Pęknięty diament — rozdział 27

Prue

Stałam przy szafce w kuchni i gapiłam się na telefon. Co chwilę stukałam palcem w ekran, sprawdzając, czy nie przyszła żadna wiadomość. Byłam zaniepokojona, bo Matt zawsze odpisywał. Głowiłam się, co poszło nie tak, że tak nagle postanowił przestać się odzywać.  
Może nie powinnam do niego pisać, ale tęskniłam. Za jego uśmiechem, oczami, żartami i obecnością. Myślałam, że mam wszystko pod kontrolą, ale chyba się w nim zadurzyłam.  
Phoebe z pewnością biłaby mi brawo.  
Stuknęłam jeszcze raz w ekran, ale dalej nic. Dlaczego Matt mnie ignorował? Zacisnęłam mocno usta, przypominając sobie o Cat. No oczywiście, na pewno hucznie świętował urodziny z… narzeczoną.  
Westchnęłam ciężko i odsunęłam komórkę. Postanowiłam dać mu tydzień na odpowiedź. Przecież mnie lubił, sam pisał, gdy milczałam… Czekanie było okropne, ale przecież nie mogłam liczyć na więcej. Przynajmniej na razie.  


Caterina

Następnego dnia wypisali mnie ze szpitala i mogłam wrócić do domu. Samo to słowo brzmiało teraz obco. Nie wyobrażałam sobie, że będę potrafiła tak po prostu tam przebywać, jeść i spać, tak jak dotychczas. Przecież to właśnie tam zdarzyło się tyle okropnych rzeczy.
Jechaliśmy z Mattem w milczeniu. Pomógł mi wysiąść, wziął torbę i otworzył drzwi. Na miękkich nogach przeszłam do sypialni, a tam na chwilę stanęło mi serce, gdy zobaczyłam plamę zaschniętej krwi na podłodze, w miejscu, gdzie dzwoniłam po karetkę. Kompletnie o niej zapomniałam. Widok tej plamy ciągnącej się aż z łazienki sprawił, że wszystko wróciło i przez chwilę czułam się, jakbym cofnęła się o dzień — jakbym znowu traciła dziecko, w tej sekundzie.  
Stałam jak zaczarowana, w milczeniu wpatrując się w krew. Może to był szok, a może nie byłam zdolna do logicznego myślenia, bo nagle zaczęłam się zastanawiać, czym to wypiorę — i czy wybielacz nie zniszczy podłogi.
Matt nagle znalazł się obok mnie. Był blady jak ściana.
— Chodź do salonu — wykrztusił, delikatnie mnie obejmując. — Ja… ja to posprzątam.
— Wszystko zaschło — mruknęłam, czując się jak w transie. — Podłoga pewnie się zniszczy.
— To wymienimy — odparł, prowadząc mnie w kierunku kanapy.  
Miałam wrażenie, jakbym chodziła na jawie. Byłam jakaś oddalona. Głos Matta dochodził jakby z pewnej odległości. Nie miałam pojęcia, jak się obudzić. Przez chwilę myślałam, że krew znowu po mnie ciekła i musiałam spojrzeć na nogi, by się upewnić, że tak nie jest.  
— Muszę zadzwonić do pracy — odezwałam się po chwili, podnosząc głowę i patrząc na Matta. — Powiedzieć, że mnie nie będzie przez jakiś czas. Kazali mi unikać wysiłku…
— Ja też wezmę wolne. Połóż się, kocha… — urwał i odchrząknął, odwracając wzrok. — Zrobić ci coś ciepłego do picia?
Chciał powiedzieć do mnie “kochanie”. Takie proste, niewinne słowo. Mówił tak tysiąc razy, a jednak z jakiegoś powodu uznał, że już nie powinien się tak do mnie zwracać. Myślałam, że w obliczu utraty dziecka oraz faktu, że Matt pocałował Prue, takie coś mnie nie zaboli, ale stało się inaczej. Nie powinnam się dziwić. Powiedziałam mu, że go nienawidzę. Przeżył najgorsze urodziny w swoim życiu. Z jakiegoś powodu ja byłam otępiała — nim pewnie targała rozpacz.  
— Nie, dziękuję. — Nagle coś mi się przypomniało. — Co z tym twoim ważnym zleceniem?
— Zawaliłem. — Wzruszył ramionami. — Poza tym w trakcie i tak dostałem telefon ze szpitala…
— Przepraszam.
— Teraz to już nie ma znaczenia. — Spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem. — Jakbyś czegoś potrzebowała, to wołaj. — Ruszył do sypialni wolnym krokiem, jakby bał się tam wejść.
