała i nic!  
Monika zabrała nóż z podłogi.    
— Zmiataj do domu i nie rób głupstw. Jak zmienisz zdanie co do Karo, to tylko powiedz. Zrobię z jej ślicznej buzi kalafiora.  
Monika odeszła, a w ciemnej szatni słychać jeszcze było jej upiorny śmiech.  
Teraz właśnie Eugenia przypomniała sobie to wydarzenie, kilka godzin po tym, jak usłyszła od najprzystojniejszego chłopaka w szkole, że jest piękna.  
Po około półtorej godzinie usłyszała dźwięk przekręcanego klucza. Podbiegła do drzwi. Oboje rodziców weszło do środka. Janina Kownacka miała czterdzieści lat. Była piękną i zgrabną kobietą i na ironię losu natura obdarzyła ją bardzo dużym biustem. Poza tym była ładna, chociaż nie tak ładna jak Eugenia. A ta nie miała zielonego pojęcia, że tak jest. Ojciec nie raz jej to mówił, ale ona nigdy nie brała tego pod uwagę, ponieważ uważała, że mówi to jak dobry ojciec, który uważa, że jego dziecko jest najpiękniejsze na świecie.  
A jak to się stało, że dziewczyna otrzymała takie dziwne imię? Bo współcześnie królowały Natalie, Angele, Weroniki i Julie. Ojciec Eugenii, Mirosław Kownacki uprawiał kulturystykę. Był harmonijnie zbudowany, a jego idolem, prawie od czternastego roku życia był prekursor cwiczeń cieżarkami, angielski siłacz, Eugeniusz Sandow. Kiedy Janina zaszła w ciąże, omyłkowo powiedziano jej, że ma chłopca. Rodzice kupili ubranka i zabawki i oczywiscie chłopiec miał otrzymać imię, Eugeniusz. Kiedy urodziła się dziewczynka... została Eugenią. Nazywali ja Eugusią i Gusią, a czasem Eusią. Znowu dopiero Karo zaczęła nazywać ją Gienią. Stało się to w pierwszej klasie i wywołało ogólny śmiech. Wszyscy się śmieli z wyjatkiem jednej osoby. Piotra Parysa. Tego dnia nie było w szkole Moniki Morawskiej, która z pewnoscią by się nie śmiała. Bo od samego początku szkoły, kiedy wszyscy bez mała chłopcy uznali Karo za najpiękniejszą w klasie, tylko trzy osoby były innego zdania. Sławek Sawicki, Piotr Parys i właśnie Monika Morawska, która prywatnie polubiła bardzo Eugenie, a poza tym, uważała ją prawie za bóstwo.  
Piotr Parys niczym się nie wyróżniał, a właściwie jednym, co nie przysparzało mu przyjaciół. Uczył się średnio. Nie był specjalnie przystojny ani też brzydki. Nie należał do bogatych jak Elvis czy Karo, ale też nie miał ubogich rodziców. Czym się wyróżniał? Nie wstydził się swojej wiary w Boga. I kiedy czasami dochodziło do głupich dyskusji na temat wiary, pozostawał sam. Eugenia była za nim, ale wstydziła się go otwarcie poprzeć. Miedzianowłosa miała, jak sądziła jeden solidny powód. Piotr nie należał do kościoła katolickiego. Oczywiście skoro tak, to według opini nastolatków, a nawet rodziców, musiał być albo Świadkiem Jehowy albo zielonoświątkowcem. Sam Piotr, odcinał się od tych opinni i kiedyś przyznał, że należy do Chrystusa, czym wywołał gromki śmiech. Jednakże po jakimś czasie dano mu spokój. Jakoś nikt nie próbował go wyśmiewać i robić mu przykrości. Chłopak był uczynny, nie odmawiał nikomu pomocy, przez co nie miał jawnych wrogów. Miał utajonego, ale o tym nie wiedział. Piotr miał jedną tajemnicę i starał się ją utrzymać. Robił to tak sprytnie, że nikt się nawet nie domyślał, poza jedna osobą. Ale ponieważ ta osoba umiała dochować swoje odkrycie, nikt nic nie wiedział.  

