Siedmioramienna gwiazda cz 1

Siedmioramienna gwiazda.

Poprawiła włosy i wyszła z budynku. Cimno rude, a właściwie o kolorze miedzi. Tata miał czarne, a mama jak pszenica. Stąd ten kolor. Oni lubili i Eugenia lubiła, ale...
— Co się pięknisz wiewióro, amant czeka?        
Wyminęła ją trójka. Czarnowłosy Elvis o oczach jak sierpniowe niebo i jego dwie dziewczyny, złotowłosa Karo i Maja o gęstych falach jasnej czekolady. To właśnie ta zielonooka piękność wypowiedziała te słowa.
— Cześć Gienia — rzuciła nie odwracając się Karo.      
Miedzianowłosa skurczyła się, jakby chciała się zapaść pod ziemię. Czemu rodzice dali jej takie okropne imię? Kochała ich, bo nie opuszczali jej w smutkach, których miała teraz coraz więcej, ale tego jednego nie mogła im darować.            
Szła powoli na przystanek. Zobaczyła jak czarne BMW, Elvisa rusza z piskiem opon. Ulubieniec wszystkich dziewczyn. Dobrze zbudowany, bogaty i na dodatek super wygimnastykowany. Nie tylko siedemnastolatki z jej klasy za nim szalały. Widziała tęskne spojrzenia młodszych, ale i niektórych przyszłych maturzystek. Raz do niej zagadał. Nie wyczuła ironni ani złośliwości. Chodziło o coś z matmy. Był nieobecny poprzedniego dnia. A ona była najlepsza w klasie ze wszystkich przedmiotów. I co dziwne rozumiała matematykę, która zazwyczaj jest domeną chłopaków.    
Czekała na przystanku. Na ławce siedział Sławek. Patrzył gdzieś w dal. Kiedy dostrzegł Eugenię popatrzył jej prosto w twarz.                                                        
— Czasem cię widzę. Jeździsz ósemką i wysiadasz przy Górnej. Poczuła się dziwnie. Sławek piastował drugie miejsce po Elvisie pod względem urody. Był w opinni Eugeni piękny jak Narcyz, ale ponieważ nie miał kasy jak czarnowłosy, nie mógł mu się równać w oczach nastolatek ze szkoły i oczywiście w opinni klasowej śmietanki. Nikt na świecie nie wiedział, że Eugenia często nie może zasnąć, bo wciąż ma przed oczami jego duże, brązowe oczy, nienaganne czoło i idealny nos. Eugenia nie chciała nawet mysleć o jego muskularnych ramionach, szerokich barkach i wprost idealnych nogach.                                                      
— Tylko nie zdążyłem porozmawiać, może dlatego, że szybko uciekam.  
— Wiesz mam dużo obowiązków w domu. Młodsze rodzeństwo, z psem nie ma kto wyjść i w ogóle.                          
Eugenia czuła jak jej policzki pieką. Dzisiaj musiała zostać, bo pani od matematyki prosiła by wytłumaczyła coś Monice. Ta długonoga piekność jeszcze pewnie była w szkole. Po kwadransie umówienia się na ewentualne korepetycje z miedzianowłosa, miała rozmowę na dywaniku dyrektora. O naturze rozmowy, Eugenia nie chciała nawet myśleć, chociaż szkoła aż huczała. Prawdziwym powodem dlaczego miedzianowłosa uciekała jak najszybciej mogła były różnego rodzaju docinki. Nie tylko imię im się nie podobało. Dochodziły do tego nie najlepszej klasy ubranie, brak makijażu, ale