Widok mojej krwi będzie go prześladował do końca życia. Spuściłam wzrok na swoje dłonie. Po raz pierwszy od dawna nie czułam żadnej fali mdłości, choć byłam gotowa błagać, by nadeszła.  
Wszystko się zmieniło. Czy bezpowrotnie — dopiero miało się okazać.
***
Następne dni wyglądały właściwie tak samo, zlewały się w jedno. Czasami gubiłam się już, jaka była data, bo właściwie moim głównym zajęciem było spanie — później budziłam się o niestandardowych porach i czekałam, aż znowu będę na tyle zmęczona, by porwał mnie sen. Nie było to trudne, bo czasem wciąż towarzyszyły mi bóle po poronieniu. Mój wzrok nieustannie przykuwało miejsce, gdzie zaschła moja krew, choć teraz już jej tam nie było. Matt wyczyścił wszystko tak, że nie było nawet śladu, ale i tak mieliśmy nigdy o tym nie zapomnieć.
Gdy poszedł do sypialni, by zmyć krew, nie wracał przez długi czas. Chciałam do niego iść, ale na samą myśl o ponownym wejściu do sypialni cała zaczynałam drżeć. Gdy w końcu wrócił, miał zaczerwienione oczy, co usilnie starał się ukryć. Powiedział, że to pewnie od środka, którym zmywał plamy. Pokiwałam głową, a w środku zastanawiałam się, czy kiedykolwiek wcześniej widziałam, by płakał. To był chyba pierwszy raz. Nie chciał się przyznać, ale przecież to było oczywiste.  
Nie pozwalał mi się przemęczać. Podobnie jak ja, wziął trochę wolnego i głównie siedział ze mną w domu, ale czasem też robił zakupy i jedzenie. Najpierw protestowałam, ale później pomyślałam, że może łatwiej znosi sytuację, gdy może się czymś zająć. Ciągle był obok, troszczył się, ale jednocześnie trzymał mnie na dystans, co bolało. Całe zło, które mogło się wydarzyć, musiało oczywiście skumulować się w jednym momencie, tak, że chwilami już nie wiedziałam, co bolało mnie najbardziej.  
Matt mnie okłamywał, tygodniami. Między nim a Prue było coś więcej niż deklarował — to także podejrzewałam. Gdy w końcu uzyskałam potwierdzenie, nie byłam zdziwiona, ale czułam się upokorzona, bo we wszystko wierzyłam. Nawet mimo swoich podejrzeń byłam na tyle zaślepiona, że zaczęłam obwiniać siebie. Wracało to do mnie w najmniej odpowiednich momentach i wyzwalało złość, jakiej od dawna nie czułam. Potem jednak przychodziło znajome mi już otępienie, gdy przypominałam sobie, że ja też zachowałam się okropnie, nie mówiąc mu o dziecku. Kłamstwa wytworzyły barierę, którą może bylibyśmy w stanie przeskoczyć, gdyby wciąż istniał ten czynnik, który by nas łączył. Gdyby nasze dziecko nie umarło… Poradzilibyśmy sobie ze wszystkim.
A teraz?
Żadne z nas nie miało siły na kłótnie ani na walkę. On cierpiał i ja cierpiałam, ale nie byliśmy w stanie nawzajem się wspierać, bo każde było pochłonięte swoim bólem. Nasze kłamstwa nas rozdzieliły. Ilekroć Matt na mnie patrzył, widziałam ogromny żal w jego spojrzeniu. Biczowałam się wtedy wspomnieniem jego słów, gdy mówił, że odebrałam mu radość oczekiwania na dziecko… I w tym momencie zawsze myślałam o Prue. O tym, jak siedział z nią na kawie bądź przy sushi, rozmawiając, śmiejąc się, a potem wracał do domu i kłamał mi prosto w twarz. O tym, jak ją pocałował… Niczego nieświadoma, starałam się być dla niego wsparciem, choćby wtedy, gdy miał kaca przez kilka dni… A on ciągle kłamał. Prue też mnie okłamywała, ale jej pewnie przychodziło to bez trudu — nie znała mnie, nie lubiła. To, czy była ze mną szczera, zapewne nie robiło jej żadnej różnicy, dopóki płaciliśmy jej za organizację ślubu. Nic jednak nie mogłam poradzić na uczucia, które we mnie narastały — czasem wszystkie naraz, a czasami stopniowo. Żal, złość, ból, wściekłość, otępienie… Miałam wrażenie, że już nigdy nie będę szczęśliwa. Że Matt już nie będzie w stanie być dawnym sobą: przystojnym, szelmowskim mężczyzną z tym błyskiem w oku i uśmiechem, w którym się zakochałam.  