— Co dzisiaj ugotowałaś kochanie? — zapytał pan Mirosław.  
Ucałował córkę w czoło, kładąc obie dłonie, powyżej uszu, na jej pięknych włosach.  
— Mirek ona już nie jest dzieckiem, przestań ją całować — roześmiała się Janina.  
— Kocham moje dziecko i do końca życia będę ja całował.  
— Żartuję kochanie, wiem że ją kochasz, tak samo jak i ja.  
Janina pocałowała córke w policzek.  
— Zrobiłam zupę jarzynowa i kopytka z sosem grzybowym. Surówkę z kapust kiszonej, marchewki i jabłka. A na deser kisiel z żurawin i będzie jeszcze wczorajsza babka piaskowa — wyrecytowała Eugenia  
—Boże, co ja bym bez ciebie zrobiła, kochanie — szepnęła uradowana Janina.  
Cała rodzina usiada do stołu, ale nie zaczęli jeść dopóki Mirosław nie odmówił modlitwy. Wszystkim bardzo smakowała. Janina zerknęła kilka razy na córkę.  
— Coś się stało, Eugusiu?  
Dziewczyna poczuła się dziwnie. Nie miała pojęcia jak mama to odkryła.    
— Nic się nie stało, mamusiu.  
Ale po chwili poczuła się niezbyt dobrze. To było niewinne kłamstwo, ale kłamstwo.  
— Możemy porozmawiać po obiedzie?  
Rodzice porozumiewawczo popatrzyli po sobie. Janina przejechała dłonią po policzku i powiedziała.  
— Nie mam przed tatą tajemnic, chyba że to sekret. Miedzianowłosa czuła, że nie jest jej tak cieżko jak sądziła.  
— W sumię moge wam powiedzieć. Sławek poprosii mnie, żebyśmy się jutro spotkali po szkole.  
— Ten przystojniak? — zapytała Janina.        
— Mama!  
— Tata nie jest zazdrosny, jest przystojny, to fakt.  
— On jest również miły i dobrze się uczy — wypalił zielonooka.  
Eugenia poczuła wzrok ojca lecz spojrzała odwarznie mu w oczy.  
— Czy to poważne, córeczko?
— Tata, to pierwsza randka, co masz na myśli?  
Ale Mirosław szedł jak burze, w końcu Eugusia byłe jego oczkiem w głowie.  
— Czasem to się zdarza na pierwszej randce.  
Matka popatrzyła na niego karcąco i szepnęła.  
— Mirek!              

Dziewczyna nie wiedziała skąd ma tyle odwagi i zapytała.  
— Co się zdarza na pierwszej randce, tatku? Powiedziałeś, , to"?  
Mirosław spanikował, przecież nie zamierzał TEGO powiedzieć. Ale musiał jakoś wyjść z tej konwersacji.  
— Wiesz co mam na myśli. Bądź rozsądna.  
Teraz Janina poczuła, że musi wspomóc męża.    
— Jesteś naprawdę gotowa rozmawiać o tym z nami?  
— Jestem. A jak to się odbyło w waszym przypadku?  
—To się nie odbyło na pierwszej randce — Mirosław chciał uratowac sytuację i udał poważny ton.  
Ale tym razem dziewczyna czuła się niesamowicie pewnie, mimo że weszli na delikatny temat.  
— Umiem liczyć, o ile wiem nie jestem wcześniakiem. Więc o ile to się nie stało wcześniej to jak to rozumieć. Między długością trwania małżeństwa, a moim wiekiem jest różnica tylko ośmiu miesiecy, to jak to wytłumaczyć?  
Eugenia zerkała to na ojca to na mamę. Popatrzyli po sobie i ojciec rzekł.  
— To stało się na drugiej randce, drugiego dnia. Dlatego zapytałem, wybacz.    
— Ale kochaliście się i mnie od początku, prawda?  