najbardziej bolało ją co innego. Już wolała słyszeć Genia tysiąc razy bardziej niż... I tu czekała cała lista, z której każde słowo raniło jak ostrze. Deska, Płaska, Flat. Wyprysk bolał najbardziej. A przecież Eugenia miała nienaganną figurę. Może tylko Monika miała lepszą. Chodziło o to, że prawie nikt o tym nie wiedział. Bo Eugenia była niedzisiejsza. Kiedy reszta kobiecego rodu próbowała uwydatnić walory ciała, miedzianowłosa robiła wszystko, żeby to schować. Idealne nogi, biodra, pośladki i ręce. Ku jej rozpaczy miała piegi. Całość buzi, w jej opinni ratowały duże zielone oczy, których nawet Maja mogła jej pozazdrościć.                
Sławek popatrzył dłużej, chyba zbyt długo, bo Eugienia poczuła coś w środku ciała. Chciała opanować to jak rumieniec, który właśnie schodził z jej twarzy. Ale nie poszło jej łatwo. Twarz szatyna nie ukazywała waściwie nic, ale miedzianowłosa widziała w głębinie jego źrenic coś czego nie dostrzegła jeszcze w oczach żadnego mężczyzny. Odwróciła szybko oczy, ale to co rozkwitło w środku rozrastało się do gigantycznych rozmiarów. Tym razem nie zarumieniła się, ale cała jej ukryty potencjał hormonów wybuchł jak super-nowa. Modliła się w duchu, by chłopak się nie domyślił, ale po chwili z jego ust zaczęły wydostawać się słowa, które zdruzgotały wszystko co poprzednio powiedziała.              
— Przecież jesteś jedynaczką i masz tylko kota. Przede mną nie musisz ukrywać, czemu zawsze uciekasz. Ja cię bym bronił gdybyś chciała.                                                            
Eugenia nie wiedziała w pierwszej chwili co ma odpowiedzieć. Jej płytkie kamstwo zostało odkryte. Nie mogła temu zaprzeczyć, ale miała teraz nowy kłopot. Skąd Sławek to wszystko wie? Czy ją szpieguje. Może jest kimś jeszcze gorszym? Ale te podejrzenia wcale nie uspokoiły burzy w jej ciele. Siedziała rozdygotana w zbyt luźnej, nigdy nie modnej sukience, zsłaniajacej nawet kolana, kiedy nagle poczuła delikatny dotyk jego dłoni. Lewą trzymała kurczowo torbę z przyborami szkolnymi, a prawa spoczywała luźno obok prawej części biodra. I w tam właśnie odczuła palce jego lewej dłoni. Wszysko w niej się kłóciło. Jedna część chciała wykrzyknąć jak śmie ją dotykać, chociaż przelotnie. Druga pragnęła, by ta dłoń pozosta tam dłużej. Ale to był tylko wieszchołek ogromnej góry lodowej. Teraz nie policzki, ale całe jej ciało płoneło i aż dziwne, że ławka ani ona cała jeszcze, nie została objęta płomieniami. Coś czego obawiała się jak ognia, płonęło bezwstydnie w jej wnetrzu. Drgała cała i w środku jej ciała płynęły zniewalajace prądy. Z tego boskiego uczucia wyrwał ją głos szatyna.            
— Twój autobus nadjeżdza. Mogę odwieźć cię pod dom?
Eugenia zerwała się z ławki. Chciała jak najszybciej oddalić się od chłopaka. Czuła, że jeśli jeszcze chwilę tu pobędzie, zacznie robić coś czego by się nigdy nie spodziewała po sobie.                                