Wiedziałam, że żałoba w końcu minie, ale nie mogłam powstrzymać myśli, że zniszczyliśmy się nawzajem.
Nasze dziecko zapewne byłoby śliczne. W takich właśnie kategoriach o nim myślałam, choć samo to wyciskało mi z oczu łzy. Starałam się odsuwać od siebie te myśli, ale one same przychodziły. Nie wiedzieć czemu, myślałam o córce. Może to była intuicja, a może tylko wyobrażenie. Wyobrażałam sobie naszą córeczkę, która miałaby moje włosy i oczy Matta. Byłaby pyskata, umiałaby sobie z każdym poradzić. Miałaby ten sam błysk w oku co Matt. Zdobywałaby chłopaków jednym kiwnięciem palca.  
Gdy nocami szłam do łazienki i płakałam, odkręcając przy tym wodę w kranie, zastanawiałam się, czy Matt spał, czy może to słyszał i robił to samo — ukrywał przede mną swój ból, tak jak ja ukrywałam się przed nim z moim. Zwyczajnie nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy. Przecież straciłam nasze dziecko. To do mnie należało zadanie donoszenia ciąży, zapewnienie dziecku bezpiecznego przyjścia na świat. Miałam się nim opiekować. Zamiast tego doprowadziłam do poronienia. Czy to była moja wina? Tak bardzo bałam się powiedzieć Mattowi o ciąży, że nieumyślnie zrobiłam coś, co spowodowało krwotok? Byłam wadliwa? Co takiego było ze mną nie tak, że straciłam dziecko, a mój narzeczony pocałował inną kobietę?
Byłam tak pochłonięta rozpaczą i żalem, że właściwie zapomniałam o tym, że przecież do naszego ślubu zostało cholernie niewiele czasu. Dosłownie, wyleciało mi to z głowy, a gdy z powrotem do niej wpadło, na samą myśl o wyjściu do ludzi i udawaniu, że wszystko jest w porządku, spanikowałam. Okazało się, że Matt chyba myślał podobnie. Któregoś ranka, gdy weszłam do kuchni, robił sobie kawę. Po jego poszarzałej twarzy widać było, że miał za sobą kolejną nieprzespaną noc.
— I co teraz, Cat? — zapytał, patrząc na mnie zmęczonym wzrokiem.
Nie od razu go zrozumiałam.
— Z czym?
— Z nami. Ze ślubem. Chcesz odwołać? Skoro mnie nienawidzisz…
Ledwo powstrzymałam się, by nie wywrócić oczami.
— Gdybym chciała go odwołać, już bym to zrobiła — powiedziałam po chwili, zastanawiając się nad każdym słowem. Przez chwilę milczałam, po czym dodałam: — Choć nie mogę powiedzieć, że nie przeszło mi to przez myśl. Całowałeś się z inną kobietą. — Każde wypowiedziane słowo sprawiało mi coraz więcej bólu.
— Byłem pijany… nie, to niczego nie tłumaczy… To był tylko ten jeden raz. I o jeden raz za dużo. Żałuję tego. — Spuścił wzrok na swój kubek z kawą. — Od tamtej pory nawet jej nie dotknąłem. Przysięgam.
Miałam na końcu języka wiele słów, które chciałabym powiedzieć — lub wykrzyczeć — ale nie chciałam o tym myśleć. Jeszcze nie.
— Nie chcę o tym rozmawiać. — Potrząsnęłam głową. — Co do ślubu… — Milczałam przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy w ogóle chcę podjąć konkretną decyzję. — Nie wiem, co ci odpowiedzieć. Nie wiem, czy chcę go odwoływać. W obecnej sytuacji najlepiej byłoby chyba przełożyć, a potem… Zobaczymy.
— Wolałbym nie przekładać, ale może tak będzie lepiej… jeśli tego chcesz…
Ponownie musiałam ugryźć się w język, by nie powiedzieć tysiąca rzeczy, które mi się na niego cisnęły.
— Ale chyba rozumiesz, że dalsze korzystanie z usług Prue nie wchodzi w grę? — zapytałam tak spokojnie, jak tylko mogłam. — Nie chcę jej więcej oglądać.
— Tak, to oczywiste. I ja też nie chcę jej już więcej widzieć.
— Mam nadzieję — rzuciłam sucho i odwróciłam się, by wyjść z kuchni. W chwili obecnej na Matta też nie mogłam patrzeć.