— Trudno w to uwierzyć, ale pokochaliśmy się od pierwszej chwili, tak czasem jest — szepnęła, lekko zawstydzon matka.  

— Działa na mnie, w ten właściwy sposób, ale nie kocham go. Więc od razu postawię ta kwestię — odrzekła Eugenia i dopiero zrozumiała co właściwie powiedziała.    

Na twarzy ojca zobaczyła wielkie zdziwienie. Czuła, że chce coś powiedzieć, ale widocznie nie mógł, więc dała mu chwilkę czasu.    
— Prawdę mówiąc nie spodziewałem się tego usłyszeć z twoich ust, jesteś bardzo odważna, córeczko.  
Zielonooka zastanawiała się chwilkę czy opowiedzieć im te straszne wydarzenie z zeszłego roku, ale w końcu zrezygnowała.    
— Zawdzięczam to wam. Kochacie siebie i kochacie mnie. I razem wierzymy w Boga. To dlatego. Poza tym coś się jeszcze stało i dzięki temu stałam się silniejsza.  
Janina kręciła się niespokojnie na krześle.  
— Ale jeśli to ten właściwy i go tym wystraszysz?  
Ojciec chciał coś powiedzieć, ale Eugenia go wyprzedziła.  
— Jeżeli to ten właściwy, to zrozumie.        

Dalsza część obiadowej konwersacji przebiegła bez żadnych problemów. Miedzianowłosa czuła się mocna, matka nie mogła uwierzyć, że jej córka jest tak odważna i rozsądna, a Mirosław mimo wszystko wiedział z pewnością, że nie chciałby byś w skórze tego Sławka, jeżeli by coś poszło nie tak. Ale ku jego największemu zdziwieniu, córka odgadła jego myśli.  
— On też jest bardzo silny, tatku.    

Janina patrzyłanto na córkę, to na męża, ale nie odezwała się słowem. Dopiero po chwili zrozumiała i zaczęł się głośno śmiać.  
— Co cię tak rozbawiło kochanie — zapytał ojciec.  
Janina wciąż rozbawiona szepnęła.    

— Pamiętasz co ci mój ojciec powiedział jak się dowiedział?  
Teraz i Mirosław się śmiał, chociaż przypomniał sobie, że całkiem inne odczucia miał kiedy dowiedział sie, że Tadeusz, ojciec Jadwigi powiedział mu, że odstrzeli mu pewną część ciała jakby mu się odwidziało i nie zamierzałby poślubić jego córki.  
Kiedy Eugenia leżała już w łózku, zaczęła myslec jak to właściwie będzie i wówczas opanował ja spokój, a jej usta wyszeptały.  
— Panie Bożę, prosze cię zebyś miał mnie w opiece jutro i następne dni i żeby Sławek postapił jak powinien.  
Poczuła, że jednak nie to chciała powiedzieć więc dodała.  
— Żeby się stało jak Ty byś chciał.  
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów poczuła spokój i po chwii zasnęła.  