— Możemy spotkać się w piątek — wyrzuciła jednym ciągiem.    
Wskoczyła do środka nie zważając na ludzi. Usiadła z trudem łapiąc powietrze. Obiecała sobie przed sekunda nie odwrócić twarzy, ale kiedy autobus ruszył, nagle spojrzała na miejsce gdzie przed chwilą siedziała. Ale ławka w szklanej kabinie była pusta. Poczuła się zgubiona. Ogarnęła wzrokiem najbliższą okolicę w nadzieji, że go dostrzeże. Ale zniknął jakby się zapadł pod ziemię.        
— Gdzie jesteś? — szepnęła cicho.                
— Tutaj — usyszała obok.                  
Odgłos pioruna nie zrobiłby wiekszego zamieszania. Podskoczyła jakby ktoś ją ukuł szpilką.                    
— Jak tu się znalazłeś? — zdołała wyszeptać.          
— Zapomniałaś książki — odrzekł całkiem spokojnie Sławek.  
Zobaczyła, że trzyma książkę do matematyki. Teraz sobie dopiero przypomniała, że zapomniała ją schować do torby. Szatyn delikatnie położył książkę na jej udach. Ich oczy na chwile się spotkały.    
— A gdzie się spotkamy? — zapytał.              
— Nie wiem — wydukała całkiem wybita z myśli.          
— To w takim razie może pójdziemy gdzieś zaraz po szkole.  
Poczuła, że grunt ucieka jej z pod nóg. Gdyby miała sekundę na zastanowienie, nigdy nie wyszłoby to z jej ust.          
— Chcesz się umówić z deską?                  
Zdawało się jej, że powietrze ma gęstość rozpuszczonej smoły. Zastanowiła się co właściwie powiedziała i jak to może zostać odebrane, ale w najpiękniejszych snach nie spodziewałaby się takiej odpowiedzi.                          
— Jesteś bardzo piękna i dobra, Eugenio. Dawno ci już to chciałem powiedzieć, tylko brakowało mi odwagi.              
Popatrzył na nią tym samym wzrokiem co na przystanku.  
— To do jutra, a jutro jest piątek — powiedział i wstał.    
Patrzyła jak w powolnym filmie jak wstaje podchodzi do drzwi i czeka aż autobus całkowicie się zatrzyma. W końcu drzwi się otworzyły.                            
— Sławek — prawie krzyknęła.                  
On zatrzymał się, a ona nie mogła pojąć, że tak szybko się przy nim znalazła. Poczuła tylko, że jej wilgotne usta ląduja na jego prawym policzku.                        
— Dziękuję — szepnęła i wróciła na miejsce.          
Kątem oka dostrzegła jego uśmiech. Czuła spojrzenia pasażerów. Wiedziała, że tym razem rumieniec nie okrył jej lica. Nawet nie zauważyła, że dojechała na miejsce. Wstała i wysiadła z lekkością sarny. Jak zahipnotyzowana weszła na klatkę, otworzyła drzwi. Dostrzegła czarnego czworonoga, który delikatnie obtarł się o jej łydkę i wydał charakterystyczny dźwięk. Eugenia otworzyła puszkę i po chwili Morus zajął się zjadaniem zawartości miski. Zielonooka podeszła do wielkiego lustra, stojacego w przed pokoju. Powoli zdejmowała ubranie. Kiedy nie pozostało już nic, zaczęła wpatrywać się w swoje odbicie. Patrzyła bez słów. Pierwszy raz od czterech lat spojrzała na swoje małe piersi bez urazy. Nie była głupia i wiedziała, że reszta jest bez zarzutu.                                      
— Piękna — wyszeptała.                  
Wiedziała jakie zmiany spowodowało dotkniecie dłoni szatyna dlatego pochyliła się, zebrała całe ubranie w dłonie i niezwłocznie udała się do łazienki. Po chwili strugi ciepłej wody zaczęły doprowadzać jej ciało do należytego porządku.  
                                *
Czarne M5 zatrzymało się przed okazałym domem. Elvis otworzył drzwi i wyszedł. Z drugiej strony wyskoczyła Maja. Miała na sobie krótką spódnicę z jeansu, buty na lekkim obcasie i obcisłą bluzkę podkreślająca jej kształtne kubeczki C. Odrzuciła dłońmi ciężkie wodospady czekolady, na plecy, zwilżyła pomadkę na górnej i dolnej wardze i po chwili wtuliła się w nieźle wyrzeźbiony tors bruneta.
  — Chcesz swoją Maję — szepnęła miękko.          
— Zaraz starzy przyjdą — odrzekł.
— Teraz mi mówisz, mogliśmy jechać do mnie. Moi będą dopiero o dziewiątej.                          
— Muszę być w domu, po ostatniej wpadce muszę nadrobić.                          
— To po co mnie wiozłeś, ostatnio jesteś jakiś dziwny. Myślałam, że zrobimy dwa numerki. Odwieziesz mnie?
— Nie mogę. Jest czwarta. Mają być o w pół do piątej. Damci na taksówkę.                            
— Wypchaj się Elvis, stać mnie jeszcze na taryfę.        
Wyjęła komórke i zamówiła taksówkę.                          
— To do jutra, grzeczny chłopaczku.              
Zaczęła odchodzić w kierunku ulicy. Brunet podszedł do niej, chwycił ją za rekę i odkręcił w swoim kierunku. Po chwili ich usta złączył gorący pocałunek.                                      
— Nie gniewaj się Maja, jeszcze dwa tygodnie i szlaban się skończy.                                                                                                        
— I kto to mowi? — odrzekła uradowana Maja.        
Taksówka podjechała.                      
— Do jutra, skarbie — szepnęła wchodząc do forda.                