Matthew

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek między nami było tak źle, jak teraz. Ciągle miałem w głowie te dwa słowa, które spędzały mi sen z powiek. Nienawidziła mnie i miała do tego prawo. Zasłużyłem. Obwiniała mnie za śmierć naszego dziecka? Bo ja siebie obwiniałem. Starałem się wszystko zmienić. Opiekowałem się Cat najlepiej jak potrafiłem, stosując do zaleceń lekarza, ale jednocześnie trzymałem się na dystans. Nie chciałem spowodować kłótni, nie chciałem jej stresować, nie chciałem ponownie usłyszeć tych słów. I chociaż wiedziałem, że nocami zamykała się w łazience i płakała, nie mogłem się zmusić, by wstać i po prostu ją przytulić. Bałem się, że znowu mnie odtrąci.  
Mimo że spaliśmy w jednym łóżku, wszystko się zmieniło. Nawet się nie dotykaliśmy, nie mówiąc już o zasypianiu w swoich ramionach. Wielokrotnie próbowałem to zmienić, wyciągałem rękę, by ją dotknąć, ale wtedy te dwa słowa znowu pojawiały się w mojej głowie, na nowo przeszywając moje serce igłami, więc rezygnowałem. Po prostu tchórzyłem. Za każdym razem.  
Moje ciało sparaliżował strach, gdy tylko pomyślałem o ślubie. Kiedy w końcu się odważyłem zacząć ten temat, nie spodziewałem się, że będzie to takie trudne. Cat chciała go przełożyć, co wydawało się logiczne w obecnej sytuacji. Miała rację i chociaż podzielałem jej zdanie, nie chciałem się na to zgodzić, ale co mogłem zrobić? Byłem winny i nic tego nie zmieni. W dodatku jakiś irracjonalny głosik w mojej głowie podpowiadał mi, że to początek końca. Przełożymy ślub jeden raz, a potem drugi, później kolejny, aż w końcu nigdy do niego nie dojdzie. Cat mi ucieknie. I tego bałem się najbardziej, bo nie chciałem jej stracić. Mimo że zraniła mnie tak bardzo, wciąż ją kochałem. Wciąż chciałem z nią być. Nawet jeśli nie potrafiłem powiedzieć do niej “kochanie”, to było tylko chwilowe. Wierzyłem, że kiedy znowu się do siebie zbliżymy, znowu zaczniemy okazywać sobie czułość, wszystko wróci na swoje miejsce. Może nie będzie jak dawniej, ale będziemy razem. Naprawdę razem, a nie tak jak teraz — obok siebie.
Kiedy któregoś razu Cat padła z wyczerpania, nie mogłem się powstrzymać i wziąłem ją w ramiona. Przytuliłem ją mocno, wdychając jej zapach i wydawało mi się, że bolało mniej, ale jednocześnie bardziej, bo tak bardzo brakowało mi tej bliskości. Świadomość, że odważyłem się ją przytulić jedynie wtedy, gdy była pogrążona w głębokim śnie, dobijała mnie jeszcze bardziej. Tak bardzo bałem się, że znowu mnie odtrąci, że nie próbowałem zrobić tego, kiedy nie spała. Byłem żałosny.  
Myślenie o dziecku, którego nie było, cholernie bolało. Starałem się tego nie robić, ale czasami po prostu się nie dało. Przeważnie nachodziło mnie to w nocy, gdy nie mogłem spać. Gdyby tylko Cat powiedziała mi o ciąży… rzuciłbym wszystko i nosił ją na rękach. Mimo że nie planowaliśmy jeszcze dziecka, na pewno nie byłoby niechciane. Byłoby kochane przez wszystkich. Nie mogłem się powstrzymać od wyobrażania sobie nas jako szczęśliwej rodziny. Moja mama razem z Mel rozpieszczałyby nasze dzieci do granic możliwości, ignorując nasze prośby, pozwalając na to, na co my byśmy nie pozwalali.  
Jak by wyglądały? Boże, byłyby takie śliczne. Chłopiec z moimi, czarnymi włosami i brązowymi oczami Cat, a dziewczynka — mała blondyneczka o zielonych oczach.  
I gdy tak leżałem, gapiąc się w sufit, oczami wyobraźni widziałem, jak nasze dziecko przybiega do nas w środku nocy, bo miało koszmar, i kładzie się między nami. Nie leżelibyśmy już sami w tym wielkim łóżku, nawet się nie dotykając, bo mielibyśmy dodatkowy powód, by o siebie walczyć. I w takich momentach pozwalałem łzom płynąć cicho po moich policzkach.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2877 słów i 15635 znaków.

Dodaj komentarz