Stanisław nacisnął mądre klucze od swojego audi a6 i ku zaskoczeniu Moniki otworzył najpierw jej, a kiedy usiadła, przeszedł z przodu wozu i sam wsiadł. Dziewczyna chciała wiedziec więcej o człowieku, który jako pierwszy w życiu okazał jej trochę pozytywnego uczucia i jak mówiło jej wnętrze, nie miało dla niego najwiekszego znaczenia kim ona jest, a co najważniejsze i jak ją może użyć.  
— Czy to legalne, że dyrektor szkoły wiezie siedemnastolatką, byłą prostytutkę, swoim prywatnym autem?  
Ale Kalwiński chciał podtrzymać przyjacielską atmosferę, a ponieważ wiedział, że ma czyste i szlachetne zamiary dał jej odpowiedź.  
— Tylko dla tego, że jej zaufał.  
Ale Monika chciała trochę poflirtować, chociaż wiedziała, że tym razem jest to zupełnie nowa sytuacja i aż rozsadzała ja radość.  
— To pan dyrektor nie wie, że ufać kobiecie to błąd?  
Stanisław przypomniał sobie w jednej chwili swoje dwudziesto trzyletnie małżeństwo. Jak osoba której ufał, postąpiła. Przez ostatnie sześć lat małżeństwa oszukiwała go tak sprytnie, że nie zdołał nic wyczuć. A kiedy sprawa się wydała robiła wszystko, żeby wyglądało, iż była to tylko jego wina. Dopiero kilka miesięcy temu doszedł całkowicie do siebie. I w tym pomogła mu obca wówczas, kobieta. Zamierzał powiedzieć coś innego, ale poczuł jakby głos w środku, że musi powiedzieć właśnie to.  
— Wiem, że tobie mogę zaufać, Moniko.  
Nie przypuszczał, że taką burzę emocjonalną odniosą jego słowa. Piękna twarz Moniki zmieniła się i wielkie jak groch łzy zaczęły płynąć po jej policzkach. Jechali już, ale nie tylko dlatego, Stanisław odczuł, że nie powinien jej przeszkadzać, żeby mogła się wypłakać. Trwało to może pięć minut. Monika sięgnęła papierową chusteczkę, znajdującą się między siedzeniem kierowcy i pasażera, zaraz za drążkiem zmiany biegów.  
— Przepraszam, rozkleiłam się zupełnie — szepnęła.  
— Ale teraz jest ci już lepiej, prawda?  
— Tak, ale to pierwsze zwycięstwo, a przede mną długa walka. A nie mam nikogo jak przyjdą cięższe dni..  
— Masz mnie, Moniko i Róża ci również pomoże — odrzekł natychmiast.  
— Kim jest Róża? — zapytała zdziwiona dziewczyna.  
— Pani kurator, Róża Zawadzka.    
— Jesteście po imieniu?  
— Tak, to moja narzeczona. Bierzemy ślub za dwa miesiące.  
Audi zatrzymało się przed sklepem z komputerami i telefonami komórkowymi. Po pół godzinie Monika miała nowszą wersję samsunga. Stanisław zapłacił wszystko, łacznie z trzy miesięcznym abonamentem. I żeby to było mało, dyrektor zaprosił ją na obiad do niezłej restauracji. Monika bywała w lepszych lokalach, ale dzisiaj pierwszy raz z mężczyzną przy którym czuła się pewnie. Odzywała się mało. Raz palneła coś, czego pożałowała, ale Kalwiński umiał widocznie dawać odpowiedzi nawet na takie pytania.  
— Pomyślą że jestem kim byłam — szepnęła.  
Ale on nie dał jej czasu, żeby dłużej tak długo myślała.  
— A nie pomyślałaś, że ojciec mógł zabrać córkę na obiad?  
Wielkie oczy Moniki otworzyły się szeroko.  
— Nie sądzę, żeby coś takiego mogłoby spotkać mnie w życiu. Stanisław przełknał kawałek ryby i powiedzia całkiem pewnie.  
— A ja tak.    
Monika była bardzo inteligentna, ale nie chciała pytać dalej. Pozwoliła swojemu jestestwu uwierzyć, że właśnie tak jest w tej chwili. Że je najlepszy obiad w życiu. I nie dlatego, że był najsmaczniejszy, chociaż rzeczywiscie był, ale ponieważ udało jej się na chwilę oszukać pamięć i wyobraziła sobie, że mężczyzna siedzacy na przeciw jest jej ojcem.
Po godzinie dyrektor odwiózł ja pod jej blok.  
— Bardzo dziekuję, panie dyrektorze, naprawdę.  
Stała po stronie kierowcy i patrzyła na opaloną twarz Kalwińskiego.
— Pamiętaj co ci powiedziałem. Możesz na mnie liczyć, ale sama musisz chcieć. Nie rób głupstw do poniedziałku.  
— Obiecuję — szepnęła.    
Odwróciła się i zaczęła iść do klatki. Kalwiński popatrzył na nią i ruszył powoli. Kiedy Monika wyjmowała klucze, wypadła jej biała koperta z torebki. Miała pewność, że jej tam wcześniej nie było. Podniosła i poczuła falę goraca kiedy zobaczyła co jest w środku. Zobaczyła trzy banknoty z wizerunkiem Jana Sobieskiego.  
— Chyba jednak istniejesz — szepnęła.  
Ale ta myśl umarła w zarodku kiedy tylko weszła do mieszkania. Może nie w tej chwili, a kilka sekund później.    