Elvis uśmiechnął się szeroko. Kiedy niebieski wóz zniknął za zakrętem, szybko podszedł do swojego sportowego samochodu i z piskiem opon ruszył. Po siedmiu minutach zatrzymał auto przy schludnym domku. Doszedł do drzwi. Karo miała na sobie różowy szlafrok.                          
— Kiedy jej powiesz, że kochasz tylko mnie?          
Elvis wszedł do domku i zamknął drzwi. Karo zrzuciła okrycie i przywarła do niego nagim ciałem. Po chwili znaleźli się w jej sypialni. Wśród szybkich i głębokich oddechów, złotowłosa pomagała mu pozbyć się odzienia...

Monika siedziała w gabinecie dyrektora Kalwińskiego. Mężczyzna miał około piećdziesiątki. Ubrany w nienagannej klasy ciemnogranatowy garnitur i białą koszulę. Ciemne krótkie włosy okrywała na skroniach siwizna. Twarz miał młodą, ale na czole zbiegało się kilka zmarszczek. Chodził nerwowo po pokoju.    
— I co mam z tobą zrobić, Morawska.              
— Nie wiem, panie dyrektorze. Może mi pan mówić po imieniu, bardzo nie lubię mojego nazwiska. Przypomina mi się ten obrzydliwiec. To przez niego się stoczyłam.          
Stanisław Kalwiński zatrzymał się i spojrzał na Monikę.            
— Wiem co przeszłaś, ale to nie znaczy że do końca życia ma się to za tobą ciągnąć.                        
— Wszyscy faceci to świnie. Matka wzięła sobie takiego, zaraz po śmierci tego skurwiela i myślałam, że ten nowy jest inny. Ale gdzie tam, kiedyś mnie złapał za tyłek i jakbym mu nie odwinęła to kto wie.                              
— Monika, przestań! Ministerstwo rozpatrzyło twoja sprawę. Dostaniesz kuratora.                                          
— Faceta?                                                                                                      
— Kobieta, magister Zawadzka. Agata Zawadzka. Masz pierwsze spotkanie w poniedziałek. Nie chcę cię wyrzucać ze szkoły, ale musisz zaprzestać tego co robisz.                              
— Matka potrzebuje pieniedzy. Ten jej nowy jest tylko o trochę lepszy niż ojciec. Za coś trzeba żyć.            
Stanisław usiadł zrezygnowany na swoim fotelu.                  
— Ile płacicie za mieszkanie i wszystko?            
— Tysiąc dwieście — wypaliła.                  
Ku jej zdziwieniu Kalwiński wyciągnął portfel i wyjał 1500 zł. Położył pieniądze przed Moniką. Dziewczyna spojrzała na niego i zapytala zdziwiona.                          
— To jest legalne?                                            
— Nie, ale obiecaj mi, że przez miesiąc nie zrobisz tego.    
Monika się uśmiechnęła i rzekła.                
— Ma pan dyrektor zapewnionego loda co dziennie aż do matury, jeżeli mi się uda ją zdać.                    
Po sekundzie złapała się za buzie i szepnęła.          
— Przepraszam, jestem głupia. Głupia i zła. Nie mogę przyjąć tych pieniedzy, ale obiecuję się nie pieprzyć z klientami przez miesiąc. Najwyżej wyląduję z obita gęba na ulicy.            
Zaczęła gwałtownie płakać. Stanisław patrzył na to bez słów. Pierwszy raz w swojej karjerze nie wiedział co zrobić. Znał historie tej dziewczyny. Molestowana od jedenastego roku życia przez ojca. Matka ze skłonnościami do nadużywania alkoholu. Monika zaczęła uprawiać nierząd na własną rękę rok temu. Az dziwne, że dopiero to wyszło teraz i nie stała się jej żadna krzywda. Odbiło się to na jej nauce i z pewnością na psychice, chociaż z tego co przeczytał dyrektor, chyba nie mogło ja spotkać już nic gorszego. Patrzył na nią chwilę i w końcu podszedł przytulił jej głowę do torsu. Monika wstała, objęła go za szyję i delikatnie pocałowała w usta. A potem wtuliła się w jego tors i cicho płakała.              
— No już dobrze, Moniko. Zrobię co w mojej mocy, żeby ci pomóc.  
Dziewczyna spojrzała mu w oczy.                                
— Jesteś dobrym człowiekiem, Stanisław. Mogę ci sprzątać dwa razy w tygodniu, myć samochód, robić zakupy. Umiem trochę malować i znam się na gotowaniu.                              
— Już dobrze, poruszę wszystkie możliwości. Chcesz żebym był na pierwszej rozmowie z panią kurator?            
— Wolałabym. Baby mnie nie lubią. Bo mam ładną buzie i dobre nogi.                              
— Pani Zawadzka jest inna. Ale będę na spotkaniu. Obiecujesz?  
— Tak. Zrobię wszystko.                                                                          

Wyjęła komórkę, rzuciła na podłogę i rozbiła obcasem, zanim Stanisław zdołał zareagować.                  
— Starzy klienci nie będą dzwonić, a nowych nie będę szukać.    
— Potrzebujesz telefon, ale rozumiem. Dobrze zrobiłaś. Masz coś ważnego do załatwienia teraz?                  
— Nie, miałam dwa spotkania wieczorem, ale zrezygnowałam.      
Na jej buzi pojawił się uśmiech. Wytarła chustką twarz.      
— Jak chcesz, pojedziemy i pomoge ci z nową komórka. Jesteś głodna?                                                                                                          

Monika poparzyła na szpakowatego mężczyznę.                  
— Dlaczego to robisz?                    
Stanisław odpowiedział natychmiast.              
— Bo chyba nikt ci nie dał serca w życiu, ale nie robię tego z litości. Jedźmy.                                                      
Monika wstała. Nie zwróciła uwagi, że dyrektor wsunął jej pieniądze do torebki.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i szkolne, użył 2651 słów i 15086 znaków, zaktualizował 20 lis 2017.

4 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • agnes1709

    "...falach jasnej czekolady" - czekolada ma fale?:eek: No w sumie może, zależy od kreatywności cukiernika:lol2: "Supernowa" (supernova) piszemy bez dywizu. Jest sporo błędów,  które przydałoby się poprawić, byłoby miło. Wszystko do zrobienia, ale to: "wieszchołek"???!!! :smh:  Tym to już zamiotłeś, jak trza:spanki:  

    Ogólnie da się żyć, tylko akcja z dyrem nieco naciągana, żaden pedagog nie da lasce półtora tysiaka, chyba, że jest zakochany:D I nie chcę wyjść na samochwałę, ale mam nieodparte wrażenie, że troche inpirowałeś się "Niepokorną", nie wiem, dlaczego.

    No dobra, ale pochwała też będzie za to zdanie: "Teraz nie policzki, ale całe jej ciało płonęło i aż dziwne, że ławka ani ona cała jeszcze, nie została objęta płomieniami" należą się wielkie brawa. Bardzo, bardzo mi się podobało, tylko popraw je nieco stylistycznie. Dam łapkę i idę dalej, zobaczymy;)

    p.s. "Tęskniłeś" za moim marudzeniem, więc proszę:P

  • AlexAthame

    @agnes1709 Z ta czekolada to chodziło mi o kolor Taka mleczna .A jak się pisze wierzchołek tak? Jak mogłem się inspirować kiedy zacząłem czytać potem. Popatrz na daty.

  • agnes1709

    @AlexAthame Daria idzie od lipca, więc...? A komentarz zawsze można wstawic później:P  Nie twierdzę, że się zainspirowałeś, tylko piszę, że odniosłam takie wrażenie,  to duuuża różnica.

  • AlexAthame

    @agnes1709 No dobrze, nie zainspirowałem się. A gdzie je odniosłaś? Daleko? :lmao:

  • agnes1709

    @AlexAthame Pożyczyłam koleżance, bo narzeka, że ostatnio ma w życiu za mało wrażeń ;)

  • AlexAthame

    @agnes1709 Dobrze mała. Idę spać. Miłego dnia. Poprawie jutro. Idę spać.

  • Duygu

    Napisane ładnym językiem, lekko się czyta. Wciągające opowiadanie, ciekawi bohaterowie. Jeszcze za wcześnie, by napisać kogo lubię, a kogo nie, ale powoli zbieram swoją armię  :faja:  :) Łapa w górę, świetna robota!  :bravo:

  • AlexAthame

    @Duygu Bardzo dziękuję. Mam nadzieje ,że ROZUMIESZ  skdd problemy z internetem. Tampowyzej e komentarzach o miłości sensem zycia jest o tym :lmao:

  • Duygu

    @AlexAthame Wiem  ;)  :lol2:

  • Milady

    Fajnie, chociaż mam wrażenie, że wprowadziłeś zbyt wielu bohaterów jak na jedną część. Trudno zapamiętać kto jest kim. Ale łapkę zostawiam.

  • AlexAthame

    @Milady To zapisz. Ja tak robię bo nazwisk i kolorów włosów nie pamiętam. Dzieki

  • Milady

    @AlexAthame Opowiadanie to nie wykład na studiach. Czyta się je dla przyjemności, a nie po to by robić notatki.  ;)

  • AlexAthame

    @Milady OK, niech ci będzie. Jak się domyślasz jest siedmiu bohaterów, a przedstawiłem sześciu.

  • Doti

    Opisujesz parę osób, zastanawiam się kiedy ich historie się spotkają? Niby chodzą do tej samej szkoły może nawet klasy ale są zupełnie odrębni :kiss: Niecierpliwie czekam na kolejny rozdział

  • AlexAthame

    @Doti spokojnie, na razie się rozkręca.