— Gdzie się włóczyłaś, przyniosłaś coś matce?  
Patrzyły na nią szkliste oczy zmęczonej kobiety. Ilona Morawska wyglądała na więcej niż miała. Monika poczuła zapach czystej. Ale oczy szkliły się z innego powodu. Dostrzegła mała strzykawkę na stoliku.  
— Mówiłaś, że przestałaś. Powiedziałaś, że dlatego, że ojciec był taki?  
— Ojciec? Mnie nie chciał, a wolał ciebie? Od kiedy nazywasz go ojcem? Pewnie się smarzy, taki syn w kotle ze smołą. Musiałam się zrelaksować, Witek już trzy dni poza domem. Może już nie wróci, bo poznał lepszą.  
— Skąd miałaś pieniądze? Nie masz dla mnie na obiad, a na to masz!  
— Nic ci do tego, dziwko. Też jestem kobietą i jeszcze mam swoją cenę. Było całkiem miło, nawet Witek, po trzeźwemu mnie tak nie oporządził.  
Monika usłyszała dzwięk otwieranego zamka. Trwało to dosyć długo, więc domyśliła się powodu. Po chwili wtoczył się przyjaciel jej matki. Miał lekko rozciętą wargę, trzydniowy zarost. Policzki zaróżowione od nadmiaru procentów. Oczy małe i przekrwione.  
— Obie panienki w domu, to obiad pewnie gotowy?  
Skierował się do kuchni i zaczął sprawdzać na kuchni i w lodówce.  
— Nic nie masz, Ilonko?  
— A ty gdzieś się podziewał? Co myślisz, że tu hotel?  
— Widzisz, że jestem miły, a mogę nie być.    

— Jest jeszcze policja w tym kraju — krzykneła matka Moniki nie podnosząc się z kanapy.      

Witek był zalany, ale nie na tyle, żeby nie zauważyć stanu swojej kochanki, a kiedy dostrzegł małą strzykawkę, tylko lekko się uśmiechnął.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i szkolne, użył 3120 słów i 17427 znaków, zaktualizował 22 lis 2017.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • agnes1709

    Odnoszę wrażenie, że coraz bardziej się śpieszysz, co wnioskuję po tym, że błędów jest coraz więcej. Trochę splątane, ale jeszcze się nie pogubiłam:D Teraz muszę wyjść, ale jak tylko wrócę, biorę sie za trójkę. p.s. CHyba pomyliły Ci się imiona, bo Róża, a Agata to raczej nie te same:lol2:. Dam łapkę, a co Ci będę żałować;)

  • Doti

    Postać dyrektora jest taką że aż się robi ciepło na serduchu :)

  • AlexAthame

    @Doti Dziękuję. Tacy powinni być ludzie.  :)

  • Duygu

    Wspaniale poprowadzona akcja! Szkoda mi Eugenii, oby była bardziej pewna siebie. No, i żeby coś z tego związku było  ;) Ciekawie wykreowałeś postać Moniki. Jej matce należy się kara chłosty  :whip: A tata Eugenii jest wspaniały  :) taki powinien być każdy ojciec. Łapa w górę!  :bravo: